Reklama

Wiktoria Majka, Mama Józia

Ks. prof. Józef Majka - wybitny kapłan, uczony i człowiek, rektor Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu i wychowawca wielu pokoleń księży - swoje wspomnienia z młodości i drogi do kapłaństwa spisał w pamiętniku „Na krzywych liniach”. Wyjątkowe miejsce w tych wspomnieniach zajmuje jego mama, dzięki której wysiłkom mógł wyrosnąć na wielkiego człowieka i stać się kapłanem. Pamiętnik zadedykowany jest „Naszej Mamie”.

Niedziela wrocławska 22/2009

Ksiądz Józef Majka urodził się 31 mają 1918 r. w chłopskiej rodzinie, jako trzynaste, najmłodsze dziecko Wojciecha i Wiktorii z domu Fidalskich. Rodzina Majków mieszkała we wsi Suchorzów, a właściwie w przysiółku Mały Przewóz, miejscu głęboko schowanym, oddzielonym od świata szeregiem naturalnych przeszkód: wodami, wałami i błotem, w którym mieściło się pięć gospodarstw chłopskich. Jak wspomina w swojej książce ks. Majka, mama Wiktoria była drugą żoną ojca - pierwsza zmarła pozostawiając Wojciechowi trzy córki. Pani Wiktoria miała z nimi bardzo dobry kontakt, traktowała je jak swoje własne dzieci.

Samotne wychowywanie

Niestety niespełna dwa lata po narodzinach najmłodszego Józia zmarł ojciec Wojciech. Wiktoria Majka została sama z wychowaniem i utrzymaniem dzieci, z niewielkim gospodarstwem i wszystkimi kłopotami dnia codziennego. Mąż pozostawił jej ostatnią wolę, aby najmłodszy syn Józef został księdzem: „Ojciec odumarł mnie zbyt wcześnie, byłem wtedy małym, niespełna dwuletnim chłopcem. Nie wiem nawet, czy stojąca mi przed oczami jego sylwetka jest prawdziwa, czy tylko wyimaginowana na podstawie opisów, jakie przekazali mi inni, rodzina i sąsiedzi. Wedle relacji sąsiada Błacha, ojciec miał w rozmowie z nim, niedługo przed swoją śmiercią, wskazać na mnie pętającego się po podłodze w dziecinnej koszulinie i powiedzieć, że będę księdzem. Nie przywiązywałbym żadnej uwagi do tej relacji, gdyby nie to, że w naszej rodzinie trwało milczące przekonanie, że tak się właśnie stanie, choć nikt zapewne, poza naszą Mamą, nie zastanawiał się nad tym, jak by to miało być możliwe w naszej ówczesnej sytuacji społecznej i materialnej po śmierci ojca”.
Po śmierci Wojciecha sytuacja finansowa zmieniła się na gorsze. Wiktoria pozostała na gospodarstwie z kilkorgiem dzieci w bardzo różnym wieku. Stanęła więc nie tylko wobec problemu utrzymania i wychowania młodszych, ale także określenia i zabezpieczenia losu starszym. Z powodu ogromnej biedy część dzieci musiała wyjechać szukać pracy w Ameryce. Rodzeństwo pomagało sobie wzajemnie, opłacało wyjazdy, ale i Wiktoria musiała się zapożyczać u lichwiarzy, żeby móc wysłać dzieci za ocean. Jak pisze ks. Majka: „Te pożyczki dały się Mamie i całej rodzinie we znaki i były przyczyną jej wielu nieprzespanych nocy i zbyt wcześnie posiwiałych włosów”.

Reklama

Doskonały pedagog

Choć Wiktoria Majka nie była osobą wykształconą, to miała wrodzony dar pedagogiczny. Potrafiła wychować swoje dzieci w miłości i wzajemnym szacunku, przekazując im najważniejsze wartości: „Mamie było zawsze bardzo ciężko, martwili się każdym drobiazgiem. Pomimo swej szczupłej, wychudłej niemal postaci, pracowali z wszystkimi, a często i za wszystkich. Uczyli nas oszczędności, dokładności, poważnego traktowania życia i jakiegoś głębokiego poczucia odpowiedzialności. Byli wspaniałym pedagogiem. Nie pamiętam, żeby na kogokolwiek z nas podnosili głos, nawet sobie tego ich podniesionego głosu nie potrafię wyobrazić. Tym bardziej nie było mowy o podniesieniu na kogokolwiek z nas ręki. Jeśli któreś ze starszego rodzeństwa próbowało karać młodsze, to nawet kiedy oburzenie starszego i zamierzona kara były niewątpliwie słuszne, Mama brali nas w obronę i starali się załatwić sprawę tak, ażeby załagodzić napięcie, ale zarazem dać wyraz słuszności.
Umieli wytworzyć w domu jakąś zdrową atmosferę moralną, w której żadne wykroczenie nie mogło uzyskać prawa obywatelstwa; nie było tolerowane, choć nie było także bezwzględnie i surowo karane. Dzięki temu wychowaliśmy się wzajemnie w duchu, jaki się nam wszystkim udzielał od Mamy. W domu nie wolno było nawet mówić o czymś złym. W ten sposób Pawłowe nec nominentur było tu niemal doskonale realizowane.
Mama byli dla nas ogromnie sprawiedliwi. Nie potrafiłem nigdy dostrzec, ażeby kogoś z nas wyróżniali, czy bardziej lub mniej lubili. Wspominałem już, że nie było w domu żadnego krzyku i zawodzenia, tym bardziej nie było żadnych przekleństw, ani nieprzyzwoitych rozmów. Nie wyobrażam sobie po prostu jakiegoś nieprzyzwoitego słowa w ustach naszej Mamy, choć sąsiadki klęły „na funty” i opowiadały, jak to na wsi, różne bezeceństwa.
Dzisiaj dostrzegam dość wyraźnie, jak ważną rolę w życiu naszej rodziny odegrała solidarność rodzinna, skupiona wokół celów, jakie wyznaczali Mama”.

Reklama

„Dwojenie”

Wysiłki Wiktorii w wychowywaniu dzieci nie szły na marne. Dostrzegały one ogromne poświęcenie z jej strony i czuły bezinteresowną miłość wypływającą z serca. Otaczały Mamę ogromnym szacunkiem, czego wyrazem było tzw. „dwojenie”: „Był taki zwyczaj w całym naszym wiejskim środowisku, że starszym ludziom się „dwoiło”, to znaczy, że nigdy nie mówiło im się „ty”, lecz zawsze „wy”. Myśmy nie tylko „dwoili” naszej Mamie zwracając się do nich, ale także wtedy, kiedy mówiliśmy o nich. Nie mówiliśmy więc „nasza Mama”, lecz absolutnie zawsze i w każdej sytuacji „nasi Mama”. Tak to się wśród nas przyjęło i tak już w nas wszystkich pozostało, tak weszło to w nasz język, ucho i serce. Mama cieszyli się wśród nas ogromnym autorytetem i szacunkiem”.

Wiara

Dom Majków był bardzo religijny. Wiktoria głęboko wierzyła i całą swoja ufność pokładała w Bogu. To od Niego czerpała siły do wychowywania dzieci, borykania się z biedą, długami, chorobami. Była dla dzieci i sąsiadów człowiekiem pracy i modlitwy: „Nie pamiętam, żeby nas Mama kiedykolwiek zapędzali do modlitwy lub do kościoła, poza tym, że modlili się wspólnie z młodszymi, ucząc ich po prostu pacierza. Dawali nam jednak przykład skrupulatnego wypełniania obowiązków religijnych. Choćby byli najbardziej zmęczeni i spracowani, zawsze w niedzielę wstawali wcześnie, ażeby zdążyć na Godzinki przed prymarią, a w Adwencie na Roraty. W tych ostatnich my, najmłodsi, chętnie im towarzyszyliśmy, bo droga do kościoła po zmarzniętym, skrzypiącym pod nogami śniegu i przy świetle gwiazd miała dla nas ogromny urok.
Nie pamiętam też, żeby kiedyś byli bezczynni. Jeżeli w niedzielne popołudnie mieli chwilę wolnego czasu, siadali przed domem na słońcu, które bardzo lubili i brali do ręki różaniec. Robili to bez jakiejkolwiek ostentacji, może nawet dyskretnie, ale nic się przed naszym wzrokiem ukryć nie mogło”.
Życie Wiktorii pełne było trudności i cierpienia, przeżyła śmierć męża, dwóch córek, pięcioro dzieci wysłała za ocean. Nie poddawała się jednak, a miłość, radość i nadzieję czerpała, jak pisze ks. Majka, od Boga: „Los naszej rodziny ilustruje dość dobrze ciężką, tragiczną niemal sytuację ludności wiejskiej w warunkach przysłowiowej galicyjskiej nędzy. Spośród trzech moich sióstr przyrodnich, które wyszły za mąż jeszcze przed moim urodzeniem, dwie zmarły przedwcześnie na suchoty, a tylko jedna dożyła sędziwego wieku. Spośród nas dziesięciorga zmarły dwie siostry: jedna we wczesnym dzieciństwie, druga na suchoty we wczesnej młodości. Pięcioro z tych dziesięciorga musiało szukać chleba za oceanem, nie znając języka i nie mając wyuczonego zawodu.
Któż zdoła powiedzieć, co działo się w sercu matki wysyłającej swe dzieci w nieznane, bez nadziei zobaczenia ich jeszcze kiedykolwiek? Skąd miała tyle siły, ażeby w takich chwilach zachować spokój i równowagę ducha? O tym, jak wiele ją to kosztowało, świadczyły te wszystkie nieprzespane noce. Pomimo tej wieloletniej szarpaniny i wątłego przecież zdrowia dożyła sędziwego wieku (83 lata!).
Dziś z odległej perspektywy widzę, że miała niezwykły dar modlitwy i niczym nie zmąconą ufność w pomoc i opiekę Boga, którego ukazywała nam zawsze jako Dobrego Ojca. Sama zresztą umiała tę Jego dobroć naśladować, nie pamiętając nam nigdy ani nie wypominając naszych przewinień. Pozornie nie zajmowała się naszymi drobnymi sprawami, ale była ogromnie czujna i zawsze znajdowała sposoby, aby nas w porę ostrzec przed każdym niebezpieczeństwem, a zwłaszcza duchowym. Jest zadziwiające, że ta prosta wiejska kobieta domagała się od nas zawsze zachowań jak najbardziej racjonalnych. Bardzo często zachęcała nas do modlitwy o dar rozumu i ostrzegała: Pamiętaj, jeśli Pan Bóg chce kogoś ukarać, to mu tylko na chwilę rozum odbierze. Nikt nie potrafi ci tak zaszkodzić, jak ty sam sobie, bo możesz zrobić takie głupstwo, którego będziesz przez całe życie żałował”.

Spełnione marzenia

Pomimo mnóstwa kłopotów i ciężkiej sytuacji materialnej Wiktoria pamiętała słowa męża dotyczące najmłodszego Józia i cały czas starała się, by syn mógł zostać księdzem. Troszczyła się o jego naukę, jeździła z nim do szkół, spotykała się z kierownikami placówek, załatwiała wszelkie formalności i z wielkim poświęceniem zdobywała pieniądze, by syn mógł dalej się kształcić, by nie musiał przerwać nauki, by dostał się do seminarium. Przykład mamy był dla formacji kapłańskiej ks. Majki niezwykle ważny. Od niej nauczył się bezinteresownego wyrzeczenia i poświęcenia, ona była jego najważniejszym nauczycielem miłości do Boga i ludzi. Jej trud zaowocował rozwinięciem się powołania kapłańskiego, ukończeniem przez Józefa Majkę Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie i przyjęciem święceń z rąk bp. Edwarda Komara. Mszę prymicyjną młody ksiądz odprawił w rodzinnej wsi - było to spełnienie marzeń Wiktorii: „Nie jestem w stanie opisać tej radości, jaką wyczytałem w obliczu Mamy, kiedy po przybyciu do domu całowałem ich matczyne ręce. Była to chyba bardziej wdzięczność wobec Boga za wysłuchanie wszystkich modlitw aniżeli satysfakcja z tego, że tyle wysiłków i ofiar nie poszło na marne, a plany i pragnienia doczekały się realizacji. Takie chwile Mama przeżywali zawsze w milczeniu, tym razem też nie powiedzieli ani słowa, ale ja tych słów nie oczekiwałem, bo wszyscy ich milczenie rozumieliśmy zawsze lepiej od słów. Są zresztą takie chwile i takie okoliczności, w których każde słowo musi zabrzmieć jak banał, a ta chwila na pewno do takich należała. Także następnego dnia, kiedy przed wyjazdem do kościoła przypadłem do ich kolan, nie wygłaszali żadnego przemówienia, nie poszukiwali żadnych niezwykłych formuł. Powiedzieli po prostu: Niech cię Bóg błogosławi - i swoją spracowaną ręką nakreślili nad moją głową znak krzyża świętego. Nigdy ten moment mojego życia nie zatarł się w mojej pamięci”.

2012-11-19 12:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kolumna Kościoła

Św. Ambroży z Mediolanu został zaliczony – obok św. Augustyna, św. Hieronima i św. Grzegorza I Wielkiego – do grona czterech wielkich doktorów Kościoła zachodniego. Był mistrzem duchowym św. Augustyna.

Ten wielki Ojciec Kościoła jako biskup Mediolanu cieszył się wielkim autorytetem, o czym świadczy nadanie mu określenia: „kolumna Kościoła”. Pochodził z rodziny chrześcijańskiej. Po śmierci ojca, gdy był jeszcze małym chłopcem, matka zawiozła go do Rzymu i skierowała na drogę kariery urzędniczej, zapewniając mu gruntowne wykształcenie w zakresie retoryki i prawa. Około 370 r. został wysłany do Mediolanu, skąd zarządzał prowincjami Emilii i Ligurii. Trwała tam walka między prawowiernymi katolikami a arianami. Ambroży starał się pogodzić wiernych obu walczących stron. Jego autorytet sprawił, że chociaż był jeszcze katechumenem, lud Mediolanu wybrał go na biskupa. Został ochrzczony 7 grudnia 374 r. i przyjął święcenia najpierw prezbiteratu, a potem biskupie.

CZYTAJ DALEJ

Kanada: zamiast pomocy - eutanazja?

2022-12-06 10:41

[ TEMATY ]

eutanazja

Kanada

Adobe Stock

O szokującej propozycji odmowy pomocy w usprawnieniu życia i zaproponowaniu eutanazji zeznała w zeszłym tygodniu przed komisją ds. weteranów Izby Gmin Kanady była paraolimpijka, która służyła w kanadyjskim wojsku, Christine Gauthier. Przed trzema laty skontaktowała się z Veterans Affairs Canada (VAC - departamentem ds. weteranów wojennych), aby poprosić o domową windę dla wózków inwalidzkich, która pomoże jej łatwiej manewrować w domu. Jak stwierdziła - pracownik VAC zaoferował jej wspomagane samobójstwo jako rozwiązanie jej cierpienia.

Gauthier powiedziała posłom, że dysponuje listem, mówiącym, iż skoro jest tak zdesperowana, to może uzyskać medyczną pomoc w umieraniu. Nie kryła swego przerażania faktem, że łatwiej uzyskać w jej ojczyźnie pomoc w umieraniu, niż narzędzia pomagające żyć.

CZYTAJ DALEJ

Łódź: przygotowania do Orszaku Trzech Króli rozpoczęte!

2022-12-06 21:00

[ TEMATY ]

archidicezja łódzka

ks. Paweł Kłys

Dziś w południe oficjalnie rozpoczęto przygotowania do zbliżającego się łódzkiego Orszak Trzech Króli, który już tradycyjnie 6 stycznia 2023 r. przejdzie ulicą Piotrkowską, będą to – tak jak co roku - największe jasełka w mieście.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję