Reklama

A to wszystko sercem

2012-11-19 12:01

Katarzyna Dobrowolska
Edycja kielecka 43/2009

W życiu wykonywała różne zajęcia: uczyła religii, pracowała w księgowości i jako pomoc na plebanii. Tak naprawdę jednak Janina Bąk z Wiśniówki swoje miejsce w życiu odnalazła dopiero po pięćdziesiątce - jako człowiek Caritas. Mówią o niej kobieta orkiestra - kierownik stołówki i świetlicy, kucharka, sprzątaczka, zaopatrzeniowiec, organizator półkolonii. Niepowtarzalny smak jej zup towarzyszył dzieciństwu setek dzieci, wychowanków świetlicy w Wiśniówce, bezrobotnym, ubogim i potrzebującym, którzy od pani Janiny w stołówce charytatywnej otrzymywali ciepły posiłek i dobre słowo.
Niemal nic się nie zmieniło od 17 lat. Janina Bąk wstaje przed szóstą, pół godziny później jest już na miejscu w świetlicy i zaczyna dzień pracy, który czasem trwa ponad osiem godzin. Ukończyła siedemdziesiąt lat, ale wciąż ma dużo werwy i zapału. Wszędzie jej pełno. Najpierw trzeba zająć się przygotowaniem posiłków dla dzieci, potem jeszcze sprzątanie, zmywanie, księgowość, rachunki, faktury - wszystko musi się zgadzać, bo solidność i pracowitość wyniosła z domu rodzinnego.

Osobisty ból

Był rok 1992, w Wiśniówce zamknięto kopalnię kwarcytu - zakład, który był największym pracodawcą na tym terenie od wielu lat. Setki osób wylądowało na bruku. Nie było zajęcia, pieniędzy, przyszły ciężkie czasy dla wielu rodzin. Wtedy zrodził się pomysł uruchomienia stołówki charytatywnej pod opieką Caritas diecezjalnej w starym budynku po przedszkolu. W inicjatywę zaangażowała się parafia. Kierownikiem stołówki została Janina Bąk.
- Początkowo gdy ks. proboszcz Ryszard Zaborek zaproponował mi to odpowiedzialne zadanie i obdarzył mnie dużym zaufaniem, miałam obawy, czy podołam, czy będę miała tyle sił - wyznaje. Ukończyła pięćdziesiąt lat, miała za sobą tragiczne przeżycia. W 1989 r. uległa wypadkowi samochodowemu, w którym zginął jej mąż i bratowa. Ona sama doznała ciężkiego urazu głowy. Ból fizyczny potrzaskanej, złamanej szczęki, bolesna i trudna rekonwalescencja i o wiele większy ból po stracie męża i bratowej i ciągłe pytania: dlaczego oni, a nie ja? - bardzo długo nie dawały jej spokoju. - Teraz wiem, że to zadanie przyszło w odpowiednim momencie, znalazłam wewnętrzną siłę do pracy, do służenia innym. Modliłam się o wytrwanie. Wiedziałam, że muszę żyć dla swoich dzieci i dla tych potrzebujących - mówi.

Dla każdego kromka chleba

- Doskonale znała środowisko, wiedziała, jakie są potrzeby i bolączki rodzin - opowiada ks. Zaborek, który przez pewien czas pomagał Janinie w prowadzeniu stołówki jako kierowca w zaopatrzeniu. Długie lata, do 2001 r. stołówka pracowała pełną parą, wydawano w niej ponad sto posiłków dziennie. Z różnorakiej pomocy, z zasiłków korzystało prawie osiemdziesiąt osób. Z czasem obok stołówki powstała świetlica socjoterapeutyczna. Bezrobocie generuje różne problemy: alkoholizm, biedę. Ktoś musiał pomóc rodzinie wyjść na prostą, by mogła przetrwać najgorszy czas. Świetlica stała się azylem dla dzieci i młodzieży. Tutaj w spokoju odrabiały lekcje przy kubku ciepłej herbaty i słodkim poczęstunku, znajdowały miejsce na rozrywkę, zabawę, naukę. Drzwi były zawsze otwarte. Dziś wielu podopiecznych świetlicy ma już swoje dzieci, one także przychodzą do świetlicy. - To są moje wnusie - żartuje Janina.
- Niedawno spotkałam mojego wychowanka na przystanku. Serdecznie się ze mną przywitał i zaczął od wspomnień. „Pani Janino, najbardziej brakuje mi smaku tych pani zupek” - przyznał się. Rzeczywiście, Janina ma dar gotowania. Kulinarne cudeńka poznali księża pracujący w parafii Wiśniówka i korzystający ze stołówki mieszkańcy.
- To były proste dania. Czasem nie było za bardzo z czego gotować, ale jakoś starałam się, żeby było smaczne, aby wszystkim starczyło, żeby byli zadowoleni. Przydał się jej kurs gospodarstwa domowego dla katechetek, organizowany w Krakowie jeszcze w latach 60. - Dużo się tam nauczyłam - mówi. - Czasem koleżanki mówiły: „no ty jak coś ugotujesz, to takie smaczne”, a ona odpowiadała zawsze z uśmiechem: „bo to wszystko trzeba robić sercem”.
Kiedyś trafiła do stołówki pewna kobieta aż ze Śląska. Biedna, zaniedbana i bez opieki zamieszkała w jakimś opuszczonym domu w Dąbrowie. Przychodziła z samego rana napić się herbaty, po kawałek chleba, tutaj się myła, jadła obiad i kolację. Janina pomagała jej przez kilka miesięcy, dopóki nie stanęła na nogi. - Najbardziej mi zawsze było żal tych chorych przez alkohol, nieporadnych, zaniedbanych czy rozwiedzionych z powichrowanymi życiorysami - przyznaje. Zaradzała ich biedzie jak potrafiła - zupa, herbata, a do tego jeszcze kromka chleba. Dobro powracało. - Kiedy tylko poprosiłam o pomoc, nigdy mi nikt z nich nie odmówił. Nigdy też nie spotkała mnie przykrość ze strony młodzieży czy dzieci, choć przecież różnie się o nich mówiło. Do dziś grzecznie się kłaniają, kiedy idę przez osiedle - tłumaczy. Fakt, zdarzały się także przykre sytuacje - włamania, kradzieże, tych jednak nie chce wspominać.
Kiedy przychodziło lato, dzieci z całej okolicy zbierały się w Wiśniówce na półkolonie. Organizowała z opiekunami wycieczki, krótkie wyjazdy, wymyślała różne atrakcje. - Piekłyśmy pieczonki, robiłyśmy ogniska z gitarą - wszystko, by dzieci mogły posmakować prawdziwych wakacji.

Reklama

Pod szyldem Caritas

Janina z Caritas związała swoje życie na emeryturze. - To ogromne dzieło, które służy wszystkim. Wystarczy tylko spojrzeć na Wiśniówkę. Opuszczone budynki po kopalni i zlikwidowanej w 2008 r. szkole nieużywane niszczałyby dewastowane przez chuliganów. A tak, jest ośrodek zdrowia z gabinetem lekarskim, dentystą. Pielęgniarki pomagają na miejscu, jeżdżą do chorych, starszych, samotnych na zastrzyk, opatrunek, podłączą kroplówkę. Kto pamiętałby o tych ludziach? - pyta. - Działa hostel, który udziela wsparcia rodzinom w trudnościach, przedszkole katolickie dla kilkunastu maluchów, do świetlicy przeniesionej ze starego budynku codziennie przychodzą dzieci pograć w piłkę, w ping-ponga, mają swój kąt - dodaje.
W ubiegłym roku Caritas uruchomiła w Wiśniówce projekt dla dzieci i młodzieży „Wszystko mogę”. Były zajęcia dodatkowe z języka angielskiego, matematyki, polskiego, wycieczki, poczęstunek. Młodzież chętnie przychodziła. Do dziś rodzice pytają, czy jeszcze takie lekcje będą. W ciągu roku, góra dwóch powstaną na dużej działce obok ośrodka mieszkania socjalne dla ubogich rodzin. To wszystko pod szyldem Caritas.
Obecnie Caritas to największa instytucja pomocowa w regionie, która w 2008 r. udzieliła różnorakiego wsparcia blisko 35 tys. osób. Janina wie, jakie były początki przed dwudziestu laty. Po okresie komunistycznej delegalizacji Caritas mogła odrodzić się w 1989 r. - Byliśmy jedną z pierwszych diecezji w Polsce, które reaktywowały działalność. Wtedy spotkała tutaj ludzi pracowitych i oddanych, dyrektora ks. Stanisława Słowika, który zaczynał od podstaw tworzyć zręby instytucji, siostry zakonne, ludzi, którzy garnęli się do pomocy.
- Janina Bąk była jednym z pierwszych pracowników Caritas - mówi ks. Stanisław Słowik. Posiada nietuzinkową umiejętność łączenia rożnych zadań i funkcji, to niezwykle zaradna osoba. W placówce charytatywnej w Wiśniówce zajmowała się wszystkim: była księgową, kierownikiem, zaopatrzeniowcem, kucharką i sprzątaczką. Do dziś kieruje świetlicą, pomaga, na ile pozwala jej zdrowie i siły. Nawet będąc na zwolnieniu lekarskim (miała poważne problemy z kolanami), nie potrafiła usiedzieć w domu. Bywały „chudsze lata” i czasem nie starczało pieniędzy na niektóre działania. Janina niejednokrotnie skutecznie angażowała się w pozyskiwanie środków finansowych od sponsorów lokalnych - opowiada ks. Słowik.

Czuję się potrzebna

Janina przyszła na świat w 1939 r. 18 czerwca. Wychowała się w rodzinie katolickiej z czwórką rodzeństwa (trzema siostrami i bratem) we wsi Wygwizdów w powiecie koneckim. - Mieliśmy siedem kilometrów do kościoła, ale zawsze rodzice starali się być pełną rodziną na Mszy św. w niedzielę. Tato Janiny, Antoni Kwiatkowski, był kowalem. - Był bardzo dobrym człowiekiem. Lubił grywać na akordeonie wieczorami - wspomina. Janina pamięta jeszcze specjalne koncerty tzw. ogrywanie starego roku według dawnych zwyczajów. - Rodzice byli bardzo lubiani w okolicy, dość powiedzieć, że mieli ponad trzydzieścioro chrześniaków. Mama Władysława pracowała jako krawcowa. Należała do Rycerstwa Niepokalanej i prowadziła koło różańcowe. Potem jej obowiązki przejęła najstarsza siostra Janiny.
W 1958 r. Janina ukończyła liceum ogólnokształcące w Przedborzu. Miała zapewnioną w szkole posadę, jednak proboszcz ks. Antoni Nowakowski przekonywał ją, aby została katechetką, choć to praca w czasach komunistycznych mało pewna. - Dobrze pamiętam, co mi powiedział: „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Boga”. Jego słowa poruszyły mnie, poszłam za głosem sumienia - opowiada. Dostała się na kurs do Ośrodka Katechetycznego w Kielcach. Razem z innymi dziewczynami zamieszkała u sióstr szarytek, które prowadziły dom dziecka przy ul. Kościuszki. - Wtedy po raz pierwszy spotkałam się z ludzką biedą. Patrzyłam na te dzieci i chciałam jakoś pomóc, w pewnym momencie nawet zastanawiałam się nad powołaniem zakonnym - tłumaczy. W katechezie przepracowała dwa lata. Po wyrzuceniu religii ze szkół, podjęła pracę w księgowości w Końskich. Wieloletnie doświadczenie w tym zawodzie przydało się jej potem w prowadzeniu księgowości w placówce Caritas. W Końskich poznała swojego męża Józefa. Pochodził z Bielin, ciągnął w rodzinne strony, do bliskich. Bąkowie przeprowadzili się z Końskich i zamieszkali na osiedlu Bloki, związali swoje życie z Wiśniówką.
- Syn i córka mają już swoje rodziny, a ja mam czas na pomaganie innym. To tylko Opatrzność tak działa. Wstaję wcześnie rano, nogi bolą (czasem nawet długie miesiące musiała opierać się na kulach - przyp. K.D.), ale kiedy przychodzę tutaj, wcale nie czuje upływu czasu i tego zmęczenia. Nie wiem, jak to będzie kiedyś bez pracy. W Caritas, w tym miejscu, w codziennych obowiązkach odnalazłam tak naprawdę siebie. Czuję się potrzebna, to całe moje życie - wyznaje. 9 października, w jubileusz 20- lecia Caritas diecezji Janina Bąk znalazła się wśród dwudziestu czterech wyróżnionych za zaangażowanie i pracę na rzecz potrzebujących. Ze wzruszeniem odbierała dyplom z rąk bp. Kazimierza Ryczana.

Reklama

Jak reżyseruje się „marsze równości”

2019-08-13 12:55

Rozmawia Włodzimierz Rędzioch
Niedziela Ogólnopolska 33/2019, str. 38-39

W Polsce marsze środowisk LGBT nazywane są „marszami równości”. Na całym świecie te same parady znane są jako „Gay Prides”, co wskazuje na ich zasadniczy cel – ukazanie dumy z bycia homoseksualistami.
W Polsce próbuje się przedstawić „marsze równości” jako spontaniczne inicjatywy ludzi, którzy twierdzą, że są dyskryminowani i walczą o należne im prawa. Ale, oczywiście, tak nie jest. Na całym świecie wszystkie „Gay Prides” mają podobną scenografię i tę samą „reżyserię”, co wskazuje na to, że służą one tym samym celom wyznaczonym przez ideologów LGBT.
O próbę przeanalizowania tego zjawiska poprosiłem prof. Tommasa Scandroglia – dawnego wykładowcę Uniwersytetu Europejskiego w Rzymie.

vitaumanainternazionale.org
Prof. Tommaso Scandroglio

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – Badał Pan Profesor zjawisko parad homoseksualnych, zwanych „Gay Pride”. Co je charakteryzuje?

PROF. TOMMASO SCANDROGLIO: – Wszystkie „Gay Prides”, parady dumy gejowskiej, mają pewne wspólne cechy, które starałem się przeanalizować. Przede wszystkim cechuje je duch protestu. Parady te mają w sobie coś z ducha demonstracji 1968 r. (rewolucja studencka), które w roszczeniach dla pewnych grup społecznych (robotników, studentów, kobiet) nie proponowały postaw obronnych, ochrony danej kategorii, ale uciekały się do atakowania tych, których przedstawiano jako wrogów: pracodawców/kapitalistów przeciwstawiano robotnikom, nauczycieli/rodziców – uczniom, mężczyzn/rodziny/dzieci – kobietom. W analogiczny sposób w „Gay Prides” maszeruje się nie na rzecz osób homoseksualnych, ale zawsze przeciwko komuś. Przede wszystkim przeciwko Kościołowi, przeciwko tym, którzy twierdzą, że akty homoseksuale są nieuporządkowane, przeciwko partiom prawicowym, przeciwko ludziom o tradycyjnych poglądach itd. Krótko mówiąc – charakterystyczną cechą tych parad jest duch antagonistyczny, który zaprzecza hasłom o niedyskryminacji, integracji, otwartości na to, co różne, wykrzykiwanym podczas tych samych manifestacji. Innymi słowy – środowiska homoseksualne domagają się dialogu, otwarcia, bycia przyjaznymi, ale same przyjmują całkowicie odwrotną postawę: postawę wrogości, wojowniczości, niezdolność do dialogu.

– Dlaczego znaczna część uczestników tych parad manifestuje półnaga?

– To prawda, że „Gay Prides” to parada półnagich ciał (kostium kąpielowy jest najbardziej popularny), a to z kilku ważnych powodów. Pierwszy – to prowokacja. Zgodnie z agresywnym, wojowniczym duchem, o którym wspomniałem, konieczne jest sprowokowanie „wroga”, zmuszenie go do niekontrolowanej reakcji, by następnie oskarżać go o bigoterię, niewrażliwość i homofobię. Drugi powód – to krytyka. Nagość jest wykorzystywana jako obraza stereotypów, normalności, naturalności relacji. Kryje się za tym rewolucyjne przesłanie: obalić porządek ustanowiony przez Boga, który chciał, by mężczyzna czuł pociąg do kobiety i vice versa, a w szczególności obalić znaczenie czystości i wstydliwości, postrzeganych już nie jako cnoty, ale tabu, które trzeba przełamać, wrogie indywidualnej wolności i pełnemu wyrażaniu siebie. Trzeci powód to transgresja. Półnagie ciało osoby homoseksualnej jest wyrazem pragnienia przekroczenia wszystkich ograniczeń w sferze seksualnej. Pierwszym takim ograniczeniem jest, oczywiście, heteroseksualizm – rozpusta jest rozumiana jako wyzwalająca siła własnych popędów. Czwarty powód to przeciwstawienie „fizyczności” „wewnętrzności” – nagość świadczy o tym, że związek homoseksualny często koncentruje się na erosie, a wymiar afektywny (który jest również chaotyczny, ponieważ pochodzi z orientacji homoseksualnej, która jest nieuporządkowana, jak naucza katechizm), to aspekt drugorzędny. To właśnie fizyczność jest często źródłem stosunków homoseksualnych. Innym powodem jest narcyzm ich uczestników, dla których parada może być sceną do popisu w nadziei, że zostaną zauważeni i docenieni.

– Parady te organizowane są wszędzie i na szeroką skalę, nawet w krajach i miejscach, w których osób o skłonnościach homoseksualnych jest bardzo mało – tak jakby ktoś chciał „narzucić” społeczeństwu temat homoseksualizmu, aby przyzwyczajać ludzi do tego zjawiska...

– To prawda, ponieważ jednym z celów tych parad jest przyczynienie się do uznania zjawiska homoseksualizmu i transseksualizmu za normalne w świadomości zbiorowej, do pozbawienia zwykłych ludzi wrodzonego impulsu krytycznego. Rozpowszechnienie parad na całym świecie sprawiło, że stały się one zjawiskiem obyczajowym, już nawet nie tak nieprzyzwoitym, co w oczywisty sposób pomogło w podejmowaniu wielu innych działań mających na celu „normalizację” homoseksualizmu. Historycznie „Gay Prides” były pierwszą publiczną inicjatywą, która miała na celu akceptację homoseksualizmu w społeczeństwie.

– W Polsce, podobnie jak w innych krajach, „marszom równości” towarzyszą bluźniercze gesty. Dlaczego tak się dzieje?

– Jednym z ich wyróżników jest bluźnierczy charakter i bezczeszczenie Kościoła oraz ducha religijnego. Wspomniałem wcześniej o antagonistycznym wymiarze parad, a pierwszym wrogiem, którego należy zniszczyć, jest Kościół. Dlatego jest w nich tak wiele wulgarności, obelg i bluźnierczych przedstawień przeciwko Bogu, Matce Bożej i świętym. W tych gestach pełnych przemocy nie chodzi tylko o zamiar bezczeszczenia, modny od 1968 r. aż do chwili obecnej, ale jest to przejaw prawdziwej nienawiści do „sacrum”, tak jakby Kościół i święci byli wyrzutem sumienia dla sumienia tych ludzi.

– W większości krajów istnieją prawa uznające bluźnierstwo i oczernianie religii za przestępstwa, które podlegają karze. Dlaczego nikt nie karze homoseksualistów, którzy dopuszczają się takich przestępstw, podczas gdy ludzie przeciwni „marszom równości” są piętnowani lub wprost prześladowani?

– Z jednej strony – ludzie, którzy ośmielają się krytykować bluźniercze gesty i słowa uczestników „Gay Prides”, uważani są za homofobicznych, nieliberalnych, dyskryminujących, średniowiecznych, ponieważ rzekomo cenzurują wolność wypowiedzi. A z drugiej – ludzie, którzy obrażają uczucia religijne całego ludu, korzystają tylko z prawa do wolności słowa! Tak więc są dwie miary oceny: jeśli gej obraża Madonnę, to ta obraza jest wyrazem wolności słowa, a jeśli wierzący krytykuje homoseksualistę, który obraża Maryję, to zasługuje na pójście do więzienia za zniesławienie. Jest to skutek masowej kampanii kulturowej, która zmieniła zbiorowe postrzeganie zjawiska homoseksualizmu i sprawiła, że zwykli ludzie wierzą – z jednej strony – że działacze gejowscy są zawsze ofiarami, które należy bronić, a z drugiej – że katolik jest zawsze „katem” i dlatego zasługuje na pozbawienie wolności słowa, by nie mógł dyskryminować. Ta nierówność traktowania, a raczej otwarta dyskryminacja ludzi wierzących, wywiera w konsekwencji wpływ również na sędziów, którzy w tych sprawach przychylają się do dominujących, mainstreamowych opinii.

– Na stronie homoseksualistów „Gayly Planet” można przeczytać: „Nawet jeśli parady są przezabawne, a ty tańczysz aż do wyczerpania, pozostają demonstracjami politycznymi, by walczyć o równość i prawa społeczności LGBTQ”. Czy „Gay Prides” są formą walki politycznej?

– Według ideologów „tęczowych parad”, prawdziwy gej musi być aktywny politycznie. Homoseksualizm nie może pozostać w sferze prywatnej, ale musi stać się instancją polityczną, musi mieć wymiar publiczny, a zatem musi zostać przekształcony w walkę o swobody obywatelskie, prawa, finansowanie publiczne itp.

– Jeśli za paradami LGBT kryje się konkretna ideologia, to każdy ma prawo je krytykować, tak jak istnieje prawo do krytyki każdej partii czy ideologii...

– Krytyka, kontestacja, dezaprobata zawsze były bronią ruchu LGBT.

– Światowe lobby LGBT od dawna chce zmusić Kościół do zmiany nauki o zachowaniach homoseksualnych. Jakich metod używa, aby to osiągnąć?

– Wśród wielu strategii możemy wskazać trzy. Pierwsza to szantaż. W Kościele, jak przyznał sam Papież, działają lobby homoseksualne i są one bardzo wpływowe. Szantaż jest narzędziem do załatwiania wielu spraw. Jeśli jakiś biskup, rektor seminarium, przewodniczący jakiegoś papieskiego organizmu ma „plamy na życiorysie”, to stają się one walutą wymiany: gejowskie lobby obiecuje, że nie ujawni nic z tego, co wie o życiu biskupa, rektora czy księdza, w zamian za bycie przyjaznym gejom – „gay friendly”. Druga strategia: to przekonanie ludzi, że większość księży jest homoseksualistami. Jest to strategia promowana również przez socjologa i działacza gejowskiego Frédérica Martela w książce „Sodoma”. Twierdzi on, że skoro homoseksualizm jest tak rozpowszechniony w Kościele, to należy go „znormalizować”, uznać za naturalny wariant orientacji seksualnej. I trzecia strategia, również obecna w tekście Martela: ukazywanie homofobów (to neologizm zrodzony z teorii płci, który ma oznaczać ludzi źle nastawionych do homoseksualizmu) jako utajonych homoseksualistów. Tak więc ci, którzy krytykują homoseksualizm, są homoseksualistami, nawet jeśli o tym nie wiedzą. To sztuczka polegająca na tym, że z jednej strony zmusza się kogoś do milczenia, aby uniknąć podejrzeń o homoseksualizm, a z drugiej, na poziomie medialnym, ukazuje się środowsko konserwatywne jako garstkę bigoteryjnych hipokrytów.

* * *

Polska jest na półmetku zaplanowanej na ten rok kampanii środowisk LGBT+.

Od kwietnia do października br. w 23 polskich miastach organizowane są parady i tzw. marsze równości. Pierwsze miały już miejsce, a w sierpniu „marsze równości” przejdą ulicami: Płocka, Gorzowa Wielkopolskiego, Katowic, Szczecina, Torunia, Kalisza, Wrocławia i Lublina.

W ubiegłym roku odbyło się w Polsce 14 tęczowych parad, a w bieżącym jest ich o 40 proc. więcej. Charakterystyczne jest, że organizowane są one nie tylko w dużych aglomeracjach, ale coraz częściej w małych, odległych od centrum, ośrodkach, gdzie społeczność LGBT jest znikoma i nigdy przedtem publicznie się nie prezentowała.

(KAI)

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W obronie naszej Matki i Królowej

2019-08-25 21:16

Magda Nowak

W wigilię uroczystości Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej, 25 sierpnia głównymi ulicami miasta przechodzi procesja maryjna na Jasną Górę z udziałem duchowieństwa, mieszkańców Częstochowy i pielgrzymów z terenu archidiecezji. Tradycyjnie procesję poprzedzają nieszpory odprawiane w archikatedrze.

M. Sztajner/Niedziela

– Poprzez macierzyńską obecność Maryi Kościół nabiera szczególnej pewności, że żyje życiem Chrystusa Zbawiciela, że żyje tajemnicą odkupienia i uzyskuje także tę jakby doświadczalną pewność, że jest po prostu domem każdego człowieka – mówił podczas nieszporów abp Wacław Depo, metropolita częstochowski. Wskazał również na Maryję jako na znak nadziei, Ona jest Tą, która zachęca by mieć odwagę uwierzyć na nowo Bogu i śmiało spojrzeć w oczy Chrystusa. – Pragniemy w tej właśnie modlitwie i w naszej procesji, która jest zawsze rodzajem świadectwa, podziękować Bogu za dar Matki.

Zobacz zdjęcia: Procesja z Obrazem Matki Bożej z Archikatedry Częstochowskiej na Jasną Górę

Pragniemy prosić Go, aby postawił Maryję na naszej drodze jako światło, które pomaga nam, abyśmy my stali się światłem dla tych, którzy jeszcze trwają w ciemnościach grzechu – podsumował.

W procesji pod przewodnictwem metropolity częstochowskiego abpa Wacława Depo, uczestniczyli kapłani: z biskupem seniorem Antonim Długoszem, biskupem pomocniczym Andrzejem Przybylskim, kapitułą Bazyliki Archikatedralnej; osoby życia konsekrowanego, duża rzesza wiernych, członkowie ruchów i bractw archidiecezji, klerycy Wyższego Seminarium Duchownego w Częstochowie oraz pielgrzymi.

Uwieńczeniem modlitwy była Msza św. celebrowana na jasnogórskim Szczycie, będąca jednocześnie ostatnią nowennową Eucharystią przed jutrzejszą uroczystością. Kazanie do zebranych wygłosił bp diecezji sosnowieckiej Grzegorz Kaszak. Słowa rozważania skupił na trwających w Polsce aktach profanacji wizerunku Matki Bożej. – W trosce o szacunek dla naszej Królowej i o dobrobyt naszej ukochanej ojczyzny nie możemy milczeć, tylko na różne sposoby musimy wyrazić swój sprzeciw przeciwko tym skandalicznym zachowaniom oraz podejmować czyny pokutne, by zadośćuczynić Panu Bogu za bluźnierstwa wobec Maryi i Jego osoby – mówił.

– Pytamy autorów i uczestników ataków na Przenajświętszą Panią: Cóż złego zrobiła wam Maryja? Za co Ją tak straszliwie obrażacie? To nas bardzo boli. Maryja jest Matką Boga i naszą Matką, którą bardzo szanujemy i kochamy. Tymi haniebnymi czynami obrażacie także nasze uczucia religijne. Dlatego nie ma i nigdy nie będzie naszego przyzwolenia na takie niedopuszczalne zachowanie – zaznaczył abp Grzegorz Kaszak.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem