Reklama

Modlitwa

Dzieci i my

Różaniec do spania

Niedziela warszawska 31/2013, str. 8

[ TEMATY ]

modlitwa

różaniec

BOŻENA SZTAJNER/NIEDZIELA

Św. Paweł pod koniec listu do mieszkańców Tesaloniki (dzisiejszych Salonik) daje czytelnikom wskazówki dotyczące życie chrześcijańskiego. Pisze m.in: zachowujcie pokój między sobą, upominajcie niekarnych, pocieszajcie małodusznych, unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła. Ten list jest prawdopodobnie najstarszym fragmentem Nowego Testamentu, nawet Ewangelie zostały spisane później. Wśród rad Apostoła jedna jest szczególnie zastanawiająca: „nieustannie się módlcie”. Jak można się modlić nieustannie? Trzeba przecież czasem spać, zarabiać, jeść, sprzątać. Nawet siostry klauzurowe, które poświęcają życie na modlitwę, nie przesiadują w kaplicy przez okrągłą dobę.

Wiadomo, że modlitwa jest naszym obowiązkiem. To, czy rozmawiamy z Bogiem, decyduje o tym, czy jesteśmy Jego uczniami, czy też nie. To, co mówimy i robimy, na ogół jest konsekwencją tego, jak się modlimy. Musimy się też modlić za innych. Niektórym ludziom zwyczajnie się należy się to, żebyśmy się za nimi wstawiali u Boga. Trzeba się modlić za dzieci - o ich zbawienie i dobre życie na ziemi, a także za rodziców, za zmarłych dziadków i tych, którzy byli przed nimi. Obowiązkiem katolika jest modlitwa za papieża, biskupa, proboszcza i innych księży. Nie można zapominać o naszych prześladowanych braciach. Biskup z Południowego Sudanu, który niedawno odwiedził Polskę, opowiadając o prześladowaniach chrześcijan w swoim kraju, mówił, że oni ponoszą męczeństwo za nas, którzy żyjemy w pokoju, ale im też się od nas coś należy. Za własną ojczyznę też trzeba się modlić. A co z tymi wszystkimi ludźmi na świecie, którzy cierpią biedę, niesprawiedliwość, przemoc? Co z tymi, którzy są w czyśćcu? A co z tymi, którzy żyją sobie wygodnie i miło, ale są znajdują się na najprostszej drodze do piekła? To wszystko jest nasza sprawa.

Reklama

No tak, tylko jak temu podołać? Zwłaszcza kiedy ma się małe dzieci i żyje w ciągłym biegu? Nasz znajomy ksiądz mówi, ten, kto kocha, zawsze znajdzie czas dla tego, kogo kocha. Można nastawić budzić nie na 6.00, tylko na 5.40. Jeśli nie da się odmówić na raz całego Różańca, można odmawiać po dziesiątce, na przykład jedną w drodze do autobusu, drugą podczas smażenia kotletów, trzecią w kolejce do kasy w sklepie itd. Ważne, żeby nie zostawiać sobie modlitwy na koniec dnia, bo może się to skończyć tak, jak u nas - kiedyś Iza zobaczyła w sklepie różaniec podobny do mojego i powiedziała, że to jest różaniec do spania. Modlitwa to nie tylko modlitwa ustna. Modli się także ten, kto stara się uświadomić sobie obecność Boga i zwraca się do Niego. A jeśli w dodatku poświęca Mu to, co akurat robi, to jego praca również staje się modlitwą.

3etaty.pl

2013-08-01 16:52

Ocena: 0 -1

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Ich świadectwo wiary

Po raz czternasty około stu mężczyzn wyszło na Rynek Główny w Krakowie, trzymając w dłoniach różańce, by ze św. Józefem oddać cześć Niepokalanej.

W pierwszą sobotę lipca w kościele św. Barbary odbył się Męski Różaniec. Ksiądz Krzysztof Czapla SAC podkreślał w kazaniu, że świat potrzebuje pokuty, a zebrani tu wojownicy Maryi dają piękną odpowiedź na wezwanie Pani z Fatimy.

Po Mszy św. miała miejsce 15-minutowa kontemplacja przed Najświętszym Sakramentem. Następnie uczestnicy nabożeństwa z krzyżem i figurą Maryi ruszyli przez Rynek, odśpiewując litanię do św. Józefa. Pochód zatrzymał się przed bazyliką Mariacką, gdzie mężczyźni klęcząc, odmówili jedną część Różańca świętego.

– Jestem akurat drugi raz na tym cyklicznym nabożeństwie, rok temu byłem z synem – mówi "Niedzieli" pan Wojciech i zaznacza: – Przyszedłem tu nie tylko z poczucia obowiązku, ale i z potrzeby serca. I na pewno będę tutaj wracał i zabierał również moich synów. Na wydarzenie niektórzy przybyli w gronie rodzinnym. – Potrzeba serca, potrzeba propagowania kultu maryjnego i modlitwy – wyjaśnia swój udział pan Dariusz i zauważa: – Pogoda nam dopisuje. To miły sposób na spędzenie wspólnej soboty z rodziną. Jego syn dodaje: – Serce i Pan Bóg dają taką siłę, która mówi: chodź z tatą. Szymon, młodszy brat, stwierdza z kolei, że Matka Boża jest dla niego Mamą i też czuje się Jej małym wojownikiem. A na czym polega męskość i bycie prawdziwym wojownikiem? Jej istotę tłumaczy pan Wojciech: – Można zobaczyć facetów, którzy swojej męskości nie przedstawiają w taki światowy sposób, nie napinają muskułów. Oni męskość okazują w domu, pomagając żonom i wychowując swoje dzieci.

Ojciec Mariusz Balcerak SJ, który prowadził wydarzenie wraz z ks. Krzysztofem, widzi w tym znak Bożej Opatrzności: – Kiedyś przyszedł do mnie pewien chłopak, zapytał, czy byśmy nie mogli zrobić Męskiego Różańca w Krakowie, bo w Warszawie już jest. Przemodliłem to i po dwóch tygodniach zaczęliśmy. Na pierwsze nabożeństwo przyszło około 50 mężczyzn. Widząc, jak oni się modlą, jak są zaangażowani w tworzenie tego wydarzenia, jestem wdzięczny Bogu i zachwycony ogromem Jego łaski, a także potężnego wstawiennictwa Maryi – dzieli się o. Mariusz. Pytany o dary, jakie przynosi wydarzenie, mówi: – Mężczyźni organizują się w Kościele i modlą się razem. To jest też odpowiedź na potrzeby serca, gdyż szukali takiej wspólnoty tylko dla mężczyzn, by modlić się i wynagradzać Niepokalanemu Sercu Maryi za wszystkie zniewagi, grzechy wobec Niej poczynione. Owocem na pewno także jest świadectwo dla ludzi, dla krakowian i turystów. Oni patrzą na nasze zachowanie w przestrzeni publicznej, są podbudowani, widząc ludzi, księży, którzy modlą się wspólnie poza kościołem na różańcu.

Wojownicy Maryi spotykają się w pierwszą sobotę miesiąca o godz. 9 w kościele św. Barbary przy Małym Rynku 8.

CZYTAJ DALEJ

Starałem się pracować z całych sił

Niedziela małopolska 39/2019, str. 4-5

[ TEMATY ]

wywiad

Ks. Jaromir Buczak

Z okazji złotego jubileuszu gratulacje składają przedstawiciele Rady Parafialnej: Janina Węglarz i Mirosław Babicz

Chciałbym tu zaapelować: wstydźmy się codziennie za siebie, a wtedy, być może, będzie mniej powodów do wstydu w ogóle – mówi „Niedzieli” świętujący złoty jubileusz kapłaństwa ks. prof. Antoni Paciorek, który na miejsce kapłańskiej i profesorskiej emerytury wybrał rodzinną Trzcianę (powiat bocheński)

MARIA FORTUNA-SUDOR: – Księże Profesorze, proszę powiedzieć, jak to się zaczęło?

KS. ANTONI PACIOREK: – Żadnego przełomu nie było. Zawsze się trzymałem Kościoła, parafii. Myślę, że niemały wpływ na moje wybory miał brat mego ojca, ks. Jan Paciorek, niemal przez całe życie związany z tarnowskim seminarium duchownym, gdzie wykładał katechetykę. W pewien sposób ma to również związek z bratem ks. Jana – ks. Józefem Paciorkiem. W czasie II wojny światowej obydwaj zostali aresztowani przez gestapo. W wyniku poczynionych starań udało się uwolnić ks. Jana. Ks. Józef trafił do Oświęcimia, gdzie został zamordowany przez Niemców. Ks. Jan przez całe życie pozostawał pod wpływem śmierci starszego brata, chociaż mówił o tym niewiele. Ale na moich prymicjach stwierdził: „Przyszła za brata rekompensata”. No cóż, ta jest zawsze mniej wartościowa, ale się staram…

– Czy w PRL-owskiej rzeczywistości łatwo było zostać kapłanem?

– Moja droga do kapłaństwa wiodła przez pobyt i naukę w tzw. Małym Seminarium (oficjalnie: Studium Humanistyczne), które jeszcze przed I wojną światową założył bp tarnowski Leon Wałęga. Powołania kapłańskie w sferach ziemiańskich były wówczas nieliczne. Z kolei wysyłanie dzieci do szkół w przypadku ubogich mieszkańców wsi, często przekraczało możliwości finansowe. Biskup odbywał pielgrzymki do sanktuarium maryjnego w Tuchowie w intencji powołań. Podobno podczas jednej z nich pojawił się pomysł, aby przeznaczyć sporą część biskupiego domu na internat dla ubogich uczniów. Rzeczywiście, wielu z nich potem wstępowało do Wyższego Seminarium Duchownego, zwiększając znacznie liczbę kapłanów diecezji. Ale nikomu nie narzucano takiego wyboru. Podobnie było w późniejszych, w moich czasach. Przykładem może być były marszałek i premier RP, śp. Józef Oleksy, który także się uczył w Małym Seminarium. Działało ono także w czasach głębokiego PRL-u, a że sytuacja polityczna po II wojnie zmieniła się diametralnie, wychowankowie zdawali maturę w liceum dla pracujących, podając się za rolników, listonoszy, kominiarzy… Oczywiście, nauczyciele wiedzieli, że jesteśmy z Małego Seminarium, ale potrzebny był papier, więc był… Dodam, że zostało zamknięte w 1963 r. przez władze państwowe, oczywiście, z powodu „niskiego poziomu nauczania”, a widomym świadectwem był wspomniany poseł, marszałek i premier.

– A jak zostaje się w Kościele księdzem profesorem?

– W diecezji nie jest tak, że każdy wybiera sobie to, co mu się podoba. Po święceniach kapłańskich biskup wysyła neoprezbiterów na parafię. Ja zostałem skierowany na dwa lata do parafii św. Jakuba w Tuchowie, a następnie – na dalsze studia. Najpierw na KUL, gdzie studiowałem na Wydziale Teologii biblistykę, a na Wydziale Humanistycznym – filologię klasyczną. Potem wysłano mnie do Rzymu. Z Polski wyjechałem z kilkoma dolarami w kieszeni, co, jak się okazało, nawet na drogę z dworca kolejowego do miejsca zamieszkania w Kolegium Polskim nie starczyło (uśmiech). Mieliśmy tam zapewnione mieszkanie i posiłki w Kolegium, a o resztę – np. opłatę za studia, fundusze na zakup książek – trzeba było zadbać samemu. W czasie wakacji jechało się więc na zastępstwo na jakąś parafię i tam się zdobywało parę groszy. To były trudne warunki, ale jakoś się udało.

– Dzisiaj jest łatwiej czy trudniej zostać księdzem?

– Wtedy było na pewno inaczej. Dzisiaj jest więcej, nazwijmy to w cudzysłowie, pokus. Młody człowiek może się po maturze realizować na różne sposoby; podjąć pracę czy to w Polsce, czy za granicą, wybrać studia, gdzie chce… Oczywiście, trzeba powiedzieć o panseksualizmie, który jednak ma wpływ na życie młodego człowieka szukającego drogi. Swoje robią negatywne opinie o pojedynczych kapłanach, upowszechniane przez media w sposób szczególnie natarczywy. One także zniechęcają do wejścia na taką drogę. W tej sytuacji wybór powołania do życia w kapłaństwie zapewnia – jak zawsze – Boża łaska, ale ta może być zagłuszana przez świat i ostatecznie odrzucana.

– Prawda, aktualnie Kościół jest na cenzurowanym. Jak Ksiądz ocenia tę sytuację?

– Dużo by mówić. Taki szczegół. Określone środowiska oczekują, że Kościół będzie nieustannie przepraszał i wstydził się za kogoś, za coś… Wciąż słyszymy, że w Kościele ktoś czegoś tam się wstydzi. Może jest to sprawa szersza, ale krótko powiem, że wstydzę się za to, co wyrzuca mi moje sumienie. Odnoszę natomiast wrażenie, że ktoś ogłaszając, jak bardzo wstydzi się za złe czyny innych, sugeruje: „Ja czegoś takiego nie uczyniłbym nigdy!” I poprawia swe samopoczucie, o co widocznie mu chodzi. Podam przykład spoza Kościoła. Niedawno niemiecki minister, podczas wizyty w Polsce, wyznaje, że wstydzi się za Niemców, którzy zburzyli doszczętnie Warszawę i stali się powodem niezliczonych nieszczęść Polaków. Równocześnie nie wstydzi się wcale, że jako minister reprezentujący niemiecki rząd, jest częścią decydentów, którzy nie chcą przyznać Polakom prawa do reparacji za wojenne zniszczenia. Być może to kwestia nazewnictwa, ale powtórzę, że wstydzić mogę się za to, co osobiście źle robię, zrobiłem. Nie potrafię natomiast wstydzić się za to, co złego stało się w Kościele gdziekolwiek na świecie, na co zupełnie nie miałem wpływu. Oczywiście, ubolewam nad tym i w miarę możliwości (modlitwa, akcje charytatywne), staram się to naprawić. Odnoszę wrażenie, że dziś pewne środowiska z całej siły wmawiają Kościołowi potrzebę wstydu, aby ze spuszczoną głową jak najdłużej stał przed dotkniętymi hipokryzją, samozwańczymi sędziami i jakby na przestrzeni wieków nie uczynił nic dobrego, co mogłoby być, a nawet powinno, powodem do chluby, Chciałbym tu zaapelować; wstydźmy się codziennie za siebie, a wtedy, być może, będzie mniej powodów do wstydu w ogóle.

– A propos chluby. Złoty jubileusz sprawił, że w rodzinnej Trzcianie, w czasie uroczystości odpustowych, został Ksiądz odznaczony przyznanym przez prezydenta RP Andrzeja Dudę Złotym Krzyżem Zasługi. Czym dla kapłana jest takie wyróżnienie?

– Pragnę zaznaczyć, że nie uważam, abym dokonał czegoś nadzwyczajnego. Mogę tylko powiedzieć, że starałem się pracować z całych sił, a publikacje są tego niejakim dowodem. Ufam, że dla kogoś będą pomocne. Wprawdzie twierdzą dziś niektórzy, że wszystko można znaleźć w internecie i książki są już niepotrzebne. Myślę jednak, że póki co warto i trzeba z nich korzystać. Co będzie, jeśli ich zabraknie? A to już nie moje i nie naszego pokolenia zmartwienie.
A co do odznaczenia, to jest ono na pewno miłe. I jestem za nie wdzięczny. Zwłaszcza moim tarnowskim uczniom, którzy o to zabiegali. Mnie by to do głowy nie przyszło. O staraniach dowiedziałem się jako jeden z ostatnich (uśmiech). Wie pani, dziś często jest tak, że wielkie osiągnięcia (oczywiście, nie moje, bo takich nie mam) przechodzą niezauważone. Nawet, gdy ktoś zrobił bardzo dużo w jakiejś dziedzinie, to z jakiegoś powodu się go przemilcza, bo skrytykować nie sposób, a opowiedzieć – broń Boże – ktoś mógłby się dowiedzieć! Ot, taka zasada; nie mówimy, nie piszemy, więc go/jej nie ma. Toteż pragnę jeszcze raz podkreślić, że jestem wdzięczny ludziom, którzy jakoś mnie zauważyli. Ich uznanie jest dla mnie cenniejsze niż samo odznaczenie.

* * *

W bieżącym roku ks. prof. dr hab. Antoni Paciorek, prof. zwyczajny KUL-u, świętuje złoty jubileusz kapłaństwa. To kapłan, który nie tylko w seminarium tarnowskim przez lata kształtował kolejnych duszpasterzy. Wśród jego studentów byli m.in. obecni biskupi posługujący w diecezji tarnowskiej. Znany i ceniony kapłan – naukowiec ukończył, po otrzymaniu święceń kapłańskich, studia specjalistyczne uwieńczone magisterium z filologii klasycznej i doktoratem z teologii w zakresie Pisma Św. na KUL-u, a następnie studia – na Papieskim Instytucie Biblijnym w Rzymie. Wieloletni wykładowca Pisma Świętego w Wyższym Seminarium Duchownym w Tarnowie. Po uzyskaniu habilitacji był zatrudniony na KUL –u. Spis tytułów publikacji ks. prof. Antoniego Paciorka to kilkadziesiąt stronic w wydanej z okazji jubileuszu księdze „Dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół”. Szczegółowe informacje o zakresie podejmowanych zadań naukowych, ściśle związanych z życiem Kościoła, można przeczytać m.in. pod adresem: www.kul.pl/ks-prof-dr-hab-antoni-paciorek,art_435.html

CZYTAJ DALEJ

Ks. Gremza dla KAI: na Białorusi modlimy się o nawrócenie rządzących i zaprzestanie prześladowań

2020-08-13 14:14

[ TEMATY ]

Białoruś

PAP/EPA/Toms Kalnins

Modlimy się o nawrócenie naszych władz, o powstrzymanie przemocy i represji społecznych. O pojednanie. Tak, aby ludzie przestali żyć w ciągłym zastraszeniu, w panice, w bezsilności - mówi w rozmowie z KAI ks. Antoni Gremza, wicekanclerz grodzieńskiej kurii i duszpasterz młodzieży.

Dorota Abdelmoula (KAI): Jak wygląda sytuacja w Grodnie dziś, kilka dni po wyborach, kiedy coraz więcej mediów mówi o tym, że zamieszki na Białorusi się kończą?

Ks. Antoni Gremza: Żyjemy w strachu, w panice. Ludzie w większych miastach boją się nawet wyjść na ulicę, boją się iść wieczorem do kościołów, nawet do tych, położonych w centrum miasta. Wszystko dlatego, że wciąż mają miejsce łapanki, pobicia, aresztowania. Napadani są np. ludzie wychodzący z kościoła. Jednak ci najodważniejsi wciąż przychodzą na Msze, nabożeństwa i wieczorne adoracje. Modlimy się o nawrócenie naszych władz, o powstrzymanie przemocy i represji społecznych. O pojednanie. Tak, aby ludzie przestali żyć w ciągłym zastraszeniu, w panice, w bezsilności. Bo dziś naprawdę większość ludzi się wycofała i boi się wyjść wieczorem z domów.

KAI: Kto pada ofiarą tych represji?

Ks. A. G: Zarówno oddziały OMON-u, jak i wojskowi łapią cywili. Są też „przebierańcy”, funkcjonariusze bez mundurów. Dla nich „wrogiem” jest każdy, kto znajdzie się na ulicy, albo np. wychodzi z kościoła. Czasem trudno jest wytłumaczyć, że cywil, który spaceruje, idzie na Mszę czy do swoich zajęć nie ma wrogich zamiarów. Służby nie przyjmują żadnych argumentów.

Ostatnio zaatakowano np. ludzi, którzy wychodzili z Mszy w parafii katedralnej w centrum miasta. Musieli uciekać z powrotem do katedry. Potrzebna była interwencja księży, którzy wyszli przed kościół i prosili, by nie bito ludzi. Tłumaczyli, że to wierni, którzy byli na Mszy i chcą wrócić do domów.

KAI: Czy Kościół jest szczególnie atakowany?

Ks. A. G.: Nie, potencjalnym celem jest każdy. Każdy cywil jest wrogiem i zagrożeniem dla „systemu”. Może nawet do księży w sutannach na razie mają jeszcze jakiś dystans i ich nie biją, ani nie aresztują. Ale arogancja jest wszędzie, a służby są wyćwiczone w niszczeniu ludzi.

KAI: Czy przed wyborami rzeczywiście mieliście nadzieję, że wynik może być inny?

Ks. A. G.: Nadzieja pojawiła się wraz z pojawieniem się kandydatki opozycyjnej. Ludzie rzeczywiście uwierzyli, że zmiany są możliwe. Ale kiedy ogłoszono wstępne wyniki wyborów, stało się jasne, że to fikcja, że doszło do manipulacji głosami. Takie potraktowanie ludzi, nieliczenie się z nimi, wywołało ogromne oburzenie. Dziś, czyli w czwartek, zaczęły strajkować największe zakłady w Grodnie.

KAI: Na ile cała sytuacja jest dla Was zaskoczeniem, a w jakim stopniu domyślaliście się, że może dojść do takich zamieszek i represji?

Ks. A. G.: Ludzie od dawna nosili w sercach niezadowolenie, które teraz znalazło ujście w protestach. Te protesty są dziś bezlitośnie tłumione, aby zdusić każdy przejaw wolności. Owszem, wiele można było przewidzieć, ale teraz w ludziach wzrosła świadomość, że mają swoje prawa: do wolności, do obrony swojego głosu. I z tym prawem do wolności toczy się teraz walka.

KAI: Wprawdzie władze Polski szybko zareagowały i zaczęły się upominać na arenie międzynarodowej o poszanowanie praw Białorusinów, ale pojawiły się też zarzuty, że takie apele należało kierować jeszcze przed wyborami. Czy, patrząc z Księdza perspektywy, zareagowaliśmy zbyt późno?

Ks. A. G.: Nie jestem politykiem, więc trudno mi te działania polityczne oceniać. choć ten problem musi zostać rozwiązany wewnątrz. Naród sam musi się wyzwolić. Niemniej jednak głosy solidarności z zewnątrz i duchowe wsparcie są bardzo ważne, podobnie, jak świadomość że opinia publiczna jasno jest po stronie tych, którzy są krzywdzeni. Tym bardziej, że ludzie jednogłośnie domagają się dziś nowych wyborów, wolnych, demokratycznych i o to się modlą. A także o to, by rządzący zaczęli z nimi rozmawiać, zamiast ich prześladować.

KAI: Czy te strajki, protesty, postulaty mogą według Księdza przynieść jakieś owoce?

Ks. A. G.: Czas pokaże. Na razie agresja jest wielka, nie do opanowania. Modlimy się nie tylko o to, aby zaprzestano przemocy wobec obywateli, ale też aby oni nie odpowiadali agresją. O to apelowali z resztą ostatnio abp Kondrusiewicz i bp Budkiewicz z Witebska. Nie chcemy, żeby doszło do zemsty za zemstę. Ludzie się trzymają, ale nie wiadomo, na jak długo starczy im sił.

KAI: Abp Kondrusiewicz zaapelował w ostatnich dniach o utworzenie „okrągłego stołu” i pokojowych rozmów o przyszłości kraju – na ile, według Księdza, ta prośba może nakłonić władze Białorusi do zmiany prowadzonych działań?

Ks. A. G.: Trudno powiedzieć… trudno, żeby Kościół katolicki mógł być mediatorem w tych sprawach, nawet jeśli rządzący muszą się z nami liczyć. Bardziej Cerkiew Prawosławna, ale ta jest po stronie władz.

KAI: A jak wygląda dziś codzienne życie duszpasterskie w Kościele katolickim na Białorusi? Najpierw w cieniu pandemii, teraz – trwających zamieszek?

Ks. A. G.: Przede wszystkim, staramy się nieść pod strzechy nadzieję i pociechę, że miłość jest mocniejsza od nienawiści. Bo ludzie, jak mówiłem, są dziś przestraszeni i załamani. Wielkie poczucie odpowiedzialności za kraj jest też w młodych ludziach. To oni proszą nas księży o modlitwę. Na przykład wystąpili do biskupa z prośbą o codzienną adorację na terenie całej diecezji i rzeczywiście odważnie przychodzą, modlą się. Są wyczuleni na prawdę.

Tak więc Kościół żyje, modli się, choć wierni, którzy przychodzą, nie są tak liczni, jak przed pandemią. U nas kościoły nie zostały zamknięte z powodu koronawirusa. Wszyscy wierni, którzy czuli się zagrożeni do dziś mają możliwość skorzystania z dyspensy od niedzielnej Mszy św., ale ci odważni cały czas przychodzili i przychodzą. Zachowują dystans, noszą maseczki. Walczymy modlitwą i wszystkimi możliwymi środkami bezpieczeństwa.

Uczymy też naszych wiernych, że trzeba żyć w prawdzie. Przy okazji wyborów apelowaliśmy do członków komisji wyborczych, by nie fałszowali wyników, by prawidłowo liczyli głosy, przypominaliśmy, ze oszustwo jest grzechem ciężkim.

KAI: Co może dziś zrobić Kościół w Polsce i na świecie, by Wam pomóc, by nie przechodzić obojętnie?

Ks. A. G.: Na pewno na pierwszym etapie potrzebne są modlitwa i publiczne wsparcie poszkodowanych. Władza nie liczy się z wyrazami wsparcia, ale ważne, żeby wiedziała, ze opinia publiczna jest po stronie obywateli. Nasi mieszkańcy są bardzo solidarni i to rodzi wiele dobrych gestów. Sami starają się zbierać środki, by pomóc poszkodowanym, którzy potrzebują leczenia, ale też muszą spłacić ogromne mandaty, jakie otrzymali. Powstał specjalny fundusz, który obywatele sami próbują zasilać swoim wkładem. I to chyba tyle, na razie więcej nie da się zrobić.

KAI: Pamiętam spotkanie Rady Konferencji Biskupich Europy, które kilka lat temu odbyło się w Mińsku. Wydaje mi się, ze wówczas w zachodnich mediach nie wybrzmiały za bardzo rzeczywiste wyzwania Kościoła na Białorusi, ale raczej podkreślano atmosferę dobrej współpracy z rządzącymi i wzajemnej serdeczności…

Ks. A. G.: Rzeczywistość zewnętrzna bardzo różni się od układów wewnętrznych. Na pewno patrząc na tę zewnętrzną formę układy między państwem a Kościołem są dobre, ale Kościół nie może wpływać na kwestie społeczne, czy polityczne. Ma bardzo ograniczone prawo głosu. Mamy rozdział państwa od Kościoła, który sprawia, że nie mamy wpływu na sytuację, możemy wspierać naszych wiernych tylko duchowo i w ramach działalności duszpasterskiej wewnątrz kościelnych murów.

Trudno oderwać rzeczywistość Kościoła od państwa. Zmiany społeczne wpływają na Kościół, wymagają od nas odpowiedzi, niesienia wsparcia i nadziei wiernym, wychowywanie ich w duchu godności, aby o niej pamiętali i jej nie zatracali, nie rezygnowali z niej. Na razie jakoś się udaje.

KAI: Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję