Reklama

Edukacja

Lekcje historii po polsku

Czas wakacji sprzyja rodzinnym wyjazdom, pielgrzymowaniu do głównych i lokalnych sanktuariów Polski, a także innych atrakcyjnych miejsc, o których słyszeliśmy, że warto je odwiedzić, zobaczyć, poznać. Choć to nader prawdziwe w treści porzekadło „cudze chwalicie swego nie znacie” ma wśród nas ciągle racje bytu, jednak wydaje się tracić nieco z ostrości swego przekazu. Szukający mocniejszych wrażeń turyści są w stanie przez kilka godzin czekać, by wejść na szczyt Giewontu, ale coraz więcej jest takich, którzy wybierają mniej osławione szlaki i chętnie podążają za wskazaniami „przewodników”, które powstają w czasie rodzinnych dysput lub przyjacielskich pogawędek. Ten oddolny przekaz staje się swoistym kursem na lokalnych znawców topografii terenu i jego historii, a często wręcz „rodzinnym uniwersytetem”.

Pasja do poznawania historii

Podjęte w ślad za nim turystyczne wyprawy odsłaniają taką wiedzę, do której dotarcie wymaga wewnętrznego otwarcia się na drugiego człowieka. Bywa, że te informacje płyną z pokładów długo skrywanego bólu, poczucia krzywdy, czy niesprawiedliwości historycznej. Czasami wszystko zaczyna się od groteski, którą napisało życie, jak w przypadku pewnej rodziny, w której kilkuletni Kacper patrząc na znajdujący się w pobliży drogi znak „miejsce pamięci narodowej” zaskoczył swoich rodziców stwierdzeniem: „Chcę pójść tam, gdzie był ten pożar, bo ja będę strażakiem”. Ten mały projekt na życie własnego synka zainspirował rodziców do odwiedzenia zbiorowej mogiły z okresy II wojny światowej, obok której przejeżdżali tysiące razy do szkoły, do miasta, na zakupy i przy wielu innych okazjach. Były to pierwsze odwiedziny na tego typu, dość powszechnych w Polsce, obiektach. Dały jednak początek pasji rodzinnego poznawania nieodkrytej dotąd historii Polski, historii własnej ojcowizny i rodu. Podobne doświadczenie miał Hirek - tak wszyscy do niego mówili w domu, w szkole, w parafialnej grupie ministranckiej. Bywa, że poszukiwanie patrona w trakcie przygotowań do bierzmowania prowadzi młodych ludzi do wykazania się oryginalnością przynajmniej w brzmieniu tego imienia. Hirek ten etap miał już za sobą. Już wcześniej wielokrotnie pytał rodziców dlaczego ma takie imię. Wielkim było dla niego odkrycie, że nosi imię swojego dziadka Hieronima Dekutowskiego (1918-49), który był żołnierzem AK, szefem „Kedywu” AK Lublin-Puławy, jednym z organizatorów WiN. Bohaterski dziadek walczył z władzą komunistyczną w latach 1944-47. W końcu został aresztowany i zamordowany w 1949 r. podczas barbarzyńskich działań ludowej władzy, która umiała ją sprawować zadając jedynie śmierć i niszcząc wszelkie inne, niż tzw. „ludowe”, spojrzenie na rzeczywistość społeczno-polityczną. Hirek otrzymał imię swego dziadka w okresie, gdy 1992 r. został on zrehabilitowany, a następnie jako pierwszy stał się kawalerem medalu Sigillum Civis Virtuti. Ta wielka rodowa karta, słusznie przywracająca dumę całej rodzinie i młodemu Hirkowi, dała możliwość pełniejszego utożsamienia się z Ojczyzną przez imię, które dla upamiętnienia bohaterskich czynów przodka nadali mu jego rodzice. Stała się podstawą do zapoznania się z trudną i często bardzo bolesną historią Polski.

Rekonstrukcje historyczne

Daty, które wyznaczają nie tylko następujące po sobie dni w kalendarzowym układzie zapraszają do uporczywego odbudowywania zniekształconego i często sponiewieranego dziedzictwa naszego narodu, naszych małych Ojczyzn. Podpowiadają także, jak uczyć historii w dobie, kiedy rozporządzeniem ministra RP nie znajduje się dla niej miejsca w siatce zajęć szkolnych. Gdy pamięć pokoleniowa żywo kłóci się z oficjalnym przekazem „historiotwórców” poddanych poprawności politycznej. Jednym ze sposobów historycznej edukacji są zapewne modne ostatnio i realne w naszej ekonomicznej rzeczywistości rekonstrukcje historyczne. Dziś nie tylko dowiadujemy się o odtworzeniu słynnej bitwy powszechnie określanej Cudem nad Wisłą z 1920 r., bitwy pod Grunwaldem, bitew powstania styczniowego, czy jak ostatnio rzezi wołyńskiej w Radymnie. Rekonstrukcje te odbywają się w coraz mniejszych środowiskach - jak chociażby gminy, czy wsie - przywracając całemu narodowi jego prawdziwą historię. Trzeba powiedzieć, że w tych wydarzeniach żywo uczestniczymy, jako aktorzy, statyści, twórcy planów rekonstrukcyjnych, widzowie, ale też uczestniczymy w nich ogladając relacje w telewizji, przez Internet czy inne media. Tworzy się w nas tzw. pamięć emocjonalna. Jest ona podobna do tej, jaka powstaje w traumatycznych doświadczeniach pożogi wojennej, bombardowania, czy egzekucji. Pamięć niezatarta, trudna do usunięcia nawet przy wielu propagandowych zabiegach. Pamięć, która reaguje bólem, gdy słyszy się określenie „polskie obozy koncentracyjne”, czy zaprzeczenie o istnieniu „Katynia”, „Wołynia”, a pojęcie „Jedwabne” ma upokarzać i wzbudzać we wszystkich Polakach poczucie zbiorowej odpowiedzialności za Holokaust.

Reklama

Piętno świadomości

Polacy potrafią ocalić pamięć i dbać o jej właściwy kształt przez kultywowanie genealogii. Owszem była to kiedyś domena magnaterii, szlachty oraz ludzi przynależących do innych tak zwanych wyższych warstw społecznych. W historii powstawały one sukcesywnie w wyniku jego rozwoju i unowocześnianej organizacji. Przecież nie tylko snobizm kierował Polakami wczoraj i jest głównym motorem napędowym także i dziś w tym obszarze. Słusznie widzi się w tych działaniach, które dziś często schodzą na poziom przedszkoli i szkół podstawowych formę historycznego wychowania człowieka. Dziecko tworzące prostą genealogię: dziadkowie, rodzice, ja i moje rodzeństwo, uczą się historii w najbardziej podstawowym wydaniu, historii faktu, historii przyczynowo-skutkowej, wolnej od interpretacyjnych nadużyć. Daje ona płaszczyznę do poznania dziejów poszczególnych członków rodziny i ich zanurzenia w dzieje wielkiej historii narodu. W lokalnych środowiskach funkcjonuje wiele nazw własnych związanych z żyjącymi tam rodzinami lub wydarzeniami, które odcisnęły swoje piętno na świadomości i poczuciu tożsamości Polaków. Przebrzmiał w naszej historii czas rycerzy, ale trzeba i dziś pielęgnować rycerskość. Chorągiew Rycerstwa Ziemi Sandomierskiej jest nie tylko turystyczną atrakcją. Jest przecież sposobem identyfikacji i jakąś próbą odwołania się do tego co w dziejach Polski najznamienitsze. To prawda, że w historii naszych rodów nie zawsze odnajdujemy świetlane postaci warte naśladowania i afirmacji, ale to nie znaczy, że nie powinniśmy w sercu obudzać i nosić zachwytu oraz pragnienia dla postaw szlachetnych i bohaterskich.

- Przez tworzenie drzew genealogicznych - mówi Barbara-Scilanga, wychowawca świetlicy i nauczyciel wychowania do życia w rodzinie w Zespołach Szkół w Cholewianej Górze i Starym Narcie - dzieci bardzo wiele dowiadują się od swoich dziadków i rodziców o udziale członków ich rodzin w wydarzeniach ogólnopolskich jak np. II wojna światowa, czy okres „Solidarności”. Powstaje wtedy możliwość zweryfikowania rodowych podań, a często nawet skonfrontowania różnych punktów widzenia, co czyni tę wiedzę rzetelną.

Religia i patriotyzm

Jest jeszcze inny wymiar budowania postaw patriotyzmu, stale obecny w naszym życiu w formie najbardziej podstawowej. Patriotyzmu odnoszącego się do prawdy w wymiarze ostatecznym, którą jest sam Bóg. Który odwołuje się do budowania pokoju i zgody na bazie przebaczenia oraz naprawiania błędów. Owszem nie chce on zamazywania pamięci, ale chce ją przyjmować w duchu Chrystusowym. W duchu, który nie zamyka oczu nawet na czynione dobro, mimo że jego źródło znajdowało się po stronie wroga i agresora. W polskich parafiach często słyszymy zaproszenie do modlitw w kontekście różnych wydarzeń patriotycznych. Wielkie uroczystości religijne, jak np. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, obchodzona 15 sierpnia, została przez społeczność naszego narodu obrana jako dni świętowania Wojska Polskiego. Podobnie, jak w dniu 3 maja, gdy to czcimy nie tylko heroiczne czyny, które doprowadziły do uchwalenia Konstytucji, ale przede wszystkim Maryję Królową Polski. Prawie w każdej katolickiej świątyni znajdziemy tablicę, albo nawet kilka nawiązujących do wspaniałych rocznic, czy upamiętniających polskich synów i córki, którzy na ołtarzu Boga i Ojczyzny złożyli swoje życie. To żołnierze zrywów powstańczych, Armii Krajowej, ofiary niemieckich pacyfikacji, zesłańców do radzieckich łagrów, przesiedleńców czy represjonowani w dobie komunistycznego terroru. Są wśród nich świeccy i duchowni, osoby w podeszłym wieku oraz dzieci i młodzież, żołnierze pospołu z cywilami.

Reklama

Pamiętać o bohaterach

14 sierpnia wspominamy św. Maksymiliana Kolbe, który w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, oddał życie za bliźniego. Wtedy to modlimy się w intencji pomordowanych w obozach koncentracyjnych, więzieniach i łagrach. W różnych lokalnych społecznościach, parafiach płomienie zniczy będą upamiętniać patriotów zamordowanych w hitlerowskich obozach koncentracyjnych, w sowieckich łagrach i komunistycznych więzieniach. Na stronach internetowych prawie każdej parafii będzie można odczytać zachętę, miejsce i godzinę, kiedy to duchowni organizować będą parafian do wspólnej modlitwy czy apelu.

Patriotyzm i młodzież

W tym wszystkim nie wolno pominąć patriotycznego nurtu wychowania wobec ludzi młodych, który jest realizowany przez miejscowe grupy oazowe, Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, czy koła parafialnych Caritas. Mimo wielu starań parafie nie są w stanie pomóc wszystkim pragnącym skorzystać z wakacyjnego wypoczynku na oazach, koloniach w formie wakacji z Bogiem, pielgrzymkach, czy innych wyjazdach. Istnieją parafie, które podejmują organizację półkolonii. Dzieci i młodzież mieszkają w domach swoich rodziców, a korzystają w ciągu dnia ze zorganizowanego czasu w świetlicach przy parafialnych lub innych domach. Otwiera to możliwości do poznawania historii małych Ojczyzn do spotkań z miejscowymi bohaterami. Piękne tradycje w tym zakresie tworzą np. parafia św. Józefa w Nisku, Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Jeżowem. Maria Cisek, katechetka i wychowawczyni w Zespole Szkół w Jeżowem - Centrum, mówi: - Przeprowadzona przez naszą parafię tego typu akcja cieszyła się ogromnym powodzeniem. Dzieci miały możliwość rozczytać chociażby lokalne nazwy jak „Kościelne Góry” - miejsce związane z pierwotną lokacją kościoła parafialnego, „Kurhany” - czyli cmentarzysko pochodzące ze schyłku neolitu lub wczesnej epoki brązu z ponad 20 nagrobnymi kopcami. Wielkim przeżyciem dla dzieci i młodzieży było odwiedzenie na parafialnym cmentarzu pięknego pomnika dedykowanego żołnierzom II wojny światowej i innym patriotom. Te działania dokonujące się w parafiach są poważną lekcją patriotyzmu za który Kościół bierze pełną odpowiedzialność, podejmuje się ich inspiracji, uważa je za godne i wysoko wartościowe. Jest to przejaw troski Kościoła w formowaniu postaw chrześcijańskiego humanizmu i zdrowego patriotyzmu. Warto zatem urlopowy i wakacyjny czas wykorzystać przez praktyczne studiowanie naszej historii, co nie zawsze wychodzi nam, gdy dla zapoznania się z nią siadamy przed opasłą książką.

2013-08-07 14:15

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kard. Nycz: 309. WPP to pielgrzymka modlitwy o dobre przygotowanie się do beatyfikacji kard. Wyszyńskiego

2020-08-03 14:58

[ TEMATY ]

pielgrzymka

B. M. Sztajner

309. Warszawska Pielgrzyma Piesza, zwana paulińską będzie w tym roku pielgrzymką modlitwy o dobre przygotowanie się do beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego i jej rychłe nastąpienie; pielgrzymką nadziei i chrześcijańskiej, braterskiej miłości - napisał kard. Kazimierz Nycz w liście do pątników.

Warszawska Pielgrzymka Piesza jest jedną z najstarszych w Polsce. Pierwszy raz wyruszyła ze stolicy na Jasną Górę w 1717 r. 20 mężczyzn pod kierunkiem Antoniego Gromadzkiego poszło wówczas w pielgrzymce pokutnej, aby prosić o zatrzymanie epidemii dżumy. Rokrocznie 6 sierpnia wyrusza w ramach WPP ponad 5 tys. osób. W tym roku z powodu epidemii i związanych z nią ograniczeń sanitarnych na szlak pieszo ruszy tylko 50 osób. Reszta będzie pielgrzymować duchowo.

W specjalnym przesłaniu do pątników przekazanym PAP metropolita warszawski zaznaczył, że tegoroczna pielgrzymka "ma wyjątkowy charakter, choć bardzo skromny, wręcz symboliczny". "Pątniczym szlakiem podążą jedynie przedstawiciele różnych grup, aby zachować nieprzerwalność pielgrzymowania, ale duchowo – idzie cała Warszawa" – oświadczył kard. Nycz.

Zapowiedział, że będzie to "pielgrzymka modlitwy o dobre przygotowanie się do beatyfikację Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego i jej rychłe nastąpienie". "To pielgrzymka nadziei i chrześcijańskiej, braterskiej miłości – przeżywana pod hasłem +Ten zwycięża, kto miłuje+" - napisał kardynał.

Zwrócił uwagę, że słowa te nawiązują do zdania, które prymas Tysiąclecia, wypowiedział w archikatedrze św. Jana w 1966 roku i mimo upływu czasu są one wciąż aktualne. "Tylko człowiek, który miłuje jak Bóg – bezinteresownie i bezwarunkowo – jest zdolny do największych poświęceń i wie, jak pokonać życiowe trudności. Tylko taki człowiek zwycięża" - napisał kard. Nycz.

Metropolita warszawski podkreślił, że tegoroczna pielgrzymka będzie również czasem "wielkiego dziękczynienia za 100-lecie cudu nad Wisłą i setną rocznicę urodzin św. Jana Pawła II – niestrudzonego Pielgrzyma, którego duchowe bogactwo nieustannie nas zachwyca i inspiruje do dobrego życia".

Kard. Nycz podziękował także wszystkim pątnikom za trud pielgrzymowania podjęty w zupełnie nowej formie. "Dziękuję za waszą wiarę, a przede wszystkim za ochoczego ducha, który porywa do drogi" – napisał metropolita warszawski.

Życzył również pielgrzymom, by "łaska Pana otwiera ich serca na Słowo Boże i drugiego człowieka, ożywiała codzienną miłość i prowadziła do miłosierdzia".

Na zakończenie kard. Nycz polecił modlitwie pielgrzymów intencje całego Kościoła, w tym zwłaszcza archidiecezji warszawskiej, Ojczyzny i świata.

W tym roku na pątniczy szlak pieszo wyruszy tylko 50 osób. "Każda z grup pielgrzymkowych, zasadniczych i piętnastek, będzie reprezentowana przez swojego przewodnika niosącego intencje złożone do specjalnego plecaka. Pozostałe osoby to służby niezbędne do organizacji pielgrzymki i do zachowania jej duszpasterskiego charakteru" - zapowiedział kierownik pielgrzymki paulin o. Krzysztof Wendlik.

W dniach 6-14 sierpnia, pielgrzymi duchowi będą łączyć się gromadząc na codziennej mszy św. w kościele Świętego Ducha w Warszawie. Liturgie z konkretnym przesłaniem na dany dzień będą celebrowane o godz. 9 i 17 - zaznaczono. Myślą przewodnią rekolekcji, które poprowadzi paulin o. Zbigniew Ptak, będą słowa - "Jak rozkochać się w mszy św.".

"Będziemy prosić Boga o wybaczenie grzechów, które ciążą na sumieniu naszym, jak i naszego kraju, zwłaszcza grzechów pychy, niewiary, podziałów i nieposzanowania życia najsłabszego. Pójdźmy przepraszać Maryję za wszystkie zniewagi, jakich doznała w ostatnim czasie w naszej ojczyźnie, za profanację jej jasnogórskiego wizerunku, bo miłosierdzie boże objawia się tam, gdzie serce jest skruszone" – oświadczył o. Wendlik.

Zapisy na pielgrzymkę duchowa potrwają do 5 sierpnia.(PAP)

Autor: Magdalena Gronek

mgw/ godl/

CZYTAJ DALEJ

Oddany Maryi

„Jestem niewolnikiem Maryi nie dla pięknych słów. Na wszystko, czego Bóg ode mnie zażąda, jestem zawsze gotów”.

Matka Boża zawsze była dla niego ważna – najpierw jako idea chrześcijańskiego życia, potem jako żywa osoba. Niebawem uczynił kolejny krok: oddał Jej się bez reszty. Chciał, by Ona sama pisała jego dzieje i losy powierzonych mu ludzi.

Doświadczenie domowe

Wyjściowe jest doświadczenie dziecka. „Mój ojciec z upodobaniem jeździł na Jasną Górę, a moja matka do Ostrej Bramy” – opowiadał. Wieczorami wsłuchiwał się w dyskusje o cudownej roli Matki Najświętszej i w spory, „która Matka Boża jest skuteczniejsza: czy Ta, «co w Ostrej świeci Bramie», czy Ta, «co Jasnej broni Częstochowy»”.

Wspominał: „Te podróże moich rodziców, ich dążenia i rozmowy, wspomnienia łask otrzymanych i uzyskanych pomocy (...) stworzyły fundament dla ufności i nadziei ku Matce Boga, która mnie nigdy nie opuściła”.

W podwójnym nabożeństwie zaczęła niebawem dominować Maryja z Jasnej Góry. Może to konsekwencja śmierci matki, bo z chwilą jej odejścia młody Stefan zaczął się coraz bardziej wiązać z Panią Jasnogórską – dalej gorąco czczoną przez ojca.

Doświadczenie historyczne

Z upływem lat maryjne doświadczenie umacniało się przez wydarzenia historyczne. Najpierw osobiste, którym była przede wszystkim śmierć matki, gdy przyszły prymas miał zaledwie 9 lat. Uczył się, że w skrajnych sytuacjach to Ona jest ostatnią nadzieją i że trzeba Jej wszystko zawierzyć. „W trudnych okresach życia, ale pełnych łaski Bożej – podkreślał – wiedziałem już na pewno, że najlepiej wszystko zostawić Matce Najświętszej i wszystko «postawić na Nią». Niech Ona pomaga i zwycięża”.

Za 10 lat przekonanie o potędze Maryi pogłębiło się w nim jeszcze bardziej. Był świadkiem Cudu nad Wisłą: oddania Polski na Jasnej Górze pod opiekę Maryi, wielkiej modlitwy całego narodu i w konsekwencji interwencji z nieba, która zmieniła dzieje świata. Wtedy poznał „mechanizm” cudu.

Do tego doświadczenia odwołał się dwadzieścia kilka lat później, kiedy szukał drogi ocalenia swego narodu przed prześladowaniem polskości i wiary.

Doświadczenie osobiste

Wstąpił do seminarium – chciał zostać księdzem. Latem 1923 r. ciężkie zapalenie płuc przekreśliło wszystkie jego plany; mimo choroby otrzymał jednak święcenia kapłańskie – „na jedną Mszę”. Miejscem ceremonii była kaplica Matki Bożej w katedrze włocławskiej. To nic, że zakrystian powiedział, iż „z takim zdrowiem to nie do ołtarza, ale na cmentarz”. Pomyślał: „Skoro wyświęcono mnie na oczach Matki, która patrzyła na Mękę swojego Syna na Kalwarii, to już Ona zatroszczy się, aby reszta zgodna była z planem Bożym”. Przez długi czas każdą kolejną Mszę św. uważał za być może ostatnią.

Na miejsce odprawienia pierwszej Mszy św. wybrał Kaplicę Cudownego Obrazu. „Pojechałem na Jasną Górę, aby mieć Matkę, aby stanęła przy każdej mojej Mszy św., jak stanęła przy Chrystusie na Kalwarii” – wyjaśnił.

W niewytłumaczalny sposób szybko wracał do zdrowia. Stało się to w małej, nieznanej wówczas nikomu parafii Matki Bożej Bolesnej w Licheniu, gdzie przez kilka miesięcy przebywał na rekonwalescencji. Wszystko mówiło mu, że uzdrowiła go Matka Najświętsza. Potem powiedział: „Najbardziej bezpośrednią mocą w moim życiu jest Maryja. Przez szczególną tajemnicę, której w pełni nie rozumiem, została Ona postawiona na mojej drodze. Wiem, że z tej drogi zejść nie mogę i nie chcę! ”.

Uzupełnienie intelektem

Biskup skierował go na studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Dało mu to możliwość intelektualnego pogłębienia tego, co stało się już jego udziałem przez doświadczenie. Maryjność nie była dla niego czymś „poza intelektem”, nie stanowiła kolorowej przybudówki do pobożności. Miała się wiązać nie tylko z miłością, ale także z wiedzą.

Chciał zrozumieć, dlaczego Maryja szła przed nim „jako światło, gwiazda, życie, nadzieja i Wspomożycielka w ciężkiej sytuacji”. I stąd ta reguła: „Stawiając wszystko na Bogurodzicę, nie zostałem zawiedziony”.

Odkrywał pisma ks. Charles’a Journeta. Poznał nową wizję Kościoła – świętego i niepokalanego na wzór Maryi. Liczący sto stron rozdział Dziewica sercem Kościoła był lekturą, do której nieustannie powracał. To stąd przyswoił sobie teologiczne podstawy szczególnej misji Maryi – Jej bliskości i Jej pośrednictwa.

Na studiach pogłębiał teologię maryjną. Poznał też myśl personalistyczną, co z kolei pomogło mu widzieć w Matce Najświętszej model dla każdej osoby ludzkiej.

Doświadczenia te zebrał w swojej pracy habilitacyjnej, w której zajął się tematyką społeczną i zupełnie nowym tematem: teologią doczesności. Jego rozprawa zginęła podczas wojny, Wyszyński mógł ją jedynie krótko streścić: „«Doczesnością» jestem ja sam, moja dusza i moje ciało, i ja tę moją duszę i moje ciało muszę poprzez życie doczesne oddać Bogu według myśli Bożej”. To jego ukryte motto: nie wybierać drogi życia, ale odczytać to, co zamierzył Bóg.

Weryfikacja doświadczenia

Gdy wybuchła II wojna światowa, na polecenie biskupa opuścił Włocławek. Ukrywał się, ponieważ był poszukiwany przez gestapo. Ostatecznie trafił do podwarszawskich Lasek. Kiedy zbliżał się front, losy powierzonych mu ludzi złożył w ręce Maryi. „Podtrzymywałem na duchu strwożonych sytuacją przyfrontowego życia głównie modlitwą do Matki Bożej” – wspominał. I dalej: „Nigdy nie byliśmy zmuszeni do odłożenia wieczornego Różańca”.

Już nie musiał polegać na maryjnym doświadczeniu ojca. Zdobywał własne. Sam stał się bowiem świadkiem opieki i cudów Matki Bożej.

Maryjny biskup

Myślał o tym, żeby zająć się pracą naukową i społeczną, gdy nieoczekiwanie otrzymał wiadomość o nominacji na biskupa diecezji lubelskiej. Dotarła do niego w uroczystość Zwiastowania w 1946 r. Początkowo nie chciał przyjąć tej nominacji, ostatecznie jednak uznał datę za znak z nieba – że ma jak Maryja powiedzieć „fiat”.

Na miejsce konsekracji wybrał Jasną Górę, a wizerunek Królowej Polski umieścił w swoim herbie. „Ten herb to nie ozdoba” – wyjaśnił. „To nie tylko znak. To program mego posłannictwa”. Nowy biskup umieścił w nim też maryjne motto, które stało się jego zawołaniem: „Soli Deo” – „ [wszystko] Samemu Bogu”.

Dwa nabożeństwa

Był związany z Matką Jasnogórską, ale w swojej diecezji szerzył kult Niepokalanego Serca. Już wtedy umiał odczytywać znaki czasu i z całych sił popierał maryjny program kard. Augusta Hlonda, który 8 września 1946 r. poświęcił naród polski Niepokalanemu Sercu Maryi. W przygotowania do tego aktu zaangażował się tak mocno, że mimo iż był biskupem zaledwie od 5 miesięcy, to właśnie jemu – najmłodszemu z hierarchów – kard. Hlond zlecił wygłoszenie kazania podczas wrześniowych uroczystości.

Kiedy opuszczał diecezję, powiedział: „Przyszedłem do Was pod znakiem Maryi Jasnogórskiej. Dziś, gdy idę dalej w swej życiowej misji, zostawiam Was na kolanach przed Jej Niepokalanym Sercem”.

Prymas

Kiedy po 2 latach został następcą prymasa Hlonda, powiedział: „Moje nabożeństwo do Matki Najświętszej stało się programem pracy”. Do czasu uwięzienia wygłosił przeszło tysiąc kazań poświęconych Matce Bożej. Dostrzegł, że wszystkie ważniejsze dla niego sprawy dzieją się w dni Jej poświęcone. Sam zaczął podejmować ważne decyzje w dni maryjne.

Był świadomy maryjnej spuścizny poprzednika i nazywał ją pięknie „szczęśliwym atawizmem prymasów Polski”. Wyszyński przyznawał się do dawnej polskiej pobożności i widział w niej receptę na ocalenie narodu.

Pytany o powody uczynienia własną drogi maryjnej kard. Hlonda odpowiedział krótko: „Sam zaufałem Maryi i uczynię wszystko, aby to, czego nie zdążył dokonać prymas Hlond, zostało wykonane”. Czekał na wypełnienie się proroctwa jego poprzednika – na „zwycięstwo przez Maryję”.

Wprowadził jednak pewne novum – podejmował dzieło Augusta Hlonda pod znakiem jasnogórskim.

Droga jasnogórska

Jasnogórską Ikonę uczynił ośrodkiem całego swego programu. O więzi prymasa z tym miejscem najlepiej świadczy wyznanie: „Stoję na progu kaplicy jasnogórskiej i tam zawsze chcę być. Jestem związany z Jasną Górą teraz i na zawsze”.

W 50. rocznicę święceń wyznał: „Wiele rzeczy w moim życiu pragnąłbym uczynić inaczej, lepiej, aby uniknąć niejednego błędu i słabości. Ale (...) na jednym odcinku nie pomyliłem się: na drodze duchowej na Jasną Górę. Drogę tę uważam za najlepszą cząstkę, którą Bóg pozwolił mi obrać”.

Tajemnica życia

Z wolna zaczęła w nim dojrzewać myśl o oddaniu się Maryi w niewolę za wolność Kościoła w Polsce. Uczynił to niedługo po swoim uwięzieniu w 1953 r. To ofiarowanie się do całkowitej dyspozycji Matce Bożej było odtąd „tajemnicą jego życia”.

Ale maryjnego misterium nie uważał za swoje odkrycie ani za swoją własność. Wiedział, że jego udziałem stało się doświadczenie, które jest istotą tożsamości polskiego narodu: „Jestem dzieckiem tego narodu, który uważa, że Matką jego jest Święta Boża Rodzicielka. (...) Doświadczenie mnie pouczyło, że tylko (...) przy pomocy Dziewicy Wspomożycielki i Pani Jasnogórskiej można czegoś dokonać w Polsce. Oczywiście, mocami Bożymi! Taka jest bowiem wola Boga (...): «Maryja dana jest ku obronie narodu polskiego»”. „Mam na to mnóstwo dowodów” – dodał.

Niewola u Maryi

Gdy sytuacja polskiego Kościoła wydawała się przegrana, oddał się Jej jako żertwa ofiarna za wolność Kościoła i za ocalenie polskiego narodu. Uczynił to w Stoczku Warmińskim 8 grudnia 1953 r. – w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny.

Przysięgał Maryi: „Postanawiam sobie mocno i przyrzekam, że Cię nigdy nie opuszczę, nie powiem i nie uczynię nic przeciwko Tobie. Nie pozwolę nigdy, aby inni cokolwiek czynili, co uwłaczałoby czci Twojej. Oddaję się Tobie, Maryjo, całkowicie w niewolę, a jako Twój niewolnik poświęcam Ci ciało i duszę moją, dobra wewnętrzne i zewnętrzne, nawet wartość dobrych uczynków moich, zarówno przeszłych, jak obecnych i przyszłych, pozostawiając Ci całkowite i zupełne prawo rozporządzania mną i wszystkim bez wyjątku, co do mnie należy, według Twego upodobania, ku większej chwale Boga, w czasie i w wieczności”.

To kulminacyjny moment na maryjnej drodze kard. Wyszyńskiego. Świadczą o tym jego słowa wypowiedziane tuż przed śmiercią: „Jestem ufny wobec Matki Najświętszej, z którą się związałem w więzieniu w Stoczku i wszystko przez Jej dłonie składałem na chwałę Trójcy Świętej”.

Oddany Maryi godził się na wszystko. „Jestem niewolnikiem Maryi nie dla pięknych słów. Na wszystko, czego Bóg ode mnie zażąda, jestem zawsze gotów”.

Nieoczekiwanie, na fali „polskiego października”, jesienią 1956 r. więzień wyszedł na wolność.

Plan

Od tamtej chwili Wyszyński chciał „szczęśliwy atawizm prymasów” obudzić w całym narodzie. Miał długofalowy plan. Wiedział, w jaki sposób Maryja z Jasnej Góry obali struktury zła...

„Wyszyńskiego opanowała jakaś szaleńcza idea, mianowicie, że tutaj, w Polsce (...) rozstrzygną się losy światowego komunizmu”– powiedział w czerwcu 1958 r. Zenon Kliszko, odpowiedzialny w PZPR za politykę wobec Kościoła.

Miał rację. Prymas rzeczywiście był przekonany, że Kościół i Polska wchodzą w decydujący moment historii. „Los komunizmu rozstrzygnie się nie w Rosji, lecz w Polsce” – przepowiedział. Czekał na interwencję jedynego prawdziwego sojusznika – nieba. Ale wiedział, że działanie Maryi jest odpowiedzią na działanie ludzi na ziemi...

Pamiętał o lekcji z 1920 r. Nowy cud nad Wisłą wymagał spełnienia podobnych jak wtedy warunków.

CZYTAJ DALEJ

Paryż: rozpoczyna się restauracja organów katedry Notre-Dame

2020-08-03 16:42

[ TEMATY ]

Francja

katedra Notre‑Dame

Ks. Zbigniew Chromy

Katedra Notre Dame (Naszej Pani) w Paryżu (przed pożarem)

Rozpoczyna się restauracja organów katedry Notre-Dame w Paryżu, poszkodowanych w pożarze z 15 kwietnia ub.r. Instrument będzie rozebrany na części, które po renowacji zostaną ponownie złożone. Prace zakończą się w 2024 roku.

Do tego właśnie roku ma być, zgodnie z obietnicą prezydenta Francji Emmanuela Macrona, odbudowana cała świątynia. Ma to związek z tym, że w 2024 roku w Paryżu odbywać się będą Letnie Igrzyska Olimpijskie. Termin ten jednak wydaje się mało prawdopodobny, choć rektor świątyni prał. Patrick Chauvet ma nadzieję, że za cztery lata stan prac pozwoli przynajmniej na odprawianie tam Mszy św.

Prace przygotowawcze do odbudowy katedry były już dwukrotnie przerywane na kilka miesięcy: najpierw z powodu skażenia całego terenu ołowiem wytopionym w czasie pożaru z elementów dachu, a następnie z powodu pandemii koronawirusa. Planuje się, że do końca roku uda się jedynie usunąć wielkie rusztowanie znajdujące się na dachu jeszcze przed pożarem, które uległo częściowemu stopieniu w jego trakcie. Trwa także zabezpieczanie bryły budowli. Właściwa odbudowa świątyni rozpocznie się więc dopiero w 2021 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję