Reklama

Jan Paweł II

Kim była Emilia Wojtyłowa

„Nie przeżyje pani tego porodu, proszę dokonać aborcji” - te słowa usłyszała od swego lekarza Emilia Wojtyłowa, gdy się okazało, że spodziewa się dziecka. Mimo to zdecydowała się je urodzić. Żyła jeszcze dziewięć lat po narodzinach Karola - przyszłego papieża

Była jesień 1919 roku. Emilia wraz ze swym mężem Karolem Wojtyłą i synem Edmundem od sześciu lat mieszkała w Wadowicach, a od niecałego roku w wynajętym mieszkaniu przy ulicy Kościelnej. Była w siódmym niebie, gdy się dowiedziała, że spodziewa się kolejnego dziecka.

Długo na nie czekała. Syn Mundek miał już trzynaście lat. Córeczka Olga, którą urodziła przed trzema laty, żyła tylko 16 godzin. Emilia bardzo przeżyła jej śmierć. Zaczynała już się martwić, czy w ogóle będzie jeszcze mogła zajść w ciążę. Tym bardziej że kończyła trzydziesty szósty rok życia. A tak pragnęła, by Edmund miał rodzeństwo. W końcu jej nadzieje się spełniły. Wreszcie rodzina się powiększy. Była szczęśliwa.

Ale idylla nie trwała długo.

Reklama

Tak bardzo chciała żyć

Od lekarza, znanego ginekologa i położnika wadowickiego, usłyszała diagnozę, która brzmiała jak wyrok: ciąża jest zagrożona. Lekarz powiedział, że jej nie donosi i nie ma szans urodzić żywe dziecko. A jeśli dziecko się urodzi - to kosztem życia matki. Aby więc ratować siebie, powinna usunąć poczęte już dziecko - oznajmił jej stanowczo lekarz. „Nie przeżyje pani tego porodu, proszę dokonać aborcji” - tłumaczył.

Emilia była w szoku. Ma zabić dziecko, które nosi w sobie? Czy jej życie jest ważniejsze niż dziecka? Każde ma przecież taką samą wartość. I każde jest święte - wierzyła mocno. Ale była też świadoma, że jej życie też jest potrzebne. Miała przecież syna, Edmunda, który liczył dopiero trzynaście lat. To jeszcze dziecko. Jak sobie poradzi bez matki? Pamiętała, że tyle lat miała ona sama, gdy zmarła jej mama. Wiedziała, jak ciężko jest być półsierotą i za nic w świecie nie chciała narażać swojego dziecka na taki los. A co będzie, jeśli oboje, i ona, i dziecko, nie przeżyją porodu? Edmund nie będzie miał ani matki, ani rodzeństwa. No i co będzie z jej mężem? Miała zgotować mu los wdowca? Tyle wspólnych planów jeszcze mieli. Skończyła się wojna, Polska stała się niepodległa, jej syn Edmund po dwóch latach szkoły w Górnej Austrii był teraz z nią w domu, zdrowo rósł, dobrze się uczył. Mąż wynajął nowe, większe mieszkanie. Życie zaczynało się stabilizować.

Emilia chciała żyć. Tak bardzo chciała żyć.

Reklama

Na ich odpowiedzialność

Decyzję podjęła bardzo szybko. Już po pierwszej rozmowie z mężem nie miała wątpliwości: urodzi to dziecko! Przecież ono ma prawo żyć. Jak będzie trzeba, to ono da sobie radę, musi tylko mu to umożliwić. A cokolwiek się stanie, znaczy, że taka jest wola Boża.

Emilia pragnęła za wszelką cenę wypełnić swe przeznaczenie. W ten sposób pojmowała powołanie do bycia żoną i matką. Nie mogła teraz od tego uciec. Zrezygnować.

- Musiała być bardzo świadoma swej roli matki, niezwykle dojrzała, bo tylko taka osoba może powiedzieć: wolę umrzeć niż się pozbyć swojego dziecka - komentuje dziś psycholog Maria Król-Fijewska. Natomiast psycholog Anna Zabrodzka dodaje, że postępowanie Emilii Wojtyłowej świadczy też o jej ogromnej pokorze. - Nie jej plany były najważniejsze, cechowała ją zgoda na życie takie, jakie ono jest. Wiedziała, że nie od niej wszystko zależy. Miała jasno określony system wartości.

- Ciążę Emilii poprowadził inny lekarz, z wadowickich koszar, w których pracował jej mąż, podoficer Karol Wojtyła - relacjonuje historyk z Wadowic Michał Siwiec-Cielebon, który poznał tę historię od akuszerki przyjmującej poród Emilii. - Akuszerka mówiła mi, że Emilia Wojtyłowa była załamana, gdy lekarz zasugerował jej aborcję. W pełni zdawała sobie sprawę z zagrożenia życia swojego i dziecka, tym bardziej że diagnoza padła z ust najbardziej znanego wówczas położnika w Wadowicach. Ale szybko nabrała zaufania do lekarza, którego znalazł jej w swoim miejscu pracy mąż. Był to doktor Taub, który słynął ze skuteczności leczenia, nawet trudnych i beznadziejnych przypadków.

Doktor Taub był świadom, że utrzymanie przy życiu poczętego dziecka może skończyć się tragicznie. Ale nie nalegał na aborcję. Podjął się ryzyka poprowadzenia ciąży Emilii na wyraźną prośbę obojga małżonków. I na ich odpowiedzialność.

Niemożliwe stało się możliwe

Drugi syn Emilii urodził się 18 maja 1920 r. około godziny siedemnastej.

Tego dnia w Wadowicach było wyjątkowo gorąco jak na tę porę roku. Temperatura dochodziła nawet do trzydziestu stopni Celsjusza. Do tego było duszno. Emilia leżała na łóżku w swoim domu. Kiedy skurcze porodowe były coraz silniejsze, poprosiła położną, żeby otworzyła okna. Potrzebowała więcej powietrza. I więcej siły.

Gdy zbliżała się godzina siedemnasta, rozległo się bicie kościelnego dzwonu, a potem śpiew Litanii loretańskiej ku czci Najświętszej Maryi Panny. Mieszkańcy Wadowic, jak zawsze w maju o tej porze, uczestniczyli w nabożeństwie majowym.

Zbieg okoliczności? Zapowiedź cudu? Bo w tym właśnie momencie dziecko Emilii przychodziło na świat. Rodziła je, wsłuchując się w śpiew Litanii ku czci Matki Bożej. Jakby Ktoś w górze w tym porodzie pomagał.

Urodził się cudowny chłopczyk. A właściwie chłopak. Był bowiem wyjątkowo duży, silny, zdrowy. I głośno płakał, jakby chciał przekrzyczeć ludzi śpiewających Litanię w pobliskim kościele.

Gdy akuszerka położyła niemowlaka na piersiach matki, zobaczyła, że po policzkach Emilii płyną łzy, na twarzy zaś rysuje się szeroki uśmiech. Matka czuła radość, wzruszenie i szczęście, że zdarzył się cud. Bo i dziecko, i ona żyją. Do tego zamiast chuderlawego, słabego dzieciątka, którego się spodziewała, urodziła wielkiego, mocnego chłopca.

Papież znał tę historię

- Położna zapamiętała ten poród na całe życie! Drugiego tak niezwykłego, przy śpiewie Litanii loretańskiej, nigdy nie odbierała - opowiada Michał Siwiec-Cielebon.

- Ojciec Święty znał tę historię, rozmawiał bowiem kiedyś z tą akuszerką i wspominał później, że przychodził na świat przy śpiewie Litanii ku czci Matki Bożej - mówi kard. Stanisław Dziwisz.

Były też inne zbieżności. Sam Papież powiedział kiedyś w rocznicę swoich urodzin, gdy był w jednej z włoskich parafii: „Urodziłem się pomiędzy godziną siedemnastą a osiemnastą, czyli o tej samej godzinie, o której pięćdziesiąt osiem lat później zostałem wybrany na papieża”.

To dziecko będzie kimś wielkim

Po urodzeniu Karola Emilia sprawiała wrażenie jakby odżyła, odmłodniała, nabrała sił. Na jedynym zachowanym zdjęciu z kilkumiesięcznym synkiem wreszcie się uśmiecha. Trzyma go przed sobą, ubranego w białą sukieneczkę. Sama w ciemnej sukni, uczesana w kok, w uszach ma kolczyki. Zadbana, elegancka, radosna.

Niemal oszalała na punkcie tego dziecka - podkreślały sąsiadki Wojtyłów. Bez przerwy lulała go w domu w drewnianej kołysce, śpiewała mu do snu, nosiła go w poduszce, trzymała na kolanach. Nie mówiła na niego Karol, tylko zawsze - zdrobniale - Loluś, a gdy był starszy - najwyżej: Lolek. To było najbardziej oficjalne określenie syna.

Codzienna krzątanina przy dziecku najwyraźniej sprawiała jej przyjemność. Mimo że nie było jej łatwo. Warunki dość trudne: woda - w studni, musiała ją więc dźwigać wiadrami do domu na piętro. Aby wykąpać dziecko, musiała zagotować wodę i przelać ją do balii. Do gotowania służył piec, w którym trzeba było najpierw napalić. Pieluchy były wtedy z tetry, wymagały więc nieustannego prania i gotowania - a łazienki w domu przy Kościelnej nie było. Nie bardzo też Emilia miała gdzie suszyć bieliznę. Prasowała w kuchni na stole. Prozaiczne domowe czynności zajmowały jej wiele godzin, wyczerpywały i tak wątłe siły. Do tego dochodziły zakupy, przygotowywanie posiłków, sprzątanie.

- Pani Wojtyłowa znosiła wózek z dzieckiem na nasze podwórze - wspominała sąsiadka Helena Szczepańska. - Przed naszą kamienicą było trochę zieleni. Na środku stała studnia. Pani Wojtyłowa przywoziła dziecko, siadała przy tej studni, a ja wychodziłam na ganek. Często prosiła mnie, żebym zeszła i przypilnowała Lolusia, bo ona musi dopilnować obiadu albo wyjść po sprawunki. Wtedy schodziłam i woziłam jej synka.

W czerwcu 1920 r., kiedy skończył się rok szkolny, więcej czasu miał drugi syn Emilii, i to on wtedy jej pomagał przy Lolku, gdy mąż był w pracy.

- Przy znoszeniu wózka po tych stromych krętych schodach pomagał matce jej starszy syn, Edmund - opowiadała sąsiadka Helena Szczepańska. - Do tego jeszcze matka ciągle go posyłała po pieluszki, po ubranka. Biedny Mundek biegał wciąż na górę, nieraz było mi go nawet żal! Ja wtedy myślałam - cóż z tego dzidziusia wyrośnie! Skaczą koło niego jak koło królewicza.

Emilia kochała bardzo Karola, to było oczywiste. Tak cudownie urodzony, można powiedzieć - cudownie ocalony, darowany przez los i Boga, stał się teraz oczkiem w głowie matki.

- Pewnego razu rozmawiałam z panią Emilią, ta nachyliła się nad wózkiem, w którym leżał mały Lolek, i powiedziała: „To dziecko będzie kimś wielkim” - wspomniała Helena Szczepańska. Powiedziała to z takim wewnętrznym przejęciem, z taką pewnością, jakiej u nikogo nie spotkałam. Mam wrażenie, że to przekonanie pani Wojtyłowej podzielali jej mąż i starszy syn. Matczyna intuicja Emilii nie zawiodła.

Nauczył się cierpienia od matki

Tak naprawdę jednak od chwili tego porodu domowa codzienność Emilii bywała już bardzo różna. Bo coraz częściej zdarzały się takie dni, kiedy czuła się bardzo źle. Właściwie od urodzenia trzeciego dziecka nie było z nią dobrze, jej życie naznaczone było chorobami, coraz większym cierpieniem, nieustanną słabością.

Wiedziała jednak, że mąż musi pracować zawodowo, i organizowała zajęcia tak, by domownicy jak najmniej odczuwali jej niedyspozycję. Nie było tak, że dom był zaniedbany, że nie było ugotowanego obiadu, a dzieci pozostawione bez opieki.

- To potwierdza, że musiała być kobietą silną psychicznie i bardzo dobrze zorganizowaną - zaznacza psycholog Anna Zabrodzka. - Widać, że w każdej sytuacji przejawiała aktywność, co świadczy o tym, że nie popadała w depresję czy zniechęcenie - dodaje psycholog Ewa Osóbka-Zielińska.

Siłę dawała jej też wiara i modlitwa. Nikt nie pamiętał, by narzekała na swój los czy złorzeczyła. A kiedy było trzeba, umiała prosić o pomoc. W nagłych sytuacjach zwracała się nie tylko do Heleny Szczepańskiej, ale również do innej z sąsiadek - Zofii Pukło. Gdy Lolek już chodził, zabierała go do siebie do domu, a że sama miała małe dzieci, chłopiec mógł się tam z nimi spokojnie pobawić. Później, gdy stan zdrowia Emilii się stopniowo pogarszał, pani Pukłowa co niedziela, regularnie, zjawiała się zaraz po porannej Mszy św. w domu Wojtyłów, by dopilnować ich spraw domowych. Siłą rzeczy musiał się w nie angażować również mąż Emilii. A trzeba przyznać, że był niezwykle oddany żonie i dzieciom, praktycznie nigdzie nie chodził po pracy, każdą wolną chwilę spędzał w domu. Pomagał też w lekcjach Edmundowi, który uczył się już w gimnazjum.

Jak wspomina sąsiadka, Maria Janina Kaczorowa, już w roku 1927 choroba Emilii mocno dawała się we znaki: - To wyglądało na serce i jakiś reumatyzm. Martwiła się, że jest taka bezsilna. Pamiętam, że wywieziono panią Emilię na leczenie. Nie pamiętam dokąd. Cierpiała na bezwład nóg. I inne choroby. W Wadowicach ludzie mówili, że ma ona coś z kręgosłupem albo z wątrobą.

Inni sąsiedzi podzielali to przekonanie. Zapamiętali też, że w słoneczne dni mąż wynosił Emilię na leżaku na balkon. Zajęta była wtedy szyciem lub cerowaniem.

Taki obraz matki miał również jej syn, Jan Paweł II.

André Frossard zanotował: „Swoją matkę znał właściwie wyłącznie jako osobę chorą. (…) Jego wspomnienia o matce są dosyć mgliste; pamięta jednak, że było mu przykro, kiedy raz pojechała do Krakowa bez niego, pewnie po poradę lekarską”.

Marta Burghardt, autorka książki „Wadowickie korzenie Karola Wojtyły”: - Niezwykle wymowne są jego słowa, w których stwierdza, że nauczył się cierpienia od matki.

Na co jednak konkretnie chorowała Emilia i dlaczego tak bardzo cierpiała, nie wiadomo. Nie potrafi tego powiedzieć nawet nikt z jej rodziny.

- Nie zachowały się żadne przekazy na ten temat - wyjaśnia dzisiaj Maria Wiadrowska, prawnuczka siostry Emilii.

Podobną opinię wyrażają inni krewni wywodzący się z rodziny Kaczorowskich i z rodu Wojtyłów. O szczegółach choroby Emilii nigdzie nie ma śladu. Nie pozostała dokumentacja medyczna, nawet jedna recepta.

Przyjmowała życie, jakie jest

W roku 1927 było z nią już na tyle źle, że konsekwencje stały się poważne: jej mąż Karol postanowił przejść na wcześniejszą wojskową emeryturę. Musiał na stałe zaopiekować się żoną i siedmioletnim synem. Emilia nie była już w stanie prowadzić domu, nie mogła podołać najprostszym obowiązkom. Co więcej - sama zdana była na pomoc innych. Trudność sprawiały jej najbardziej prozaiczne czynności. Coraz więcej było takich dni, które musiała spędzać w łóżku, z dala od wszystkich spraw. Niekiedy nawet całymi tygodniami leżała w zamkniętym pokoju, do którego Lolek rzadko wówczas wchodził - matka nie chciała bowiem, aby patrzył na jej cierpienie.

Karol Wojtyła senior przejął więc zarządzanie gospodarstwem domowym. Robił zakupy, przygotowywał posiłki, zmywał naczynia, sprzątał mieszkanie, prał. W tym okresie przypomniał też sobie wyniesione z domu rodzinnego rzemiosło - krawiectwo. Odwiedzający Lolka koledzy często widywali jego ojca przy takich czynnościach, jak: szycie, przerabianie starych ubrań, cerowanie skarpetek. Znajdował też czas, żeby syna i jego kolegów wprowadzać w dzieje ojczyste, opowiadał im różne zdarzenia z historii Polski, uczył języka niemieckiego. I pływania - bo kochał sport. Niekiedy wędrował z Lolkiem i jego kolegami po górach. A gdy do domu przyjeżdżał Edmund (studiował już wtedy medycynę w Krakowie), dołączał do nich i on. Rozgrywał wtedy mecze piłki nożnej z młodszym bratem, chodził z nim na spacery nad Skawę albo grali razem w ping-ponga.

Emilia cieszyła się, że bracia mają ze sobą tak dobry kontakt. Mimo choroby nie zajmowała ich sobą, nie narzekała, chociaż jej starszy syn, znakomity student medycyny, interesował się zdrowiem matki i angażował w przebieg leczenia. Przeglądał lekarstwa, udzielał porad, konsultował się z lekarzami. Może to dawało jej nadzieję na wyzdrowienie?

Na ile mogła, włączała się w przygotowanie Lolka do Pierwszej Komunii Świętej. To ona uczyła go pierwszych modlitw, tłumaczyła, jak ważna w ludzkim życiu jest wiara. Matczynym okiem Emilia obserwowała religijne zainteresowania syna, widziała, jak bardzo pragnie on zostać ministrantem. Starała się podtrzymywać go w tej decyzji. Ale zarazem nie narzucała swojej wizji. Rozumiała, że to musi być jego wybór. Że każde z dzieci musi przeżyć własne życie według swojego zamysłu, a nie matki. Nawet gdyby miało tego później żałować.

Kiedy jednak dzień Pierwszej Komunii Świętej Lolka zbliżał się, na początku 1929 r., stan zdrowia Emilii pogorszył się już tak bardzo, że nie miała siły zajmować się synem. Nie mówiąc już o komunijnych zakupach dla niego: białej koszuli czy bucikach. Przeżywała to bardzo, niekiedy napomknęła którejś z sąsiadek, że przez chorobę zaniedbuje Lolusia. Ale - jak przy wielu okazjach podkreślały jej sąsiadki z tamtych lat - Emilia, z natury realistka, w każdej sytuacji umiała godzić się z wolą Bożą. Przyjmowała życie takie, jakie jest, bez buntu i złorzeczenia. To najważniejszy motyw wypowiedzi sąsiadek o pani Wojtyłowej.

„Czas ucieka, wieczność czeka”

W sobotę 13 kwietnia 1929 r. temperatura w Wadowicach wynosiła plus piętnaście stopni Celsjusza. Było bardzo ciepło, zważywszy, że w Niemczech odnotowano w tym samym czasie mrozy. Wiał wiatr północno-wschodni. W powietrzu czuć było już wiosnę. Zieleń zwiastowała powolne odradzanie się przyrody do życia, według stałego rytmu natury. Odwiecznego porządku rzeczy. Ale w domu Wojtyłów nikt tego nawet nie zauważył. W salonie, na łóżku, leżała cierpiąca Emilia. Było zimno. W powietrzu czuć było nadchodzący koniec. Bezpowrotne przemijanie życia. A panująca wokoło cisza zwiastowała przygotowanie do drogi. Najdłuższej. Najważniejszej. Na drugą stronę istnienia. Wszystko według stałego rytmu, odwiecznego, naturalnego porządku. Bo jeśli jest życie, to musi być i śmierć. Innej możliwości nie ma.

Przy chorej Emilii od rana czuwał mąż. Patrzył, jak żona słabła z godziny na godzinę. Ale wciąż była przytomna. Poprosiła go, by sprowadził do niej z parafii księdza z Komunią Świętą. Koniecznie chciała też przyjąć sakrament namaszczenia chorych.

Gdy kapłan zjawił się w domu, po odmówieniu modlitwy „Ojcze nasz” namaścił poświęconym olejem dłonie i czoło Emilii, a potem podał jej Komunię Świętą. Leżała zbolała, ale na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Jej oczy wyraźnie się ożywiły. Była spokojna, milcząca. Gasła, mając świadomość, że sakrament, który przyjęła, jednoczy z męką Chrystusa i przygotowuje na przejście do wieczności.

Czy bała się śmierci? Zapewne, jak każdy. Może tylko z tą różnicą, że śmierć była nieodłączną towarzyszką życia Emilii, przychodziła po jej bliskich, a teraz upomniała się o nią. Może więc zdążyła się do niej przyzwyczaić?

Ale czy można przywyknąć do śmierci?

Z całą pewnością natomiast, jak opowiadały sąsiadki, Emilia do końca ufała w Boże miłosierdzie i w Bożą opiekę. Nie miała wątpliwości, że „życie tylko zmienia się, ale się nie kończy”. Tyle razy słyszała te słowa na pogrzebach innych ludzi, a teraz odnosiła je do siebie.

I znów, tak jak bywało już w ważnych chwilach, tak teraz, gdy dobiegało końca jej ziemskie życie, patrzyła w okno, na zegar ze znamiennym napisem: „Czas ucieka, wieczność czeka”. Wieczność - stawała się tak bardzo realna. Była niemal na wyciągnięcie ręki.

Co Emilia mówiła przed śmiercią? - tego nie wiadomo. Dobrze, że mąż trwał z nią do samego końca. To on odprowadzał ją w tę najważniejszą podróż. Odchodziła, mając przy sobie kochaną osobę. Według starej tradycji odchodzenia. Nie za szpitalnym parawanem, ale w domu, wśród najbliższych.

Kres ziemskiego życia Emilii nastąpił 13 kwietnia 1929 r. Odeszła cicho, spokojnie, tak jak żyła.

Dlaczego ta śmierć nadeszła akurat teraz? Po co Panu Bogu była potrzebna w Niebie czterdziestopięcioletnia Emilia Wojtyłowa, skoro w domu w Wadowicach został jej dziewięcioletni synek, który tak bardzo potrzebował jeszcze matki?

Wtedy wydawało się to niepojęte. I nielogiczne. Dopiero z perspektywy niemal stu lat, kiedy to osierocone dziecko jest najbardziej znanym świętym na świecie, można dopatrywać się głębszego sensu tej - przedwczesnej niewątpliwie - śmierci. Choć po ludzku wciąż stanowi ona tajemnicę, wpisuje się w Boży plan wobec przyszłego papieża.

Więcej o Emilii Wojtyłowej czytaj w książce, która właśnie ukazała się w księgarniach pt: „Matka Papieża. Poruszająca opowieść o Emilii Wojtyłowej”. Patronat nad publikacją objęła „Niedziela”.

2013-09-30 14:34

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Św. Jan Paweł II patronem Kalwarii Zebrzydowskiej

2020-07-07 15:08

[ TEMATY ]

Jan Paweł II

Kalwaria Zebrzydowska

Arturo Mari/Biały Kruk

W roku 100. urodzin Jan Paweł II zostanie ogłoszony patronem Kalwarii Zebrzydowskiej. Do tamtejszego urzędu miasta dotarł akt wystawiony przez Kongregację ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów przy Stolicy Apostolskiej.

Uroczyste przekazanie dekretu potwierdzającego ten fakt nastąpi w czasie odpustu Wniebowzięcia NMP w Kalwarii Zebrzydowskiej, a przekaże go metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski.

Starania o uczynienie Jana Pawła II patronem Kalwarii Zebrzydowskiej rozpoczęły się w 2019 r. Na wniosek burmistrza miasta, Rada Miejska podjęła 30 grudnia ub. roku uchwałę z prośbą skierowaną do abp. Marka Jędraszewskiego o poparcie inicjatywy ustanowienia św. Jana Pawła II patronem Kalwarii Zebrzydowskiej. Metropolita krakowski uchwałę wraz z rekomendacją przekazał do Stolicy Apostolskiej. Do prośby pozytywnie odniosła się również Konferencja Episkopatu Polski oraz nuncjusz apostolski abp Salvatore Pennacchio.

W uzasadnieniu uchwały czytamy: „Wyrażając wolę wielu mieszkańców Miasta Kalwaria Zebrzydowska, wdzięcznych Bogu, że dane im było żyć w czasach, gdy Papieżem był najznamienitszy z Rodu Polaków, prosimy Jego Ekscelencję o skierowanie do Stolicy Apostolskiej wniosku o ustanowienie Patronem Miasta Kalwaria Zebrzydowska Świętego Jana Pawła II”.

„Jan Paweł II był dla nas Polaków Przewodnikiem i Nauczycielem. Pamięć o Janie Pawle II to nie tylko wyraz patriotyzmu, ale także i przede wszystkim idea oparcia się na trwałych wartościach wynikających z Ewangelii” – podkreślają włodarze miasta.

Jan Paweł II jako jedyny otrzymał tytuł Honorowego Obywatela Miasta Kalwarii Zebrzydowskiej. Akt przekazany został papieżowi w Ludźmierzu w czasie jego szóstej pielgrzymki do Polski. Wówczas przyjął z rąk burmistrza Kalwarii Zebrzydowskiej oraz przedstawicieli Rady Miejskiej dekret potwierdzający to wydarzenie.

Karol Wojtyła od najmłodszych lat nawiedzał Kalwarię Zebrzydowską, bazylikę i dróżki. Przybywał tu początkowo z ojcem, a następnie jako kapłan, biskup, kardynał, a ostatecznie jako następca św. Piotra. W czasie przejazdu do Wadowic i krótkiego postoju na kalwaryjskim rynku, 14 sierpnia 1991 r. papież wypowiedział słowa: „Dziś tylko na krótko się tu zatrzymuję. Ale tutaj serce moje zostało na zawsze”.

Ostatnia Eucharystia na polskiej ziemi w 2002 r. miała miejsce w kalwaryjskiej bazylice. Tutaj Jan Paweł II zawierzył Maryi losy Kościoła i narodu polskiego. Wydarzenie to było klamrą spinającą życie Karola Wojtyły – Jana Pawła II, największego pośród pielgrzymów kalwaryjskich.

CZYTAJ DALEJ

Benedykt XVI: małżeństwa homoseksualne i aborcja to znaki Antychrysta

[ TEMATY ]

Benedykt XVI

Grzegorz Gałązka

Homoseksualne małżeństwa i aborcja na świecie to znak "duchowej siły Antychrysta" - to słowa emerytowanego papieża Benedykta XVI przytoczone w jego nowej biografii napisanej przez niemieckiego dziennikarza i jego literackiego współpracownika Petera Seewalda.

Obszerny tom z wypowiedziami Benedykta XVI ukaże się w Niemczech w poniedziałek, a w innych krajach - w kolejnych miesiącach. Papież Ratzinger otrzymał tom biografii pod tytułem "Życie" w dniu swych 93. urodzin 16 kwietnia.

Słowa emerytowanego papieża przytoczył konserwatywny amerykański portal Life Site News, a za nim w niedzielę włoski dziennik "La Repubblica", który kolejną wypowiedź nazwał "powrotem Ratzingera".

W rozmowie z Seewaldem powiedział on: "Sto lat temu każdy uznałby za absurd rozmowę o małżeństwie homoseksualnym".

"Dzisiaj ten, kto mu się sprzeciwia jest ekskomunikowany ze społeczeństwa" - stwierdził Benedykt XVI. To samo - dodał - odnosi się do "aborcji i tworzenia istot ludzkich w laboratorium".

"Współczesne społeczeństwo jest w trakcie formułowania antychrześcijańskiego credo, a jeśli ktoś się mu sprzeciwia, jest karany przez społeczeństwo ekskomuniką" - oświadczył Benedykt XVI. (PAP)

sw/ mars/

CZYTAJ DALEJ

Maląg: w tydzień wpłynęło prawie 686 tys. wniosków o świadczenie "Dobry Start"

2020-07-07 14:58

[ TEMATY ]

szkoła

Adobe Stock

W ciągu tygodnia wpłynęło 685,7 tys. wniosków o świadczenie "Dobry Start"; ta ilość pokazuje, jakie ważne i potrzebne jest to wsparcie - powiedziała PAP minister rodziny, pracy i polityki społecznej Marlena Maląg.

Od 1 lipca wniosek o środki z programu "Dobry start" można składać online przez portal informacyjno-usługowy Emp@tia, bankowość elektroniczną lub portal PUE ZUS. Od 1 sierpnia wnioski będzie też można składać w formie papierowej bezpośrednio w urzędzie lub za pośrednictwem poczty.

Maląg poinformowała, że w ciągu tygodnia, od 1 lipca, wpłynęło już 685,7 tys. wniosków o świadczenie "Dobry Start". Jej zdaniem, to "najlepiej pokazuje, jakie to ważne i potrzebne wsparcie".

Z danych MRPiPS wynika, że 86,2 tys. wniosków złożonych zostało za pośrednictwem platformy Empatia, przeszło 580 tys. poprzez bankowość elektroniczną, a blisko 19,5 tys. za pomocą systemu teleinformatycznego udostępnionego przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych.

Maląg zachęciła do jak najszybszego składania wniosków, bo - wyjaśniła - dzięki temu pieniądze szybciej trafią na konto. "Tych, którzy być może obawiają się wnioskowania przez internet, zapewniam, że to naprawdę prosta, szybka i bezpieczna droga" - dodała. Przypomniała również, że złożenie wniosku w lipcu lub sierpniu gwarantuje wypłatę świadczenia nie później niż do 30 września.

Do tej pory przyznanych zostało już niemal 197 tys. świadczeń.

Świadczenie "Dobry start" w wysokości 300 zł przysługuje raz w roku na dziecko uczące się w szkole, aż do ukończenia przez nie 20 lat. Dzieci niepełnosprawne, uczące się w szkole, otrzymają świadczenie do ukończenia przez nie 24 lat. Świadczenie przysługuje również uczniom szkół dla dorosłych i policealnych. Rodziny otrzymają świadczenie bez względu na dochód.

Świadczenie nie przysługuje na dzieci uczęszczające do przedszkola i na dzieci realizujące roczne przygotowanie przedszkolne w tzw. zerówce w przedszkolu lub w szkole. Program nie obejmuje również studentów.

Złożenie wniosku w lipcu lub sierpniu gwarantuje wypłatę świadczenia nie później niż do 30 września. Jeśli wniosek zostanie złożony w kolejnych miesiącach, czyli we wrześniu, październiku lub listopadzie, wsparcie trafi do rodziny w ciągu dwóch miesięcy od złożenia wniosku.(PAP)

autor: Dorota Stelmaszczyk

dst/ krap/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję