Reklama

Żołnierz dwóch okupacji

Żołnierze Wyklęci. Wyklęci, bo zdradzeni w 1939 r. przez Anglię i Francję. Wyklęci, bo zdradzeni w 1945 r. Wyklęci, bo mordowani przez Sowietów podczas akcji „Burza”, którą prowadziło polskie podziemie przeciwko niemieckim okupantom. Wyklęci, bo mordowani przez polskich komunistów w latach 40. i 50. w granicach II RP i dzisiejszej Polski. Wyklęci, bo prześladowani przez komunistów do 1989 r.

Niedziela Ogólnopolska 8/2014, str. 44-45

Mateusz Wyrwich

Losy zamordowanych przez Sowietów bądź przez polskich komunistów są dziś tylko w niewielkim stopniu znane. Wielu z tych bohaterów leży w bezimiennych grobach. Jak choćby zamordowani przez Sowietów żołnierze tzw. obławy augustowskiej. Tysiące innych spoczywa bez krzyża, bez mogiły. Czasem pod śmietnikami czy toaletami, jak do niedawna miało to miejsce na warszawskim cmentarzu na Bródnie. Byli ścigani, torturowani i więzieni niekiedy po lata 70. ubiegłego wieku. Pozbawiano ich nie tylko godności, ale nawet prawa do mówienia o sobie. Dopiero w III RP zaczęto przywracać im prawo do prawdy.

Mieczysław Huchla, ps. Wacław

Jednym z tych tysięcy, którzy nie zgadzali się na nową okupację, był zmarły w 2010 r. Mieczysław Huchla (ps. Wacław) – 90-latek, generał w stanie spoczynku, były żołnierz AK i WiN-u, współzałożyciel „Zeszytów Historycznych WiN-u”, który przywracał pamięć o wyklętych żołnierzach podziemia niepodległościowego. Żołnierzach czasu wojny polsko-niemieckiej i czasu sowieckiej okupacji. – Nie było kiedy zastanawiać się, czy mnie aresztują. Zarówno gdy walczyłem przeciwko okupacji niemieckiej, jak i sowieckiej – opowiadał przed czterema laty gen. Huchla, żołnierz dwóch okupacji. – Tak w jednym, jak i drugim przypadku okupant był równie okrutny. Z niemieckiej niewoli odbili mnie koledzy. Z sowieckiej już nie było takiej możliwości. Nasze szanse w walce z obu okupantami były nierówne. Jedni i drudzy dysponowali milionowymi armiami. My, jako partyzantka, byliśmy słabo uzbrojoną garstką żołnierzy. W 1939 r. mieli nam pomagać nasi sprzymierzeńcy: Anglia i Francja. Lecz kiedy napadli na nas ci, z którymi zawarliśmy układy o nieagresji: Niemcy i ZSRS, nasi dotychczasowi przyjaciele nie przeciwstawili się im zbrojnie. Więc, choć byliśmy może straceńcami, stanęliśmy w obronie naszej ojczyzny. W czasie wojny byliśmy najbardziej oddanymi aliantami Amerykanów, Anglików, Francuzów – słowem, antyniemieckiej koalicji. Kiedy nastał koniec wojny, mieliśmy prawo liczyć na to, że przywódcy koalicji staną w naszej obronie przed okupacją kolejnego agresora, jakim stali się Rosjanie. Tymczasem alianci odwrócili się od nas plecami. Choć więc może i tym razem byliśmy straceńcami, po raz drugi stanęliśmy w obronie naszej ojczyzny.

W czasie wojny Mieczysław Huchla ukończył podziemną podchorążówkę. Walczył przeciwko Niemcom pod dowództwem młodego oficera, odznaczonego w 1939 r. Orderem Virtuti Militari – Łukasza Cieplińskiego. Po wojnie, w 1951 r., Ciepliński (ps. Pług) został zamordowany przez komunistów w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie. Był wówczas prezesem IV Zarządu Głównego WiN. W III RP odznaczony został Orderem Orła Białego.

Reklama

Pierwsza okupacja

W 1941 r. Huchla został adiutantem placówki w Tyczynie niedaleko Rzeszowa w oddziale liniowym, bojowym. Miał za zadanie utrzymywać łączność z poszczególnymi plutonami w wioskach, a także prowadzić wszelkie sprawy kancelaryjne: sprawozdania, raporty ze szkoleń. Powierzono mu także, w ramach pracy w Biurze Informacji i Propagandy AK, wydawanie pisma „Na posterunku”. – W 1943 r. Łukasz Ciepliński polecił mi zorganizować również pismo o społecznym charakterze. Założyłem je w krótkim czasie. Nosiło tytuł „Świt”– wspominał Mieczysław Huchla. – Pisali tam nauczyciele, oficerowie, urzędnicy. Pismo było kierowane nie tylko do żołnierzy, ale i cywilów. Jego założeniem było podtrzymywanie ludzi na duchu. Ja sam rzadko pisałem, głównie organizowałem stronę techniczną pisma. Redagowałem informacje pochodzące z nasłuchu radiostacji zagranicznych, najczęściej angielskich i niemieckich. W 1943 r. udało nam się wydać 7 numerów. Jednak żandarmeria niemiecka nakryła naszą główną powielarnię i drukarnię.

Grupa zbrojna, w której walczył Mieczysław Huchla, już w 1942 r. liczyła 300 osób. Podejmowała wiele akcji zbrojnych przeciwko Niemcom, m.in. na koszary „bałdystów” w Rzeszowie. Jej celem było zdobycie broni. Dzięki tej udanej ekspedycji zdobyto niemieckie umundurowanie, broń, amunicję, a także maszynę do pisania. W grudniu 1943 r. Huchla został awansowany do stopnia porucznika. Niedługo jednak mógł cieszyć się kolejnym oficerskim stopniem. Niewiele ponad pół roku później, w lipcu 1944 r. został aresztowany przez Niemców. W wyniku „wsypy” w Krakowie w ręce gestapo dostały się materiały archiwum okręgu krakowskiego AK, w tym listy awansowe oficerów. Po kilku tygodniach rzeszowskie gestapo zorganizowało obławę. Mieczysław Huchla został aresztowany wraz z bratem i kilkoma innymi osobami z oddziału. Do więzienia jednak nie dojechali – po kilkugodzinnej walce z Niemcami odbili ich koledzy.

Okupacja po okupacji

Akcja „Burza”, której zadaniem była walka z niemieckim okupantem na Rzeszowszczyźnie, rozpoczęła się w lipcu 1944 r. Niemieckie wojska coraz częściej wpadały w zasadzki zbrojne zastawiane przez podziemie. Jednak w tym samym czasie wrogiem znów stali się Sowieci. Aresztowali żołnierzy polskiego podziemia i więzili ich na zamku w Rzeszowie. – Już wiedzieliśmy, że we Lwowie zostało aresztowane całe dowództwo AK. Zresztą słyszeliśmy wcześniej, że Sowieci mordowali naszych na zajętych przez siebie ziemiach wschodnich – opowiadał Mieczysław Huchla. – Może jeszcze nie tak do końca, ale byliśmy świadomi, że już w Teheranie w 1943 r. Anglicy i Amerykanie sprzedali nas Sowietom. W naszym rozumieniu to, co tam się stało, było zdradą. Byłem rozgoryczony, widziałem dramat naszego narodu. Ale miałem też świadomość, że trzeba żyć dalej. Utrzymać tożsamość narodu i przyjąć jakąś formę oporu. Jakoś się organizować. Gros ludzi zajęło się życiem codziennym, byli zmęczeni wojną. Podczas naszych dyskusji mówiliśmy, że jeśli będzie trzeba walczyć, by utrzymać tożsamość narodu, to będziemy walczyć. Nawet jeśli trzeba zginąć, to zginiemy, ale może dzięki naszej ofierze Polska będzie kiedyś wolna.

Reklama

Mieczysław Huchla wiedział, że jest śledzony przez Sowietów. Oddział formalnie rozwiązał w lutym 1945 r. Porozwiązywano inne dotychczas działające oddziały na tym terenie, choć podjęto decyzję o utrzymywaniu łączności. Akowcy, chcąc uniknąć aresztowania, wyruszali na tzw. ziemie odzyskane. Próbowali „zniknąć z pola widzenia” okupantom gdzieś w murach Gdańska, Szczecina czy Wrocławia. Mieczysław Huchla pojechał do Katowic. Tam rozpoczął pracę, a w Krakowie kontynuował rozpoczęte przed wojną studia prawnicze, które ukończył w 1948 r. Tuż po wojnie nawiązał w Katowicach kontakt z mjr. Józefem Maciołkiem (ps. Żuraw) z Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj. W rezultacie już we wrześniu 1945 r. objął komórkę organizacyjną WiN-u i został jej kierownikiem. I tak kolejno, do momentu aresztowania w 1948 r. piastował różne funkcje. W 1946 r. był kierownikiem komórki łączności okręgu, w następnym roku – szefem komórki organizacyjnej i zastępcą prezesa Okręgu Krakowskiego WiN-u, a po aresztowaniu jednego z oficerów objął po nim funkcję inspektora rejonu zachodniego, pełnił także obowiązki prezesa okręgu. Zajmował się początkowo łącznością między komendantem rejonu a radami powiatowymi WiN-u na terenie okręgu krakowskiego, odpowiadającego województwu krakowskiemu. Zbierał wszelkie informacje dotyczące sytuacji w regionie i przekazywał je „winowskiej” prasie. Część z tych materiałów została wykorzystana w raporcie na temat sytuacji w Polsce, sporządzonym przez WiN dla Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Aresztowanie przez drugiego okupanta

Z początkiem kwietnia 1948 r. por. Mieczysław Huchla został aresztowany na ulicy. Przez 3 doby był katowany. Poddano go również tzw. konwejerowi, w tym przypadku przesłuchaniu na stojąco bez chwili snu. Kiedy zasypiał bądź tracił przytomność, był polewany wodą i znów katowany. Śledczy zmieniali się co kilka godzin. Bili go i kazali pisać życiorys. Pytali o różne wydarzenia z czasu powojennej konspiracji. Zdążył się zorientować, że sypnął ktoś z wcześniej aresztowanych.

W lipcu 1948 r. Mieczysław Huchla stanął przed sądem w Krakowie. Wraz z nim byli sądzeni jego łączniczka Józefa Petriczek i aresztowany wcześniej Zbigniew Zawiła. Całą trójkę sądzono z artykułu, którego nie obejmowała amnestia. Wyrok 7 lat więzienia nie był, jak na ówczesne czasy, „wygórowany”. 3 miesiące później Huchlę osadzono w krakowskim więzieniu na Montelupich. Mimo malarii i 40-stopniowej gorączki został przewieziony na kolejne przesłuchanie, tym razem do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie. Tam przeprowadzono znów okrutne śledztwo. Chorego katowano przez kilka dni i nocy. – Mówili mi, że powinienem rozliczyć placówkę tyczyńską z okresu walk podczas wojny. Pytali, gdzie została zakopana broń, kto był funkcyjnym w oddziałach; żądali, bym ich wydał – wspominał Huchla. – Przyjechali ze mną na rewizję do mojego domu. Próbowałem stamtąd uciec. Zdawałem sobie sprawę z tego, że nie mam żadnych szans, ale wolałem, by mnie zastrzelili, niż po raz wtóry miałbym przechodzić takie śledztwo. Byłem osłabiony potworną gorączką. Świat jawił mi się jako nierzeczywisty…

Ucieczka mi jednak nie wyszła. Miałem kajdanki na rękach i na głowie pelerynę. Podczas rewizji wyskoczyłem ze stodoły. Jeden z ubowców strzelił do mnie 2 razy. Bez trudu trafił. Jeden pocisk utkwił mi w stawie ramiennym, drugi przeszedł koło serca i zatrzymał się tuż przy kręgosłupie. Znów Pan Bóg czuwał nade mną. Nie wykrwawiłem się całkiem. Zawieziono mnie furmanką do lekarza w Tyczynie, który założył mi pierwszy opatrunek, a następnie zamknięto mnie w niewielkiej komórce w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie. Po 2 dniach trafiłem z kolei do więziennej izby chorych na zamku rzeszowskim czy też w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego – tego już nie pamiętam. Tam wyjęto mi pociski. W listopadzie 1949 r. przewieziono mnie ponownie do więzienia na zamku w Rzeszowie.

W kilka tygodni później Mieczysław Huchla został ponownie postawiony przed sądem. Tym razem oskarżono go o „stawianie oporu władzy”. Do zasądzonego krakowskiego wyroku dołożono mu jeszcze 5 lat. Razem 12. Dodatkowe 5 za posiadanie broni. W sumie miał do odsiedzenia 17 lat.

Skazany powoli odzyskiwał zdrowie w najcięższym więzieniu – we Wronkach. Zwolniony został na mocy amnestii w 1955 r. Przez lata PRL był szykanowany. Mimo ukończonych studiów prawniczych do 1957 r. nie mógł znaleźć pracy. Później został zatrudniony we Wrocławskich Zakładach Przemysłu Spirytusowego, a i to dzięki przedwojennemu działaczowi PPS. Od 1980 r. przez 16 miesięcy służył radą Solidarności. Jako prawnik doradzał również Kurii Wrocławskiej. Do 1989 r. był inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa. Na początku lat 90. został założycielem „Zeszytów Historycznych WiN-u”. Skupił wokół nich wybitnych historyków młodego pokolenia, którym losy narodu i jego wyklętych żołnierzy nie są obojętne.

2014-02-18 15:58

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Gadulstwo na modlitwie

[ TEMATY ]

modlitwa

Adobe Stock

Kolejnym przykładem fałszywej modlitwy jest zagadanie Pana Boga. Wypowiadanie na modlitwie potoku słów może sprawić, że nie będzie już miejsca na mówienie Boga. Najgorsze niebezpieczeństwo gadulstwa na modlitwie polega jednak na tym, że ginie w nim duch. Sami tego nierzadko doświadczamy, że częste i puste używanie jakiś zwrotów zmienia ich głęboką treść w slogany i frazesy. Ginie w nich to, co istotne. Gadulstwo na modlitwie może zabić w nas istotne i głębokie wołanie do Boga i stać się tylko zewnętrzną formą zwracania się do Niego.

Nieprzerwane odniesienie do Boga

Przypatrzmy się najpierw naszej modlitwie w chwili, gdy przyciśnięci jakąś ważną potrzebą o coś Boga prosimy albo radosnym sercem dziękujemy za otrzymane dobro. Jesteśmy wtedy wyjątkowo skupieni. Gdy dotyka nas choroba lub jakieś inne zagrożenie, gdzieś na dnie naszej duszy pojawia się osobiste i pełne odniesienie do Boga. Za słowami idzie wielkie poruszenie serca. Nasza praca nad modlitwą ma iść w tym kierunku, aby takie odniesienie towarzyszyło nam możliwie najczęściej. U podstaw naszego myślenia, czucia i bytowania powinna znajdować się świadomość obecności Boga. Możemy wtedy taką postawę duchową nazwać nieprzerwaną modlitwą. W każdym więc spotkaniu z Bogiem, zanim skierujemy do Niego nasze słowa, powinniśmy wzbudzić w sobie pełną świadomość spotkania z Nim.

Odwrócona kolejność

W życiu codziennym normalnie myśl wyprzedza słowa, szuka ich i formuje je. Coś pojawia się w naszej głowie, i zaczynamy to ubierać w słowa. Zachowując taką kolejność, człowiek głosi siebie, głosi to, co jest w jego myślach. Ubiera swoje myśli w słowa. Inaczej jest na modlitwie. Żeby nie była ona tylko naszym gadaniem, najpierw musimy usłyszeć i przyjąć słowo Boga i przenieść je do naszego myślenia. W Regule św. Benedykta czytamy: „Nasze serce ma być w zgodzie z tym, co głoszą nasze usta”. Przy odmawianiu psalmów, w modlitwie liturgicznej najpierw są słowa, głos, a nasza myśl musi się dostrajać do tego głosu. Bo my, ludzie, sami nie umiemy się modlić tak, jak trzeba. Zbyt daleko jesteśmy od Boga i dlatego On pospieszył nam z pomocą. Sam poddaje nam słowa do modlitwy i uczy nas modlić się. Być gadatliwym na modlitwie to kierować w stronę Boga potok własnych słów. Modlić się w pokorze swojego serca to przyjąć słowa Boga i pozwolić się im poprowadzić. Tylko dzięki słuchaniu słów Boga podczas modlitwy człowiek może zbliżyć się do Niego. Pozwólmy, aby podczas naszej modlitwy to nie nasze słowa były najważniejsze, ale byśmy dali się zawsze poprowadzić słowom Boga. Przepięknym przykładem tej właściwej kolejności na modlitwie jest odmawianie psalmów. Dzięki wersetom zapisanym w psalmach to sam Boży Duch prowadzi nas na modlitwie. Nie ma wtedy niebezpieczeństwa, że człowiek przegada Boga.

CZYTAJ DALEJ

Bp Kawa: czas, abyśmy z odwagą mówili: „jestem człowiekiem wierzącym”

2020-08-12 20:54

[ TEMATY ]

wiara

chrześcijanin

franciszkanie.pl

Przyszedł czas, abyśmy z odwagą mówili: jestem człowiekiem wierzącym, ochrzczonym, chcę żyć według wartości, które noszę w swoim sercu – mówił bp Edward Kawa ze Lwowa podczas Mszy św. w czasie Wielkiego Odpustu Kalwaryjskiego ku czci Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Kalwarii Pacławskiej koło Przemyśla.

W homilii bp Kawa pytał, dlaczego dzisiaj, jako ludzie wierzący, „tak często jesteśmy smutni, tak często boimy się bronić swoich wartości, tak często się lękamy, aby ktoś o nas źle nie mówił?”

– Często nawet boimy się przyznać się do tego, że jesteśmy ludźmi wierzącymi. Może właśnie przyszedł czas, abyśmy z odwagą razem za Maryją mówili te słowa: Wielbi dusza moja Pana, moje życie jest uwielbieniem Pana, jestem człowiekiem wierzącym, ochrzczonym, chcę żyć według wartości, które noszę w swoim sercu, które Bóg włożył mi w serce. I chcę, aby te wartości były naprawdę wszędzie tam, gdzie ja jestem: w moim domu, w mojej ojczyźnie. I nikt i nic, żaden system, żadna ideologia, żadna propaganda medialna czy żaden inny system nie może nam tego zniszczyć – podkreślił bp Kawa.

Nawiązując do fragmentu Ewangelii o nawiedzeniu św. Elżbiety przez Maryję, kaznodzieja ocenił, że w takim stanie, w jakim była św. Elżbieta, znajduje się Kościół katolicki w Polsce i na świecie. Odniósł się w ten sposób do ostatnich wydarzeń w Warszawie, gdzie doszło do profanacji symboli religijnych i patriotycznych.

– To są rzeczy, które są niedopuszczalne, które godzą nie tylko w naszą godność chrześcijan i katolików, ale to są rzeczy, które tak naprawdę godzą w naszą tożsamość. I nie możemy milczeć. Nie możemy być pasywnymi czy obojętnymi. „Poznajcie prawdę, a prawda was wyzwoli” - jest to słowo, które dzisiaj bardzo mocno jest dla nas aktualne – podkreślił.

Lwowski biskup pomocniczy stwierdził, że w matce Jana Chrzciciela możemy odnaleźć siebie, ponieważ u każdego z nas rodzi się wiele pytań na temat obecnej sytuacji i każdy z nas odczuwa pewną samotność – i to nie tylko teraz, kiedy panują obostrzenia związane z epidemią.

– Przeżywamy teraz czas wielkiej samotności, kryzys. Czujemy się bardzo często niepotrzebni, jeśli nie jesteśmy produktywni, jeśli nasze życie nie przynosi sukcesów. Jeśli nie nadążamy za tym światem, to bardzo często jesteśmy właśnie w takim stanie jak Elżbieta. Wpatrując się w Elżbietę można dzisiaj dla siebie znaleźć bardzo dużo odpowiedzi. Ta, która całe życie uchodziła za przeklętą, stała się błogosławioną, dlatego że poczęła życie w swoim łonie, pod swoim sercem. Bóg zmienia przekleństwo w błogosławieństwo. I dzisiaj Bóg chce dokonać takiej przemiany w naszym życiu. Chce to, co dzisiaj jest dla nas największym ciężarem przekleństwem, aby stało się dla nas wielkim darem – mówił.

Zdaniem hierarchy, dzisiaj Kościół jest tak jak św. Elżbieta – ma w sobie życie, ale jest bardzo izolowany i marginalizowany.

Bp Kawa podkreślił, że tak jak do Elżbiety, tak dzisiaj Maryja „śpieszy dzisiaj, aby przybyć do nas, abyśmy nie byli samotni, abyśmy się nie czuli odrzuceni, czy zapomniani”.

Tegoroczny odpust jest przeżywany w wyjątkowych okolicznościach z kilku powodów. Pierwszym jest trwająca pandemia, z powodu której program uroczystości został mocno okrojony. Kolejny to uroczyste ogłoszenie dekretu o podniesieniu kościoła w Kalwarii Pacławskiej do godności bazyliki mniejszej. Dokona tego nuncjusz apostolski w Polsce abp Salvatore Pennacchio podczas Mszy św. 13 sierpnia o godz. 18.00.

W tym roku przypada również 400. rocznica urodzin Andrzeja Maksymiliana Fredry, fundatora Kalwarii Pacławskiej, który rozpoczął w 1665 r. budowę pierwszego kościoła oraz klasztoru i dróżek kalwaryjskich, a w 1668 r. zaprosił franciszkanów, aby opiekowali się tym miejscem i przybywającymi pielgrzymami.

Franciszkanie chcą także uczcić 100. rocznicę urodzin św. Jana Pawła II. Z tej okazji 13 sierpnia o 20.45 na placu kościelnym odbędzie się prawykonanie oratorium „Otwórzcie drzwi Chrystusowi” autorstwa Andrzeja Głowienki.

Obchody odpustu kalwaryjskiego potrwają do 15 sierpnia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję