Reklama

Jan Paweł II

Jan Paweł II – znajomy Święty

Prawdziwa świętość „pachnie”, zachwyca, urzeka, przyciąga jak magnes i podoba się wszystkim. Tak było – i jest – ze świętością Jana Pawła II. W jego przypadku ma ona jeszcze dodatkowy walor. O dawnych bohaterach wiary czytamy w książkach, natomiast świętość Jana Pawła II widzieliśmy na własne oczy, a nasze dzieci słyszały o niej z naszych opowiadań. Realizm jego świętości to ogromna szansa do wykorzystania w duszpasterstwie, a także w życiu każdego z nas. Jest to wzór wyjątkowo bliski, wręcz namacalny, choć Papież zawiesił nam niezwykle wysoko poprzeczkę. A do tego jeszcze starał się nas przekonać, że jeżeli nie dążymy do świętości, nasze życie nie ma sensu.

Kościół od dawna zna pojęcie „fama świętości”. O kimś, kto zakończył świątobliwy żywot, mówi się, że zmarł „in odore sanctitatis” (w opinii świętości). Wyczucie świętości od zarania Kościoła miał lud chrześcijański i było ono na ogół niezawodne. Do tego stopnia, że to wierni obwoływali przykładnie żyjącego człowieka świętym. Ponieważ jednak czasami dochodziło do nadużyć, Kościół hierarchiczny wziął sprawy w swoje ręce i ustalił procedury kanonizacyjne.

Niezawodna intuicja ludu Bożego

Rozpoznanie świętości wielkich ludzi przez lud Boży nigdy nie nastręczało trudności, a ostatnio ta intuicja objawiła się na pogrzebie Jana Pawła II, kiedy to wierni zaczęli się domagać: „Santo subito!” (Święty natychmiast). Prawdę mówiąc, nietrudno jest stwierdzić czyjąś świętość, bo jej promieniowanie jest odbierane przez wszystkich, niezależnie od tego, czy ktoś wierzy, czy nie. Historia Kościoła zna liczne tego przykłady. Św. Franciszek swoją świętością i pokorą zawstydził papieża i zdołał pociągnąć wielu naśladowców. Św. Alojzy Orione tak oddziaływał na otoczenie, że nawet nieufni wobec Kościoła przedstawiciele elity intelektualnej klękali przed nim i całowali w rękę. Św. Maksymilian Maria Kolbe tak emanował świętością, że robił wrażenie nawet na hitlerowskich zbirach.

Reklama

W najnowszych czasach o Matce Teresie z Kalkuty i Janie Pawle II mówiło się już za życia, że są świętymi, a opinie te podzielali nie tylko katolicy. Ciekawe, że do tej właśnie intuicji ludu Bożego, a nie do kategorii teologicznych czy do licznych przejawów świętości Jana Pawła II, odwołał się jego biograf Andrea Riccardi. Zapytany przeze mnie, na czym polegała wielkość Jana Pawła II, odpowiedział: „Myślę, że lud Boży uchwycił jego wielkość już za życia, tłumnie wychodząc na place i gromadząc się na szlakach jego przejazdu. W chwili jego śmierci miliony mężczyzn i kobiet w pobożnym milczeniu i w olbrzymich kolejkach czekały, aby go uczcić choć przez chwilę. To pokazało dobitnie całą jego wielkość”.

Ta odpowiedź wybitnego biografa papieskiego nie była unikiem, choć można by ją skontrować uwagą, że gromadzą tłumy także źli ludzie i złe idee. Jednak w przypadku Jana Pawła II, poza nielicznym głosami sprzeciwu skierowanymi do prowadzących proces beatyfikacyjny, osąd świata był jednogłośny: ten człowiek zasługuje na miano świętego.

Wielkość i świętość Jana Pawła II rozpoznaliśmy bez trudu, a proces beatyfikacyjny i kanonizacyjny w sposób pogłębiony i piękny nam te jego przymioty uzasadnił. W przypadku każdego świętego najlepiej wyraża to pojęcie „heroiczność cnót”, które oznacza ponadprzeciętną, trwałą zdolność w zachowywaniu przykazań, szczególnie w trudnych momentach życia. Dotyczy to cnót teologalnych – wiary, nadziei i miłości, jak również cnót moralnych – roztropności, sprawiedliwości, umiarkowania i męstwa. Proces beatyfikacyjny ma wykazać, że życie kandydata na ołtarze było wyjątkowe i przykładne. Ma pokazać – jak mawiał papież Pius XI – że „jego świętość polegała na zwykłych rzeczach, dokonywanych w niezwykły sposób”.

W przypadku Karola Wojtyły niezwykłe było to, w jaki sposób odnosił się do ludzi. Ks. Sławomir Oder, postulator procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego, dzieli się podczas różnego rodzaju spotkań kapitalną obserwacją, niemal wszyscy świadkowie w procesie beatyfikacyjnym Karola Wojtyły podkreślali, że nie patrzył on w zwykły sposób na swego rozmówcę. W każdym człowieku dostrzegał coś więcej – obraz i podobieństwo Boga.

Aby choć cień Piotra padł

W Dziejach Apostolskich czytamy o znakach, jakie Apostołowie czynili w imię Jezusa w pierwotnym Kościele: „Wynoszono też chorych na ulicę i kładziono na łożach i noszach, aby choć cień przechodzącego Piotra padł na któregoś z nich” (5, 15). Podobnie działo się prawie dwa tysiące lat później, kiedy do Jana Pawła II przynoszono chorych, a on ich wyróżniał: mieli miejsce najbliżej Papieża, zawsze znajdował dla nich czas. Niektórzy pod wpływem dotyku Ojca Świętego doznawali łaski uzdrowienia. Ale nie tylko chorzy, lecz wszyscy wierni chcieli, by padł na nich cień Piotra. Chociaż oczekiwania i pragnienia były od początku pontyfikatu większe. Wierni tak się „rozbestwili”, że koniecznie chcieli go dotknąć.

Mamy zapewne w pamięci charaterystyczne sceny z różnych miejsc, gdzie pojawiał się Papież: las rąk wyciągniętych w kierunku Ojca Świętego i ludzie garnący się do niego. Każdy chciał dotknąć świętości.

Kiedyś młoda zakonnica z Myanmaru, dawniejszej Birmy, zapytała Jana Pawła II, co robić, żeby zostać świętym. On rozpostarł ramiona, objął ją i przytulił. Nic nie powiedział. Dla Jana Pawła II świętość to było otwarcie serca na drugiego człowieka.

Kapłan święty i nieskazitelny

Karol Wojtyła od dzieciństwa zmierzał prostą drogą do świętości, wykazując nadzwyczajną pobożność i praktykowanie cnót chrześcijańskich w stopniu doskonałym. Mimo tragicznych doświadczeń (śmierć najbliższych, druga wojna światowa) nie buntował się przeciwko Bogu, wszystko potrafił odczytać jako wolę Bożą. Był lubiany przez kolegów, jednak pozostawał inny i oni potrafili to uszanować. Gdy kiedyś jeden z nich powiedział brzydkie słowo w obecności Wojtyły, to koledzy sprawili mu lanie, bo, jak argumentowali, „przy Lolku nie można przeklinać”.

Kiedy był na studiach w Krakowie, nie poddał się urokom wielkiego miasta. Koledzy od razu wyczuli jego odmienność, a na drzwiach jego pokoju, dla zgrywy, przylepili kartkę: „Karol Wojtyła, początkujący święty”.

Również jako młody ksiądz wyróżniał się nieprzeciętnymi walorami. Jego pierwszy proboszcz – ks. Kazimierz Buzała po roku pracy w Niegowici wystawił mu wspaniałe „świadectwo moralności”. Kiedyś ksiądz ten skarcił wikariusza Wojtyłę za to, że nie wziął pieniędzy za pogrzeb od biednej rodziny, ale nie skrywał do niego żalu i wystawił mu świadectwo, które mogłoby być brane pod uwagę w procesie kanonizacyjnym, gdyby ksiądz proboszcz jeszcze żył. Wymienienie dokonań i cnót młodego wikariusza ks. Buzała kończy zdaniem: „Wzór kapłana świętego i nieskazitelnego”. Świadectwo nosi datę 22 sierpnia 1949 r. Ks. Karol Wojtyła miał wówczas 29 lat.

A jaki był jako biskup? Niech przemówi świadectwo Marii Okońskiej, zamieszczone w książce Krzysztofa Tadeja „Blask świętości”. Wspominała ona swoją rozmowę o abp. Wojtyle z ks. Stanisławem Dziwiszem. „Nagle spytałam go: «jaki on jest?». Ksiądz Staś popatrzył na mnie i stwierdził: «Pani Marysiu, gdyby dzisiaj umarł, to jutro już możemy zaczynać proces beatyfikacyjny!». «To on jest aż tak święty?» – spytałam. A ksiądz Staś Dziwisz z całym przekonaniem powiedział: «Tak, on jest aż tak święty»”.

Sama Maria Okońska o tej świętości szybko się przekonała, kontaktując się z kard. Wojtyłą, a potem papieżem Janem Pawłem II. Po kanonizacji Ojca Pio powiedziała do Jana Pawła II: „«Ojcze Święty, dzisiaj dokonała się niesamowita rzecz». «Co się stało?» – spytał. «Święty kanonizował świętego!» – dodałam. Nic nie powiedział, tylko się uśmiechnął. Ponieważ przy Papieżu czułam się szalenie swobodnie, mówiłam dalej: «Są święci, którzy nie są geniuszami, tak jak św. Jan Vianney – proboszcz z Ars, lub odwrotnie – są geniusze, którzy nie są świętymi, tak jak np. Adam Mickiewicz». Papież patrzył na mnie i nie wiedział, do czego zmierzam. A ja dodałam: «A ty, Ojcze Święty, jesteś i geniuszem, i świętym!». Papież roześmiał się”.

Wszyscy świadczą o świętości

Po śmierci Jana Pawła II dowiedziałem się, że w „Acta Apostolicae Sedis” opublikowano oficjalny zapis ostatnich dni choroby, zgonu i pogrzebu Jana Pawła II. Kierowałem wówczas redakcją publikacji papieskich w świeckim wydawnictwie Edipresse Polska. Zapragnąłem, aby ten numer oficjalnego organu watykańskiego, podającego treści najbardziej wiarygodne, podarować polskim czytelnikom. Po wielu trudach udało się wszystko załatwić od strony formalnej i finansowej. Nic już nie stało na przeszkodzie, by doszło do wydania. Gdy włoski oryginał dotarł do moich rąk, w pierwszej chwili byłem zdruzgotany. Sprawozdanie z ostatnich dni Ojca Świętego mieściło się zaledwie na czterech stronach. Nie było tam nic więcej, co w dniach żałoby ukazało się w mediach. Resztę książki zajmowały składy delegacji uczestniczących w pogrzebie Jana Pawła II oraz telegramy i listy kondolencyjne nadesłane przez monarchów, przedstawicieli rządów i przywódców religijnych. Zacząłem je czytać bez przekonania jako nudną, jak przypuszczałem, oficjałkę i nagle doznałem olśnienia. To, co miało być najsłabszą stroną publikacji, okazało się w niej najcenniejsze. To była wręcz rewelacja. Największe satrapy, obok nich wielcy tego świata i reprezentanci różnych religii o Papieżu pisali z ogromnym szacunkiem, z nutą poezji, wręcz z czułością i miłością, jako przywódcy duchowym świata, głosie sumienia, świętym. Oto przywódca libijski, płk Muammar Kaddafi napisał: „Straciliśmy Jego Świątobliwość Jana Pawła II Papieża, który został przyjęty z wielką radością przez niebo i którego brakuje teraz ludziom na ziemi. Ojciec Święty Jan Paweł II był człowiekiem sumienia, ducha i humanizmu”. W pierwszej chwili skłonny byłem uznać niektóre głosy za przejaw cynizmu, ale zaraz pomyślałem, że wszystko jest w porządku. Po śmierci Jana Pawła II cały świat zwracał Papieżowi miłość, którą on mu dał. Ta publikacja to niezwykłe świadectwo, a właściwie zbiór świadectw o świętości Papieża, dane przez ludzi różnych religii i wyznań chrześcijańskich, agnostyków i niewierzących, pokazujące, jak ceniona jest świętość.

Wyznawcy innych religii dziwili się nawet, że my, katolicy, potrzebujemy oficjalnego uznania świętości, która w przypadku Jana Pawła II jest tak oczywista.

Kiedyś, w pierwszych latach pontyfikatu, Ojciec Święty odwiedził watykańską Kongregację ds. Kanonizacyjnych. Przy tej okazji powiedział: „Nie sztuka wejść tu za życia, ale sztuka wejść po śmierci”. Jan Paweł II był człowiekiem pełnym pokory i skromności i na pewno nie pomyślał o sobie. Jednak nieodpracie nasuwa się myśl, że jemu ta sztuka się udała.

Oby jego kanonizacja nie była tylko sentymentalnym przeżyciem budzącym dumę narodową, ale impulsem dla jego rodaków do pracy nad sobą i do zgłębiania papieskiego nauczania. Ta kanonizacja to dar Opatrzności, ale także wyzwanie.

2014-04-22 14:51

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Papież Franciszek rekordzistą kanonizacji: 898 nowych świętych

[ TEMATY ]

papież

kanonizacja

święci

papież Franciszek

rekord

Vatican News

Papież Franciszek

Papież Franciszek pobił wszelkie rekordy kanonizacji. W ciągu niespełna siedmiu lat swego pontyfikatu ogłosił 898 nowych świętych, więcej niż wszyscy papieże razem wzięci z ostatnich 421 lat historii Kościoła, z Janem Pawłem II włącznie.

Od czasu, gdy w 1588 r. papież Sykstus V ustanowił Kongregację Obrzędów (poprzedniczkę dzisiejszej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych) i zdecydował, że akt ogłoszenia kogoś błogosławionym lub świętym będzie poprzedzony ściśle uregulowanym procesem, Kościół otrzymał 1726 świętych.

Od 1592 do 1978 r., a więc w ciągu 386 lat, ogłoszono ich 302, z czego większość w okresie 1864-1978, gdyż przed 1864 r. wyniesiono ich na ołtarze 64. W tym okresie tylko za pontyfikatu Benedykta XIII (1724-1730) ogłoszono ich 10, inni papieże z tamtych czasów ogłaszali ich kilkoro, zaś w latach 1644-1655, 1676-1689 i 1769-1800 ani jednego.

Dopiero Pius IX (1848-1878) kanonizował 52 świętych, Leon XIII (1878-1903) - 18, Pius XI (1922-1939) - 34, a Pius XII (1939-1958) - 33. Dotychczasowy rekordzista Jan Paweł II (1978-2005) ogłosił aż 482 świętych, dzięki czemu ich liczba się podwoiła i wynosiła 784. Benedykt XVI (2005-2013) dodał 44 kolejnych.

Tymczasem Franciszek w ciągu nieco ponad sześciu lat osiągnął bezprecedensową liczbę 898 nowych świętych, a więc większą niż 828 świętych Kościoła katolickiego wyniesionych na ołtarze w ciągu 421 poprzednich lat. Stało się tak głównie za sprawą jednoczesnej kanonizacji w 2013 r. ponad 800 męczenników z Otranto, zabitych przez Turków w 1489 r.

Ogólna liczba świętych jest trudna do ustalenia, gdyż aż do 1234 r. Kościoły lokalne mogły same ich wynosić na ołtarze. Dopiero papież Grzegorz IX zastrzegł to prawo biskupom Rzymu, a w 1483 r. Sykstus IV wprowadził rozróżnienie między świętymi (kult w całym Kościele powszechnym) i błogosławionymi (kult lokalny).

Martyrologium Romanum, jedno z najbardziej autorytatywnych źródeł w tej dziedzinie, w swym ostatnim wydaniu z 2004 r. wymienia 13 539 świętych i błogosławionych. Doliczając kanonizacje i beatyfikacje z lat 2004-2019, ich liczba wynosi obecnie niemal 15 tys.

Warto zauważyć, że Martyrologium zawiera jedynie 6588 imion świętych, gdyż pozostałe 6881 dotyczy nie zawsze znanych z imienia tzw. towarzyszy, a więc osób, które poniosły wraz z nimi śmierć w masowych prześladowaniach ludzi wierzących.

CZYTAJ DALEJ

Św. Walenty - patron zakochanych i chorych na padaczkę

Niedziela łowicka 7/2005

[ TEMATY ]

św. Walenty

seyed mostafa zamani / Foter.com / CC BY

Początek lutego. Gdzie nie spojrzeć, tam króluje kolor czerwony - kolor miłości, kolor walentynek. Na sklepowych półkach, wystawach, a nawet na prowizorycznych straganach pojawia się „nowy produkt” - miłość. Opakowana w pluszowe misie, mrugające serduszka, zakochane mysie parki i tysiące innych zmyślnych cudeniek, mających tylko jedno zadanie - powiedzieć: „kocham Cię”. A wszystko z powodu jednego dnia - Dnia Zakochanych czyli walentynek.

Walentynki jako święto popularność zdobyło sobie przede wszystkim w ciągu ostatnich 10 lat i to do tego stopnia, że dzisiaj wielu ludzi, niezależnie od wieku, czeka na ten dzień, by serdeczniej niż na co dzień wyrazić uczucia do najbliższej osoby. Istnieje zwyczaj rozsyłania specjalnych kartek, tzw. walentynek - zwykle anonimowych, których motywem przewodnim są amorki, serca, kwiaty, czułe wyznania miłości. Powszechnym stało się także, iż tego dnia zakochani wręczają sobie kwiaty i upominki, które mają potwierdzać ich wzajemne uczucie.

Tradycja ta zwraca uwagę na wartość i wymiar uczuć, na niezaprzeczalną konieczność ich istnienia, na to, że są niezbędne, że są łaską i stanowią nieodłączny element ludzkiego bytu. Umiejętność ich nazwania, to, że odczuwamy je względem drugiej osoby lub stajemy się obiektem cudzych uczuć i dysponujemy możliwością ich odwzajemniania, czynią nas ludźmi. Nie można tego problemu traktować jednostronnie, jednowymiarowo i poddawać zaciekłej krytyce - co niektórzy czynią, ignorując pozytywne aspekty całości.

Walentynki niewątpliwie skłaniają do uwalniania dobrych emocji, zachęcają do okazywania uczuć, ośmielają i ułatwiają takie inicjatywy.
Motywują do tego, by nie kryć się z tym, co czujemy do drugiej osoby, by nie zatajać tego, że ktoś jest nam bliski, ponieważ staje się to źródłem radości i siły, zarówno dla samego autora, jak i adresata takiej deklaracji. Korzystając z tych sprzyjających refleksjom okoliczności, należy zdać sobie sprawę, że ukrywanie własnych uczuć, tłumienie ich w sobie, znacznie zubaża nasze życie i wzajemne kontakty.

Skąd ten zwyczaj?

Pochodzenia zwyczajów związanych z walentynkami należy poszukiwać w luperkaliach - rzymskim święcie płodności, które w związku z ekspansją Cesarstwa Rzymskiego pojawiło się również na Wyspach Brytyjskich. Stąd w przyszłości walentynki rozprzestrzeniły się na cały świat. W czasach, gdy zastępowano święta pogańskie chrześcijańskimi, uznano, że św. Walenty, który zginął 14 lutego, w (przeddzień luperkaliów) może godnie objąć pieczę nad świętem budzącej się wiosny, kiedy przyroda pomału otrząsa się z zimowego snu, zwierzęta zaczynają łączyć się w pary, a ludzie chętniej szukają swoich drugich połówek. Na zachodzie Europy święty patronuje zakochanym co najmniej od XV wieku.



Co wiemy o św. Walentym?

Św. Walenty, patron Dnia Zakochanych, to postać dość zagadkowa. Był biskupem Terni pod Rzymem. Za czasów cesarza Klaudiusza II Gota (ok. 269 r.) poniósł śmierć męczeńską.


Legenda mówi, że św. Walenty zajął się popieraniem zakochanych jeszcze za swego życia, kiedy wystąpił przeciwko edyktowi cesarza, zakazującemu zawierania małżeństw. Cesarz Klaudiusz II Gocki z rozczarowaniem zauważył, że żonaci mężczyźni chętniej zostają w domach, zamiast ochoczo uczestniczyć w wojnach i dzielnie walczyć za Rzym. Św. Walenty zignorował ów zakaz i w tajemnicy udzielał ślubów młodym, zakochanym parom. Niestety, sekret się wydał, a Święty został pojmany, wtrącony do więzienia, a następnie stracony.
Według drugiej wersji okoliczności śmierci św. Walentego były zgoła inne: jako człowiek świątobliwy Biskup Terni w III wieku został obdarzony przez Boga niezwykłą mocą uzdrawiania. Wieść o tym dotarła do rzymskiego filozofa Kratona, którego syn był ciężko chory na padaczkę i czekało go życie pełne cierpienia. Św. Walenty zgodził się pomóc rodzinie Kratona pod warunkiem, że ten się nawróci. I rzeczywiście, przekonany cudem dokonanym przez Świętego, Filozof ochrzcił się, a wraz z nim jego bliscy i uczniowie. Niechętnie jednak przyjął to senat rzymski - uznano św. Walentego za osobę niebezpieczną dla państwa, aresztowano go i skazano na śmierć.


Kult Świętego rozwijał się dość szybko. W miejscu, w którym Męczennik został pochowany, już w IV wieku papież Juliusz I kazał wznieść bazylikę. Ponieważ padaczka, a także wszelkiego rodzaju choroby nerwowe, były wówczas w Europie bardzo częste, Święty znalazł licznych czcicieli na całym kontynencie. Do Polski jego sława dotarła dopiero w XV wieku. Ma tu św. Walenty wiele kościołów poświęconych jego imieniu, wiele ołtarzy i wizerunków. Ciekawe, że do niedawna żadne z tych miejsc nie cieszyło się specjalnym zainteresowaniem zakochanych. Sytuacja zmieniła się od chwili, gdy postać Świętego zaczęto łączyć z tym stanem serca.
Tak czy inaczej, historyczne przekazy dotyczące osoby św. Walentego w Dniu Zakochanych stają się rzeczą zupełnie niezauważalną, albo przynajmniej drugorzędną. Mało kto dziś pamięta, że św. Walenty, zanim zaczął patronować uczuciom, zanim stał się wzorcem dla wszystkich zakochanych i podkochujących się, był patronem chorych na epilepsję (padaczkę). Ci, którzy nie pamiętają już co to miłość, lubią złośliwie przyrównywać ją do stanu podobnego tej chorobie.

To tłumaczy, dlaczego właśnie św. Walenty jest patronem wszystkich zakochanych.
Św. Walenty patronuje nie tylko chorym na epilepsję, ale i na choroby nerwowe. Jest opiekunem chorych psychicznie, ludzi ogarniętych mrokiem umysłu. Ikonografia przedstawia tego męczennika najczęściej w stroju kapłańskim, w momencie uzdrawiania chorego.


Święty, dziś nieco zapomniany, miał w dawnej Polsce wiele świątyń, obrazów i cieszył się wielkim kultem. Obecnie w liturgii Kościoła 14 lutego na pierwszym miejscu wymienia się św. Cyryla i Metodego, słowiańskich patronów Europy, a dopiero w dalszej kolejności św. Walentego. Dawniej do kościołów, gdzie znajdował się ołtarz z wizerunkiem tego Świętego, 14 lutego matki przynosiły chore dzieci, aby za jego wstawiennictwem uprosić Boga o zdrowie dla dziecka. Najczęściej przynoszono dzieci chore na padaczkę lub przestraszone. Kapłan odprawiał w intencji osoby chorej Mszę św., następnie odczytywał fragment Ewangelii o uzdrowieniu przez Jezusa i kładąc Księgę Świętą na głowę chorego, udzielał błogosławieństwa. Po tych modlitwach wielu chorych, szczególnie dzieci, miało powracać szybko do zdrowia. Może warto w dniu 14 lutego przywrócić ten piękny zwyczaj pamiętając, iż św. Walenty to także patron chorych.

CZYTAJ DALEJ

Nocna przygoda

2020-02-17 15:18

[ TEMATY ]

dzieci

Dolina Miłosierdzia

Paweł Depta

Co robi się w nocy w parafii? Okazuje się, że można bardzo ciekawie spędzić czas wśród rówieśników. Członkowie Fundacji ufam Tobie w piątek 14 lutego już po raz kolejny zorganizowali w częstochowskiej Dolinie Miłosierdzia tzw. noc w parafii. Tym razem towarzyszyło jej hasło: „Nocna przygoda”.

Uczestnicy spotkania, czyli przede wszystkim uczniowie kl.4-6, tuż po godz. 20, zaopatrzeni w czołówki na głowie i mapy w ręku wyruszyli na poszukiwanie skarbu. Okazało się, że z pozoru niełatwe zadanie dało się zrealizować tylko dzięki pełnej współpracy poszczególnych osób. A nagroda była cenna, gdyż na mecie czekały tort i pizza. Jednak to jeszcze nie był koniec atrakcji. Wszyscy wzmocnieni fizycznie mieli sporo sił, by prawie bez końca oglądać filmy i rozmawiać z koleżankami i kolegami. Ostatecznie jedni dopiero zasypiali, a inni już się budzili. No ale cóż, w sobotni poranek, tuż po godz. 8 przyszli rodzice i trzeba było pójść do domów.

Jednak mimo smutku, że czas tak szybko minął, wszyscy z nadzieją czekają na kolejną „nockę w parafii”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję