Reklama

Wywiady

Sprawy ważne i najważniejsze

O duchu polskiej polityki i znaczeniu „Christendom mainstreaming” dla Europy z Markiem Jurkiem rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Polacy są dziś w większości bardzo zniesmaczeni polityką, nie chcą o niej nawet rozmawiać; uważają ją za ciemną, brudną materię, a za wszelkie zło winią polityków, którzy nie dotrzymują obietnic, bo ich nadrzędnym celem zbyt często staje się osobista kariera i płynące z niej korzyści. Tymczasem Panu, Panie Marszałku, udało się przetrwać w polskiej polityce i nie stracić twarzy – co przyznają nawet Pana oponenci – już chyba ponad 30 lat...

MAREK JUREK: – Dziękuję, a jeśli chodzi o mój staż polityczny, to jest nawet dłuższy. W tym roku mija właśnie 35 lat od deklaracji Ruchu Młodej Polski, a działalność polityczną zacząłem jeszcze wcześniej. Zresztą pierwsze akcje RMP („Nauczanie bez kłamstwa”, „By Ojciec Święty mógł przyjechać do Polski”) też przeprowadziliśmy jeszcze przed ogłoszeniem deklaracji. Dobra polityka wymaga wierności i konsekwencji. Stale musi mieć przed oczyma cele, do których dążymy. Dla mnie przez te ponad 35 lat zawsze dwie sprawy były najważniejsze: cywilizacja chrześcijańska i niepodległość Polski.

– Bez przesady można powiedzieć, że realizację tego ambitnego programu zaczął Pan już w szkole średniej i w tym trudzie niezłomnie trwa Pan do dziś. Skąd się bierze taka wytrwałość?

– Wielkim kapitałem mojego pokolenia było przekonanie, które zawdzięczamy przede wszystkim św. Janowi Pawłowi II, Zbigniewowi Herbertowi i Aleksandrowi Sołżenicynowi, że odwaga cywilna jest koniecznym składnikiem dobrej polityki, że w życiu trzeba umieć iść pod prąd, i że – co więcej – wszystko to ma wielką wartość społeczną. Pewnie dlatego konieczność walki o sprawy ważne traktowałem jako rzecz normalną, bez złości, raczej jako szansę na przekonywanie innych. Tak pracowałem i w opozycji, i wtedy, kiedy kierowałem dwoma urzędami konstytucyjnymi państwa.

– Jako chrześcijańsko-konserwatywny przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji był Pan jednak mocno krytykowany przez tę głośniejszą już wtedy lewicowo-liberalną część opinii...

– To była prezesura ciągłej konfrontacji. Jednak dla mnie najważniejsze było to, że w ciągu sześciu lat mojej działalności zrealizowaliśmy w pełni ogólnopolską sieć Radia Maryja, rozproszoną sieć katolickich rozgłośni regionalnych, że dopóki byłem prezesem KRRiT – skutecznie broniłem zmian przeprowadzanych przez Zarząd TVP pod kierownictwem Wiesława Walendziaka i konserwatywnych programów, które wtedy powstawały („WC Kwadrans”, „Puls dnia”, „Fronda”). Dopiero po zmianie przewodniczącego Rady, już za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, skończył się ten dobry okres telewizji publicznej. A jeśli chodzi o oceny społeczne – KRRiT nigdy potem nie osiągnęła już w sondażach tego poziomu zaufania, jakie miała jeszcze za mojej prezesury.

– Do dziś z łezką w oku wspomina się powagę Sejmu z czasu marszałka Jurka...

– Choć wtedy też kierowałem Sejmem w warunkach niezwykle ostrej konfrontacji opozycji z prezydentem i rządem. Ze strony PO – nie waham się użyć tego określenia – była to nieustająca „opozycja wrzasku”. Sejm był w oku politycznego cyklonu, a mimo to po moim odejściu w ankiecie przeprowadzonej przez „Rzeczpospolitą” wyraźna większość respondentów uznała, że działałem na rzecz jedności i autorytetu parlamentu.

– Wtedy na „znak odpowiedzialności osobistej” złożył Pan rezygnację ze swojego stanowiska w związku z niewprowadzeniem do konstytucji zapisów o ochronie życia od poczęcia. Trudno w całej historii III RP znaleźć przykład tak honorowego odejścia z wysokiego stanowiska...

– Zawsze uważałem, że polityk musi dzielić los spraw, których broni.

– A nie płynąć w głównym nurcie? Politykom zarzuca się dziś, że ich busolą są sondaże opinii publicznej.

– Na sondaże oceniające moje działania spojrzałem dopiero po ich zakończeniu. Ku mojej osobistej satysfakcji – wypadły bardzo dobrze!

– Ale trzeba też ponosić koszty takiej politycznej nieugiętości...

– Nie chodziło mi o jakąś osobistą nieugiętość, ale o sprawę. Nigdy nie wolno nam się pogodzić z ustawodawstwem aborcyjnym, ani nawet z degradowaniem przepisów już chroniących życie. Dlatego do końca prowadziłem rozmowy z posłami, mobilizując ich do głosowania za prawem do życia. Dzięki temu osiągnęliśmy 60 proc. wynik za konstytucjonalizacją prawa do życia. Chodziło po prostu o sprawę, za którą każdy z nas odpowiada. Cat-Mackiewcz mówił, że w polityce trzeba umieć odróżniać rzeczy ważne od nieważnych. Dlatego na każdym stanowisku trzeba mieć świadomość spraw, które przede wszystkim trzeba podjąć. I że jest nam dany tylko pewien czas, żeby je wykonać.

– A rezygnacja z funkcji marszałka Sejmu w 2007 r. nie wiązała się jednak z poczuciem osobistej klęski, przegranej?

– Przegrywamy nie wtedy, gdy bronimy zasad cywilizacji chrześcijańskiej, ale wtedy, gdy rezygnujemy z ich obrony, gdy porzucamy je na rzecz spraw „ciekawszych”. To, że IV Rzeczpospolita chciała być państwem cywilizacji życia, to sukces – nie porażka. Co więcej – prace konstytucyjne doprowadziły (wbrew próbom zastraszenia opinii publicznej) do potwierdzenia przez główne siły polityczne nienaruszalności dotychczasowego zakresu prawnej ochrony życia i do ujawnienia znacznie szerszej większości, niż przepowiadali moralni defetyści.

– A zatem warto było wtedy nawet przegrać?

– Nie nazywałbym tego przegraną, ale po prostu etapem w walce o przywrócenie zasad cywilizacji życia. Przegrały państwa, gdzie dzieciobójstwo prenatalne nie budzi już sprzeciwu. Jakie znaczenie mają „sukcesy” polityków, którzy tam rządzą? Prace konstytucyjne pokazały mimo wszystko siłę opinii chrześcijańskiej w Polsce (60 proc. większości w Sejmie, przy aż 72 proc. w momencie rozpoczęcia prac).

– Tzw. nowoczesna Europa dużo mówiła wówczas o polskim zacofaniu oraz ciemnogrodzie i wciąż nam to wytyka.

– A ja wciąż pamiętam to, co Ojciec Święty powiedział mi w Wielki Poniedziałek 2006 r., gdy mówiłem mu podczas audiencji, że chcemy, by nasza IV Rzeczpospolita była państwem cywilizacji życia i praw rodziny. Benedykt XVI powiedział mi wtedy, że to bardzo ważne dla całej Europy, że ciągle są narody, które chcą żyć po chrześcijańsku.

– Wydaje się jednak, że nie spełniamy dziś oczekiwań św. Jana Pawła II, który tak bardzo marzył o dobrym wpływie Polski na Europę... Pan właśnie to marzenie podejmuje w swym programie politycznym. Dlaczego teraz, skoro już wtedy, kiedy wypowiadał je Jan Paweł II, wydawało się utopijne?

– Europa chrześcijańska nigdy nie była utopią. Była dewastowana przez niechrześcijańskie ideologie, ale jest rzeczywistością od kilkunastu wieków. Praca dla niej to nakaz, dziś bardzo pilny, sumienia i rozumu. Sumienia – by kolejnym pokoleniom Polaków przekazywać wartości duchowe, moralne oraz materialne naszego dziedzictwa, żeby nasze dzieci mogły żyć w wolnym państwie zachowującym ład moralny i gwarantującym dostatek swoim rodzinom. Ład, który przekazuje te dobra, stanowi sens życia narodu. Ale, jak już półtora wieku temu przepowiadał Julian Klaczko, niepodległa Polska nie przetrwa w otoczeniu wrogim wobec zasad, które wyznajemy. Jeżeli chcemy, żeby Polska nie straciła swej tożsamości razem z Europą porzucającą swoje dziedzictwo – musimy Polskę i Europę zmieniać. Musimy bronić praw narodów i kultury chrześcijańskiej, czyli tego wszystkiego, co bez wątpienia składa się na rzeczywiste dobro wspólne naszych narodów.

– Mówi Pan, że skoro już wzięliśmy od Europy to, co ona sama zechciała nam łaskawie dać, to teraz pora, by Europa przyjęła coś od nas. Tylko jak to zrobić, żeby naprawdę słuchała tego, co mamy do powiedzenia? Jak dotąd to raczej my musimy słuchać...

– Nie musimy, natomiast powinniśmy rozmawiać – ale musimy mieć przywódców, którzy będą domagać się szacunku dla naszego kraju. Naszym partnerom w starej Unii należy przypomnieć, że my – walcząc z komunizmem – zrobiliśmy więcej dla ich bezpieczeństwa niż oni dla naszej wolności. Moralną ostoją narodów Europy w walce z komunizmem był Rzym papieży, militarną przeciwwagą dla Związku Sowieckiego – Stany Zjednoczone, ale Europa Zachodnia po prostu przeczekiwała komunizm. Dziś dzięki zwycięstwu naszego oporu mogą wydawać prawie o połowę mniej na obronę, przeznaczając to na konsumpcję. Nam zawdzięczają bezpieczeństwo i dobrobyt.

– To prawda uparcie niezauważana przez naszych zachodnich partnerów. A może zbyt cicho ją wypowiadamy?

– Jeśli naprawdę chcemy partnerstwa w Europie – potrzebna jest solidarność środkowoeuropejska. Niezwykle ważne jest to, aby wszystkie kraje, które ze względów historycznych i geopolitycznych doświadczały komunizmu albo choćby grozy bliskości Związku Sowieckiego, zaczęły wreszcie domagać się realnej solidarności we wszystkich dziedzinach – od budżetu i bezpieczeństwa po ład moralny. Niemcy skorzystały ekonomicznie na otwarciu polskiego rynku, podobnie Austria wobec Czech – nie jesteśmy w Unii tylko beneficjentami wspólnego budżetu, to my zbudowaliśmy nową pozycję Unii.

– Ostatnio polski rząd w związku z niebezpieczną sytuacją na Ukrainie zdaje się jakoś artykułować te oczekiwania, chce być głosem tej części Europy...

– Polski rząd mówi tylko, że istnieje zagrożenie, ale już wcale nie formułuje propozycji działań. Wręcz przeciwnie – premier Tusk coraz częściej straszy, byśmy niczego zbyt mocno się nie domagali. Powtarza to, co mówił cztery lata temu w pierwszym przemówieniu sejmowym po katastrofie smoleńskiej. Wtedy jeszcze domagał się biernego zaufania do Rosji – bo wróci zimna wojna. Dziś z kolei każe stać nieruchomo – jak to groźnie nazwał – w „europejskiej falandze”, bo pozostaje nam tylko czekać na to, co powiedzą inni.

– A nie podpowiada tego polityczny rozsądek?

– Wręcz przeciwnie – żeby powstrzymać Rosję przed eskalacją nacisków na Ukrainę i na kolejne państwa, potrzebne jest kreatywne myślenie o zdecydowanych, proporcjonalnych reakcjach politycznych, które będą naprawdę dotkliwe dla agresora.

– O jakich na przykład?

– Na przykład o przyjęciu Gruzji do NATO. To stary chrześcijański kraj, z historią sięgającą starożytności, mający zdecydowaną wolę przynależności do przymierza zachodniego, który już dawno powinien zostać do niego zaproszony. Znakiem trwałej izolacji Rosji w polityce międzynarodowej powinno być jej wykluczenie z Rady Europy. To byłby znak, że nie chodzi o grę pozorów, tylko o zmianę charakteru relacji. Nie może być tak, że wysoka składka, którą Rosja wpłaca do Rady Europy jest ważniejsza od łamania praw narodów, których właśnie Rada Europy powinna strzec. Ważne byłoby także realne wzmocnienie państw Unii najbardziej narażonych na rosyjskie naciski, takich jak Estonia i Łotwa, więc jednocześnie tych, których poparcie przez sojuszników byłoby najdotkliwiej odczuwalne dla Rosji. Polska powinna proponować takie działania na wszystkich forach naszej aktywności (Przymierze Atlantyckie, Unia Europejska, Rada Europy). Niestety, rząd Tuska nie przejawia poważniejszej inicjatywy.

– Po prostu skutecznie utrzymuje się, zgodnie ze swą naczelną zasadą, w głównym nurcie polityki europejskiej.

– A raczej w niemieckim nurcie polityki europejskiej. Wielkim błędem obecnego rządu była rezygnacja z propozycji strategicznej współpracy z Węgrami, którą ich rząd składał parę lat temu. Wprawdzie obecny rząd nie przyłączył się do brutalnej kampanii antywęgierskiej, ale też nie wspierał publicznie tego kraju, co przecież leżało w oczywistym polskim interesie. Każda uwaga o znamionach krytyki dominującego nurtu europejskiej polityki w rządzie Tuska wywołuje mieszaninę paniki i agresji.

– Tymczasem Europie przydałaby się dziś solidna dawka uzdrawiającej krytyki?

– Oczywiście. Tak jak opozycja jest niezbędnym składnikiem wolnego państwa, tak również potrzebna jest w takim zrzeszeniu państw jak Unia Europejska.

– Jest Pan głębokim europesymistą, Panie Marszałku?

– Krytycyzm nie musi być pesymizmem. Narody Europy mogą wiele osiągnąć we wzajemnej współpracy gospodarczej, pod warunkiem jednak, że na wspólnym rynku będziemy dysponować własną walutą. Konkurencja jest warunkiem wolnego rynku, a wolny kurs własnej waluty jest właśnie czynnikiem konkurencyjności. Możemy budować autentyczną wspólnotę, ale życie chrześcijańskie musi być traktowane jako jej wspólne dobro. Od Unii Europejskiej mamy prawo oczekiwać wspierania interesów państw naszego regionu, a nie obojętności wobec problemów naszego bezpieczeństwa.

– Uważa Pan, że właśnie dziś i właśnie z Polski powinien dotrzeć na unijne forum wyraźny głos sprzeciwu w tej sprawie?

– Eurokonformiści mówią, że nie należy pouczać Europy... Problem w tym, że sami pokornie słuchają pouczeń pod naszym adresem i pilnie je powtarzają. Kiedy w Polsce odbywa się demonstracja homoseksualna – ambasadorowie państw zachodnich zapraszają aktywistów środowisk homoseksualnych, by zapewniać ich z urzędową powagą o poparciu dla ich „odważnej” walki o zmiany w „zapóźnionej cywilizacyjnie” Polsce. Pora, by Polska wysyłała w świat dyplomatów, którzy w państwach zachodnich, np. we Francji, będą zapraszać przedstawicieli ruchu obrony rodziny, by zapewnić ich o poparciu Rzeczypospolitej. Cywilizacja chrześcijańska w Europie żyje i najwyższa pora, by zacząć ją wspólnie umacniać.

– I można stworzyć w Europie, na forum unijnym, silne lobby chrześcijańskie?

– Cywilizacja chrześcijańska ma nie tylko prawo do uroczystych deklaracji, ale także do swojej metodycznej polityki. Należy solidarnie bronić inicjatyw dziś rozproszonych, takich jak: prace rządu hiszpańskiego i parlamentu litewskiego nad ustawami o ochronie życia; francuski ruch obrony rodziny; wystąpienia państw, które wsparły Włochy w obronie krzyża przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. Należy tego typu działania zamienić w systematyczną współpracę rządów, bo tu nie chodzi o prywatne poglądy, ale o naszą cywilizację i dobro wspólne naszych narodów. Powinniśmy wspólnie udzielać wsparcia każdemu państwu atakowanemu za wierność cywilizacji życia i prawom rodziny. To nie my powinniśmy się tłumaczyć, ale ci, którzy te zasady atakują.

– Jeśli Polska chciałaby wypełnić testament św. Jana Pawła II i dzielić się swym chrześcijaństwem z Europą, to przecież już od dawna powinna to robić...

– Był czas, że Polska to robiła. Warto na przykład przypomnieć stanowisko ministra Jerzego Kropiwnickiego na ONZ-owskiej konferencji ludnościowej czy wystąpienie Sejmu w okresie IV Rzeczypospolitej przeciw finansowaniu eksperymentów genetycznych w Europie czy przeciw wprowadzaniu do prawa europejskiego pojęć w rodzaju „homofobia”. Trzeba wrócić do takiej polityki i prowadzić ją konsekwentnie. Na początek potrzebujemy jednak dobrej reprezentacji opinii chrześcijańskiej, zdolnej do działania i wtedy, kiedy trzeba iść pod prąd, i wtedy, gdy trzeba przełamywać obojętność.

– I taka właśnie jest dziś polska konserwatywna prawica?

– Tak od lat działamy w Prawicy Rzeczypospolitej. Ale chcemy, by było to w ogóle kierunkiem działania przyszłych prawicowych rządów. Jesteśmy bliżej tego, od kiedy przed dwoma laty zawarliśmy strategiczne porozumienie z Prawem i Sprawiedliwością. Zakłada ono wzajemne wsparcie naszych działań i wspólny start we wszystkich wyborach, co najmniej do 2020 r. Rozpoczynamy to od tegorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Kandydaci Prawicy Rzeczypospolitej startują wszędzie z miejsc nr 5 na listach PiS. Na forum Parlamentu Europejskiego chcemy prowadzić politykę „Christendom mainstreaming” – stopniowego, ale systematycznego wprowadzania spraw cywilizacji chrześcijańskiej do głównego nurtu polityki europejskiej.

– To będzie bardzo karkołomne zadanie...

– To moralna i społeczna konieczność. Kiedy z wiceprezesem Marianem Piłką byliśmy na Węgrzech, tamtejsi politycy mówili nam, że podjęli działania na rzecz oparcia konstytucji węgierskiej na zasadach chrześcijańskich – bo to jedyny sposób, żeby wyjść z komunizmu i zbudować sprawiedliwe społeczeństwo. Oczywiście, dziś na forum europejskim przede wszystkim musimy bronić tych krajów, które chcą dochować wierności cywilizacji chrześcijańskiej. Ale zbudowanie silnej opinii chrześcijańskiej, dającej oparcie polityce dobra wspólnego – to realne zadanie. I zawsze trzeba uświadamiać naszym oponentom, że kierujemy się zasadami, które służą wszystkim.

– Idzie Pan do Parlamentu Europejskiego po to, aby tam zbudować chrześcijańskiego „konia trojańskiego”?

– Wręcz przeciwnie – my nie chcemy burzyć Europy, lecz przywrócić jej życie! Chcemy odbudować szańce moralne Europy i oczyścić jej ekologię duchową. Ale, oczywiście, idziemy do Parlamentu Europejskiego także po to, by walczyć o polskie i środkowoeuropejskie interesy. Po to, aby nasz region nie był lekceważony i opuszczony w momencie zagrożenia. Po to wreszcie, by pracować na rzecz ukształtowania takiej Europy, która będzie dobra, sprawiedliwa i solidarna wobec wszystkich. A ten cel jest dopiero przed nami.

* * *

Marek Jurek – chrześcijańsko-konserwatywny polityk i publicysta, prezes Prawicy Rzeczypospolitej, marszałek Sejmu RP (2005-07), przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (1995)

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Sejm: Magdalena Biejat odwołana z przewodniczenia komisji polityki społ. i rodziny

2020-01-16 13:10

[ TEMATY ]

polityka

Robert Sobkowicz / Nasz Dziennik

Biejat Magdalena

Posłanka Lewicy Magdalena Biejat została w czwartek odwołana z funkcji przewodniczącej sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny. Na nową przewodniczącą wybrano Urszulę Rusecką (PiS). Głosowanie poprzedziła burzliwa debata i polemiki między parlamentarzystami PiS i Lewicy.

Magdalena Biejat została wybrana na przewodniczącą sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny 14 listopada, na pierwszym posiedzeniu. Zagłosowało za nią 25 posłów, w tym członkowie Prawa i Sprawiedliwości.

Po wyborze Biejat przekonywała, że dla wszystkich członków komisji "w centrum jest człowiek, od prawa do lewa". - Możemy w różny sposób definiować najważniejsze potrzeby i sposób ich rozwiązywania, ale jestem przekonana, że będziemy potrafili ze sobą konstruktywnie współpracować, a rozwiązania, które będą wychodziły z tej komisji będą jak najlepsze dla Polek i Polaków - dodała.

Wkrótce po głosowaniu posłanka PiS Anna Siarkowska poinformowała, że tylko trzy członkinie tego ugrupowania były przeciwne wyborowi Biejat, inni albo zagłosowali "za", albo byli na posiedzeniu nieobecni. Nie przeszkodziło to PiS w złożeniu w grudniu wniosku o odwołanie lewicowej przewodniczącej.

Według Jana Kanthaka (PiS), Biejat nie może sprawować funkcji przewodniczącej komisji polityki społecznej i rodziny, bo jest osobą, która "niszczy polskie rodziny, chce zabijać poczęte dzieci, która zagraża naszej przyszłości". Odwołania Magdaleny Biejat domagała się również Konfederacja.

Sprawozdawczyni wniosku o odwołanie, posłanka Teresa Wargocka (PiS) argumentowała, że Magdalena Biejat jest jedynym przewodniczącym spośród 29 przewodniczących sejmowych komisji bez doświadczenia parlamentarnego, jest bowiem posłanką pierwszą kadencję. Biejat wytknięto też "absolutny brak aktywności" w czterech tygodniach, które nastąpiły po jej wyborze.

Zdaniem posłów PiS, przewodniczenie tej komisji powinno natomiast przypaść bardziej doświadczonej osobie. Nie bez znaczenia miał być przy tym także fakt, że jest to jedna z najbardziej obciążonych pracami komisji w Sejmie.

Jednak powodem odwołania stały się jednak także poglądy Magdaleny Biejat, które w uzasadnieniu uznano za kontrowersyjne. - Poglądy polityczne, jakie pani poseł reprezentuje w licznych wywiadach, m.in. w sprawie modelu rodziny, nie są podzielane przez większość naszego społeczeństwa. Wypowiedzi te rezonują w opinii społecznej i wywołują niezadowolenie wielu obywateli, że głosi je przewodnicząca komisji, w której zapadają decyzje o polityce państwa wobec rodzin - mówiła Wargocka.

Poseł Wargocka złożyła następnie trzy wnioski; o odwołanie Biejat z funkcji przewodniczącej komisji, o powołanie na przewodniczącą poseł Urszuli Ruseckiej (PiS) oraz o powołanie Roberta Warwasa (PiS) na zwolnione przez Rusecką stanowisko wiceprzewodniczącego.

W obronie Magdaleny Biejat stanęli posłowie Lewicy i Koalicji Obywatelskiej.

Marzena Okła-Drewnowicz (KO) poinformowała, że wytykanie braku doświadczenia parlamentarnego jest hipokryzją, gdyż przewodniczącą komisji rodziny w poprzedniej kadencji była Bożena Borys-Szopa, także po raz pierwszy zasiadająca w parlamencie. - Wtedy to państwu nie przeszkadzało? - pytała posłów PiS.

Inni parlamentarzyści argumentowali, że partia rządząca nie ma monopolu na sprawy społeczne w parlamencie. Sprzeciwiali się też temu, aby sprawy światopoglądowe czy polityczne decydowały o tym, kto ma być przewodniczącym komisji.

Sławomir Piechota (KO), przewodniczący komisji rodziny przez dwie kadencje, ubolewał, że łamany jest parlamentarny obyczaj przyznawania parytetu przewodniczenia komisjom według liczebności klubów parlamentarnych. - To bardzo niebezpieczny precedens. Sami kiedyś możecie paść ofiarą łamania tego obyczaju - mówił.

Głos zabrał też Grzegorz Braun z Konfederacji, ale zamiast uzasadniać swoją przychylność wobec wniosku PiS, skupił się głównie na krytyce postępowania tej partii. - Jedzcie tę żabę, koleżanki i koledzy, skoro umówiliście się na taki parytet - mówił, odnosząc się do podziału stanowisk w komisji.

Debata nie zmieniła jednak decyzji PiS, które mając większość w komisji, przy wsparciu Konfederacji, odwołało Magdalenę Biejat z funkcji przewodniczącej. Głosowało za tym 19 członków komisji, 12 było przeciw, nikt się nie wstrzymał.

Za wyborem Urszuli Ruseckiej opowiedziało się 18 posłów, wstrzymał się Grzegorz Braun. Na wiceprzewodniczącego wybrano też Roberta Warwasa. Po odwołaniu Biejat kluby opozycyjne KO i Lewicy opuściły posiedzenie, nie biorąc tym samym udziału w głosowaniu.

Do sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny trafił w poprzedniej kadencji obywatelski projekt "Zatrzymaj aborcję", jednak prace nad nim nigdy się nie odbyły. Powołana w celu jego rozpatrzenia specjalna podkomisja nie zebrała się ani razu.

Projekt "Zatrzymaj aborcję" jest inicjatywą ustawodawczą zgłoszoną przez komitet inicjatywy ustawodawczej o tej samej nazwie. Został złożony w Sejmie 30 listopada 2017 przez działaczy pro-life z Fundacji Życie i Rodzina. Jego celem jest wykreślenie z ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży tzw. przesłanki eugenicznej, pozwalającej na aborcję dzieci, u których stwierdzono podejrzenie nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Pod projektem podpisało się 850 tys. Polaków.

CZYTAJ DALEJ

„Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (J 1, 29)

Niedziela sandomierska 14/2007

Umiłowani,
Przywołane wyżej słowa Jana Chrzciciela, wypowiedziane nad brzegiem Jordanu na widok przychodzącego Jezusa, powtarzane są podczas każdej celebracji Mszy św., kiedy kapłan zaprasza, byśmy się zbliżyli do ołtarza. Brzmią wtedy poruszające serce słowa: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Błogosławieni, którzy zostali wezwani na Jego ucztę”. Jezus rzeczywiście jest prawdziwym Barankiem Paschalnym, który z miłości ofiarował siebie za nas, objawiając jednocześnie zbawczy sens swojej śmierci i zmartwychwstania. Tajemnica ta staje się ciągle na nowo rzeczywistością odnawiającą historię. Ustanowienie i Obecność Jezusa w Eucharystii pokazuje, jak śmierć Pana, sama w sobie gwałtowna i absurdalna, przez Jego Zmartwychwstanie stała się najwyższym aktem miłości oraz definitywnym wyzwoleniem od zła.
Niech żywy sakrament Jego Ciała i Jego Krwi będzie dla Was ciągle nowym zdumieniem, radością i nadzieją, podobnie jak pusty grób Zmartwychwstałego Pana stał się dla Apostołów. Niech również działania z wiarą podejmowane na polskiej Ziemi dla umiłowania i ochrony każdego życia nabiorą nowej nadziei w Zmartwychwstaniu Jezusa i przyniosą owoc błogosławiony.
W duchu wielkanocnej radości proszę przyjąć najlepsze życzenia pokoju, łaski zdrowia i wszelkich błogosławionych darów od Chrystusa Zmartwychwstałego na każdą chwilę życia osobistego i rodzinnego, społecznego i religijnego.
Niech Was i Rodziny Wasze błogosławi Bóg Wszechmogący - Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen.

CZYTAJ DALEJ

Koronawirus 2019-nCoV – najważniejsze informacje

2020-01-26 14:50

[ TEMATY ]

zdrowie

wirus

stock.adobe.com

Koronawirus 2019-nCoV jest wirusem osłonkowym, podatnym na działanie wszystkich rozpuszczalników lipidów. Należy pamiętać o częstym myciu rąk wodą z mydłem lub dezynfekować je środkiem na bazie alkoholu.

Z dniem 23 stycznia 2020 r. wszystkie loty z Wuhan zostały odwołane. Został również wstrzymany cały transport publiczny oraz dalekobieżny. Podobne środki ostrożności zostały również wdrożone w innych regionach Chin. Miejsca spotkań publicznych zostały zamknięte do odwołania, a władze miast zalecają unikanie uczestnictwa w różnego rodzaju spotkaniach grupowych.

Główny Inspektor Sanitarny nie zaleca podróżowania do rejonów Azji Południowo-Wschodniej.

Łącznie w okresie od 31 grudnia 2019 r. do 24 stycznia 2020 r. odnotowano laboratoryjnie potwierdzonych 901 przypadków zakażeń 2019-nCoV, w tym 26 zgonów.

15 przypadków zakażeń dotyczyło personelu medycznego.

Przypadki: Chiny, w tym Hong Kong i Makau (882), Tajwan (1), Tajlandia (4), Japonia (2), Korea Południowa (2), USA (1), Singapur (3), Wietnam (1), USA (1), Francja (3).

Spośród 26 przypadków śmiertelnych w Chinach, 24 odnotowano w prowincji Hubei, 1 w prowincji Heilongjiang i 1 w prowincji Hebei.

Objawy zakażenia obejmowały gorączkę, dreszcze, bóle mięśniowe, katar, kaszel oraz duszności. Badania RTG klatki piersiowej wykazały typowe cechy wirusowego zapalenia płuc z rozlanymi obustronnymi naciekami.

Potwierdzono transmisję wirusa z człowieka na człowieka, ale potrzebnych jest więcej informacji, aby móc w pełni ocenić zakres tego rodzaju transmisji.

Źródło infekcji nie jest znane i dlatego zakłada się, że może ono nadal być aktywne i prowadzić do kolejnych przypadków zakażeń.

Zalecenia dla osób podróżujących po Chinach:

unikanie miejsc publicznych, zatłoczonych,

bezwzględne unikanie bliskiego kontaktu z osobami chorymi, w szczególności z objawami ze strony układu oddechowego,

unikanie odwiedzania rynków/targów lub innych miejsc, w których znajdują się żywe lub martwe zwierzęta i ptaki,

unikanie kontaktu ze zwierzętami, ich wydalinami lub odchodami,

ścisłe przestrzeganie zasad higieny rąk – ręce myć często wodą z mydłem lub dezynfekować środkiem na bazie alkoholu,

przestrzeganie zasad higieny żywności – jeść tylko w pewnych miejscach, pić wodę konfekcjonowaną.

Główny Inspektorat Sanitarny na bieżąco monitoruje sytuację epidemiologiczną.

W przypadku kiedy podróżujący z obszarów wysokiego ryzyka występowania wirusa (obszary te na bieżąco w swoich komunikatach podaje Główny Inspektorat Sanitarny) przyleci do Polski:

Wszyscy podróżujący samolotem dostają Kartę Lokalizacyjną Pasażera – w której znajduje się prośba o podanie kontaktu i miejsca pobytu;

w samolocie – będzie miała miejsce pierwsza weryfikacja czy podróżujący ma objawy choroby np. podwyższoną temperaturę ciała. Jeśli podróżujący ma objawy

i podróżuje z obszaru wysokiego ryzyka zakażenia koronawirusem 2019-nCoV nastąpi kontakt z lotniskową służbą zdrowia

Okres wylęgania wirusa może trwać do 14 dni. Najczęściej 5-6 dni. W tym czasie podróżujący z obszarów wysokiego ryzyka powinien obserwować swój stan zdrowia.

W przypadku pojawienia się symptomów takich jak:

– gorączka powyżej 380C;

– kaszel;

– duszność.

podróżny powinien skontaktować się z lekarzem, który poinstruuje go o dalszych działaniach.

Według aktualnej wiedzy nie ma ryzyka zakażenia się wirusem poprzez towary zamawiane

z Chin.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję