Reklama

Sprawy ważne i najważniejsze

2014-05-13 13:04


Niedziela Ogólnopolska 20/2014, str. 38-40

DOMINIK RÓŻAŃSKI

O duchu polskiej polityki i znaczeniu „Christendom mainstreaming” dla Europy z Markiem Jurkiem rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Polacy są dziś w większości bardzo zniesmaczeni polityką, nie chcą o niej nawet rozmawiać; uważają ją za ciemną, brudną materię, a za wszelkie zło winią polityków, którzy nie dotrzymują obietnic, bo ich nadrzędnym celem zbyt często staje się osobista kariera i płynące z niej korzyści. Tymczasem Panu, Panie Marszałku, udało się przetrwać w polskiej polityce i nie stracić twarzy – co przyznają nawet Pana oponenci – już chyba ponad 30 lat...

MAREK JUREK: – Dziękuję, a jeśli chodzi o mój staż polityczny, to jest nawet dłuższy. W tym roku mija właśnie 35 lat od deklaracji Ruchu Młodej Polski, a działalność polityczną zacząłem jeszcze wcześniej. Zresztą pierwsze akcje RMP („Nauczanie bez kłamstwa”, „By Ojciec Święty mógł przyjechać do Polski”) też przeprowadziliśmy jeszcze przed ogłoszeniem deklaracji. Dobra polityka wymaga wierności i konsekwencji. Stale musi mieć przed oczyma cele, do których dążymy. Dla mnie przez te ponad 35 lat zawsze dwie sprawy były najważniejsze: cywilizacja chrześcijańska i niepodległość Polski.

– Bez przesady można powiedzieć, że realizację tego ambitnego programu zaczął Pan już w szkole średniej i w tym trudzie niezłomnie trwa Pan do dziś. Skąd się bierze taka wytrwałość?

– Wielkim kapitałem mojego pokolenia było przekonanie, które zawdzięczamy przede wszystkim św. Janowi Pawłowi II, Zbigniewowi Herbertowi i Aleksandrowi Sołżenicynowi, że odwaga cywilna jest koniecznym składnikiem dobrej polityki, że w życiu trzeba umieć iść pod prąd, i że – co więcej – wszystko to ma wielką wartość społeczną. Pewnie dlatego konieczność walki o sprawy ważne traktowałem jako rzecz normalną, bez złości, raczej jako szansę na przekonywanie innych. Tak pracowałem i w opozycji, i wtedy, kiedy kierowałem dwoma urzędami konstytucyjnymi państwa.

– Jako chrześcijańsko-konserwatywny przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji był Pan jednak mocno krytykowany przez tę głośniejszą już wtedy lewicowo-liberalną część opinii...

– To była prezesura ciągłej konfrontacji. Jednak dla mnie najważniejsze było to, że w ciągu sześciu lat mojej działalności zrealizowaliśmy w pełni ogólnopolską sieć Radia Maryja, rozproszoną sieć katolickich rozgłośni regionalnych, że dopóki byłem prezesem KRRiT – skutecznie broniłem zmian przeprowadzanych przez Zarząd TVP pod kierownictwem Wiesława Walendziaka i konserwatywnych programów, które wtedy powstawały („WC Kwadrans”, „Puls dnia”, „Fronda”). Dopiero po zmianie przewodniczącego Rady, już za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, skończył się ten dobry okres telewizji publicznej. A jeśli chodzi o oceny społeczne – KRRiT nigdy potem nie osiągnęła już w sondażach tego poziomu zaufania, jakie miała jeszcze za mojej prezesury.

– Do dziś z łezką w oku wspomina się powagę Sejmu z czasu marszałka Jurka...

– Choć wtedy też kierowałem Sejmem w warunkach niezwykle ostrej konfrontacji opozycji z prezydentem i rządem. Ze strony PO – nie waham się użyć tego określenia – była to nieustająca „opozycja wrzasku”. Sejm był w oku politycznego cyklonu, a mimo to po moim odejściu w ankiecie przeprowadzonej przez „Rzeczpospolitą” wyraźna większość respondentów uznała, że działałem na rzecz jedności i autorytetu parlamentu.

– Wtedy na „znak odpowiedzialności osobistej” złożył Pan rezygnację ze swojego stanowiska w związku z niewprowadzeniem do konstytucji zapisów o ochronie życia od poczęcia. Trudno w całej historii III RP znaleźć przykład tak honorowego odejścia z wysokiego stanowiska...

– Zawsze uważałem, że polityk musi dzielić los spraw, których broni.

– A nie płynąć w głównym nurcie? Politykom zarzuca się dziś, że ich busolą są sondaże opinii publicznej.

– Na sondaże oceniające moje działania spojrzałem dopiero po ich zakończeniu. Ku mojej osobistej satysfakcji – wypadły bardzo dobrze!

– Ale trzeba też ponosić koszty takiej politycznej nieugiętości...

– Nie chodziło mi o jakąś osobistą nieugiętość, ale o sprawę. Nigdy nie wolno nam się pogodzić z ustawodawstwem aborcyjnym, ani nawet z degradowaniem przepisów już chroniących życie. Dlatego do końca prowadziłem rozmowy z posłami, mobilizując ich do głosowania za prawem do życia. Dzięki temu osiągnęliśmy 60 proc. wynik za konstytucjonalizacją prawa do życia. Chodziło po prostu o sprawę, za którą każdy z nas odpowiada. Cat-Mackiewcz mówił, że w polityce trzeba umieć odróżniać rzeczy ważne od nieważnych. Dlatego na każdym stanowisku trzeba mieć świadomość spraw, które przede wszystkim trzeba podjąć. I że jest nam dany tylko pewien czas, żeby je wykonać.

– A rezygnacja z funkcji marszałka Sejmu w 2007 r. nie wiązała się jednak z poczuciem osobistej klęski, przegranej?

– Przegrywamy nie wtedy, gdy bronimy zasad cywilizacji chrześcijańskiej, ale wtedy, gdy rezygnujemy z ich obrony, gdy porzucamy je na rzecz spraw „ciekawszych”. To, że IV Rzeczpospolita chciała być państwem cywilizacji życia, to sukces – nie porażka. Co więcej – prace konstytucyjne doprowadziły (wbrew próbom zastraszenia opinii publicznej) do potwierdzenia przez główne siły polityczne nienaruszalności dotychczasowego zakresu prawnej ochrony życia i do ujawnienia znacznie szerszej większości, niż przepowiadali moralni defetyści.

– A zatem warto było wtedy nawet przegrać?

– Nie nazywałbym tego przegraną, ale po prostu etapem w walce o przywrócenie zasad cywilizacji życia. Przegrały państwa, gdzie dzieciobójstwo prenatalne nie budzi już sprzeciwu. Jakie znaczenie mają „sukcesy” polityków, którzy tam rządzą? Prace konstytucyjne pokazały mimo wszystko siłę opinii chrześcijańskiej w Polsce (60 proc. większości w Sejmie, przy aż 72 proc. w momencie rozpoczęcia prac).

– Tzw. nowoczesna Europa dużo mówiła wówczas o polskim zacofaniu oraz ciemnogrodzie i wciąż nam to wytyka.

– A ja wciąż pamiętam to, co Ojciec Święty powiedział mi w Wielki Poniedziałek 2006 r., gdy mówiłem mu podczas audiencji, że chcemy, by nasza IV Rzeczpospolita była państwem cywilizacji życia i praw rodziny. Benedykt XVI powiedział mi wtedy, że to bardzo ważne dla całej Europy, że ciągle są narody, które chcą żyć po chrześcijańsku.

– Wydaje się jednak, że nie spełniamy dziś oczekiwań św. Jana Pawła II, który tak bardzo marzył o dobrym wpływie Polski na Europę... Pan właśnie to marzenie podejmuje w swym programie politycznym. Dlaczego teraz, skoro już wtedy, kiedy wypowiadał je Jan Paweł II, wydawało się utopijne?

– Europa chrześcijańska nigdy nie była utopią. Była dewastowana przez niechrześcijańskie ideologie, ale jest rzeczywistością od kilkunastu wieków. Praca dla niej to nakaz, dziś bardzo pilny, sumienia i rozumu. Sumienia – by kolejnym pokoleniom Polaków przekazywać wartości duchowe, moralne oraz materialne naszego dziedzictwa, żeby nasze dzieci mogły żyć w wolnym państwie zachowującym ład moralny i gwarantującym dostatek swoim rodzinom. Ład, który przekazuje te dobra, stanowi sens życia narodu. Ale, jak już półtora wieku temu przepowiadał Julian Klaczko, niepodległa Polska nie przetrwa w otoczeniu wrogim wobec zasad, które wyznajemy. Jeżeli chcemy, żeby Polska nie straciła swej tożsamości razem z Europą porzucającą swoje dziedzictwo – musimy Polskę i Europę zmieniać. Musimy bronić praw narodów i kultury chrześcijańskiej, czyli tego wszystkiego, co bez wątpienia składa się na rzeczywiste dobro wspólne naszych narodów.

– Mówi Pan, że skoro już wzięliśmy od Europy to, co ona sama zechciała nam łaskawie dać, to teraz pora, by Europa przyjęła coś od nas. Tylko jak to zrobić, żeby naprawdę słuchała tego, co mamy do powiedzenia? Jak dotąd to raczej my musimy słuchać...

– Nie musimy, natomiast powinniśmy rozmawiać – ale musimy mieć przywódców, którzy będą domagać się szacunku dla naszego kraju. Naszym partnerom w starej Unii należy przypomnieć, że my – walcząc z komunizmem – zrobiliśmy więcej dla ich bezpieczeństwa niż oni dla naszej wolności. Moralną ostoją narodów Europy w walce z komunizmem był Rzym papieży, militarną przeciwwagą dla Związku Sowieckiego – Stany Zjednoczone, ale Europa Zachodnia po prostu przeczekiwała komunizm. Dziś dzięki zwycięstwu naszego oporu mogą wydawać prawie o połowę mniej na obronę, przeznaczając to na konsumpcję. Nam zawdzięczają bezpieczeństwo i dobrobyt.

– To prawda uparcie niezauważana przez naszych zachodnich partnerów. A może zbyt cicho ją wypowiadamy?

– Jeśli naprawdę chcemy partnerstwa w Europie – potrzebna jest solidarność środkowoeuropejska. Niezwykle ważne jest to, aby wszystkie kraje, które ze względów historycznych i geopolitycznych doświadczały komunizmu albo choćby grozy bliskości Związku Sowieckiego, zaczęły wreszcie domagać się realnej solidarności we wszystkich dziedzinach – od budżetu i bezpieczeństwa po ład moralny. Niemcy skorzystały ekonomicznie na otwarciu polskiego rynku, podobnie Austria wobec Czech – nie jesteśmy w Unii tylko beneficjentami wspólnego budżetu, to my zbudowaliśmy nową pozycję Unii.

– Ostatnio polski rząd w związku z niebezpieczną sytuacją na Ukrainie zdaje się jakoś artykułować te oczekiwania, chce być głosem tej części Europy...

– Polski rząd mówi tylko, że istnieje zagrożenie, ale już wcale nie formułuje propozycji działań. Wręcz przeciwnie – premier Tusk coraz częściej straszy, byśmy niczego zbyt mocno się nie domagali. Powtarza to, co mówił cztery lata temu w pierwszym przemówieniu sejmowym po katastrofie smoleńskiej. Wtedy jeszcze domagał się biernego zaufania do Rosji – bo wróci zimna wojna. Dziś z kolei każe stać nieruchomo – jak to groźnie nazwał – w „europejskiej falandze”, bo pozostaje nam tylko czekać na to, co powiedzą inni.

– A nie podpowiada tego polityczny rozsądek?

– Wręcz przeciwnie – żeby powstrzymać Rosję przed eskalacją nacisków na Ukrainę i na kolejne państwa, potrzebne jest kreatywne myślenie o zdecydowanych, proporcjonalnych reakcjach politycznych, które będą naprawdę dotkliwe dla agresora.

– O jakich na przykład?

– Na przykład o przyjęciu Gruzji do NATO. To stary chrześcijański kraj, z historią sięgającą starożytności, mający zdecydowaną wolę przynależności do przymierza zachodniego, który już dawno powinien zostać do niego zaproszony. Znakiem trwałej izolacji Rosji w polityce międzynarodowej powinno być jej wykluczenie z Rady Europy. To byłby znak, że nie chodzi o grę pozorów, tylko o zmianę charakteru relacji. Nie może być tak, że wysoka składka, którą Rosja wpłaca do Rady Europy jest ważniejsza od łamania praw narodów, których właśnie Rada Europy powinna strzec. Ważne byłoby także realne wzmocnienie państw Unii najbardziej narażonych na rosyjskie naciski, takich jak Estonia i Łotwa, więc jednocześnie tych, których poparcie przez sojuszników byłoby najdotkliwiej odczuwalne dla Rosji. Polska powinna proponować takie działania na wszystkich forach naszej aktywności (Przymierze Atlantyckie, Unia Europejska, Rada Europy). Niestety, rząd Tuska nie przejawia poważniejszej inicjatywy.

– Po prostu skutecznie utrzymuje się, zgodnie ze swą naczelną zasadą, w głównym nurcie polityki europejskiej.

– A raczej w niemieckim nurcie polityki europejskiej. Wielkim błędem obecnego rządu była rezygnacja z propozycji strategicznej współpracy z Węgrami, którą ich rząd składał parę lat temu. Wprawdzie obecny rząd nie przyłączył się do brutalnej kampanii antywęgierskiej, ale też nie wspierał publicznie tego kraju, co przecież leżało w oczywistym polskim interesie. Każda uwaga o znamionach krytyki dominującego nurtu europejskiej polityki w rządzie Tuska wywołuje mieszaninę paniki i agresji.

– Tymczasem Europie przydałaby się dziś solidna dawka uzdrawiającej krytyki?

– Oczywiście. Tak jak opozycja jest niezbędnym składnikiem wolnego państwa, tak również potrzebna jest w takim zrzeszeniu państw jak Unia Europejska.

– Jest Pan głębokim europesymistą, Panie Marszałku?

– Krytycyzm nie musi być pesymizmem. Narody Europy mogą wiele osiągnąć we wzajemnej współpracy gospodarczej, pod warunkiem jednak, że na wspólnym rynku będziemy dysponować własną walutą. Konkurencja jest warunkiem wolnego rynku, a wolny kurs własnej waluty jest właśnie czynnikiem konkurencyjności. Możemy budować autentyczną wspólnotę, ale życie chrześcijańskie musi być traktowane jako jej wspólne dobro. Od Unii Europejskiej mamy prawo oczekiwać wspierania interesów państw naszego regionu, a nie obojętności wobec problemów naszego bezpieczeństwa.

– Uważa Pan, że właśnie dziś i właśnie z Polski powinien dotrzeć na unijne forum wyraźny głos sprzeciwu w tej sprawie?

– Eurokonformiści mówią, że nie należy pouczać Europy... Problem w tym, że sami pokornie słuchają pouczeń pod naszym adresem i pilnie je powtarzają. Kiedy w Polsce odbywa się demonstracja homoseksualna – ambasadorowie państw zachodnich zapraszają aktywistów środowisk homoseksualnych, by zapewniać ich z urzędową powagą o poparciu dla ich „odważnej” walki o zmiany w „zapóźnionej cywilizacyjnie” Polsce. Pora, by Polska wysyłała w świat dyplomatów, którzy w państwach zachodnich, np. we Francji, będą zapraszać przedstawicieli ruchu obrony rodziny, by zapewnić ich o poparciu Rzeczypospolitej. Cywilizacja chrześcijańska w Europie żyje i najwyższa pora, by zacząć ją wspólnie umacniać.

– I można stworzyć w Europie, na forum unijnym, silne lobby chrześcijańskie?

– Cywilizacja chrześcijańska ma nie tylko prawo do uroczystych deklaracji, ale także do swojej metodycznej polityki. Należy solidarnie bronić inicjatyw dziś rozproszonych, takich jak: prace rządu hiszpańskiego i parlamentu litewskiego nad ustawami o ochronie życia; francuski ruch obrony rodziny; wystąpienia państw, które wsparły Włochy w obronie krzyża przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. Należy tego typu działania zamienić w systematyczną współpracę rządów, bo tu nie chodzi o prywatne poglądy, ale o naszą cywilizację i dobro wspólne naszych narodów. Powinniśmy wspólnie udzielać wsparcia każdemu państwu atakowanemu za wierność cywilizacji życia i prawom rodziny. To nie my powinniśmy się tłumaczyć, ale ci, którzy te zasady atakują.

– Jeśli Polska chciałaby wypełnić testament św. Jana Pawła II i dzielić się swym chrześcijaństwem z Europą, to przecież już od dawna powinna to robić...

– Był czas, że Polska to robiła. Warto na przykład przypomnieć stanowisko ministra Jerzego Kropiwnickiego na ONZ-owskiej konferencji ludnościowej czy wystąpienie Sejmu w okresie IV Rzeczypospolitej przeciw finansowaniu eksperymentów genetycznych w Europie czy przeciw wprowadzaniu do prawa europejskiego pojęć w rodzaju „homofobia”. Trzeba wrócić do takiej polityki i prowadzić ją konsekwentnie. Na początek potrzebujemy jednak dobrej reprezentacji opinii chrześcijańskiej, zdolnej do działania i wtedy, kiedy trzeba iść pod prąd, i wtedy, gdy trzeba przełamywać obojętność.

– I taka właśnie jest dziś polska konserwatywna prawica?

– Tak od lat działamy w Prawicy Rzeczypospolitej. Ale chcemy, by było to w ogóle kierunkiem działania przyszłych prawicowych rządów. Jesteśmy bliżej tego, od kiedy przed dwoma laty zawarliśmy strategiczne porozumienie z Prawem i Sprawiedliwością. Zakłada ono wzajemne wsparcie naszych działań i wspólny start we wszystkich wyborach, co najmniej do 2020 r. Rozpoczynamy to od tegorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Kandydaci Prawicy Rzeczypospolitej startują wszędzie z miejsc nr 5 na listach PiS. Na forum Parlamentu Europejskiego chcemy prowadzić politykę „Christendom mainstreaming” – stopniowego, ale systematycznego wprowadzania spraw cywilizacji chrześcijańskiej do głównego nurtu polityki europejskiej.

– To będzie bardzo karkołomne zadanie...

– To moralna i społeczna konieczność. Kiedy z wiceprezesem Marianem Piłką byliśmy na Węgrzech, tamtejsi politycy mówili nam, że podjęli działania na rzecz oparcia konstytucji węgierskiej na zasadach chrześcijańskich – bo to jedyny sposób, żeby wyjść z komunizmu i zbudować sprawiedliwe społeczeństwo. Oczywiście, dziś na forum europejskim przede wszystkim musimy bronić tych krajów, które chcą dochować wierności cywilizacji chrześcijańskiej. Ale zbudowanie silnej opinii chrześcijańskiej, dającej oparcie polityce dobra wspólnego – to realne zadanie. I zawsze trzeba uświadamiać naszym oponentom, że kierujemy się zasadami, które służą wszystkim.

– Idzie Pan do Parlamentu Europejskiego po to, aby tam zbudować chrześcijańskiego „konia trojańskiego”?

– Wręcz przeciwnie – my nie chcemy burzyć Europy, lecz przywrócić jej życie! Chcemy odbudować szańce moralne Europy i oczyścić jej ekologię duchową. Ale, oczywiście, idziemy do Parlamentu Europejskiego także po to, by walczyć o polskie i środkowoeuropejskie interesy. Po to, aby nasz region nie był lekceważony i opuszczony w momencie zagrożenia. Po to wreszcie, by pracować na rzecz ukształtowania takiej Europy, która będzie dobra, sprawiedliwa i solidarna wobec wszystkich. A ten cel jest dopiero przed nami.

* * *

Marek Jurek – chrześcijańsko-konserwatywny polityk i publicysta, prezes Prawicy Rzeczypospolitej, marszałek Sejmu RP (2005-07), przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (1995)

Tagi:
polityka

Reklama

Prawicowy spór o aborcję

2019-08-21 11:24

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 34/2019, str. 30

Marszałek Marek Jurek zdecydował o utworzeniu wspólnej listy wyborczej z Kają Godek po tym, gdy znana działaczka pro-life opuściła szeregi Konfederacji

Artur Stelmasiak

Kwestia ochrony życia potrafi rozpalić do czerwoności emocje na lewicy, totalnie wystudzić zapał w partii rządzącej, ale także bywa niewygodna dla formacji deklarujących konserwatywne poglądy. Tak było w przypadku tarć w Konfederacji, którą opuścili działacze Fundacji Życie i Rodzina.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jasna Góra: pieszo, na rowerach i biegiem - trwa drugi szczyt pielgrzymkowy

2019-08-25 08:58

it / Częstochowa (KAI)

Na Jasnej Górze rozpoczął się drugi szczyt pielgrzymkowy. Na uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej przybywają kolejne tysiące pieszych, rowerowych i innych pątników. To głównie grupy parafialne i dekanalne z metropolii łódzkiej, katowickiej i częstochowskiej, ale są też diecezjalne kompanie. Wczoraj weszło ponad 20 grup, a dziś przyjdzie następnych ponad trzydzieści.

Krzysztof Świertok

W 94. pielgrzymce łódzkiej, wśród ok.2 tys. pątników, jak zwykle przyszli: papieski jałmużnik kard. Konrad Krajewski i abp Grzegorz Ryś, metropolita łódzki.

Abp Ryś podkreślał, że pielgrzymka jest „przecudownym doświadczeniem Kościoła”. - Jak odkryliście to przecudowne doświadczenie Kościoła, gdzie wszyscy podążają za Chrystusem, nawracają się, znają się po imieniu, poznają nowych ludzi, którzy od razu są ich dobrymi znajomymi, a jak trzeba to wszyscy idą na grilla, to uczyńcie Kościół taki w waszych parafiach, wspólnotach i mówicie - chodźcie i zobaczcie - zachęcał pielgrzymów metropolita łódzki.

Pątnik witał każdą z grup pieszych pielgrzymek z metropolii łódzkiej. W sumie z terenu jego archidiecezji weszło ok. 6 tys. osób.

- To jest specyfika pielgrzymki z arch. łódzkiej, że jest wiele wspólnot, które idą w tym samym czasie, z różnych miejsc, idą i razem i osobno, więc biskup się musi przenosić z miejsca na miejsce - wyjaśnia arcybiskup. Podkreśla, że zaczął pielgrzymować ze Zgierzem, „to było 20-tego, potem wyszedłem z Łodzią 21-go, potem szedłem z Łaskiem, następnie z Aleksandrowem i z Pabianicami, Kaszewicami i czekam na pozostałe grupy”.

Jak zaznacza „to bardzo piękne doświadczenie, bo w tych mniejszych grupach ludzie poczuwają się do bliższej wspólnoty, jakoś łatwiej czytają swoją tożsamość”. - Dobrze jest z nimi być. Na każdym etapie ludzie podchodzili, spowiadali się, rozmawiali, stawiali rozmaite pytania – podkreślał pasterz.

Dodawał, że Jasna Góra jest dla niego ważnym miejscem w życiu. - Pewnie sam mógłbym przyjechać w różnym czasie, ale dla mnie jest ogromnie ważne przejść z ludźmi z mojej archidiecezji, także po to, żeby skrócić pewien dystans, żeby zobaczyli, że biskup nie jest kimś na koturnach i niedostępnym, tylko idzie z nimi i sutannę ma tak samo mokrą, jak oni kurtki czy koszule. Bardzo dobre doświadczenie - podsumował arcybiskup.

Pielgrzymi podkreślają, że przybywają na imieniny Matki. - Matka chce swoje dzieci zawsze mieć wszystkie przy sobie, Maryja nas jednoczy - powiedziała pani Bożena, która siódmy raz przyszła z Wolbromia.

Karol, 10-letni pielgrzym podkreślał, że choć ciężko się szło, „bo to sto kilometrów a nogi bolą jak zwykle, to jak się tu wchodzi to jest się szczęśliwym i dumnym, że się doszło”.

Ania przedstawicielka młodzieży podkreślała, że pielgrzymka to „zawsze wspaniały czas kiedy można się modlić z innymi ludźmi i wzmacniać się w wierze”.

Niektórzy pokonali sto kilometrów, inni tysiąc. Z paulińskiego klasztoru w Rumunii i z miejsca ostatniej wizyty papieża Franciszka w Csíksomlyó przybiegło 10 osób.

Pomysłodawcą pielgrzymki jest Marian Płaszczyk, mieszkaniec Knurowa, członek Rycerstwa Jasnogórskiej Bogarodzicy, który corocznie organizuje pielgrzymki biegowe z miasteczka Knurów w woj. śląskim na Jasną Górę. Od trzech lat do pielgrzymek krajowych postanowiono dołączyć pielgrzymowanie zagraniczne, związane z tradycją i historią Zakonu Paulinów, odwiedzając klasztory paulińskie w Europie.

- Biegaliśmy od paulińskiego klasztoru do następnego. To było spotkanie z jedną Matką, ale o wielu obliczach, bo każde miejsce, gdzie zatrzymywaliśmy się było związane z Maryją - powiedział pomysłodawca wyprawy.

- Mam 57 lat, biegam dość długo, ale pielgrzymka to coś wspaniałego – wyznała pani Dorota z Bytomia. Dodała, że „ to wspaniałe przeżycia, bo człowiek sam siebie zwycięża, było trudno, deszcz, słońce i goniące nas psy. Rumunia dała nam popalić”.

W 2017 r. biegacze pokonali trasę z Jasnej Góry do Marianosztra na Węgrzech, skąd Zakon Paulinów przybył do Polski i na Jasną Górę. W 2018 r. wyruszyli z Jasnej Góry do Šaština, gdzie znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Siedmiobolesnej, Patronki Słowacji, od niedawna klasztor odzyskany przez paulinów. W tym roku postanowiono zmodyfikować trasę pielgrzymki, i biec na Jasną Górę.

Przybywające teraz pielgrzymki są bardzo „malownicze”. Mają przeróżne pielgrzymkowe emblematy, parafialne proporce, sztandary, idą w nich druhny i druhowie z Ochotniczych Straży Pożarnych, przedstawicielki Kół Gospodyń Wiejskich, orkiestry dęte.

Sporo pielgrzymek, które docierają teraz, na odpust 26 sierpnia, w drogę powrotną uda się również pieszo.

Tak jest np. w pielgrzymce z Przedborza. - Wędrujemy dwa i pół dnia na Jasną Górę, by pokłonić się Matce Bożej, po uroczystościach w Częstochowie wracamy również pieszo do naszej Pani Serdecznej, do naszego kościoła, by ten trud pielgrzymi ofiarować również w intencji naszej Ojczyzny - opowiada ks. Stanisław Obratyński i dodaje: „wędrujemy od Matki Bożej Serdecznej do Matki Bożej Jasnogórskiej, by ta radość naszej grupy mogła się wypełnić”. Dziś dotrze jedna z największych - piesza pielgrzymka tarnowska – w której podąża ponad 8 tys. osób, przyjadą także pielgrzymi na rolkach z Warszawy.

W sumie na poniedziałkowy odpust wejdzie ok. 90 pielgrzymek, a w nich ponad 30 tys. osób.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Radomsko i Zawiercie powitało Jasnogórską Maryję

2019-08-25 14:59

Magda Nowak

Piesze pielgrzymki zdążające na imieniny Matki Bożej Częstochowskiej kolejny dzień docierają na Jasną Górę. W niedzielę 25 sierpnia wśród pątniczych grup przybyły Piesza Pielgrzymka Radomska i Piesza Pielgrzymka Zawierciańska. Wędrowali w skarze słońca przez dwa lub trzy dni, by Matce Bożej przynieść ważne prośby i dziękczynienia. Modlono się przede wszystkim w intencji małżeństw i rodzin.

Magda Nowak/Niedziela
Zobacz zdjęcia: Peilgrzymi z Zawiercia i Radomska

Ponad 500 osób przywędrowało pieszo z Radomska. Pątników wprowadził na Jasną Górę bp Andrzej Przybylski, który także w czasie drogi wygłosił dla nich konferencję. Ze względu na remonty drogowe trasa pielgrzymki została w tym roku podzielona na dwa dni i prowadziła przez: Radomsko, Gidle, Garnek, Skrzydlów i Mstów. Kierownikiem radomszczańskiej pielgrzymki był ks. Zbigniew Heluszka.

Tegoroczne hasło Pieszej Pielgrzymce Zawierciańskiej brzmiało: „Każda rodzina niesie światło”. Tradycyjnie wędrowano trasą przez Leśniów i Olsztyn. Opiekunem pielgrzymki był ks. Adam Dróżdż. Na szlak wyruszyło z Zawiercia ok. 350 osób. Dużą część grupy stanowili ludzie młodzi. Ich radość wiary, śpiew i energia udzielały się wszystkim witającym pielgrzymki na jasnogórskich błoaniach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem