Reklama

Acheiropoietos nie ręką ludzką uczyniony

2014-07-08 13:29

Ks. Jacek Molka
Niedziela Ogólnopolska 28/2014, str. 19-20

Janusz Rosikoń/Rosikon Press

O badaniach Całunu Turyńskiego i przesłaniu, które niesie zachowany tam wizerunek, z prof. Aldo Guareschim z Uniwersytetu Turyńskiego rozmawia ks. Jacek Molka

Ks. Jacek Molka: - Jest Pan Profesor jednym z najbardziej znanych badaczy Całunu Turyńskiego. Kiedy i jak rozpoczęła się Pańska przygoda z Całunem?

Prof. Aldo Guareschi: - Mogę powiedzieć, że rzeczywiście była to dla mnie przygoda, która rozpoczęła się w 1955 r., kiedy byłem młody i poszedłem do swojej pierwszej pracy. Byłem pracownikiem jednego z zakładów fotograficznych, gdzie wśród różnych rzeczy drukowano również zdjęcia Całunu. Drukowano zdjęcie, które Giuseppe Enrie wykonał w 1931 r. Giuseppe nie miał zbyt wielkiego zakładu i kiedy potrzebował więcej kopii, udawał się do zakładu, w którym pracowałem. Drukowano tam wielkie zdjęcia. W tamtym czasie zacząłem interesować się Całunem. Inspiracją była niewątpliwie fotografia Enriego. Potem rozpocząłem swój profesjonalny rozwój i doszedłem właśnie do tego punktu, w którym teraz jestem.

- Jakie było Pańskie podejście do Całunu?

- Początkowo podchodziłem do Całunu jak do zwyczajnego przedmiotu. Potem moje podejście do niego zmieniło się do tego stopnia, że ostatnie kilkadziesiąt lat mojego życia poświęciłem badaniom Całunu. Ponadto nałożono na mnie obowiązek przekazania tego obrazu Całunu tak dobrze, jak to jest tylko możliwe. Z czasem fotografia się zmieniła i ostatnio można używać techniki cyfrowej...

- Właśnie... Technologia się zmieniła...

- Dokładnie. Ponadto, używając negatywów Giuseppe Enriego, które pośród wielu zalet są aktualne i użyteczne do studiowania Całunu, przekształciłem je za pomocą techniki cyfrowej i wyszedł z tego piękny obraz, który teraz wszyscy możemy widzieć. W pewnym sensie jest to obraz historyczny. Wiemy o tym, że w 2002 r. Całun został odrestaurowany, ale nadal pozostał sobą. Owe odbitki Enriego, podobno zrobione „przypadkowo”, choć to słowo niekoniecznie dobrze tu pasuje, dały obraz bardziej kontrastowy, bardziej widoczny.

- Niektórzy sądzą, że Całun jest średniowieczną relikwią... Czy są dowody, które świadczą, że to nie jest prawda?

- Ci, którzy mówią, że Całun jest średniowieczny, to ci, którzy - w moim przekonaniu - z góry przyjmują założenie, że nie jest on prawdziwy. Zwykle to ci, którzy stoją z założenia w opozycji wobec wszystkiego, co mówi Kościół katolicki. Ich postawa wypływa już z takiego podejścia. Nie interesują ich żadne inne badania zmierzające do dotarcia do prawdy. Jeśli ktoś dogłębnie bada historię Całunu i sam wizerunek obecny na Całunie, spostrzeże, że nie jest możliwe, by wykonać np. duplikat dokładnie taki sam jak Całun. Dojdzie do wniosku, że znajduje się przed czymś, co jest niewytłumaczalne. Wielu próbowało coś podobnego namalować, stworzyć, ale nikomu się to nie udało w takiej formie, jaką widzimy na Całunie. Nie jest to możliwe. W 2009 r. prof. Luigi Garlaschelli w ciągu tygodnia stworzył kopię Całunu Turyńskiego przy użyciu technik dostępnych w średniowieczu. Jego zdaniem, to dobra kopia. Jednak gdy przyjrzymy się bliżej, okazuje się, że absolutnie tak nie jest. Nadal nie wiemy i nie potrafimy wytłumaczyć, w jaki sposób został utworzony obraz na Całunie.

- A co Pan Profesor sądzi o słynnym datowaniu metodą C14?

- To test bardzo delikatny, niepewny. Najkrócej mówiąc, opiera się on na rozkładzie węgla radioaktywnego. Kiedy przedmiot umiera, węgiel ten zaczyna się rozpadać. Oblicza się wiek, mierząc czas jego rozpadu. Często jednak są to wyniki niewiarygodne. Z Całunu też pobierano różne próbki. A był on przecież odnawiany, rekonstruowany, były na nim łaty, uległ pożarowi... To wszystko ma wpływ na wynik datowania tą metodą. Do badania został wzięty materiał z jednego z rogów Całunu, a tak nie powinno być. Przez wieki właśnie tam płótno było dotykane przez niezliczoną liczbę ludzi, mogło zostać wielokrotnie zanieczyszczone itd. Co prawda mówiono, że usunięto zanieczyszczenia, ale to nie jest w pełni możliwe i zostało to wiele razy udowodnione. Biorąc pod uwagę „przygody” Całunu (pożar, zalanie wodą itd.), można zacząć wątpić w wiarygodność metody C14 w jego przypadku. Wiadomo, że taki test jest poprawny, jeśli próbka jest rzeczywiście czysta. Posłużę się takim porównaniem: Jeśli ktoś ma sobie zrobić badanie krwi, a wcześniej zje obfite śniadanie, to wyniki będą niewłaściwe. Podobnie jest z Całunem. Tym bardziej że znane są przypadki datowania fragmentów np. mumii egipskich, gdzie różnice w określeniu ich wieku dochodziły nawet do 2 tys. lat. Trzeba więc do tej metody podchodzić z wielką ostrożnością, choć jest ona wykorzystywana i potrzebna przy innych badaniach.

- W jaki sposób powstał wizerunek na Całunie i co teraz widzimy?

- Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Bez wchodzenia w szczegóły warto wiedzieć, że tam, gdzie ciało bardziej przylegało do Całunu, ślady są mocniejsze, a gdzie było od niego oddalone - są słabsze. Na pewno wizerunek ten nie został uczyniony ręką ludzką. Taki wniosek potwierdzają również zdjęcia trójwymiarowe. Jak się to dokonało? Na skutek eksplozji energii z wnętrza ciała w kierunku płótna, co spowodowało taki, a nie inny odcisk na materiale. Czyj jest ten odcisk? Może to być Jezus z Nazaretu lub jakikolwiek inny człowiek, który cierpiał podobnie jak On. Ale przecież żadne ciało nie zostawia takich śladów. Nie znam takich przypadków. Wydaje się, że odpowiedź jest jednoznaczna.

- Czy jest to więc wizerunek Chrystusa? Co Panu mówi wiara, a co nauka?

- Nauka nie daje odpowiedzi na takie pytanie. Podczas swoich badań doszedłem do wniosku, że to więcej niż obraz, wizerunek. Kiedy ktoś mnie o to pyta, nie chcę dawać odpowiedzi, bo tej każdy musi sobie udzielić indywidualnie. Zazwyczaj sugeruję, by ktoś dobrze przyjrzał się obrazowi i sam poszukał odpowiedzi. Pan Jezus pytał uczniów: Za kogo ludzie Mnie uważają? Kim dla was jestem? Jeśli ktoś się zbliża do Całunu z sercem otwartym, nawet jak jest daleko od wiary, to ten obraz, który przecież nie jest dogmatem wiary, może jednak pomóc, by do niej dojść, by po prostu uwierzyć.

Tagi:
relikwie całun turyński badania

Reklama

Nowy parafianin w znaku relikwii

2019-12-04 07:07

Joanna Łukaszuk-Ritter
Niedziela Ogólnopolska 49/2019, str. 44-45

Pierwsza parafia św. Jana Pawła II w Austrii otrzymała relikwie swojego patrona

Joanna Łukaszuk-Ritter

W wiedeńskim kościele św. Brygidy przy Brigittaplatz w XX dzielnicy odbyła się 17 listopada br. uroczystość wprowadzenia relikwii św. Jana Pawła II do nowo powstałej parafii jego imienia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Powstaniec ks. Wyszyński

Witold Dudziński
Edycja warszawska 31/2011

Powstanie Warszawskie, które wybuchło w stolicy, nie ominęło Puszczy Kampinoskiej. Pomoc powstańcom z puszczy niósł ówczesny kapelan AK ks. Stefan Wyszyński, późniejszy Prymas Polski

Powojenna działalność kard. Stefana Wyszyńskiego jest powszechnie znana. „Non possumus” rzucone władzom PRL, czas internowania, Śluby Jasnogórskie Narodu Polskiego, uroczystości milenijne - te wydarzenia z dziejów polskiego Kościoła kierowanego przez Prymasa Tysiąclecia zdają się być dobrze zapamiętane w zbiorowej pamięci. Przyczyniły się do tego liczne publikacje, książki, a nawet (trzeba przyznać - nieliczne, choć działające na wyobraźnię) filmy czy sztuki teatralne.
Natomiast w znacznie mniejszym stopniu utrwalił się w świadomości społecznej obraz ks. Stefana Wyszyńskiego jako duszpasterza, wykładowcy tajnych uniwersytetów i kapelana Armii Krajowej. Prawie zupełnie nieznana jest jego działalność w czasie powstania, tymczasem w pomoc powstańcom w Kampinosie był zaangażowany od godziny „W” aż do zakończenia walk.
„Podtrzymywałem na duchu strwożonych sytuacją przyfrontowego życia głównie modlitwą do Matki Bożej” - tak Prymas wspominał swój pobyt w Laskach po latach.
Pomagał nie tylko duchowo. Zajmował się chorymi, ale także razem ze współpracownikami chodził po lesie, zbierając rannych. - W jego obecności wszyscy czuli się bezpieczni - mówiła po latach s. Róża Szewczuk, franciszkanka służebnica Boża z Zakładu dla Ociemniałych w Laskach.
Kiedy w 1976 r. święcił tam tablicę upamiętniającą powstańców, zauważył, że pomimo wielu niebezpiecznych sytuacji nikt przebywający w ośrodku nie został nawet ranny. „Czasami pociski obcinały gałęzie, a jednak nie tykały ludzi” - wspominał.
Dziś materialnych śladów pobytu przyszłego prymasa Polski w Laskach nie ma zbyt wiele. - Konspiracja nie sprzyjała np. fotografiom - mówi franciszkanka, s. Rut Wosiek, opiekująca się w Laskach archiwum. W tym ważnym dla Prymasa Tysiąclecia miejscu, na skraju Puszczy Kampinoskiej pozostały tylko budynki, gdzie niegdyś mieszkał i działał.

Powstanie w Laskach

Powstały w 1922 r. z inicjatywy s. Róży Czackiej zakład stał się w czasie okupacji ośrodkiem pomocy także dla partyzantów. Szukali tu pomocy nocą, w dzień zajeżdżało gestapo, tropiąc poszukiwanych. Jeden z budynków - jak opisuje Ewa Czaczkowska, biografka Prymasa Tysiąclecia - zajmowali niemieccy żandarmi, a w innych, pod ich bokiem, ukrywali się uciekinierzy. W ośrodku produkowano miny dla partyzantów, prowadzono nasłuch radiowy.
Ks. Stefan Wyszyński bywał w Laskach już wcześniej: w 1926 r. przywiózł go po raz pierwszy ks. Władysław Korniłowicz, kapelan ośrodka, uważany przez ks. Wyszyńskiego za ojca duchowego. W 1942 r. ks. Wyszyński trafił tu spod Zamościa, skąd musiał uciekać poszukiwany przez nazistów.
Gdy wiosną 1944 r. ks. Wyszyński został kapelanem AK, przyjął pseudonim Radwan III. - Sam przyjmowałem od niego przysięgę i zlecałem zadania do wykonania - wspominał po latach ks. Jerzy Baszkiewicz, naczelny kapelan kampinoskiej AK. Późniejszy Prymas nie brał udziału w akcjach bojowych. - Może dlatego, że miałem do dyspozycji jeszcze pięciu innych kapelanów - mówił ks. Baszkiewicz.
Kiedy jednak akowcy szli do akcji, ks. Wyszyński w ich intencji prowadził nocne adoracje Najświętszego Sakramentu.

Na front do Matki Bożej

W przeddzień wybuchu powstania ks. Wyszyński poświęcił szpitalik, do którego za chwilę trafili ranni. Odtąd, przez całe powstanie sprawował opiekę duchową nad rannymi powstańcami. Odprawiał Msze św., spowiadał, rozgrzeszał, przygotowywał na śmierć. - Ranni wszystkie swoje pragnienia zawierzali księdzu profesorowi, prosili nawet, żeby był przy ich operacjach - mówiła s. Róża Szewczuk.
Operacje przeprowadzane przez dr. Kazimierza Cebertowicza trwały niekiedy dzień i noc. „Nieraz całymi godzinami wystawaliśmy z lekarzami przy tych, którzy nie bali się kul, ale bali się lancetu lekarskiego” - wspominał po latach Prymas. Wielokrotnie wspominał też młodych powstańców - Janka, szesnastolatka z Wileńszczyzny, który umierając śpiewał pieśni maryjne, albo dziewiętnastoletniego Zdzisia, który po ciężkim postrzale w brzuch „poszedł na front do Matki Bożej”. Mjr Józef Krzyczkowski, „Szymon”, dowódca Grupy Kampinos AK, dorzucił we wspomnieniach m.in. siedemnastoletniego Rysia z przestrzelonym płucem, którym zajął się ks. Wyszyński, widząc bezradność w oczach pielęgniarki.

Prawo do ojczyzny

Temat powstania pojawiał się wielokrotnie w homiliach Prymasa. Powstanie - jak zwraca uwagę Grzegorz Górny, autor opracowania o wojennych losach ks. Wyszyńskiego - zmieniło jego stosunek także do Warszawy. „Od chwili Powstania nie mogę rozstać się z myślą, że po Warszawie trzeba chodzić z wielką czcią - pisał w liście duszpasterskim w 1949 r. - Chodząc po ulicach stolicy, pamiętajmy, że jest to miasto, w którym zginęło 300 tys. warszawian. Najlepsza młodzież obmyła swoją krwią bruki tego miasta. Tak się miłuje. (...) Przez taką miłość zyskuje się prawo do ojczyzny”.
Laski stały się istotną częścią jego życia. Najpierw pociągała go atmosfera miejsca - otwartość na drugiego człowieka oraz praca nad intelektualnym pogłębianiem wiary połączona z franciszkańską prostotą. Potem także wspomnienia wydarzeń wojennych i powstańczych. - Laski na zawsze stały się dla kard. Wyszyńskiego ważnym miejscem. Mieszkał tutaj, a potem bywał niemal do śmierci - mówi Maria Bryzgalska, warszawska przewodniczka.
- Gdy już tu nie mieszkał, to przywoził tu gości jak do swojego domu. Odbywał tu ważne rozmowy, m.in. z posłami koła „Znak” - mówi s. Rut. Niepozorny, parterowy domek, stylizowany na starą chłopską chatkę, a dobudowany do kaplicy, w którym Prymas prowadził rozmowy, stoi do dziś. Przyjeżdżał też na cmentarz w Laskach, gdzie spoczywa ks. Korniłowicz. - Czasami o tych wizytach nikt nie wiedział. Samochód zatrzymywał się w lesie, a potem odjeżdżał. Innym razem Prymas przed odjazdem odwiedzał siostry - dodaje s. Rut.

Ślady po Prymasie

Materialnych śladów pobytu przyszłego prymasa Polski w Laskach nie ma wiele. Pozostały budynki, gdzie mieszkał. A także anegdotki. Podobno pewnego razu, gdy Niemcy nie znaleźli ks. Wyszyńskiego gdzie indziej, przyjechali do Lasek. Ksiądz był na spacerze. Poszukujący trafili na kapłana, ale nie wiedzieli, jak wygląda, więc spytali, gdzie mieszka prof. Wyszyński. Ten bez namysłu wskazał im dom, gdzie mieszkał, i poszedł w drugą stronę.
Ks. Stefan Wyszyński mieszkał w Laskach w trzech miejscach. - W czasie wojny w tzw. hoteliku i w drewnianym domku dziś zajmowanym przez nauczycieli z Zakładu - mówi s. Rut, archiwistka. - Po wojnie zatrzymywał się w tzw. bibliotece domu rekolekcyjnego - w pokojach, gdzie wcześniej mieszkał ks. Korniłowicz.
Do dziś stoją budynki, gdzie mieścił się szpital powstańczy, kaplica, w której ks. Wyszyński najczęściej odprawiał Msze św. W niezbyt efektownym „hoteliku” można wskazać okno należące do pokoju, który zajmował. Drewniany domek nieopodal kaplicy nie jest już dziś drewniany, przemurowano go. W dawnym pokoju ks. Korniłowicza nie ma śladu po ks. Wyszyńskim, ale są rzeczy, fotografie, książki należące niegdyś do jego ojca duchowego. W Laskach Prymas Tysiąclecia jest przede wszystkim w ludzkich myślach i we wspomnieniach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież na wystawie „100 żłóbków”

2019-12-09 21:45

pb / Rzym (KAI)

Papież Franciszek obejrzał dziś po południu wystawę „100 żłóbków”, otwartą 8 grudnia w Sali Piusa X w pobliżu Watykanu. Po podpisaniu 1 grudnia w Greccio listu apostolskiego „Admirabile signum” dał w ten sposób kolejny znak swej dbałości o tę tradycję wiary.

BOŻENA SZTAJNER

Papieżowi towarzyszył przewodniczący Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji abp Rino Fisichella, który przedstawiał Ojcu Świętemu kolejne dzieła. Franciszek indywidualnie witał się z twórcami żłóbków, towarzyszącymi im artystami i ich rodzinami. Na koniec wspólnie z nimi odmówił modlitwę i udzielił im błogosławieństwa.

W czasie trwającej 45 minut papieskiej wizyty chór kameralny Kodály z Budapesztu śpiewał pieśni bożonarodzeniowe.

Wystawa powstała z inicjatywy Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji. Jest na niej ponad 130 szopek z 30 krajów. Współorganizatorem ekspozycji, którą można zwiedzać za darmo do 12 stycznia, jest ambasada Węgier przy Stolicy Apostolskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem