Reklama

By słabość nie odebrała nadziei

2014-07-22 12:47

Ks. Jarosław Krzewicki
Niedziela Ogólnopolska 30/2014, str. 34

GRAZIAKO

Forma, w jakiej dochodzi do pojednania z Bogiem i bliźnim, w swej zewnętrznej postaci na przestrzeni dziejów ulegała zmianom. Jedno było niezmienne: „Komu grzechy odpuścicie, będą mu odpuszczone, a komu zatrzymacie, będą mu zatrzymane” (por. J 20, 23)

I tak będzie zapewne do Paruzji, czyli do ponownego przyjścia Pana Jezusa na końcu historii. Żeby grzech odpuścić, trzeba go najpierw rozpoznać, a to wbrew pozorom nie jest takie proste. Potrzebne jest sumienie, które skutecznie zadziała i wskaże przewinienia, ale ono nierzadko bywa uśpione, niezdolne do wydania obiektywnych sądów. Jest jednak instancją, z którą liczyć się trzeba, i czymś, co człowiek otrzymał od Boga na miarę. Niestety, nie brak i takich sumień, które milczą jak grób, a człowiek przed spowiedzią wie tylko, że nikogo nie zabił, nie okradł i więcej grzechów na śmierć nie pamięta.

Boży kompas

Co zrobić z naszym sumieniem, by działało jak należy? Najpierw, niczym zegarek, trzeba je dobrze nastawić: na godzinę, która odpowiada rzeczywistej mierze, a nie jest tylko fruktem własnego widzimisię albo czystej konweniencji: jest mi wygodnie, to zdecyduję, że jest piąta, a nie dziesiąta, albo nastawię go na oko, patrząc w stronę słońca. Ten miernik naszych czynów ma być wewnętrznym nawigatorem, który poprowadzi po zaułkach życia. Poruszanie się po nowych, nieznanych dotąd obszarach wymaga dokonania aktualizacji. Wtedy nasze sumienie nie zawiesi się w bezruchu, nie będzie obrazem bez treści albo nie wskaże danych, które nakreślą niewłaściwą drogę. Ta aktualizacja polega na wsłuchaniu się w głos Kościoła i zintegrowaniu naszych systemów wartości z tymi, które wypływają z naszej wiary. Formacja sumienia to proces ciągły i jest konieczna, jeśli człowiek nie chce podróżować tylko po podwórku własnych ciasnych schematów i przyzwyczajeń, które donikąd go nie zaprowadzą.

Sumienie wskaże więc drogę, pomoże w porę skorygować błędy, zanim zdążą wywołać negatywne skutki, a gdy to się stanie, pomoże spojrzeć odważnie i z pokorą w twarz zranionych wartości i naprawić wyrządzone zło. Do tego potrzebny będzie rachunek sumienia, który tradycyjnie robimy przed spowiedzią, by wiedzieć, o czym mówić w konfesjonale. To jednak zdecydowanie za mało dla kogoś, kto chce w życiu czegoś więcej. Rachunek sumienia nie może być tylko wrzuceniem do kosza zużytych, niepotrzebnych czy błędnych plików naszych czynów, myśli i zaniedbań, ale ma być nieustannym korygowaniem popełnionych błędów oraz ich skutków, tak by można było poddać je ostatecznemu procesowi zniszczenia, by usunąć je – dzięki Bożej łasce – z historii życia.

Reklama

Spowiedź należy więc zacząć od rachunku sumienia. Rachunek ten polega na poruszeniu tej części naszego jestestwa, która oświetla naszą wiedzę i uczucia, tak że każdy element decyzji i czynu poddany zostaje głębokiej inspekcji. Możemy zapytać: Co jest tym światłem? Czy wystarczy wiedza oparta na prawdzie? Bez niej się nie obędzie, ale światłem jest też miłość. Kto ma wiedzę i kocha, będzie działał sprawiedliwie. Najczęściej więc sumienie wytknie nam brak miłości, ale często trzeba zapytać, czy nie zabrakło też koniecznej wiedzy, takiej, bez której nie da się podróżować przez życie bezpiecznie. I wreszcie nawet ten, kto kocha i wie, jak należy czynić, upada i nie działa według własnych pragnień, zgodnych z myślą Boga. Grzech jest owocem egoizmu, czyli przerośniętej miłości własnej. Sprzyjają mu ignorancja i błąd, zła wiedza lub jej brak, stan umysłu, w którym zły duch lepi sobie gniazdo. Do tego dochodzą słaba wola i nieumiejętność zapanowania nad sobą i własnymi czynami.

Przedsionek ojczystego domu

Mając świadomość popełnionego grzechu, możemy pomyśleć o tym, co dalej. Przyjęcie prawdy o swojej słabości wzbudza w człowieku mieszane uczucia. Przyznanie się do słabości przed samym sobą w zaciszu własnego sumienia rodzi ból. Nieraz jest on tak wielki, że dobre rady, jakich sobie przy pomocy innych udzielamy, każą nam zmniejszyć jej rozmiar, znaleźć usprawiedliwienie, przymierzyć do słabości innych. Poczucie winy jest nieraz tak olbrzymie, że nie obędzie się bez tabletek na sen, które wyciszą krzyk duszy. A przecież właśnie w doznanym bólu sumienia rodzi się przestrzeń na szczery dialog, w którym człowiek przeżyje doświadczenie żalu za grzechy. Będzie on tym ogniem, który zrodzi prawdziwą, głęboką miłość oraz wdzięczność i który doprowadzi do spotkania z miłosiernym i kochającym Ojcem. On czeka w konfesjonale, przedsionku ojczystego domu.

Dotknięcie zranionej duszy

Dopiero po rachunku sumienia, z sercem przepełnionym żalem za grzechy, możemy postanowić, co dalej zrobić z naszym życiem. Nieraz jednak człowiek znajdzie się w rozdzierającej niemocy, gdy z jednej strony ciężko mu żyć w grzechu, z drugiej zaś widzi, że nie ma siły albo nie chce niczego zmieniać. O ile łatwiej zapragnąć oczyszczenia z własnych grzechów, o tyle trudniej wydobyć się ze zła, które w jakiś sposób spowodowali inni. I tak nienawiść, jaką rozpaliło poczucie doznanej krzywdy, niszczy pragnienie powrotu do domu Miłosierdzia. Sprzeczność uczuć wymaga siły ducha. Stąd tak bardzo potrzebna będzie pomoc Kościoła w darze modlitwy za grzeszników, by mieli siłę rozerwać kajdany zła i zwyciężyć je dobrem.

Czasem słabość, która jest wielka, odbiera nadzieję, że coś w życiu da się zmienić. W takiej sytuacji postanowienie poprawy musi być mocne, ale nie jest ono tożsame z czynem już podjętym. Jest intencją, pragnieniem, by podnieść się i pójść w stronę dobra. Słaby człowiek zawsze będzie mógł liczyć na źródło łaski, która jest konieczna do realizacji sprawiedliwych czynów. Ta moc będzie skuteczna, jeśli człowiek podejmie walkę, zaczynając nierzadko od rozbicia zniechęcenia i apatii.

Punktem centralnym będzie jednak przystąpienie do kratek konfesjonału. Wyznanie grzechów w sakramencie spowiedzi dokonuje się w obliczu Boga, którego uobecnia kapłan. To sakrament, w którym Chrystus działa i dotyka zranionej duszy. Działa w pozornej niemocy krzyża, która kruszy grzech i pozbawia śmierć swej siły. Wyznanie grzechów w obliczu Bożego sądu jest czymś, co nieraz zapiera dech i powoduje lęk, paraliżuje umysł i język. Często jednak człowiek zdaje sobie sprawę, że Chrystus jest nie tylko sędzią, ale i naszym obrońcą. Szczere przyznanie się do winy nie tylko nie zakończy się wyrokiem skazania, ale też pokuta będzie symboliczna, bo wszystko już się dokonało na krzyżu. Bóg uwolnił nas od grzechów, tych, które wyznamy.

Autor jest wikariuszem generalnym włoskiej diecezji Rieti.

Tagi:
spowiedź sakrament pokuty i pojednania

Reklama

Spacer, rozmowa i spowiedź

2018-03-07 11:22

Z ks. Krzysztofem Stąporem MIC rozmawia Andrzej Tarwid
Edycja warszawska 10/2018, str. VI

Archiwum KS
Ks. Krzysztof Stąpor MIC

Andrzej Tarwid – W parafii Matki Bożej z Lourdes na warszawskiej Pradze w każdy czwartek Wielkiego Postu kapłan ubrany w sutannę i stułę rozpoczyna o godz. 20.00 „Spacer Uzdrowienia”. Na czym polega ta mało znana inicjatywa?

Ks. Krzysztof Stąpor MIC: – Najkrócej mówiąc na tym, że ksiądz podczas spaceru wokół kościoła spotyka się z osobami, które chcą porozmawiać na tematy związane z życiem, przeżywaniem własnej wiary. A także z tymi ludźmi, którzy chcieliby się wyspowiadać.

– Gdzie zrodził się pomysł „Spacerów Uzdrowienia”?


– Usłyszałem o nich od ks. Michała Misiaka z archidiecezji łódzkiej, który opowiadał o nowych inicjatywach ewangelizacyjnych podczas ubiegłorocznej wizyty w Warszawie.
Po wykładzie ks. Michała poszedłem do mojego przełożonego, ks. Stanisława Kosiorowskiego MIC, i spytałem czy byłaby możliwość, aby w naszej parafii odbywały się takie „spacery”. Ksiądz Proboszcz zgodził się i już rok temu zorganizowaliśmy je po raz pierwszy. A w tym roku kontynuujemy tę inicjatywę.

– Czyli pomysł spodobał się parafianom?

– Rok temu nie informowaliśmy szerzej o „Spacerach Uzdrowienia”. Powiedzieliśmy o nich tylko w ogłoszeniach parafialnych. Resztę pozostawiliśmy Panu Bogu z nadzieją, że znajdą się osoby mające głębokie pragnienie powrotu do życia sakramentalnego w Kościele.

– I jaki był skutek?

– Pamiętam, że były takie dni, kiedy przez pierwszą godzinę nikt się nie pojawił, a później w tym samym czasie zgłosiło się nawet kilka osób. Wówczas prosiliśmy o pomoc naszych współbraci, żeby ludzie za długo nie czekali.

– W tym roku również frekwencja dopisuje. Kim są osoby, które wybierają taką formę kontaktu z kapłanem?

– Są to bardzo różni ludzie. I to zarówno jeśli chodzi o wiek, wykształcenie czy wykonywany zawód.

– Co w takim razie łączy tych ludzi, że nie korzystają z tradycyjnej formy kontaktu z kapłanem?

– Większość z nich szuka Pana Boga, choć nie zawsze jest im po drodze z Kościołem. Niektórzy, żyjąc wiele lat w grzechu, boją się wrócić. Inni nie wiedzą, jak to zrobić. Są również tacy, którzy przychodzą na Mszę św., lecz boją się skorzystać z sakramentu pokuty i pojednania w konfesjonale.

– O czym „spacerowicze” chcą najczęściej rozmawiać z kapłanem?

– Najczęstsze tematy dotyczą wyboru drogi życiowej i trudności związanych z modlitwą. A także spraw rodzinnych oraz kwestii dotyczących związków między kobietą a mężczyzną.

– Rozumiem, że w przypadku spraw rodzinnych i małżeńskich rola Księdza polega na wyjaśnieniu stanowiska Kościoła?

– Kiedy osoby poruszają temat sakramentu małżeństwa, to najpierw staram się pokazać, w oparciu o Pismo Święte, jaką Pan Bóg zaplanował dla człowieka drogę w tym zakresie, aby mógł on osiągnąć świętość. Szerzej rozwijam temat w oparciu o nauczanie Kościoła. W przypadku tej tematyki bardzo często zmuszony jestem też odnosić się do świata mediów.

– Z jakich powodów?

– Okazuje się, że wielu ludzi odwołuje się do wzorów lansowanych w mass mediach. Osoby te nie zauważają, że przekaz medialny w wielu istotnych kwestiach pomija aspekt duchowy. Niestety, ten zmanipulowany obraz buduje fałszywą świadomość, także w kwestii miłości i ludzkich uczuć. A to rodzi problemy między mężem a żoną czy też między narzeczonymi.

– A o jakich problemach mówią „spacerowicze” poruszając temat modlitwy?

– Na przykład, że w ich odbiorze modlitwa jest oschła lub nie przynosi duchowej pociechy. To rodzi w nich zwątpienie. A czasami nawet pokusę całkowitego wycofania się z modlitwy.

– Jaka jest na to rada?

– Zachęcam, aby stanęli przed Bogiem jak przed najlepszym Przyjacielem. I zwierzyli się ze swoich trosk. Ważne jest to, aby mówili własnymi słowami, a nie odwoływali się do wyuczonych formułek. Wtedy można „złapać” prawdziwy kontakt z Panem Bogiem i poczuć uzdrawiającą siłę modlitwy.

– A czy taki duchowy „Spacer” kończy się często sakramentem pojednania?

– Zawsze już na początku pytam, czy ktoś chce porozmawiać czy wyspowiadać się. Ale czasami rozmowa układa się w taki sposób, że pod jej koniec jeszcze raz pytam „spacerowicza”, czy ma pragnienie przystąpienia do sakramentu pokuty. I jeśli ma, to przystępujemy.

– Do prowadzenia tak delikatnych rozmów trzeba się przygotować. Jak Ksiądz to robi?

– Tradycyjną metodą kapłańską, czyli modlę się do Pana Boga o to, aby błogosławił wszystkim, którzy przyjdą. Po to, żeby mogli w sposób jak najpełniejszy doświadczyć Bożej delikatności i miłosierdzia. Jeśli zaś chodzi o moją osobę, to modlę się o światło Ducha Świętego, bym mógł być, jak mówiła św. Matka Teresa z Kalkuty, „ołówkiem w ręku Boga”, którym Bóg zapisze w sercu nawracającego się słowa łagodnego przebaczenia.

– Każdy „Spacer” trwa cztery godziny, aż do północy. W tym czasie świątynia przy ul. Wileńskiej 69 jest otwarta. Dlaczego?

– Pan Bóg mówił, że modlitwa dwóch lub trzech osób ma wielką wartość. Dlatego przez czas trwania „Spaceru” w świątyni są wierni, najczęściej osoby z przyparafialnych wspólnot, które modlą się o owoce sakramentu pokuty i pojednania. Do swojej modlitwy dołączają też intencję błagalną o nawrócenie grzeszników w naszej parafii.

– Kapłani zachęcają „spacerowiczów”, aby weszli do kościoła?

– Robimy to na koniec rozmowy. Prosimy, aby przy Najświętszym Sakramencie oddali Panu Bogu czas spotkania z księdzem i omodlili wszystkie te sprawy, o których mówili podczas „Spaceru”.

– „Spacerowicze” mogą także poprosić o modlitwę inne osoby znajdujące się w kościele?

– Przez cały czas „Spaceru Uzdrowienia” w świątyni trwa modlitwa wstawiennicza. Przy bocznym ołtarzu Bożego Miłosierdzia jest specjalnie ustawiony klęcznik. Jeśli uklęknie tam „spacerowicz”, to wtedy osoby z diakonii modlitewnej podejdą do niego i spytają się, czy ma jakieś konkretne intencje, w których oni mogliby się pomodlić.

– A jeśli „spacerowicz” nie ma takich intencji?

– Wówczas w pierwszej kolejności diakonia uwielbia Boga za życie tej osoby i prosi o błogosławieństwo dla jej życia.

– Spacery trwają przez Wielki Post. A co z osobami, które dopiero w Wielkanocny Poranek postanowią wrócić do Kościoła z peryferii?

– W takiej sytuacji trzeba po prostu przyjść na Liturgię. I nawet jeśli ktoś będzie miał poczucie, że nic z niej nie rozumie, to powinien przyjść. Po to, by być ze wspólnotą i poddać się działaniu Ducha Świętego, który poprowadzi jego serce, jeżeli tylko będzie chciał spotkać się z Bogiem.

– A kiedy refleksja o zmianie życia przyjdzie dopiero po Świętach?

– Wtedy pozostaje zadzwonić do kancelarii w swojej parafii i umówić się na spotkanie z kapłanem. Inna droga to przyjść bezpośrednio do konfesjonału i podzielić się ze spowiednikiem tym, co nosi się w sercu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jak reżyseruje się „marsze równości”

2019-08-13 12:55

Rozmawia Włodzimierz Rędzioch
Niedziela Ogólnopolska 33/2019, str. 38-39

W Polsce marsze środowisk LGBT nazywane są „marszami równości”. Na całym świecie te same parady znane są jako „Gay Prides”, co wskazuje na ich zasadniczy cel – ukazanie dumy z bycia homoseksualistami.
W Polsce próbuje się przedstawić „marsze równości” jako spontaniczne inicjatywy ludzi, którzy twierdzą, że są dyskryminowani i walczą o należne im prawa. Ale, oczywiście, tak nie jest. Na całym świecie wszystkie „Gay Prides” mają podobną scenografię i tę samą „reżyserię”, co wskazuje na to, że służą one tym samym celom wyznaczonym przez ideologów LGBT.
O próbę przeanalizowania tego zjawiska poprosiłem prof. Tommasa Scandroglia – dawnego wykładowcę Uniwersytetu Europejskiego w Rzymie.

vitaumanainternazionale.org
Prof. Tommaso Scandroglio

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – Badał Pan Profesor zjawisko parad homoseksualnych, zwanych „Gay Pride”. Co je charakteryzuje?

PROF. TOMMASO SCANDROGLIO: – Wszystkie „Gay Prides”, parady dumy gejowskiej, mają pewne wspólne cechy, które starałem się przeanalizować. Przede wszystkim cechuje je duch protestu. Parady te mają w sobie coś z ducha demonstracji 1968 r. (rewolucja studencka), które w roszczeniach dla pewnych grup społecznych (robotników, studentów, kobiet) nie proponowały postaw obronnych, ochrony danej kategorii, ale uciekały się do atakowania tych, których przedstawiano jako wrogów: pracodawców/kapitalistów przeciwstawiano robotnikom, nauczycieli/rodziców – uczniom, mężczyzn/rodziny/dzieci – kobietom. W analogiczny sposób w „Gay Prides” maszeruje się nie na rzecz osób homoseksualnych, ale zawsze przeciwko komuś. Przede wszystkim przeciwko Kościołowi, przeciwko tym, którzy twierdzą, że akty homoseksuale są nieuporządkowane, przeciwko partiom prawicowym, przeciwko ludziom o tradycyjnych poglądach itd. Krótko mówiąc – charakterystyczną cechą tych parad jest duch antagonistyczny, który zaprzecza hasłom o niedyskryminacji, integracji, otwartości na to, co różne, wykrzykiwanym podczas tych samych manifestacji. Innymi słowy – środowiska homoseksualne domagają się dialogu, otwarcia, bycia przyjaznymi, ale same przyjmują całkowicie odwrotną postawę: postawę wrogości, wojowniczości, niezdolność do dialogu.

– Dlaczego znaczna część uczestników tych parad manifestuje półnaga?

– To prawda, że „Gay Prides” to parada półnagich ciał (kostium kąpielowy jest najbardziej popularny), a to z kilku ważnych powodów. Pierwszy – to prowokacja. Zgodnie z agresywnym, wojowniczym duchem, o którym wspomniałem, konieczne jest sprowokowanie „wroga”, zmuszenie go do niekontrolowanej reakcji, by następnie oskarżać go o bigoterię, niewrażliwość i homofobię. Drugi powód – to krytyka. Nagość jest wykorzystywana jako obraza stereotypów, normalności, naturalności relacji. Kryje się za tym rewolucyjne przesłanie: obalić porządek ustanowiony przez Boga, który chciał, by mężczyzna czuł pociąg do kobiety i vice versa, a w szczególności obalić znaczenie czystości i wstydliwości, postrzeganych już nie jako cnoty, ale tabu, które trzeba przełamać, wrogie indywidualnej wolności i pełnemu wyrażaniu siebie. Trzeci powód to transgresja. Półnagie ciało osoby homoseksualnej jest wyrazem pragnienia przekroczenia wszystkich ograniczeń w sferze seksualnej. Pierwszym takim ograniczeniem jest, oczywiście, heteroseksualizm – rozpusta jest rozumiana jako wyzwalająca siła własnych popędów. Czwarty powód to przeciwstawienie „fizyczności” „wewnętrzności” – nagość świadczy o tym, że związek homoseksualny często koncentruje się na erosie, a wymiar afektywny (który jest również chaotyczny, ponieważ pochodzi z orientacji homoseksualnej, która jest nieuporządkowana, jak naucza katechizm), to aspekt drugorzędny. To właśnie fizyczność jest często źródłem stosunków homoseksualnych. Innym powodem jest narcyzm ich uczestników, dla których parada może być sceną do popisu w nadziei, że zostaną zauważeni i docenieni.

– Parady te organizowane są wszędzie i na szeroką skalę, nawet w krajach i miejscach, w których osób o skłonnościach homoseksualnych jest bardzo mało – tak jakby ktoś chciał „narzucić” społeczeństwu temat homoseksualizmu, aby przyzwyczajać ludzi do tego zjawiska...

– To prawda, ponieważ jednym z celów tych parad jest przyczynienie się do uznania zjawiska homoseksualizmu i transseksualizmu za normalne w świadomości zbiorowej, do pozbawienia zwykłych ludzi wrodzonego impulsu krytycznego. Rozpowszechnienie parad na całym świecie sprawiło, że stały się one zjawiskiem obyczajowym, już nawet nie tak nieprzyzwoitym, co w oczywisty sposób pomogło w podejmowaniu wielu innych działań mających na celu „normalizację” homoseksualizmu. Historycznie „Gay Prides” były pierwszą publiczną inicjatywą, która miała na celu akceptację homoseksualizmu w społeczeństwie.

– W Polsce, podobnie jak w innych krajach, „marszom równości” towarzyszą bluźniercze gesty. Dlaczego tak się dzieje?

– Jednym z ich wyróżników jest bluźnierczy charakter i bezczeszczenie Kościoła oraz ducha religijnego. Wspomniałem wcześniej o antagonistycznym wymiarze parad, a pierwszym wrogiem, którego należy zniszczyć, jest Kościół. Dlatego jest w nich tak wiele wulgarności, obelg i bluźnierczych przedstawień przeciwko Bogu, Matce Bożej i świętym. W tych gestach pełnych przemocy nie chodzi tylko o zamiar bezczeszczenia, modny od 1968 r. aż do chwili obecnej, ale jest to przejaw prawdziwej nienawiści do „sacrum”, tak jakby Kościół i święci byli wyrzutem sumienia dla sumienia tych ludzi.

– W większości krajów istnieją prawa uznające bluźnierstwo i oczernianie religii za przestępstwa, które podlegają karze. Dlaczego nikt nie karze homoseksualistów, którzy dopuszczają się takich przestępstw, podczas gdy ludzie przeciwni „marszom równości” są piętnowani lub wprost prześladowani?

– Z jednej strony – ludzie, którzy ośmielają się krytykować bluźniercze gesty i słowa uczestników „Gay Prides”, uważani są za homofobicznych, nieliberalnych, dyskryminujących, średniowiecznych, ponieważ rzekomo cenzurują wolność wypowiedzi. A z drugiej – ludzie, którzy obrażają uczucia religijne całego ludu, korzystają tylko z prawa do wolności słowa! Tak więc są dwie miary oceny: jeśli gej obraża Madonnę, to ta obraza jest wyrazem wolności słowa, a jeśli wierzący krytykuje homoseksualistę, który obraża Maryję, to zasługuje na pójście do więzienia za zniesławienie. Jest to skutek masowej kampanii kulturowej, która zmieniła zbiorowe postrzeganie zjawiska homoseksualizmu i sprawiła, że zwykli ludzie wierzą – z jednej strony – że działacze gejowscy są zawsze ofiarami, które należy bronić, a z drugiej – że katolik jest zawsze „katem” i dlatego zasługuje na pozbawienie wolności słowa, by nie mógł dyskryminować. Ta nierówność traktowania, a raczej otwarta dyskryminacja ludzi wierzących, wywiera w konsekwencji wpływ również na sędziów, którzy w tych sprawach przychylają się do dominujących, mainstreamowych opinii.

– Na stronie homoseksualistów „Gayly Planet” można przeczytać: „Nawet jeśli parady są przezabawne, a ty tańczysz aż do wyczerpania, pozostają demonstracjami politycznymi, by walczyć o równość i prawa społeczności LGBTQ”. Czy „Gay Prides” są formą walki politycznej?

– Według ideologów „tęczowych parad”, prawdziwy gej musi być aktywny politycznie. Homoseksualizm nie może pozostać w sferze prywatnej, ale musi stać się instancją polityczną, musi mieć wymiar publiczny, a zatem musi zostać przekształcony w walkę o swobody obywatelskie, prawa, finansowanie publiczne itp.

– Jeśli za paradami LGBT kryje się konkretna ideologia, to każdy ma prawo je krytykować, tak jak istnieje prawo do krytyki każdej partii czy ideologii...

– Krytyka, kontestacja, dezaprobata zawsze były bronią ruchu LGBT.

– Światowe lobby LGBT od dawna chce zmusić Kościół do zmiany nauki o zachowaniach homoseksualnych. Jakich metod używa, aby to osiągnąć?

– Wśród wielu strategii możemy wskazać trzy. Pierwsza to szantaż. W Kościele, jak przyznał sam Papież, działają lobby homoseksualne i są one bardzo wpływowe. Szantaż jest narzędziem do załatwiania wielu spraw. Jeśli jakiś biskup, rektor seminarium, przewodniczący jakiegoś papieskiego organizmu ma „plamy na życiorysie”, to stają się one walutą wymiany: gejowskie lobby obiecuje, że nie ujawni nic z tego, co wie o życiu biskupa, rektora czy księdza, w zamian za bycie przyjaznym gejom – „gay friendly”. Druga strategia: to przekonanie ludzi, że większość księży jest homoseksualistami. Jest to strategia promowana również przez socjologa i działacza gejowskiego Frédérica Martela w książce „Sodoma”. Twierdzi on, że skoro homoseksualizm jest tak rozpowszechniony w Kościele, to należy go „znormalizować”, uznać za naturalny wariant orientacji seksualnej. I trzecia strategia, również obecna w tekście Martela: ukazywanie homofobów (to neologizm zrodzony z teorii płci, który ma oznaczać ludzi źle nastawionych do homoseksualizmu) jako utajonych homoseksualistów. Tak więc ci, którzy krytykują homoseksualizm, są homoseksualistami, nawet jeśli o tym nie wiedzą. To sztuczka polegająca na tym, że z jednej strony zmusza się kogoś do milczenia, aby uniknąć podejrzeń o homoseksualizm, a z drugiej, na poziomie medialnym, ukazuje się środowsko konserwatywne jako garstkę bigoteryjnych hipokrytów.

* * *

Polska jest na półmetku zaplanowanej na ten rok kampanii środowisk LGBT+.

Od kwietnia do października br. w 23 polskich miastach organizowane są parady i tzw. marsze równości. Pierwsze miały już miejsce, a w sierpniu „marsze równości” przejdą ulicami: Płocka, Gorzowa Wielkopolskiego, Katowic, Szczecina, Torunia, Kalisza, Wrocławia i Lublina.

W ubiegłym roku odbyło się w Polsce 14 tęczowych parad, a w bieżącym jest ich o 40 proc. więcej. Charakterystyczne jest, że organizowane są one nie tylko w dużych aglomeracjach, ale coraz częściej w małych, odległych od centrum, ośrodkach, gdzie społeczność LGBT jest znikoma i nigdy przedtem publicznie się nie prezentowała.

(KAI)

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Jędraszewski odwiedził w szpitalach osoby poszkodowane po burzy w Tatrach

2019-08-26 07:44

Archidiecezja Krakowska / Kraków (KAI)

Wobec takich wydarzeń, potęgi natury, bezradności człowieka, pozostaje modlitwa. I właśnie o nią prosili mnie wszyscy - powiedział abp Marek Jędraszewski, który w szpitalach w Krakowie i Zakopanem odwiedził rannych, którzy ucierpieli w czasie czwartkowej burzy w Tatrach.

Archidiecezja Krakowska

Najpierw metropolita krakowski złożył prywatną wizytę u trojga poszkodowanych dzieci, które dochodzą do zdrowia w szpitalu dziecięcym w Krakowie Prokocimiu. Metropolicie krakowskiemu towarzyszył nuncjusz apostolski w Polsce abp Salvatore Pennacchio, który w tych dniach przewodniczył uroczystościom 50-lecia koronacji Matki Bożej w Myślenicach. Rannym i ich bliskim od papieża Franciszka przekazał najgłębsze wyrazy współczucia, solidarności, błogosławieństwo i zapewnienie o modlitwie za ofiary tragedii w Tatrach.

– Jestem pod wielkim wrażeniem odwiedzin w szpitalu dziecięcym w Prokocimiu – powiedział abp Jędraszewski. – Gdy byliśmy u rannego dziecka, pochodzącego z rodziny prawosławnej, jego rodzice byli ogromnie wdzięczni za naszą obecność. Ojciec mówił do swojego nie do końca świadomego dziecka: ”Synku, to są kapłani innego Kościoła, ale to też chrześcijanie. Modlimy się tak samo, wierzymy w tego samego Boga, będziemy się razem z tobą i za ciebie modlić”. To był ekumenizm w najpiękniejszym, najgłębszym doświadczeniu tego spotkania przy łóżku ocalonego dziecka – podkreślił arcybiskup.

W niedzielę metropolita krakowski odwiedził poszkodowanych w szpitalu powiatowym im. Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem. Pasterska wizyta także miała charakter prywatny. Arcybiskupowi towarzyszyła dyrektor placówki, Regina Tokarz, proboszcz parafii Miłosierdzia Bożego na Chramcówkach w Zakopanem, ks. Piotr Pławecki oraz kapelan szpitala ks. Kazimierz Króżel.

– Są to nasze wyrazy jedności, solidarności i modlitwy z ofiarami tego nieszczęścia, ale także z ich rodzinami, które przyjechały nieraz z dalekich stron, np. z Białegostoku, Słupska, Lublina, Piotrkowa Trybunalskiego. To pokazuje, jak Zakopane ściąga ludzi z całej Polski. Przyjechali tutaj, żeby odpocząć, żeby zobaczyć piękno przyrody, nagle doświadczyli gór w ich najbardziej dramatycznym wymiarze i na pewno zapamiętają to do końca swojego życia – powiedział metropolita.

Wśród rannych, których w zakopiańskim szpitalu odwiedził abp Marek Jędraszewski, jest ks. Jerzy Kozłowski z Dzierżoniowa. Młodego kapłana przebywającego na feralnej wycieczce w rejonie Giewontu, piorun raził trzykrotnie. Ks. Kozłowski mimo licznych obrażeń dochodzi do zdrowia.

Metropolita krakowski udzielił wszystkim rannym błogosławieństwa. W imieniu papieża Franciszka przekazał także otrzymane od nuncjusza apostolskiego różańce i obrazki papieskie. Następnie w Księżówce spotkał się z delegacją służb uczestniczących w akcji ratowniczej na Giewoncie. Przy pomniku św. Jana Pawła II pod przewodnictwem metropolity krakowskiego odmówiono modlitwę za tragicznie zmarłych, rannych oraz ich rodziny i bliskich.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem