Reklama

Rodzina Boża, kochająca się, szczęśliwa...

Z s. Jadwigą Skudro podczas jednego ze spotkań w Ostrołęce rozmawia Grzegorz Płocha.
Edycja łomżyńska 52/2000

S. Jadwiga Skudro ze Zgromadzenia Sióstr Najświętszego Serca Jezusa od 28 lat pracuje z członkami Ruchu Domowy Kościół. Pomimo swojego wieku niemal w każdym tygodniu udaje się na spotkania z rodzinami w poszczególnych diecezjach Polski. Swoim doświadczeniem i wiedzą dzieli się z polskimi rodzinami poza granicami kraju, m.in. w Austrii, Niemczech, na Ukrainie, w Kanadzie, USA.

GRZEGORZ PŁOCHA: -Mieszka Siostra w Warszawie. Od chwili powstania Ruchu Domowy Kościół związana jest z nim i jego założycielem - ks. Franciszkiem Blachnickim, a od piątku przebywa Siostra w naszej diecezji, jaki jest cel - jeśli tak można nazwać - tej pielgrzymki?

S. JADWIGA SKUDRO: -

Już nie pracuję "etatowo" w Ruchu i mając czas (gdyż nie nadaję się do prac bardziej wyczerpujących), jestem na usługi Ruchu, według przyzwolenia moich przełożonych i wtedy, gdy zapraszają mnie różne diecezje - jadę, aby mówić im o Ruchu, jego początkach, Założycielu i pracy formacyjnej.

W Łomży odbywały się jedne z krótkich rekolekcji, które można też nazwać sesjo- rekolekcjami przeznaczonymi dla członków Ruchu, dla par animatorskich. Inne poświęcone są modlitwie, "powrotowi do źródeł", nowej ewangelizacji w Domowym Kościele. Na te tematy mówię do rodzin.

- Rozumiem, że w ubiegły piątek rozpoczęły się takie sesjo-rekolekcje dla małżeństw z naszej diecezji?

- Tak, ponadto przyjechały małżeństwa z Gdyni, Gdańska, Warszawy. Rekolekcje zakończyły się w niedzielę, a w poniedziałek spotkałam się z rodzinami w Ostrołęce, a we wtorek w Ostrowi Mazowieckiej.

- Praca wśród rodzin jest raczej nietypowym zajęciem dla reguły zakonnej Zgromadzenia Sióstr Najświętszego Serca Jezusowego ( fr. Sacre Coeur).

- Owszem, naszym celem apostolskim jest wychowanie. Założycielka Zgromadzenia myślała o wychowaniu młodzieży. Obecnie jednak okazuje się naglącym wychowanie także i rodziców. Chodzi o to, aby pomóc im żyć autentycznie po chrześcijańsku, aby złączeni duchowo między sobą i dążący do wspólnego coraz głębszego zjednoczenia z Bogiem - tworzyli rodziny prawdziwie Boże, kochające się, szczęśliwe. Wówczas klimat - atmosfera panująca w takiej rodzinie stworzy najlepsze warunki dla wychowania dzieci. Takiej atmosfery domu nie zastąpi im najlepsza szkoła ani katechizacja.

- Mogę stwierdzić, że jest to podejście do wychowania dzieci i młodzieży przez przygotowanie wychowawcze rodziny?

- Oczywiście że tak, ponieważ rodziny nic i nikt nie zastąpi.

- Skąd wziął się pomysł pracy Siostry z małżonkami?

- Jeszcze kiedy byłam nauczycielką religii w starszych klasach szkolnych, rozeznałam, że dobrze wychodzi mi prowadzenie tematów o małżeństwie. Wyczuwałam, że uczennice specjalnie to cenią. I oczywiście mnie też to bardzo interesowało. Potem ukończyłam Instytut Rodziny i tak zostało...

- Uczestniczyłem w spotkaniu Siostry z małżonkami z Ostrołęki i zastanawiam się, skąd taka doskonała znajomość małżeństwa, relacji, więzi i uczuć między małżonkami?

- Pracując w środowisku 28 lat, nabyłam dość dobrej praktyki.

- Wiem, że wykształcenie jest potrzebne i stanowi pewien potencjał wiedzy, ale Siostra jest przecież osobą konsekrowaną, a ma tak doskonałą znajomość problemów małżeństwa...

- Przed wstąpieniem do Zgromadzenia spotkałam się blisko z życiem małżeństw, w których nie było ani miłości, ani Boga. Ileż tam było trudności! Teraz Pan Bóg tak pokierował, że przez to, co robię, staram się wprowadzić Boga do rodzin i rozniecić miłość, której udziela Bóg.

- Jaki jest Ruch w naszej diecezji i rodziny w nim skupione?

- Widzę wśród tych rodzin dobry okres wzrostu. Ostatnie lata są dobrym czasem. Dużo jest tu małżeństw z małym stażem 4-5-letnim. Są też rodziny trwające w Ruchu kilkanaście lat, ale głównie są młodzi trwający 2-3 lata. Mogę powiedzieć, że jest to młody Ruch.

Przez cały czas sesjo-rekolekcji, od pierwszej kolacji w piątek wytworzyła się prawdziwa wspólnota. Czuć było atmosferę wzajemnej uczynności, myślenia o drugich. Atmosfera rzeczywiście Boża i radosna.

- Na jakie problemy napotkała Siostra wśród odwiedzanych rodzin?

- Muszę powiedzieć, że nie spotkałam rodziny bez tragedii. Każda rodzina ma coś, przez co cierpi. Są to jakieś osobiste niezrozumienia, niedomówienie się czy inne przyczyny. Naprzeciw tym problemom wychodzi Ruch. Proponuje metody oparte z jednej strony na psychologii, z drugiej na łasce sakramentu małżeństwa. Chcę, by małżonkowie zrozumieli, że łaska, którą otrzymali, jest z nimi stale, a nie tylko w godzinie, kiedy brali ślub. Łaska jest siłą, która pomaga im przemóc wszystkie trudności.

- Rozmawiając o rodzinach i Ruchu powinniśmy wspomnieć o ściśle związanej z Ruchem posłudze kapłanów. Czy spotkała się Siostra z kapłanami z naszej diecezji?

- Spotkałam się i mam bardzo miłe wrażenia. Widać u nich zapał do pracy. Są kapłani, którzy rozumieją rodziny i pociąga ich apostolstwo wśród rodzin.

- A jakim człowiekiem i kapłanem był sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki - założyciel Ruchu Światło-Życie i rodzinnej gałęzi Ruch Domowy Kościół i - co warto podkreślić - kolega naszego Ojca Świętego?

- Wiemy, że był przyjacielem Ojca Świętego. Ojciec Blachnicki był osobą szczególną, obdarzoną ogromnym charyzmatem. To wszystko, co zdziałał (pociągał tysiące młodzieży, rodzin, osób dorosłych), zdobycie ludzi dla Boga było w PRL czymś karygodnym, zabronionym. Wiedział, czym to grozi dla niego i dla Ruchu. Mówił, że "trzeba robić, nie to, co można, ale to, co trzeba". Ciągłe przesłuchania, rewizje, konfiskaty, krótkie areszty, kilkumiesięczne więzienie - było czymś nierzadkim. Bolesne dla niego były fałszowania jego przemówień i oszczerstwa. Starano się skłócić hierarchię kościelną z Ruchem. Władzom państwowym donoszono, że Ruch odciąga ludzi od Kościoła, że Ruch nie jest pożyteczny dla Kościoła itd., itd.

A jednak jeden z księży proboszczów obronił kiedyś taki zarzut, mówiąc: "Nie wyobrażam sobie mojej parafii bez pomocy Domowego Kościoła". Sobór Watykański II mówi, że rodziny żyjące prawdziwie po chrześcijańsku są skarbem dla parafii.

- Mogę wysnuć wniosek, że Ruch przygotowuje małżonków nie tylko dla siebie, ale też przygotowuje do pracy na zewnątrz, dla parafii, dla społeczeństwa. Odnoszę wrażenie, że widział to Założyciel w chwili tworzenia Ruchu...

- Tak, dla parafii na pierwszym miejscu, ale nie tylko. Bardzo się cieszymy, gdy członkowie Ruchu są parlamentarzystami, smorządowcami - wielu sprawom mogą nadać właściwy, chrześcijański charakter.

- W październiku byliśmy w Rzymie na Jubileuszowym Spotkaniu Rodzin z Ojcem Świętym. Papież modlił się m.in.: "Niech Wasze rodziny będą każdego dnia coraz bardziej domowymi Kościołami" . Czy mogłaby Siostra pogłębić znaczenie tych słów?

- Określenie zaczerpnięte zostało od św. Chryzostoma, który w ten sposób nazwał rodzinę. Domowy Kościół - miejsce, gdzie jest kult Boga, wiara w Boga, modlitwa, miłość i wychowanie.

Wrócę jeszcze do całości mojej wypowiedzi i wyjaśnię, co oznacza duchowość małżeńska. Jest to wspólne dążenie do Boga, do autentycznego chrześcijaństwa, czyli do świętości, ale wspólne - męża i żony. Nie każde z osobna - tylko razem. Razem się modlą, omawiają całe swoje życie, swoje problemy, pracę nad sobą, wychowanie dzieci i zaangażowanie w apostolstwo. Dzięki takiej pracy małżonków nad sobą wytwarza się atmosfera rodziny, której nikt dzieciom nie zastąpi - ani najlepsze szkoły katolickie czy zakonne, ani katechizacja. Chcę jeszcze dodać, że ten program, który proponuje Ruch i zachęca małżonków do wprowadzenia go w ich życie, ma na celu uczynić małżeństwo chrześcijańskie i rodzinę autentycznymi. Określam to trzema przymiotnikami: rodzinę Bożą, kochającą się, szczęśliwą. To zresztą już wcześniej podkreśliłam.

- Kończąc, serdecznie dziękuję za rozmowę oraz korzystam z okazji, że przeżywamy święta Bożego Narodzenia, i życzę Siostrze, by oczekiwany i narodzony Jezus w Rodzinie z Nazaretu napełnił Siostrę bogactwem łask jubileuszowych oraz darzył dobrym i długim zdrowiem, ponieważ Siostra jest bardzo potrzebna naszym małżeństwom i rodzinom.

- Dziękuję bardzo.

Polskie małżeństwo członkami watykańskiej dykasterii

2019-07-18 17:12

Rozmawiała Marta Mastyło / Kraków (KAI)

Choć pochodzimy z różnych światów, jesteśmy rodziną. Łączymy to, co pojedynczo zdarza się w innych rodzinach. Chyba właśnie to spodobało się w nas papieżowi Franciszkowi - mówi dr Aleksandra Brzemia-Bonarek, która wraz ze swoim mężem, dr. Piotrem Bonarkiem, powołani zostali na członków watykańskiej Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia. Ekspertka opowiada o swoim małżeństwie, wychowaniu piątki dzieci i zadaniach, jakie małżonkom stawia w nowej posłudze Ojciec Święty.

Grzegorz Gałązka

Marta Mastyło (UPJPII): Została Pani z mężem powołana do Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia. Co przyczyniło się do tego, że Ojciec Święty Franciszek właśnie Państwu powierzył tę funkcję?

Dr Aleksandra Brzemia-Bonarek: Razem z mężem otrzymaliśmy informację we wrześniu ubiegłego roku. Zadzwonił telefon z Rzymu, żeby nas przygotować, zanim o fakcie dowiedzielibyśmy się z prasy. Później otrzymaliśmy dokument podpisany przez Sekretarza Stanu.
Ja nawet nie wiedziałam, że jestem wśród osób nominowanych do tej funkcji, cała ta procedura była objęta tajemnicą, nie mam pojęcia skąd taki wybór. Ale co ważne – jako małżeństwo jesteśmy członkiem dwuosobowym. Wśród członków dykasterii są trzy pary małżeńskie i mamy działać jako para, oprócz nas są jeszcze członkowie indywidualni.

- UPJPII: Porozmawiajmy więc o Pani rodzinie, małżeństwie, życiu zawodowym. Wspólnie poszukajmy odpowiedzi, co mogło sprawić, że dokonano w Watykanie takiego a nie innego wyboru?

- Jestem związana z Uniwersytetem Papieskim Jana Pawła II w Krakowie od 2007 roku, czyli od mojego doktoratu, ale etatowo zatrudniona zostałam w 2011 r. Jestem prawnikiem kanonistą, skończyłam Uniwersytet Kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie w zakresie dwóch kierunków – prawa i prawa kanonicznego, mam dwa dyplomy. Początkowo pracowałam jako adwokat kościelny przy sądach metropolitalnych w Katowicach i w Krakowie. A od 2010 roku jestem obrońcą węzła małżeńskiego przy Sądzie Metropolitalnym w Krakowie. Tutaj pracuję też w katedrze kanonicznego prawa procesowego na Wydziale Prawa Kanonicznego.
W wieku 25 lat wyszłam za mąż, mój mąż jest biochemikiem fizycznym, pracownikiem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Osiedliliśmy się tutaj w Krakowie ze względu na naukowy charakter pracy męża na uniwersytecie. W trakcie 19 lat małżeństwa porodziły nam się dzieci: mam 18-letniego Pawła, 16-letniego Filipa, który jest dzieckiem niepełnosprawnym, ma autyzm i niepełnosprawność intelektualną, później urodziły się dziś 10-letnia Krysia, 5-letni Jaś i 10-miesięczny Marcin.
Nie udzielam się w parafii, nie należę do żadnej grupy charyzmatycznej, nigdy nie byłam w oazie. Dlatego nie w naszej aktywności wspólnotowej należy szukać wytłumaczenia.

- UPJPII: Szukamy dalej… Może dla wielu osób, które Państwa znają, stanowicie po prostu jakiś wzór rodziny.

- My na pewno nie jesteśmy rodziną specyficzną, choć mamy dzieci więcej niż statystycznie. Mamy niepełnosprawnego syna, a to bardzo zmienia sposób funkcjonowania naszej rodziny, ponieważ musimy pod niego różne rzeczy ustawiać, on jest taką osią. On potrzebuje naszej opieki, jak również opieki swojego rodzeństwa.
Często jestem pytana o czym z mężem rozmawiamy, co nas łączy, bo prawnik kanonista i biochemik fizyczny to są absolutnie dwa różne światy, dwie metodologie itd. Ja nie do końca rozumiem to, czym zajmuje się mój mąż, w sensie naukowym, mnie to po prostu matematycznie przerasta. Natomiast pochodzimy z podobnych środowisk, obydwoje z Górnego Śląska i wartości charakterystyczne dla tego regionu są nam wspólne.
Myśmy się znali wcześniej z widzenia, ale poznaliśmy się dopiero na studiach, a konkretnie w pociągu. Ja jeździłam z Warszawy, mąż z Krakowa, ale z Katowic do rodzinnej miejscowości podróżowaliśmy już tym samym pociągiem.

- UPJPII: Wsiedliście do tego jednego pociągu i udaliście się we wspólną podróż przez życie. Czy są jakieś reguły, normy niezachwiane, jeżeli chodzi o rodzinę, w kwestiach wychowania dzieci?

- Ja jestem zwolennikiem rodziny różnopłciowej. Mężczyzna i kobieta tworzą rodzinę i inne „konfiguracje” są dla mnie po prostu sprzeczne z biologią, która w sensie ewolucji nas przecież determinuje. Zatem nie zgadzam się na to, aby osoby tej samej płci mogły adoptować dzieci. Drugą kwestią jest trwałość rodziny, w czym pomaga sformalizowanie związku. Myślę, że to publiczne określenie się bycia mężem i żoną daje bardzo solidną podstawę do tego, aby wziąć za rogi te obowiązki i te przyjemności, które się z tym łączą i próbować na tym bazować.
Oczywiście najlepiej, jeśli deklaracja życia wspólnego dla wierzących odbywa się w formie religijnej, ale w przypadku, gdy niektórzy nie mogą, to myślę także o wyłącznie cywilnych związkach. Widzę to na podstawie mojego doświadczenia z sądu kościelnego, że rzeczywiście w tych związkach, które są niesformalizowane, zawsze istnieje ta łatwiejsza możliwość „wyjścia z piaskownicy”, o wiele trudniej to zrobić, gdy się jest zorganizowanym w tej komórce podstawowej jaką jest małżeństwo, także to cywilne. Małżeństwo, czy to cywilne czy to kanoniczne, takie instytucjonalne, daje duże prawdopodobieństwo trwałości, o wiele większe niż związki nieformalne, jak na przykład konkubinaty.

- UPJPII: Jeżeli chodzi o wychowanie dzieci, zgadzacie się absolutnie we wszystkim? Macie pięcioro dzieci, przy czym każde z nich ma na pewno inny charakter, inną wrażliwość.

- Nie chciałabym jakoś laurkowo naszego małżeństwa pokazywać, ale wychowujemy dzieci w wolności „do”, a nie w wolności „od”. Staramy się traktować je podmiotowo, uwzględniając ich autonomię już od samego początku, już od etapu niemowlęctwa. Jak mały nie chce jeść kaszki, to nie musi, ale musi zjeść coś innego w miejsce kaszki. To funkcjonuje na takiej samej zasadzie odpowiednio w przypadku dzieci starszych. Ale wolność nie znaczy, że dzieci mogą robić wszystko, obowiązki w domu muszą być, ale te obowiązki muszą być naszymi obowiązkami wspólnymi. To nie jest tak, że ja wymagam od moich dzieci, by poszły w niedzielę do kościoła, a ja nie idę, bo wtedy przestaję być dla nich wiarygodna.
Jest jedno dziecko, które praktycznie nie ma żadnych obowiązków, to niepełnosprawny w stopniu znacznym Filip. Obowiązkiem moich dzieci jest w pewnym stopniu dbać o brata, ale równocześnie nie chcę ich obciążać nim na tyle, żeby czuły się przytłoczone faktem, że są w rodzinie z dzieckiem niepełnosprawnym, bo i tak jest im wiele rzeczy odbieranych właśnie przez to, że Filip ma pewne swoje stereotypy, zachowania i ograniczenia w kontaktach ze społeczeństwem. Np. na wakacje jeździmy do spokojnych, znanych mu miejsc, a zwiedzanie miast jest niemożliwe do realizacji.
Nie mam recepty na to, jak należy wychowywać dzieci. Myślę, że każda mama to wie intuicyjnie. Każda rodzina jest inna, nigdy nie podjęłabym się bycia osobą, która miałaby być jakimś wyznacznikiem. Nie czuję się profesjonalistką, chociaż jestem matką wielodzietną. Nasze dzieci też są różne, każde z nich urodziło się na innym etapie małżeństwa, pracy zawodowej; jedne w bloku, inne już w domu. Starsze się bawiły na placu zabaw pomiędzy blokami, a młodsze mają swój ogródek. To wszystko ma wpływ na wychowanie, na to jak się rozwijają.

- UPJPII: A sferę duchową należy pielęgnować razem?

- W zależności od osobistych zdolności i uwarunkowań. Nie ma dla wszystkich tej samej recepty.
Ja jestem człowiekiem ekstrawertycznym, mój mąż jest raczej introwertyczny. Taki człowiek, któremu bliższa jest praca w laboratorium. Nie lubi wielkich wystąpień publicznych, choć lubi wykładać, ale wystąpienia publiczne nie są jego żywiołem. My wszyscy w rodzinie jesteśmy nazbyt różnorodni. Np. 10-letnie dziecko jest głodne w danym momencie, Filip, ten niepełnosprawny, jest głośny, trudno nam byłoby w jednym czasie uklęknąć do wspólnego różańca. Natomiast kwestie wiary rozwiązuje się poprzez liczne rozmowy z dziećmi.
U nas nie ma tak, że „Pan Jezus jest w kościele”, a poza tym toczy się jakieś inne, normalne życie. Dla nas te sfery sacrum i profanum przenikają się ze sobą. Uważamy, że Pan Bóg jest obecny w naszej codzienności i dla nas cały czas ma miejsce ten cud stwarzania świata w postaci chociażby kwitnienia kwiatów, poprzez wszystko co się wokół dzieje.
Naszym dzieciom zwracamy na to uwagę właśnie w kontekście tego Bożego stworzenia. Mój syn najstarszy jest i jakoś nie ma w nim żadnej fazy buntu przeciwko religii. Lubię z dziećmi porozmawiać, na przykład o czym była mowa na kazaniu. Rozmowy teologiczno-religijne powinny być częścią życia każdego inteligenta, ponieważ mamy życie duchowe i powinniśmy je w sobie rozwijać.
Choć pochodzimy z różnych światów, jesteśmy rodziną. Łączymy to, co pojedynczo zdarza się w innych rodzinach. Chyba właśnie to spodobało się w nas papieżowi Franciszkowi. Myśmy się „skompresowali” i może stąd właśnie na nas padł wybór.

- UPJPII: To istotne, by mama i tata mówili jednym głosem?

- Tak. W sprawach kluczowych dzieci muszą mieć fundament solidny, żeby się czuły bezpieczne. Więc musimy w sprawach najważniejszych mówić jednym głosem. Dobrze jest to sobie ustalić wcześniej i oczywiście nie w ich obecności. Nie jest dobrze, gdy dzieci dostają z różnych stron inny przekaz. One do pewnego momentu potrzebują bardzo jasnego stanowiska. Odcienie szarości poznają z czasem, jak są coraz starsze, do tego też ich trzeba przygotować. Świat nie jest czarno-biały, ale warto mieć czarno-białe ideały, bo one pozwalają mieć ten kompas później.

- UPJPII: Dotknęliście już Państwo tego, czego wymaga od was nowa funkcja?

- Byliśmy na pierwszym spotkaniu w dykasterii. Pojechaliśmy z mężem i z dwójką naszych dzieci. Przedstawiliśmy się sobie.
Dykasteria mieści się na Zatybrzu w bardzo dużym czteroskrzydłowym budynku. W kwietniu trwały tam jeszcze takie ostatnie szlify remontowe przed listopadem, kiedy odbędzie się pierwsze zebranie plenarne wszystkich członków dykasterii. Będzie w nich uczestniczyć papież Franciszek. Mają trwać trzy dni. Odbywają raz do roku. To są takie nasze obowiązkowe spotkania, kiedy musimy pojechać do Rzymu.
Oprócz tego odbywają się jeszcze spotkania robocze, ich częstotliwość jest już kwestią bardziej indywidualną. Wiadomo, że te osoby, które mieszkają bliżej, będą na nich częściej. Prefekt dykasterii kard. Kevin Farrell bardzo ceni sobie nowinki technologiczne. Stąd, gdy poszliśmy do tej dykasterii, to mimo remontu, widać było jak nowoczesne jest to miejsce. Każdy z pokoi jest zaopatrzony w ergonomiczne meble i we wszystko co potrzebne do robienia telekonferencji. Pokoje, w których odbywać się będą dyskusje i rozmowy, są już przygotowane dla tłumaczy kabinowych. Wśród świeckich członków dykasterii, pochodzących przecież z różnych krajów, dominuje język angielski.
Członków dykasterii jest kilkudziesięciu. Są to księża, a pośród nich kilku biskupów, są też siostry zakonne, osoby z laikatu, poszczególne osoby świeckie i trzy małżeństwa. Jeżeli chodzi o Polaków, to jesteśmy jedyni w tym gronie. Dwie pary są z Europy, a jedna z Azji.
W ogóle ta dykasteria to bardzo umiędzynarodowiona instytucja. Pracownicy pochodzący z różnych państw w większości mieszkają we Włoszech, ale w pracy wspomagają nas jeszcze konsultorzy, są to osoby wyróżniające się jakąś szczególną wiedzą w danym zakresie. Nie są oni stałymi pracownikami dykasterii, ale są wzywani w sytuacjach, gdy potrzebna jest ich ekspercka opinia. Wśród nich też są zarówno duchowni jak i osoby świeckie, także w małżeństwie, jak i samotne.

- UPJPII: Jak wyglądało to pierwsze spotkanie?

- Pokazano nam zakres spraw, które zostaną nam przekazane do zapoznania się. To są takie jakby programy badawcze, którymi przez najbliższych 5 lat ma zająć się dykasteria.

- UPJPII: Dykasteria jest w jakikolwiek sposób decyzyjna, czy po prostu wydaje opinie, z którymi można, ale i niekoniecznie trzeba się liczyć?

- Dykasterie i kongregacje to są jakby takie ministerstwa przy papieżu. Dykasteria to organ wykonawczy i opiniujący dla papieża, pamiętajmy przecież, że w Kościele nie ma demokracji, tylko hierarchia.
Działalność dykasterii można było niedawno zauważyć w sytuacji starań o ocalenie Vincenta Lamberta, Francuza, który w stanie minimalnej świadomości przeżył 11 lat. O jego życie walczyli jego rodzice, episkopat Francji, a także sam papież Franciszek i właśnie dykasteria.

- UPJPII: Proszeni o opinie musicie robić jakieś badania, czy opieracie się państwo głównie na własnej wiedzy i doświadczeniu? Zastanawia mnie, ile czasu będziecie musieli państwo poświęcić temu zadaniu?

- Dlatego kardynał tak szpikuje te pomieszczenia dykasterii różnymi urządzeniami technicznymi, gdyż jest bardzo praktyczny i chciałby te nasze wyjazdy do Rzymu ograniczyć do minimum, a żebyśmy się przede wszystkim kontaktowali z nim i z jego pracownikami za pomocą telekonferencji. Tak w większości będą wyglądać nasze spotkania. Byliśmy pytani, czy możemy mieć w domu szerokopasmowy internet, abyśmy mogli się porozumiewać nie tylko z nim, ale także z innymi równolegle. Ja byłam pod wrażeniem tej nowoczesności, przy zachowaniu wszystkich wymogów architektonicznych.

- UPJPII: Ucieszyła się Pani otrzymaną nominacją, czy przestraszyła kolejnego obowiązku?

- Gdy powiedział mi o tym zaprzyjaźniony ksiądz profesor, to poprosiłam go, żeby sobie tak nie żartował. Mój mąż nazywa siebie accidental member, przypadkowym członkiem. On się zdziwił najbardziej. Ale dostaliśmy takie sygnały, że Ojcu Świętemu chodziło o to, aby wśród członków znalazły się takie osoby, które prawdziwie żyją, w rzeczywistym świecie, który być może dla części duchowieństwa pozostaje zupełnie nieznany. Nie byliśmy z klucza, z ludzi którzy krążą cały czas po orbicie probostwa i szkółki parafialnej, szczególnie mój mąż żyje w realiach środowiska, które jak przychodzi w niedzielę do kościoła to jest dobrze.

- UPJPII: Macie taką świadomość, że będziecie mieć wpływ na losy świata w tych dziedzinach, którymi zajmuje się dykasteria?

- Jeżeli dostanę jakieś zadanie, to je będę musiała wykonać najlepiej jak potrafię, ponieważ może to być jedyna okazja, żeby przedstawić coś, co może być później tym kamykiem do ogródka zmian.
Obliguje mnie to do bardzo rzetelnej i obiektywnej pracy, bo Ojciec Święty pewnie będzie oczekiwał od nas rzeczywistego pochylenia się nad sprawą. On nie chce, żeby to były komplementy, nie chce pochlebstw, mówienia, że wszystko jest w porządku, wszystko ładnie. Wymaga analizy jakiegoś zagadnienia. Być może dlatego nasza metodologia naukowa była papieżowi potrzebna.

- *** Małżonkowie są pracownikami naukowymi: Aleksandra – Wydziału Prawa Kanonicznego Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II, Piotr – Wydziału Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Są rodzicami pięciorga dzieci.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp Kasyna: musimy dziś budować duchowe barykady z modlitwy

2019-07-21 15:59

ks. is / Pelplin (KAI)

„Trzeba nam dzisiaj budować duchowe barykady z modlitwy, by broniły przed zabiciem ducha narodu” - powiedział 21 lipca biskup pelpliński Ryszard Kasyna podczas centralnych uroczystości odpustowych w Sanktuarium Królowej Kaszub w Sianowie.

Klata/pl.wikipedia.org
Matka Boża Sianowska - Królowa Kaszub

Na liturgii zgromadziły się tysiące wiernych, którzy przybyli na odpust z okazji wspomnienia Matki Bożej z Góry Karmel w sercu Kaszub.

Na początku homilii główny celebrans podkreślił, że wspólna modlitwa u stóp Matki Bożej jest wyrazem jedności i wspólnoty rodzinnej. Wagę tego wydarzenia ukazuje współczesna rzeczywistość „czasów, w których brakuje nam jedności” - mówił hierarcha.

Dodał, że podziały są widoczne w rodzinach, w życiu społecznym, a „nawet Kościół nie jest wolny od napięć”, stwierdził kaznodzieja. Za przyczynę podziałów uznał biskup „brak miłości”, która „bywa traktowana jako samozadowolenie, przyjemność jako osobiste spełnienie zamiast wzoru ukazanego przez św. Pawła w Liście do Koryntian”.

Bp Kasyna wskazał, przyczyną braku prawdziwej miłości jest brak modlitwy, także „brak modlitwy we wspólnocie, gdzie rodzą się dobre owoce”.

Oceniając współczesną rzeczywistość biskup pelpliński zauważył u wielu osób „niechęć do brania odpowiedzialności za wspólne dobro”. Rodzi się to z „braku podjęcia daru służby”, a „służba jest wynikiem miłości” - mówił.

Bp Kasyna podjął również temat budowania wspólnoty rodzinnej i wzajemnej troski o jedność i wzrost wiary wśród członków rodzin. „Stajemy się egoistami, żyjemy swoim życiem, nie ma krążenia miłości” - stwierdził hierarcha.

Biskup podkreślił, że przybywając do Sianowa modli się o jedność w rodzinach i o wiarę dla wszystkich rodzin.

„Uczmy się służby rodzinie i Ojczyźnie od wielkich mężów Kościoła i świadków wiary, takich jakimi byli: sługa Boży kard. Stefan Wyszyński i św. Jan Paweł II” - powiedział biskup diecezjalny.

Biskup zaapelował, że „pomimo dążenia do jedności trzeba nam dzisiaj budować duchowe barykady z modlitwy, by broniły przed zabiciem ducha narodu, by chroniły dzieci i ludzi młodych przed zatruciem genderyzmu, działaniami grup LGBT, przed narkotykami, dopalaczami, alkoholem i rozwiązłością”.

Dlatego „potrzebujemy modlitwy w naszych rodzinach i w Ojczyźnie”, by „stały się w pełni Chrystusowe”.

Uroczystości w Sianowie gromadzą zawsze rzesze pątników. Wielu przybywa tam w strojach kaszubskich.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem