Reklama

Żyją dla życia

2015-03-12 11:54

Małgorzata Cichoń
Edycja małopolska 11/2015, str. 6-7

Małgorzata Cichoń
Halina i Czesław Chytrowie. Obraz Matki Bożej Częstochowskiej to wotum za uzdrowienie p. Haliny z choroby nowotworowej

Halina i Czesław Chytrowie są parą animatorską odpowiedzialną za Duchową Adopcję Dziecka Poczętego w diecezji krakowskiej. Sami doświadczyli daru ocalenia życia. Znajdują radość w pełnieniu misji, którą, jak wierzą, powierzył im sam Pan Bóg

Halina i Czesław Chytrowie są parą animatorską odpowiedzialną za Duchową Adopcję Dziecka Poczętego w diecezji krakowskiej. Sami doświadczyli daru ocalenia życia. Znajdują radość w pełnieniu misji, którą, jak wierzą, powierzył im sam Pan Bóg.

Poznali się w Skawinie. Halina pomagała rodzicom w sklepie. A pochodzący z Mościsk Czesław kończył studia we Wrocławiu i był akurat na przeddyplomowych praktykach w elektrowni „Skawina”. Któregoś dnia wpadł do sklepu po pomidory. Spodobały mu się warzywa, ale jeszcze bardziej sprzedawczyni. W ubiegłym roku świętowali 50 lat wspólnego życia. Z tej okazji pielgrzymowali nawet do Rzymu, gdzie otrzymali specjalne błogosławieństwo od papieża Franciszka. Są rodzicami czwórki dzieci, w tym siostry prezentki, oraz dziadkami sześciorga wnucząt. Choć w ich życiu nie brakuje trudów, nie zamieniliby go na żadne inne!

– 12 lat po ślubie, mając 33 lata, dowiedziałam się, że jestem chora na raka. Wyrosła mi narośl na kości biodrowej, przestałam chodzić – opowiada pani Halina. – Nie mieliśmy wtedy auta, więc mój brat, o. Julian Banachowicz, który jest cystersem w Mogile, zawiózł mnie do szpitala przy ul. Kopernika w Krakowie. Tam lekarz chirurg, dr Jacek Marchewczyk, po zrobieniu wycinka, powiedział: „Zostały pani 3 miesiące życia”. Troje dzieci w domu, najmłodsza Jola miała tylko 2 lata, a ja leżę na tym łóżku szpitalnym i myślę: „Boże, mam tylko 33 lata i już muszę odejść do Ciebie”. To tak spadło jak grom z jasnego nieba, nie chciałam umierać. I tak mówię: „Jezu, jeśli pozwolisz mi żyć, zmienię całkowicie moje życie”. Byliśmy wierzącymi ludźmi, wszystko było niby dobrze, ale jednak powiedziałam: „Zmienię swoje życie, będę żyć tylko dla Ciebie i wszystko, co uczynię, zrobię tylko z miłości do Ciebie. A Ty nas będziesz mógł prowadzić”. Tyle badań, tyle różnych zabiegów na nic, wszystko zmierzało do jednego. Któregoś dnia ordynator Marchewczyk przyszedł na salę – leżały nas cztery na oddziale, takie do umierania – kucnął przy mnie i mówi: „O Boże, jak szkoda, że ta dziewczyna już musi odejść...”.

Reklama

Mąż wtedy poszedł do kościoła i też się modlił: „Panie Jezu, pozwól mojej żonie żyć, a będę żył tylko dla Ciebie”. Jakoś te nasze pragnienia zbiegły się razem... Także mój brat modlił się przed cudownym wizerunkiem Pana Jezusa w Mogile. W czasie nocnego czuwania podobno położył się krzyżem na posadzce i powiedział na głos: „Panie Jezu, zabierz mnie, a zostaw moją siostrę”. Potem odprawiono w mojej intencji Drogę Krzyżową. To było tuż przed operacją. A kiedy już mnie wzięto na salę operacyjną i otworzono bok – o tu, mam taką szramę wielką (p. Halina wskazuje na biodro) – okazało się, że narośli nie ma. A ja wiedziałam, że to Pan Jezus Mogilski mnie uzdrowił. Po kilku dniach wyszłam ze szpitala, a ordynator powiedział mi: „Nie wiem, jak to się stało. Panią stąd powinni byli wynieść. Pani stąd o własnych siłach nie powinna wyjść. Niech pani teraz idzie na kolanach na Jasną Górę, dziękować Matce Bożej za cud”.

To jest wotum, ta Matka Boża – p. Halina wskazuje na ścianę – właśnie za moje uzdrowienie. Poszliśmy na Jasną Górę w pieszej pielgrzymce, z mężem i całą rodziną, z o. Jackiem Stożkiem, opatem cysterskim, w pielgrzymce cysterskiej. Kupiliśmy ten obraz Matki Bożej. Potem zaczęliśmy szukać Bożej woli, pytaliśmy: „Boże, co mamy czynić, czego chcesz od nas, pokaż nam, jaka powinna być nasza droga”.

W 1982 r. proboszcz o. Antoni Jelonek, pijar, zaprosił inż. Antoniego Ziębę do naszej parafii Najświętszego Imienia Maryi Panny w Krakowie, przy ul. Dzielskiego. Mojego męża Czesława poprosił, by wyświetlał w salce film „Niemy krzyk”. Po tym, jak usłyszałam to, co inż. Zięba głosił od ołtarza, jak zobaczyłam film, mówię do męża: „To jest nasza droga. Pan Bóg darował mi życie, możemy być dalej razem i dlatego powinniśmy żyć dla życia i wszystko uczynić w tym kierunku”. Poprosiłam naszego proboszcza: „Niech nas ksiądz zapozna z tym inżynierem”. Zaprosił nas na kawę, pogadaliśmy z p. Ziębą. Bardzo się ucieszył ze spotkania. Odwieźliśmy go do domu, bo mieliśmy już własną syrenkę. I od tej pory się zaprzyjaźniliśmy.

Z perspektywy czasu myślę, że ta moja choroba była opatrznościowa. Pan Bóg, dając cierpienie, zadaje pytanie: „Człowieku, po co żyjesz?”. Dlatego chcemy uwielbiać Boga za Jego wielkie miłosierdzie, że możemy Mu być wdzięczni, bo wiemy, po co żyjemy. I to jest najpiękniejsza droga, jaką Pan Bóg mógł nam dać. Cieszymy się, że możemy nią iść!

Tagi:
świadectwo

Reklama

Chrześcijanie wśród muzułmanów

2019-06-25 14:10

Z Katarzyną i Hakanem Kanerami ze Stambułu rozmawia Anna Przewoźnik
Niedziela Ogólnopolska 26/2019, str. 24-25

Ona – Polka, biblistka. On – Turek, 18 lat temu przeszedł z islamu na chrześcijaństwo i porzucił pracę wykładowcy akademickiego, by założyć chrześcijańskie biuro pielgrzymkowe. Dziś jako małżeństwo wspólnie kontynuują pracę w obszarze turystyki biblijnej.

Marian Sztajner/Niedziela
Katarzyna i Hakan Kanerowie z dwuletnią córeczką Lidią

ANNA PRZEWOŹNIK: – Jak długo jesteście małżeństwem?

KATARZYNA KANER: – Trzy lata. Mój pobyt w Turcji pokrywa się z podjęciem decyzji o małżeństwie, czyli od trzech lat mieszkam tam na stałe.

– To życie zawodowe sprawiło, że znalazłaś się w Turcji?

K. K.: – Tak. Przez kilkanaście lat pracowałam na Dalekim Wschodzie, na Filipinach, ewangelizując osoby nawrócone na chrześcijaństwo z religii dalekowschodnich. Postanowiłam jednak zamknąć ten rozdział życia i rozpoczęłam pracę na Bliskim Wschodzie, skoncentrowałam się głównie na Izraelu, gdzie 10 lat pracowałam w charakterze przewodnika po Ziemi Świętej. Interesuje mnie turystyka biblijna, przede wszystkim chrześcijaństwo w kontekście historii religii. Naturalną konsekwencją mojej pracy w Izraelu stało się zainteresowanie Gruzją, Armenią i Turcją. Moja praca polega na świadomym szukaniu śladów chrześcijaństwa. Wcześniej to było jakby docieranie do ludzi z tym, co chrześcijaństwo ma do zaoferowania, zwłaszcza jeśli chodzi o zrozumienie człowieka i jego drogi do zbawienia.

– Jak poznałaś męża?

K. K.: – Mąż był i jest jedynym człowiekiem, który tak odważnie prowadzi w Turcji chrześcijańskie biuro pielgrzymkowe. Byłam przewodnikiem grupy turystycznej zorganizowanej przez jego biuro. Spotkaliśmy się więc na ścieżce zawodowej.

– Hakan, od urodzenia wzrastałeś w kulturze muzułmańskiej – jak odkryłeś chrześcijaństwo?

HAKAN KANER: – Moja rodzina to, tak jak większość obywateli Turcji, przedstawiciele kultury muzułmańskiej. Jakieś 20 lat temu zaczęły się w moim życiu pojawiać poważne pytania, głównie w kontekście osobistych doświadczeń – wtedy zaczęły się też moje poszukiwania. Zawsze miałem szacunek dla każdego wyznania. Chrześcijaństwo przemówiło do mnie najbardziej od strony intelektualnej. W tej religii mocno podkreślona jest miłość. Miłość, która wyraża się przez ofiarę. Świadomość, że Jezus poświęcił swoje życie po to, by nas uwolnić od grzechu, spowodowała, że postanowiłem za Nim pójść. Dopiero później odkryłem, że zręby chrześcijaństwa są właśnie na ziemi, z której pochodzę. Ten fakt mnie zmobilizował i uznałem, że chcę się temu poświęcić.
K. K.: – Chrześcijaństwo dla męża jest czymś ważnym. Gdy mówi o miłości, widzi to przez pryzmat ofiary życia Chrystusa. W tym jest też element transcendentny, bo tu chodzi o życie wieczne. On nie miał żadnej katechezy, kiedy był dzieckiem czy młodzieńcem. My od dziecka jesteśmy uczeni religii, nawet swoistego żargonu, sposobu formułowania prawd wiary.

– Byłeś wykładowcą akademickim. Czy to wiara spowodowała, że całkowicie oddałeś się czemuś innemu?

H. K.: – Wcześniej zajmowałem się sztuką. Zrobiłem doktorat w Wiedniu, byłem wykładowcą na Akademii Sztuk Pięknych w Stambule. Zostawiłem pracę naukową, by założyć biuro turystyki biblijnej. To konsekwencja drogi chrześcijanina...
K. K.: – Dla mnie też jest to bardzo budujące, bo on to zrobił u siebie. Każdy ze znajomych Hakana z uczelni wie, że przestał pracować naukowo i rozpoczął „dziwną” działalność. Myślę, że dla męża to jest pewne świadectwo jako chrześcijanina. Odpowiedzialność wynikająca z tego, że chrześcijaństwo formowało się na tej ziemi i teraz on może je promować. Nie jest pastorem, nie wykłada teologii, więc promuje chrześcijaństwo, zapraszając tych, którzy przyjeżdżają do Turcji wypoczynkowo.
Hakan dużo studiował. Potrzebował ok. 4 lat, zanim przyjął chrzest. Nie miał zakorzenienia w żadnej wspólnocie, która dawałaby możliwość dalszego wzrostu w wierze, wprowadzenia w sakramenty. I dalej trwa na chrześcijańskiej drodze. Nie za moją przyczyną na nią wkroczył, ale dziś mogę być dla niego wsparciem i pomocą.
Hakan jest pierwszym i jak dotąd jedynym człowiekiem spośród tych, których znam w Turcji, który świadomie przyjął chrześcijaństwo. Chociaż wciąż nie ma odwagi nazwać siebie katolikiem, prawosławnym czy chrześcijaninem Kościoła ortodoksyjnego. Myślę, że to dlatego, iż wchodził w chrześcijaństwo trochę „na własną rękę”. Później docierali do niego różni „misjonarze” z USA. Mąż potrzebuje dalszych konkretnych kroków, żeby się utożsamić z wybraną wspólnotą Kościoła. Wciąż jeszcze patrzy na Kościół tylko jako na wspólnotę wierzących. Myślę, że dziś najważniejsza jest dla niego nauka Jezusa. On bardzo się trzyma Pisma Świętego i studiów historii chrześcijaństwa, czyli poznaje historię Kościoła. Ponieważ nie wychował się w żadnej tradycji, nie została mu ona przekazana, najczęściej mówi: „jestem, chciałbym być naśladowcą Chrystusa”.
To jest bardzo duże przejście. Trzeba było zrobić ogromny krok, żeby wyjść z islamu samemu i świadomie przyjąć chrzest.

– Jak rodzina Hakana przyjęła jego decyzję o przejściu na chrześcijaństwo?

K. K.: – Turcja jest krajem muzułmańskim, ale świeckim. Religia, którą wyznaje Hakan, nikogo nie obchodzi, również jego rodziny. Oni są muzułmanami z grupy Bektaszytów. Mama może jeszcze przestrzega jakichś modlitw, ale ani ona, ani siostra Hakana nie noszą nakrycia głowy, ich muzułmańska religijność nie jest radykalna. Droga, którą poszedł Hakan, nie jest dla nich czymś istotnym. Może większym problemem jest to, że ma żonę Polkę. To wynika jednak z pewnego rodzaju poczucia patriotyzmu: „To nasz syn, brat. On stąd, a tu jakaś Polka”.

– Co jest najtrudniejsze dla Polki katoliczki mieszkającej w Turcji?

K. K.: – Największa dolegliwość to brak kościołów i ograniczona dostępność do Eucharystii. Na Msze św. jeździmy na drugą stronę Bosforu, raz w tygodniu. Trudne jest to, że chrześcijaństwa jest tutaj tak niewiele, a nie fakt, że żyjemy w środowisku muzułmańskim.

– Wychowywanie córki katoliczki w kraju, w którym panuje kultura muzułmańska, to też z pewnością wyzwanie...

K. K.: – Tak, wychowywanie córki jest dla mnie i męża najważniejsze. Teraz jest mała, ale kiedy będzie w wieku szkolnym, różnice kulturowe i religijne będą bardziej widoczne. Będzie się częściej spotykać z muzułmańską kulturą. Do tej pory pracowałam wśród osób, które się nawracały z religii dalekowschodnich. Pomagałam, dzieliłam się swoją wiedzą. W przypadku córki to coś zupełnie innego. To jest odpowiedzialność za nowe życie, które będzie wsiąkać w kulturę muzułmańską i, obawiam się, w kulturę wciąż bardziej radykalizującej się Turcji. Dojrzewanie w niej wiary jest wielką moją i męża troską. Wiara rodzi się też ze słyszenia. Lidia słyszy pięć razy dziennie nawoływanie z minaretu, a to jest nam obce nie tylko kulturowo, ale też duchowo. W Turcji nie słyszymy dzwonów, nie mamy doświadczenia katolickich obrzędów, uroczystości, procesji. Dostęp do symboliki, obrzędów religijnych jest w tym kraju bardzo skromny.
W domu staramy się przekazywać córce wartości chrześcijańskie. W Stambule łączę się z Polską przez słuchanie rozgłośni katolickich czy oglądanie Apelu Jasnogórskiego. Zaskoczyłam nawet abp. Wacława Depo, którego spotkałam podczas pielgrzymki w Ziemi Świętej. Był bardzo zdziwiony, kiedy przywitałam go z imienia i nazwiska.

– Córka jest jeszcze mała, ale podkreślasz, że od początku jest przywiązana do Maryi. W jaki sposób się to przejawia?

K. K.: – Poczytuję to sobie za wielki dar, że u Lidii widać taką miłość do Maryi. Od dwóch kapłanów z Polski dostała ikonę Matki Bożej Częstochowskiej. Jedną podarowano jej na pierwsze urodziny. Lidia rozkochała się w Maryi i gdy widzi Jej wizerunek, ciągle powtarza – „Ave Maryja”.

– Przez biuro pomagacie ludziom powracać do korzeni chrześcijańskich...

K. K.: – Turcja po Palestynie jest drugą ojczyzną chrześcijaństwa. Ta ziemia to wiele miejsc biblijnych. Wielki charyzmat i duchowość św. Pawła, św. Filipa, św. Jana. Otwieramy się, współpracujemy z biurami i czekamy na Polaków. Z polskimi grupami spotykamy się na obszarach i Turcji, i Izraela, bo jest to ciąg dalszy turystyki biblijnej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Św. Brygida Szwedzka

Aleksandra Szafirska
Edycja szczecińsko-kamieńska 42/2002

http://dziennikparafialny.pl/

Jan Paweł II ogłosił święte: Brygidę Szwedzką, Edytę Stein i Katarzynę Sieneńską współpatronkami Europy. Dołączą one w ten sposób do świętych: Benedykta z Nursji oraz Cyryla i Metodego, którzy już wcześniej, na mocy decyzji Pawła VI i obecnego Ojca Świętego zostali obdarzeni tytułem patronów naszego kontynentu.

Św. Brygida Szwedzka (1302-73) była jedną z najwybitniejszych postaci Kościoła, świętych i mistyczek swoich czasów. Urodziła się około 1302 r. w Finstad (niedaleko Uppsali) w spokrewnionej z królami szwedzkimi rodzinie lagmana (rządcy) prowincji Uppland. Od najmłodszych lat odznaczała się głęboką wiarą i marzyła, aby wstąpić do klasztoru. Jednak zgodnie z wolą rodziców, ok. 15. roku życia wyszła za 18-letniego syna gubernatora, Ulfa Gudmarssona. Małżeństwo okazało się nadspodziewanie dobre, a małżonkowie doczekali się ośmiorga dzieci. Jedną z ich córek była późniejsza wybitna święta średniowiecza - Katarzyna Szwedzka. Z wzorowym wypełnianiem obowiązków swego stanu łączyli oni uczynki miłosierdzia. Brygida poświęcała wiele czasu modlitwie. Razem z mężem utrzymywała żywe kontakty z duchownymi z pobliskich kościołów i klasztorów, zwłaszcza z cystersami w Alvestra i duchowieństwem z Linkoping. Już wówczas cieszyła się niezwykłymi darami nadprzyrodzonymi, zwłaszcza darem wizji. W 1332 r. została powołana jako ochmistrzyni na dwór Magnusa II. Czas pobytu na dworze Brygida wykorzystywała m.in. dla wspierania ubogich. W 1339 r. po śmierci nieletniego syna udała się z pielgrzymką do grobu św. Olafa do Trondheim, natomiast w 2 lata później razem z mężem pielgrzymowali do Santiago de Compostella. Po powrocie stamtąd mąż wstąpił do cystersów w Alvastra i wkrótce potem (1344 r.) właśnie tam umarł. Brygida osiadła wówczas w domu zakonnym, związanym z cystersami, gdzie prowadziła bardzo surowe życie ascetyczne. Wtedy także otrzymała wizję, która wytyczyła jej nowe ścieżki życiowe i zapoczątkowała długą serię dalszych wizji. Swoje prorocze wizje niosła do ludów, panujących i papieży. Pisała listy do poszczególnych osób, w których przepowiadała ich dalsze losy. Pierwszą misję spełniła w Sztokholmie, upominając Magnusa II i wieszcząc rodzinie królewskiej straszne klęski, które ją rzeczywiście wkrótce potem nawiedziły. Znane są także jej ostrzeżenia i surowe napomnienia pod adresem Krzyżaków, którym przepowiedziała upadek. Ale największą sławę i trwałe miejsce w historii Kościoła zapewniły jej listy z 1352 r. do papieża Innocentego VI (1352-62), przebywającego wówczas w Awinionie, aby jak najszybciej wracał do Rzymu. Gdy nie odniosło to skutku, Brygida nie zrażona tym, kontynuowała swą korespondencję z jego następcą, Urbanem V (1362-70), późniejszym błogosławionym. Ten ostatni, właśnie pod wpływem listów szwedzkiej mistyczki, wrócił do Rzymu w 1367 r., ale z powodu zamieszek w tym mieście znów je opuścił - Brygida przepowiedziała mu wtedy rychłą śmierć, co istotnie niebawem nastąpiło. Jej nalegania i wezwania kierowane do papieży przyczyniły się w wielkim stopniu do położenia kresu niewoli awiniońskiej, choć ona sama już tego nie doczekała.

Innym trwałym śladem działalności Świętej było założenie przez nią w Yadstenie (Szwecja) Zakonu św. Brygidy (Najświętszego Zbawiciela). Siostry zakonne z tego zakony nazywane były potocznie brygidkami. Pierwszą opatką klasztoru została jej córka, św. Katarzyna. W związku z powstaniem zakonu Brygida udała się w 1349 r. do Rzymu. Nawiązała tam kontakty z wybitnymi rodami włoskimi, a równocześnie kontynuowała działalność charytatywną. Zabiegała teraz o zatwierdzenie reguły nowego zakonu, który miał nosić nazwę zakonu Najświętszego Zbawiciela. Starania jej osiągnęły skutek połowiczny, ponieważ papież Urban V wrócił do Awinionu (1370 r.), gdzie zgodnie z przepowiednią Brygidy wkrótce zmarł. Święta nie zaprzestała swych starań, biorąc równocześnie żywy udział w życiu zakonnym. Wiele pielgrzymowała, nawiedziła w tym czasie niemal wszystkie miejsca pielgrzymkowe Italii. Natomiast w 1371 r. z dwoma synami i córką Katarzyną udała się do Ziemi Świętej. Przebywała tam przez 4 miesiące, doznając nieustannie wizji i przepowiadając rozmaite wydarzenia (np. przyszłość Cypru). Wiosną 1373 r. była znów w Rzymie, gdzie podjęła starania o powrót Grzegorza XI. Umarła 23 lipca tego roku, w dniu przez siebie zapowiedzianym, w czasie Mszy św. odprawianej w jej pokoju. Zwłoki wystawiano przez tydzień w kościele św. Wawrzyńca, w grudniu zaś rozpoczęto ich przeniesienie do ojczyzny. Poprzez Karyntię, Styrię, Morawy, Polskę i Gdańsk, a potem morzem dotarły do Soderkoping, a stamtąd w uroczystej procesji sprowadzone zostały do Vadsteny. W 3 lata później Grzegorz XI wrócił do Rzymu, a w r. 1378 zatwierdził ostatecznie regułę "brygidek". Jest to pośmiertne osiągnięcie Brygidy, której dzieło kontynuowała z energią jej córka, św. Katarzyna. Św. Brygidę kanonizowano w 1391 r.

Warto przypomnieć historię sławnych Objawień św. Brygidy, bowiem ich losy oddają charakter i skoplikowane dzieje myśli Kościoła. Pierwsze 8 ksiąg aprobował Grzegorz XI oraz Urban VI. Mimo to od początku wzbudzały one zastrzeżenia u wielu poważnych ludzi i spotykały się z żywymi sprzeciwami. Źródła podają, że szczególnie ostro zaatakowano je na soborach w Konstancji i Bazylei. Usiłowano nawet doprowadzić do ich formalnego potępienia, którego uniknęły jedynie dzięki obronie światłego dominikanina, kardynała Jana de Torquemada. Brygida była świadoma tego, iż do autentycznych wizji wkraść się mogło niejedno z tego, co zasłyszała i co poddawała jej niezwykle bogata wyobraźnia. Swe Revelationes poddawała kontroli teologów, gotowa zawsze do przyjęcia kościelnej cenzury. Decydującą aprobatę znalazły one u Benedykta XIV, który kompetentnie określił ich prawowierność oraz stopień zaufania, jakim je należy darzyć. W tym miejscu należy nadmienić, iż później pod imieniem Brygidy pojawiły się pisma i formy pobożności nie mające z nią nic lub prawie nic wspólnego. Dlatego też władze kościelne aż po współczesność odnosiły się do nich z dużą ostrożnością i rezerwą. Nie umniejszyło to znaczenia Świętej i jej pism w historii chrześcijańskiej pobożności, w której odegrała rolę ogromną, w dużej mierze prekursorską, by wspomnieć tylko o nabożeństwie do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Już w 1391 r. papież Bonifacy IX ogłosił Brygidę Szwedzką świętą. Wspomnienie św. Brygidy wpisano do kalendarza rzymskiego najpierw (1623 r.) 7 października, a w 1628 r. przesunięto na 8 października, co było nawiązaniem do kanonizacji ogłoszonej w przeddzień. Od 1969 r. widnieje ona pod właściwą datą, odpowiadającą dacie śmierci (23 lipca).

Opracowano na podstawie H. Fros SI, F. Sowa, Twoje imię, Kraków 1975 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież do francuskich skautów: nie ograniczajcie się do kontaktów wirtualnych

2019-07-23 19:18

pb (KAI/famillechretienne.fr) / Jambville

Nie ograniczajcie się do kontaktów wirtualnych - zaapelował papież Franciszek do 22 tys. francuskich skautów, zgromadzonych w Jambville koło Paryża na „wielkim jamboree” (zlocie) pod hasłem „Connecte!” (Połącz się!).

Grzegorz Gałązka

Za pośrednictwem telegramu wysłanego przez sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej kard. Pietro Parolina papież przekonuje, że łączność z Chrystusem poprzez modlitwę, słuchanie słowa Bożego i sakramenty pozwala odkryć „źródło radości”, ale także „drogę prawdziwego spotkania” z innymi ludźmi.

Życzy młodym, by nie ograniczając się spotkań wirtualnych, coraz bardziej byli „budowniczymi mostów”. W ten sposób wezmą udział w budowie społeczeństwa „bardziej sprawiedliwego i bardziej ludzkiego”, zauważającego małych i ubogich.

W spotkaniu w Jambville bierze udział 22 tys. spośród 85 tys. członków głównej organizacji harcerskiej we Francji Scouts et Guides de France (SGDF).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem