Reklama

To przyszło z nieba

2015-03-23 19:25

Tadeusz Szyma
Niedziela Ogólnopolska 13/2015, str. 62

Krzysztof Tadej
Zdjęcia do filmu „Życie po cudzie”

Jeśli życie jest cudem – a jest nim niewątpliwie – to życie po doświadczeniu cudownego uzdrowienia jest cudem w dwójnasób, cudem do potęgi. Takie przypadki zawsze przyciągały uwagę i przyciągają ją nadal. Nie tylko przy okazji kolejnych beatyfikacji i kanonizacji, do których przeprowadzenia wymagane są, jak wiadomo, bardzo dokładnie udokumentowane i w pełni ocenione krytycznie z naukowego punktu widzenia sytuacje, a wraz z nimi – niezwykłe ludzkie historie. Niesamowite wprost od strony medycznej i niewytłumaczalne w oparciu o obecny stan wiedzy powroty do zdrowia i normalnego życia w sytuacjach, zdawałoby się, nierokujących już na to żadnych nadziei.

Zadziwiające historie

Rzeczą słuszną i pożyteczną jest publicznie prezentować takie osobliwe przypadki i związane z nimi zadziwiające historie przede wszystkim w mediach elektronicznych, z uwagi na ich społeczny zasięg i siłę oddziaływania. Wierzącym – dla umocnienia ich wiary, sceptykom – dla głębszego zastanowienia, a niedowiarkom – dla wytrącenia ich z błogiego poczucia posiadania jedynej, niepodważalnej i przesądzonej już rzekomo racji.

Godną zauważenia i pochwały pracę tego rodzaju wykonał ostatnio Krzysztof Tadej, realizując dla Redakcji Katolickiej TVP interesujący dokument „Życie po cudzie”. Jest to raczej program telewizyjny niż film sensu stricto, w swym stylu bowiem nawiązuje do magazynowego charakteru wielu audycji telewizyjnych i w ponadpółgodzinnym bloku zestawia pokrótce kilka odrębnych historii cudownych uzdrowień. Są one ciekawe, a szerzej nieznane, powinny też dać widzom wiele do myślenia.

Reklama

Pierwsza z nich to przejmująca opowieść Dalmary Kozioł spod Rzeszowa o jej ocaleniu ze stanu krytycznego po tragicznym wypadku samochodowym w lipcu 1995 r., w którym, niestety, straciła ukochanych męża i synka. Wielość i rozmiar obrażeń, których wówczas doznała, nie rokowały przeżycia. A jednak ufna modlitwa – jej i zaprzyjaźnionych sióstr zakonnych – za wstawiennictwem abp. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego (1822-95) przy jego obrazku i relikwiach została uznana przez watykańską Kongregację Spraw Kanonizacyjnych za cudowną, nadprzyrodzoną interwencję. Mówiąc po świecku – za nagłą, bo już na drugi dzień po wypadku z całkiem niezrozumiałej medycznie przyczyny radykalnie poprawił się stan zdrowia beznadziejnie poszkodowanej, o czym zdumiony lekarz w szpitalu powiedział po prostu, że „to przyszło z nieba”. Casus ten zaważył na beatyfikacji przez Jana Pawła II w 2002 r. abp. Felińskiego (kilka lat później również kanonizowanego), patrioty i carskiego zesłańca, dobroczyńcy ubogich i założyciela Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi.

W opowieści Pani Dalmary może jeszcze bardziej poruszające jest to, że zwierza się ona z duchowych rozterek, związanych z tajemnicą swego ocalenia przy jednoczesnej niemal śmierci męża i synka. Dzięki temu w jej świadectwie nie ma łatwych uproszczeń, a deklarowane na koniec całkowite poddanie się woli Bożej nabiera głębi i prawdy psychologicznej.

O dramatycznych chwilach wadzenia się z Bogiem przy niepojętych Jego wyrokach: zabierania jednych, pięknych i młodych, a uzdrawiania innych, mówi też znakomity kardiochirurg prof. Kazimierz Suwalski. Jednak clou jego ogromnie ciekawej wypowiedzi to wspomnienie reanimacji młodego pacjenta po nieodwracalnej, wydawać by się mogło, śmierci klinicznej. Reanimacji przez bezpośredni masaż trzymanego w dłoni serca, kontynuowany ponad miarę długo wyłącznie na prośbę modlącego się obok kapłana. W tym trochę anonimowym przypadku życia po cudzie jest też we wspomnieniu profesora ciekawy epizod z życia po życiu, kiedy relacjonuje on późniejsze zwierzenia swego pacjenta z okresu jego śmierci klinicznej.

I ten wątek, dobrze znany ze słynnej książki Raymonda A. Moody’ego, a nawet z filmów – fabularnego i dokumentalnego, powraca w tym programie w innej opowieści, a mianowicie w zwierzeniach ks. Feliksa Folejewskiego. Znany duszpasterz apostolskiego ruchu Rodzina Rodzin, który przeżył trzy zawały i operację na otwartym sercu, zapewnia przed kamerą, że to, iż żyje, zawdzięcza Bożemu Miłosierdziu oraz wstawiennictwu s. Faustyny Kowalskiej.

Ponowne narodziny

Ze wspomnieniami prof. Suwalskiego harmonizuje w pewnym stopniu bardzo osobista, lecz również poparta naukowym autorytetem wypowiedź prof. Bogumiły Jędrzejewskiej, biologa z Białowieży, która opowiada o swym cudownym ocaleniu za wstawiennictwem s. Urszuli Ledóchowskiej – przy zagrożonym podwójną śmiercią, jej i dziecka, przedwczesnym porodzie, przeprowadzonym jednak szczęśliwie przez cesarskie cięcie. Dzięki niemu ocalała również jej wyjątkowo filigranowa wówczas i, można by sądzić, niemająca szans na przeżycie córeczka – dziś piękna i wykształcona, podróżująca po świecie i ciesząca się życiem kobieta.

Piąty wreszcie przypadek cudownego uzdrowienia przedstawiony w tym programie to niezwykła historia z dzieciństwa obecnie studenta prawa Gabriela Czai. W wieku dziewięciu lat zapadł on na ciężką i rokującą beznadziejnie, wyniszczającą mózg chorobę, z której wszelako wyszedł bez szwanku dzięki wstawiennictwu założycielki Zgromadzenia Sióstr Prezentek – bł. m. Zofii Czeskiej.

Wszystkie te historie, ukazując niezwykłe przypadki darowanego po raz drugi życia, a więc jakby ponownych narodzin, uświadamiają z jednej strony ciężar świadomości takiego stanu rzeczy i moralnych zobowiązań z tego wynikających – zwłaszcza u tych, którzy tego doświadczyli, z drugiej zaś – umacniają poczucie cudowności każdego życia w ogóle, uświadamiają potrzebę chronienia go i obrony, a także skłaniają do głębszego odczucia jego metafizycznej tajemnicy i piękna w jego aspekcie duchowym i tym dostępnym dzięki zmysłom.

„Życie po cudzie” – scenariusz i realizacja: Krzysztof Tadej, emisja: Wielki Piątek, 3 kwietnia, Program 1 TVP, godz. 20.20.

Shawn Carney: kobiety wybierające aborcję często czują, że nie mają żadnego wyboru

2019-11-10 18:03

Paulina Guzik / Warszawa (KAI)

- To nie jest tak, że kobiety przyjeżdżające do klinik aborcyjnych świętują tam swoją wolność. One są zwykle przerażone, szukają wyjścia. Czują, że nie mają żadnego wyboru – mówi Shawn Carney, działacz pro-life, który w 2004 r. zorganizował pierwszą akcję modlitewną 40 Days for Life (40 Dni dla Życia) przed kliniką aborcyjną, w której pracowała wówczas Abby Johnson, bohaterka głośnego filmu „Nieplanowane”. W rozmowie z Pauliną Guzik Shawn Carney przekonuje, że agresja nie jest dobrą metodą działań pro – life. Natomiast wiele można osiągnąć serdecznością, miłością i zwykłym okazywaniem człowieczeństwa. 40 Days for Life to dziś inicjatywa międzynarodowa, dzięki której ocalono ponad 16 tys. dzieci.

julijacernjaka/pl.fotolia.com

Publikujemy rozmowę wyemitowaną dziś w programie „Między Ziemią a Niebem” w TVP 1:

Paulina Guzik: Jak to się stało że trafiłeś do ruchu pro life?

Shawn Carney: Chodziłem do małej katolickiej szkoły w zachodnim Teksasie. Nie mieszkało tam zbyt wielu katolików. Ja byłem katolikiem i wciąż nim jestem. Mamy księży z Irlandii, bo jest to misyjna diecezja. To oni byli wspaniałym przykładem, jak żyć wiarą, nauczali o świętości życia. Wiele zawdzięczam Twojemu krajowi – to wy daliście światu Jana Pawła II. Kiedy byłem uczniem drugiej klasy liceum, miałem to szczęście, że pojechałem do Saint Louis na spotkanie z Janem Pawłem II. To całkowicie odmieniło moje życie. Rozważałem wstąpienie do seminarium, choć ostatecznie, jak wiesz, ożeniłem się. Ale jego życie stanowiło niezwykłą inspirację. Miał odwagę sprzeciwić się aborcji. I to w moim kraju, gdy wśród jego słuchaczy był nasz prezydent popierający aborcję. Jan Paweł II miał też wielki wpływ na wspaniałych księży w mojej szkole. Kiedy byłem już na uniwersytecie, poszedłem z moją dziewczyną Marilisą, którą później poślubiłem, aby pokojowo modlić się przed miejscową kliniką aborcyjną Planned Parenthood. To było w tym samym czasie, kiedy Abby Johnson rozpoczęła wolontariat w klinice Planned Parenthood po drugiej stronie ogrodzenia. W pewnym sensie dorastaliśmy razem. Byliśmy po przeciwnych stronach, pracowaliśmy i kierowaliśmy organizacjami o przeciwstawnych punktach widzenia, udzielaliśmy wywiadów krytykując swoje poglądy.

Jesienią 2004 roku zorganizowaliśmy pierwszą kampanię 40 Days for Life (40 Dni dla Życia) przed jej kliniką, która później przerodziła się w kampanię krajową, by w 2007 roku wyjść na arenę międzynarodową. W 2009 roku Abby była świadkiem aborcji. Po tym wydarzeniu przyszła prosto do mojego biura, które w tym czasie znajdowało tuż obok kliniki. Teraz w tym budynku mieści się centrala 40 Days for Life. Jednak wtedy byliśmy sąsiadami. Nigdy tego nie zapomnę.

PG: Skąd pomysł na akcję modlitewną której nazwa stała się nazwą całej waszej organizacji – 40 dni dla życia?

- Po pierwsze, gdy byliśmy na studiach widzieliśmy, że w Stanach wzrasta liczba aborcji. Więc spędzaliśmy godziny na modlitwie pytając Boga, co powinniśmy zrobić. Pomysł 40 Dni pojawił się z wiadomych względów. W Piśmie Świętym Bóg wykorzystuje 40 dni nie tylko do przemiany, ale także aby wezwać ludzi z powrotem do siebie. Dlatego pomyśleliśmy, że przez 40 dni zrobimy dla nienarodzonych co tylko możliwe. Postanowiliśmy modlić się, pościć, wyjść i prowadzić 24-godzinne czuwanie. To właśnie robiliśmy. Nigdy jednak nie przyszło nam do głowy, że 40 Days for Life wyjdzie poza nasze miasto. To inne miasta, a potem cały świat zapukał do naszych drzwi. Dlatego też ostatecznie podjęliśmy decyzję, aby w 2007 roku przeobrazić tę inicjatywę w międzynarodową kampanię.

PG: Feministki propagujące postawę pro-choice twierdzą, że udajemy się do klinik aborcyjnych z wyboru. Czy dostrzegałeś, że po drugiej stronie ogrodzenia mieliście do czynienia z takim życiowym wyborem?

- Europa powtarza te godne pożałowania stare argumenty za aborcją, które są popularne w Ameryce. Chodzi o pogląd, że kobiety przyjeżdżają do klinik aborcyjnych, parkują samochody, wysiadają i domagają się swoich reprodukcyjnych praw. A potem biegną, poddają się aborcji i wychodzą z wysoko podniesioną głową świętując swoją wolność. To naturalnie zwykła kpina. Nikt nie chce aborcji, żadna z osób przyjeżdżających do kliniki nie dba o czyjeś poglądy polityczne, czy nawet religijne. Szukają wyjścia. Czują, że są pozbawione wolności, że nie maja żadnego wyboru i zwykle są przerażone.

PG: Jak wspominasz tamte chwile, kiedy staliście przed ogrodzeniem? Co widziałeś po drugiej stronie?

- Czuć było smutek. Czuć było samotność. Można powiedzieć, że nikt nie chciał być po drugiej stronie ogrodzenia. Nikt nie chciał poddać się aborcji. I nikt nie stawia sobie za cel, że zostanie pracownikiem czy lekarzem w klinice aborcyjnej. Zawsze dzieje się to, gdyż dana osoba tam po prostu jakoś trafia. Już w pierwszej chwili zauważyłem, że tak naprawdę tylko my chcieliśmy być w tym właśnie miejscu. Zauważyłem też, że jak na ironię, że to u nas panowała radość. Pośród ciemności, pośród smutku, my czuliśmy spokój. Według mnie film świetnie to wszystko ukazuje. Po drugiej stronie jest wszystko, z czego może skorzystać szatan: niepokój, frustracja, pragnienie, żeby wejść i wyjść. W przemyśle aborcyjnym panuje konspiracja. Jest to oczywiste dla wszystkich uczestniczących w debacie na temat życia.

PG: Jak pamiętasz moment kiedy ktoś zapukał do waszych drzwi i gdy je otworzyłeś stała tam zapłakana Abby Johnson - przez 8 lat dyrektorka kliniki aborcyjnej, pod którą się modliliście…?

- Znałem Abby od ośmiu lat i to była wielka łaska. Wielu ludzi pytało mnie, jak mogę jej wierzyć. Uważali, że mnie nabiera. Jednak ja jej wierzyłem, bo ją znałem. Wiedziałem, że mówi prawdę. Pamiętam, że pierwsze co zrobiłem, to posadziłem ją w wygodnym miejscu, żeby mogła się uspokoić. Chciałem, żeby wiedziała, że za drzwiami, do których zapukała, są przyjaciele i że chcemy jej pomóc ze wszystkich sił. Nie tylko słowami, ale też czynami. Chciałem przede wszystkim, żeby się uspokoiła. W filmie ta scena jest szybka, ale w rzeczywistości trwało to znacznie dłużej. Opowiedziała swoją historię cały czas płacząc. Nigdy nie zapomnę, jak po twarzy spływał jej tusz do rzęs spadając na jej kartę z kliniki Planned Parenthood, gdzie widać było logo, jej zdjęcie i stanowisko. Dotarło do mnie z całą mocą, że to naprawdę się dzieje. Nigdy tego nie zapomnę.

PG: W którym momencie przyszło Ci do głowy, że jest to rezultat modlitwy?

- Pomyślałem o tym, kiedy tylko zaczęła opowiadać. Każdy powinien zdać sobie sprawę, że przemysł aborcyjny opiera się na kłamstwie. Istnieją dwa obozy. Mamy tych naiwnych, którzy uważają, że pomagają kobietom. Po tej stronie była Abby. Po drugiej stronie są ludzie, którzy wiedzą, czym jest aborcja i dokonują aborcji bez poczucia winy, bez skrupułów. Kiedy słuchałem Abby opowiadającą o aborcji, to wydawało mi się to wszystko takie oczywiste, bo przecież wszyscy wiedzą, jak to się odbywa: dochodzi do rozczłonkowania dziecka, wszędzie jest krew, jest to koszmarny widok. Jednak słuchając Abby zdałem sobie sprawę, jak bardzo trzeba być zagubionym, oszukanym i naiwnym, żeby w tym tkwić, i że jest to wielkie obciążenie. Jej słowa zachęciły mnie do działania, bo takich osób jest więcej.

40 Days for Life pomogło 191 pracownikom klinik aborcyjnych. Nie powinniśmy się wahać. Nie ma znaczenia, od kiedy aborcja jest dozwolona w danym kraju. My po prostu bronimy życia, bronimy go z rozsądku i z powodu wiary. Jest to bardzo potężne, bo świat zagubił się, ludzie nie są tak mądrzy, jak im się wydaje.

PG: Ile ludzkich istnień udało się wam uratować dzięki modlitwie i dzięki temu, że stoicie przy ogrodzeniu?

- Na tę chwilę mamy ponad 16 500 dzieci, o których wiemy. Bóg w swojej łasce pozwolił mi wziąć w ramiona niektóre z tych dzieci. Mamy zdjęcie dzieci, które rozpoczynają szkołę, dzieci niesionych do chrztu, dzieci przystępujących do I komunii świętej. Jest to coś niezwykłego. Niektóre dzieci noszą imiona lokalnych liderów 40 Days for Life, którzy pomogli uratować te dzieci. Niektórzy liderzy są rodzicami chrzestnymi. Jest to prawdziwa rodzina. Nieważne, czy mieszkasz w Polsce, Teksasie, czy Nigerii, wszyscy jesteśmy częścią wielkiej ludzkiej rodziny. Dlatego też aborcja jest największym atakiem na tę rodzinę. Cudownie jest patrzeć na te dzieci. W filmie świetnie jest ukazane coś, co Abby powiedziała mi, kiedy opuściła klinikę. Powiedziała, że liczba osób wahających się sięga 75 proc. Kiedy ludzie modlą się przed kliniką, jest to coś fantastycznego. Wiesz, że nie marnujesz czasu.

PG: Czy któraś z sytuacji pod ogrodzeniem Planned Parenthood szczególnie utkwiła ci w pamięci?

- Najbardziej utkwiła mi w pamięci rozmowa z mężczyzną, z mężem. Był to Koreańczyk. Nie mówił zbyt dobrze po angielsku. Domagał się, żebym wszedł do kliniki aborcyjnej i wyciągnął jego żonę. Jego żona poddawała się aborcji, a mieli już trójkę dzieci. Miał przy sobie te małe dzieci. Krzyczał do mnie, że kocha dzieci, błagał, żebym wyciągnął jego żonę, prosił, żebym coś zrobił. Powiedziałem mu, że ja nie mogę wejść i wyprowadzić jego żony, ale że on może to zrobić. Pracownicy kliniki kazali mu jednak wyjść, bo jego żona nie chciała go przy sobie. Nawet on nie mógł tam wejść. To atak na rodzinę, która musi na to patrzeć. Tutaj mieliśmy Koreańczyka, który był w innym kraju, prawdopodobnie studiował bądź pracował, mówił bardzo słabo po angielsku, stał przed kliniką aborcyjną, jego żona była w środku, a on był bezradny. Ześlizgnął się po prętach, usiadł na ziemi z trójką dzieci, szlochał powtarzając, że kocha dzieci. Zupełnie się załamał. Nigdy tego nie zapomnę. Myślę o tym mężczyźnie i o tym wydarzeniu. To było to samo ogrodzenie, zza którego wyszła Abby Johnson, które zbudowała klinika Planned Parenthood, a które my zburzyliśmy, kiedy nabyliśmy budynek. Wszystko to oznacza, że musimy ufać Bogu. On może nie tylko przemienić serca i dusze, co możemy dostrzec na przestrzeni wieków, ale też przemienić naszą kulturę. Wierzę, że to właśnie robi.

PG: Jak wygląda ta zmiana w Stanach Zjednoczonych. Czy wskaźniki spadają?

- Niestety to Stany Zjednoczone rozpowszechniły aborcję w wielu miejscach na świecie, w krajach Ameryki Łacińskiej i Afryki. Jednak szerzymy też rozwiązanie i to jest prawdziwe błogosławieństwo. Kiedy widzimy inne kraje prowadzące kampanię 40 Days for Life zdajemy sobie sprawę, że przecież to nasza wina, że pojawiła się u nich aborcja. Ktoś powiedział, że kiedy Stany Zjednoczone zakażą aborcji, wówczas podąży za nimi cały świat. W Stanach mamy też wielki ruch nawróconych. Mamy tutaj kobiety, które poddały się aborcji, mężczyzn, którzy zapłacili za aborcję, pracowników klinik takich jak Abby, którzy zmienili swoje nastawienie, czy lekarzy takich jak dr Haywood Robinson, który przeprowadzał aborcję, a teraz jest w naszym zespole. Brama dla nawróconych otwiera się tylko w jednym kierunku.

PG: W filmie wyraźnie widać, że nikogo nie potępiacie, jesteście mili i ludzcy – to jest strategia, która działa najlepiej?

- Nie można wrzeszczeć na kogoś, kto się zagubił, bo ta osoba ucieknie. Albo wejdzie do kliniki i zrobi nam na przekór. Musimy być przystępni. Czasem może nawet pomaga nam reputacja agresywnego, pobożnego amerykańskiego szaleńca, bo osoby przyjeżdżające do kliniki wyobrażają sobie, że spotkają wariatów i są zaskoczeni widząc, że nie jesteśmy tacy źli i że witamy się z nimi. To naprawdę się dzieje. Przychodzi do mnie wiele osób, zwłaszcza po ukazaniu się filmu, i pytają mnie, co powiedzieć osobie, która idzie dokonać aborcji. Moja odpowiedź brzmi: „Powiedz jej: dzień dobry”. Wydaje mi się, że ci ludzie poszukują człowieczeństwa, bo za chwilę zniszczą część swojego człowieczeństwa. Dlatego jeśli pokażemy im ludzką twarz, jeśli prawdziwie jesteśmy „stopami i dłońmi Chrystusa”, jak mawiała Siostra Teresa, to może ich zainteresujemy. A On potrafi sobą zarazić. Przecież nikt nie chce wejść do kliniki aborcyjnej. Musimy po prostu zaufać.

PG: Jak zareagowałbyś, gdyby ktoś powiedział Ci piętnaście lat temu, że Abby Johnson odejdzie z przemysłu aborcyjnego, a ty będziesz bohaterem filmu?

- Posądzałbym ją o nadużywanie alkoholu (śmiech). To zabawne. Dotarło to do mnie podczas pierwszego Bożego Narodzenia po odejściu Abby z kliniki. Przysłała nam kartę świąteczną. Napisała: „Kto by pomyślał, że Abby Johnson będzie życzyć Shawnowi i Marilisie wesołych świąt”. To było co niezwykłego. Nigdy nie przyszłoby mi to do głowy. Zadałaś genialne pytanie. To przemawia do serca Ewangelii. Dla Abby i dla wszystkich pracowników jest to trudna i długa droga. Nie jest łatwo tak siebie pokazać. Nie musiała robić tego filmu. Nawet ja byłem zaskoczony, jak wiele ujawniła w tej produkcji, mimo że znam Abby i jej historię. Film nie jest łatwy w odbiorze. Ale wyobraźcie sobie Abby i Douga oglądających ten film wiedząc, że ich dzieci też to zobaczą. To przecież bardzo trudne! Wydaje mi się, że nie została wystarczająco doceniona za to, że pokazała całą siebie w filmie. Bo jest to niezwykle osobista historia.

PG: Co dalej z 40 Days for Life? Jakie macie plany na przyszłość? Może rozwinie się działalność w Polsce?

- Nigdy nie byłem w Twoim kraju, ale jak już wspomniałem, jestem wielkim miłośnikiem Jana Pawła II. Chcemy się rozwijać, a inicjatywa rozrasta się zwłaszcza w innych krajach. Na tę chwilę jesteśmy obecni w 855 miastach w 61 krajach, i jest nas coraz więcej. Właśnie ukończyłem książkę, która pojawi się na półkach w okresie Wielkiego Postu. Opowiada o tym, jak powinno wyglądać nasze życie rodzinne, społeczne, i w jaki sposób może to ocalić drugiego człowieka. Mamy wiele nowych projektów. Przeprowadziliśmy wiele szkoleń za granicą, m.in. w Kolumbii, w Sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe w Meksyku. Co roku organizujemy konferencję w Londynie. Kolejna odbędzie się w 2021 roku. Potrzebujemy więcej polskich liderów, bo ci z Chorwacji próbują przejąć cały świat (śmiech). Mają dobrą passę, po prostu szaleją, są świetni. 40 Days for Life rozprzestrzeniła się na ponad 30 chorwackich miast, gdzie prowadzimy naszą kampanię. Zorganizowaliście wspaniałe ŚDM w Krakowie. Chcę podziękować wszystkich Polakom za Waszą wiarę. I za Europę, w której Polska pozostała wierna. Zdaję sobie sprawę, że jest to trudne, ale nadal trwacie w wierze, w przeciwieństwie do innych krajów europejskich. Stanowice inspirację dla innych. Cała moja rodzina ma irlandzkie korzenie, ale pojawia się też polski akcent. Oczywiście Polacy w rodzinie byli księżmi i śmiejemy się, że stanowili najbardziej religijną część rodziny. Byli kuzynami mojej babci. Mam więc odrobinę polskich genów. Polska to wspaniały kraj.

PG: Bardzo dziękuję, że znalazłeś czas na rozmowę, Shawn.

- Dziękuję i szczęść Boże.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Syria: dwóch księży zamordowanych przez bojówki Państwa Islamskiego

2019-11-11 20:31

st (KAI/la Repubblica) / Damaszek

Dwóch księży katolickich obrządku ormiańskiego zostało dziś zabitych przez bojówki Państwa Islamskiego w północno-wschodniej Syrii w wiosce Zar, w dystrykcie Busayra, na wschód od Dar ar-Zor.

Unsplash/pixabay.com

Ofiarami terrorystów padło dwóch księży 43-letni Hovsep Petoyan i jego ojciec, także kapłan 71-letni A. Petoyan (w Kościele obrządku ormiańskiego nie obowiązuje duchownych celibat). Według niektórych źródeł, obydwaj, w towarzystwie diakona, mieli zweryfikować stan prac konserwatorskich ormiańskiego kościoła katolickiego w okolicy, kiedy znaleźli się w zasadzce na drodze łączącej Hasakeh z Dar ar-Zor. Uzbrojeni ludzie otworzyli ogień, zabijając starszego na miejscu, a młodszy z księży zmarł wkrótce na skutek odniesionych obrażeń. Ranny został również diakon.

Według agencji prasowej Sana chodzi o „akt terroryzmu”, który ma miejsce w szczególnie trudnym momencie dla prowincji Hasakah, ponieważ Turcja rozpoczęła szeroko zakrojoną ofensywę w celu wyeliminowania obecności bojowników kurdyjskich.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem