Reklama

Aby dla wszystkich mi starczyło serca

2015-03-26 11:43

Agnieszka Raczyńska-Lorek
Edycja sosnowiecka 13/2015, str. 4-5

Archiwum parafii

Gdy kapłan otrzymuje dekret na nowy urząd duszpasterski, przychodzi refleksja nad sensem słów „Barki”, ulubionej pieśni św. Jana Pawła II. Po śmierci proboszcza parafii Jezusa Chrystusa Dobrego Pasterza w Olkuszu, ks. prał. Henryka Januchty, na mocy dekretu bp. Grzegorza Kaszaka urząd proboszcza w olkuskiej wspólnocie objął dotychczasowy proboszcz parafii Najświętszej Maryi Panny Szkaplerznej w Strzemieszycach Małych, ks. Grzegorz Gołuszka.

AGNIESZKA RACZYŃSKA-LOREK: – Z jakimi uczuciami przyjął Ksiądz decyzję Biskupa Ordynariusza o powołaniu na proboszcza do olkuskiej parafii?

KS. GRZEGORZ GOŁUSZKA: – Śmierć proboszcza parafii, ks. prał. Henryka Januchty, była dla wszystkich zaskoczeniem. Bo to zawsze boleśnie dotyka, tym bardziej, że jeszcze po ludzku rzecz biorąc, 59 lat to nie czas na odchodzenie z tego świata. Zawsze w takich sytuacjach rodzi się pytanie: dlaczego? Pan Bóg ma jednak swoje plany wobec każdego z nas. Każda śmierć pociąga za sobą różnorakie konsekwencje. Jedną z nich jest objęcie wspólnoty parafialnej po zmarłym księdzu. I tak, po pięciu i pół roku duszpasterzowania w parafii Matki Bożej Szkaplerznej w Strzemieszycach Małych, mimo że zostało tam szereg niezrealizowanych planów i niedokończonych inwestycji, Biskup Ordynariusz wezwał mnie do siebie i poprosił o przejęcie parafii Jezusa Chrystusa Dobrego Pasterza w Olkuszu. Nie było to na zasadzie polecenia czy nakazu, ale w formie prośby, podobnie, gdy przed kilkoma laty Ksiądz Biskup zaproponował mi objęcie opieką duszpasterską poprzedniej placówki. Bp Kaszak jest człowiekiem ogromnego zaangażowania w życie Kościoła sosnowieckiego, w życie każdej wspólnoty. Można mu przypisać tytuł, który nosi parafia w Olkuszu – Dobrego Pasterza. Wobec tego nie widziałem powodu, aby odmówić Księdzu Biskupowi. Doświadczenie uczy, że jeśli ksiądz przyjmuje wolę swoich przełożonych, to zawsze na tym dobrze wychodzi. Traktuję to jako postawione przede mną wyzwanie oraz okazję do duchowego i osobistego rozwoju. Stanąłem w obliczu wyzwania, które z jednej strony jest dla mnie wyróżnieniem i aktem zaufania, a z drugiej, tak po prostu, po ludzku – radością. Kapłaństwo w sposób naturalny, przez doświadczenie różnych parafii przygotowuje w perspektywie do objęcia urzędu proboszcza. W moim przypadku stało się to po raz drugi.

– Parafia nosi wezwanie Dobrego Pasterza. Czy ten tytuł szczególnie zobowiązuje?

– Dobry Pasterz… cóż… na pewno, choć nie jest łatwo w dzisiejszych czasach nim być, świadczą o tym czyny, które idą za człowiekiem i głosy ludzkie. Jezus powiedział: „Po owocach ich poznacie”. Naszym zadaniem jest, aby te owoce były jak najlepsze, by radowały i przynosiły pożytek. Moje nowe zobowiązanie to dołożyć wszelkich starań, by rzeczywiście kiedyś, po latach ktoś mógł powiedzieć, że był taki ksiądz, który był pasterzem w miarę dobrym.

– Czy tak o Księdzu mówią parafianie ze Strzemieszyc Małych?

– Tego to już nie wiem. Trzeba o to ich zapytać.

– Jakie trudności albo radości pojawiły się po przyjeździe do olkuskiej wspólnoty?

– Do Olkusza przyjechałem z radością, choć oczywiście towarzyszyło mi pytanie: jak to będzie? Jak się rozpoczyna coś nowego, to może nurtować pewna obawa, co mnie czeka. Wiem jednak, że przychodzę tu pełnić misję zleconą mi przez Pana Boga, przez Kościół. Zdążyłem już spotkać wielu życzliwych ludzi. Jeżeli Pan Bóg kogoś powołuje, to stara się go prowadzić takimi drogami, które przygotowują do kolejnych misji. Ja pracowałam w bardzo różnych wspólnotach, w każdej coś innego się działo, każda miała inną specyfikę i problemy, a poprzez tę wędrówkę przez kolejne wspólnoty mam różne doświadczenia. Były remonty, budowy i animacja ruchów i wspólnot.

– A czy mógłby Ksiądz opowiedzieć o sobie i swoim powołaniu?

– Pochodzę z dużej parafii Stryszawy. Kościół parafialny oddalony był od mojego rodzinnego domu ok. 5 km. Lud tu był wierny i pobożny. Mieliśmy wspaniałego Księdza Proboszcza, który spędził w naszej parafii ponad 50 lat i to właśnie pod jego okiem dojrzewało moje powołanie. Uważany był za ojca parafii. Towarzyszył mi w drodze do krakowskiego seminarium, gdy pojechałem zawieźć dokumenty. Przyjął nas ówczesny rektor, ks. dr Stanisław Nowak, późniejszy biskup i arcybiskup częstochowski. On właśnie wypowiedział znamienne słowa, które towarzyszą mi przez całe kapłańskie życie, że służąc parafii należy się w niej rozmiłować, zakochać, wtedy się dobrze pracuje i są owoce tej pracy. Święcenia kapłańskie przyjąłem 22 maja 1988 r. z rąk kard. Franciszka Macharskiego w katedrze Wawelskiej. Pierwszą parafią była niespełna 3-tysięczna parafia św. Jana Chrzciciela w Lubieniu (archidiecezja krakowska). Parafia bardzo żywa, uduchowiona, która wydała wielu kapłanów. Z niej pochodzi m.in. bp Kazimierz Górny, jego brat o. Stanisław, bernardyn, czy ojcowie Klimasowie. Po 3 latach zostałem skierowany do dużych parafii miejskich. Najpierw do Jaworzna-Podłęża, gdzie byłem aż 7 lat. Tam też zastało mnie utworzenie diecezji sosnowieckiej. Potem była parafia Matki Bożej Anielskiej w Dąbrowie Górniczej i powrót do Jaworzna, tym razem była to parafia w Jeleniu. Kolejna placówka wikariuszowska to parafia św. Michała Archanioła w Łazach, gdzie przy boku, za zgodą i pod egidą proboszcza, ks. kan. Leonarda Zagórskiego mogłem sobie trochę „poproboszczować”. Nasza przyjaźń, znajomość, zaufanie, dobra relacja trwają do dziś, mimo że po 5 latach przyszła kolejna zmiana. Zostałem skierowany do parafii w Wolbromiu i była to moja ostatnia placówka wikariuszowska. Proboszczem zostałem dość późno. Ksiądz Biskup powierzył mi zadanie odbudowy małej, wiejskiej parafii w Strzemieszycach Małych, która miała ulec likwidacji.

– To piękna droga. Również pod względem geograficznym – od ciszy malowniczych zakątków, przez duże miejskie aglomeracje, po małe miasta i wioski.

– Tak. Kapłaństwo zaskakuje. Towarzyszy temu duch posłania i radości. Nowe wyzwania to możliwość dzielenia się sobą, talentami otrzymanymi od Boga z nowo napotykanymi ludźmi. Oczywiście, wkrada się również lęk i niepewność, ale radość jest zawsze większa. Lubię wyzwania. Ufam Bogu. Wierzę, że mnie prowadzi swoimi ścieżkami i przez te różne miejsca pracy przygotował mnie do bycia tutaj, w Olkuszu.

– Co działo się w parafii w Strzemieszycach Małych, gdy Ksiądz był tam proboszczem?

– Dzięki życzliwości parafian i darczyńców spoza parafii udało się wykonać szereg bardzo kosztownych inwestycji. Wymienię choćby największe, jak kapitalny remont plebanii, całkowita odnowa i remont kościoła na zewnątrz i wewnątrz. Ze starego kościoła zostały tylko mury. Był to bardzo intensywny i może, nieskromnie powiem, dobrze wykorzystany czas, który zaowocował zmianą oblicza parafii.

– Żal było zostawiać parafię, w której zostawiło się tyle serca, wysiłków i trudu?

– Kiedyś jeden z księży powiedział mi, że żadna parafia nie jest własnością proboszcza, choćby nawet tworzył ją od podstaw, i nie należy sobie uzurpować prawa własności do niej, czy też władzy nad parafianami. Jak mówi Pismo Święte: „Sługami nieużytecznymi jesteśmy”. A przy święceniach kapłańskich przyrzeka się biskupowi i jego następcom cześć i posłuszeństwo, tak więc jeśli biskup widzi potrzebę zmiany na stanowisku, to trzeba to zadanie podjąć.

– Jakie zadania czekają nowego Proboszcza na olkuskiej ziemi?

– Scenariusz napisze życie. Przede wszystkim będę starał się być księdzem, duszpasterzem, a nie kimś innym. Czas na zmiany przyjdzie. Na razie przyglądam się, uczę się parafii. Rozmawiam z ludźmi i obserwuję. Parafia jest zupełnie inna od poprzedniej. Według Urzędu Skarbowego liczy prawie 5 300 mieszkańców. Inna jest mentalność ludzi, część zamieszkująca bloki to ludzie przyjezdni, którzy przyjechali tutaj za pracą. Wyzwań jest dużo, jak choćby gruntowny remont plebanii, która liczy sobie 25 lat, dokończenie spraw związanych z elewacją kościoła, zagospodarowanie terenu wokół. Czas zrobił swoje, wszystko niszczeje i trzeba odnawiać. Z pewnością pod względem duchowym nie ma tu pustyni. Kościół jest żywy, dynamiczny, ludzie zaangażowani w różne ruchy, wspólnoty, stowarzyszenia, rozmodleni, czuje się wśród nich przywiązanie do parafii. Dużo spowiedzi, Komunii św. Są rozczytani. Wiele tytułów katolickich gazet znajduje tu swoich czytelników. Jest i „Niedziela”, którą na pewno będę promował i mam nadzieję, że tak jak w Strzemieszycach Małych wzrośnie czytelnictwo tego tygodnika także na olkuskiej ziemi.

– Obejmuje Ksiądz parafię w okolicznościach, kiedy Bóg powołał do siebie kapłana, który tworzył od podstaw parafię Dobrego Pasterza, budował kościół duchowy i materialny. Czy trudno będzie zastąpić ks. prał. Henryka Januchtę?

– Nie chciałbym zastępować księdza proboszcza Henryka, ojca tej parafii, który przecież przez ćwierć wieku stał się jednym z nich. Każdy z nas jest przecież inny i wiem, że nie uniknie się porównań, nawet bardzo krytycznych. One będą, i na pewno bardzo długo. Kiedy odszedł papież Jan Paweł II, wielu zastanawiało się, jaki będzie kolejny papież. Został nim Benedykt XVI, który kiedyś powiedział, że on jest Benedyktem XVI, a nie Janem Pawłem II. Kościół jest Chrystusowy, Pan Jezus jest ciągle ten sam. Ludzie się zmieniają, ale Ewangelia jest ta sama, którą się głosi, podobnie trud pracy w winnicy Pańskiej jest ciągle ten sam. Chrystus wyznacza sam zadania do realizacji i trzeba je chcieć podjąć i realizować.

– Czego sobie życzy nowy Proboszcz?

– Bym nie utracił istoty, którą przed laty umieściłem na swoim obrazku prymicyjnym: „Chcę serce moje jako bochen chleba pokrajać dla tych, których głód uśmierca. Ty zasię spraw to, o Panienko z nieba, aby dla wszystkich mi starczyło serca”.

Tagi:
rozmowa

Spotkanie i modlitwa

2019-11-26 12:50

Rozmawia Kamil Krasowski
Edycja zielonogórsko-gorzowska (Aspekty) 48/2019, str. 5

– To modlitewne spotkanie, które młodzieży naszej diecezji ma dać impuls do właściwego przeżycia Adwentu i przygotowania się do świąt Bożego Narodzenia – mówi o Adwentowych Wieczorach Młodych diecezjalny duszpasterz dzieci i młodzieży ks. Łukasz Malec

Karolina Krasowska
Tegoroczne AWM odbędą się tradycyjnie w dwóch maryjnych sanktuariach – Rokitnie i Grodowcu

KAMIL KRASOWSKI: – Wraz z nastaniem grudnia rozpoczęliśmy w Kościele katolickim Adwent, czyli czas radosnego oczekiwania na narodziny Pana. Jak jako wierzący młodzi ludzie powinniśmy przeżywać ten czas?

KS. ŁUKASZ MALEC: – Najlepiej tak jak podpowiada nam Kościół. Słowem, które jest kluczowe w dobrym przeżyciu Adwentu, jest tęsknota. Kiedy kogoś się kocha i przez jakiś czas tej osoby się nie widzi, to naturalnie pojawia się w człowieku tęsknota za nią. I o to chodzi w Adwencie – by zatęsknić za doświadczeniem bliskiej obecności Boga w życiu, za życiem z Nim w codzienności, za spotykaniem Go w modlitwie i innych przestrzeniach życia. Kościół kieruje nasz wzrok najpierw na powtórne przyjście Jezusa, a potem na ponowne przeżycie tajemnicy Wcielenia. Pierwszy kierunek jest okazją do refleksji nad sensem i celem naszego życia, że ostatecznie moje życie jest wędrówką na spotkanie z Panem Bogiem. Drugi kierunek odkrywa pragnienie Boga, by być blisko człowieka. On przyszedł, aby być blisko nas, aby nas zbawić, bo nas kocha. Adwent jest sposobnością, aby te rzeczy na nowo odkryć.

– Jedną z adwentowych propozycji dla młodego człowieka są w naszej diecezji tzw. Adwentowe Wieczory Młodych. Kiedy i gdzie odbędą się i jaka jest ich idea?

– Odbędą się tradycyjnie w dwóch maryjnych sanktuariach – w Rokitnie i w Grodowcu, w sobotę 7 grudnia. To jest modlitewne spotkanie młodzieży naszej diecezji, aby tej konkretnej wspólnocie ludzi dać iskrę, impuls do właściwego przeżycia Adwentu i przygotowania się do świąt Bożego Narodzenia. Spotkanie i modlitwa to dwa kluczowe słowa dla AWM.

– Pod jakim hasłem odbędą się tegoroczne Wieczory?

– Ich hasło brzmi: „Eucharystia daje życie”. Jest ono inspirowane tym, co podpowiada Kościół w Polsce, który w najbliższych latach chce rozważać tajemnicę Eucharystii. Będziemy chcieli pokazać, że jest ona źródłem życia dla młodego człowieka, że nie jest tylko jakimś rytuałem do spełnienia i obowiązkiem do wypełnienia, ale przestrzenią, gdzie Bóg jest blisko i ożywia człowieka, a także że liturgia Eucharystii jest przestrzenią do zaangażowania się ludzi młodych w różne posługi.

– Jak zapowiada się program AWM?

– W programie jest Eucharystia, poczęstunek, katecheza i świadectwa oraz adoracja Najświętszego Sakramentu. Zaczynamy o godz. 18.

– Adwent to czas, który niesie nadzieję i pocieszenie w związku ze zbliżającymi się narodzinami Zbawiciela. Jak Ksiądz uważa, jako duszpasterz dzieci i młodzieży, jakie są obecne nadzieje młodych diecezji zielonogórsko-gorzowskiej?

– Myślę, że podstawową nadzieją i pragnieniem młodych ludzi jest to, że chcą być szczęśliwi, doświadczyć miłości, zrealizować swoje plany i marzenia, ułożyć sobie pięknie życie. To tkwi w głębi serca każdego człowieka.

– Czego chciałby Ksiądz życzyć naszej młodzieży w kończącym się i nadchodzącym nowym roku?

– Życzę, aby przez kontakt z Panem Bogiem i osobisty wysiłek marzenia ludzi młodych stawały się ich rzeczywistością.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najświętsza Maryja Panna z Guadalupe

2019-12-11 20:58

O. Gabriel Garcia

Aztecy zaczęli się tam osiedlać w roku 1325. Tenochtitlan (obecnie miasto Mexico) było wyspą na jeziorze Texcoco. W listopadzie 1519 r. wraz ze swoim wojskiem zdobył je Hiszpan Hernan Cortes.

Graziako/Niedziela

Musiał jednak toczyć boje aż do 13 sierpnia 1521 r., nim zwyciężył ostatniego króla Azteków - Guatemoca. Azteccy mieszkańcy byli przerażeni tą klęską i zachłannością Hiszpanów. Między tymi dwoma narodami istniały olbrzymie różnice w kulturze, mowie, religii i zwyczajach. Trudno było znaleźć wspólny język. Zwycięzcy siłą zmuszali Azteków do przyjęcia wiary katolickiej. Byli jednak również i tacy misjonarze, którzy próbowali wprowadzić nową religię w sposób pokojowy i przy pomocy dialogu. 10 lat po hiszpańskim podboju miały miejsce objawienia Matki Bożej w Guadelupe. Przytaczamy tekst tubylca Nicana Mopohuna, przypisany Antoniemu Valeriane, jako najbardziej wiarygodny i dokładny oraz posiadający historyczną wartość.

Objawienie

9 grudnia 1531 r., w sobotni poranek, Dziewica ukazała się Juanowi Diego, tubylcowi z Cuauhtitlan, świeżemu konwertycie, ochrzczonemu krótko przed tym zdarzeniem. Juan Diego był w drodze na lekcję religii i gdy znajdował się w pobliżu wzgórza Tepeyac, doszedł go przepiękny śpiew ptaków. Nagle ptaki przestały śpiewać, a on usłyszał ze wzgórza głos wołający go po imieniu: „Juanito, Juan Diegnite”. Ujrzałem Panią o ponadnaturalnej piękności. Jej suknia błyszczała jak słońce. Głaz, na którym stały jej stopy, wyglądał jak z kamieni szlachetnych, a ziemia błyszczała jak tęcza. W tym pierwszym objawieniu Dziewica wyraziła Juanowi swe życzenie wybudowania kościoła na wzgórzu Tepeyaca. Juan Diego udał się natychmiast do biskupa - franciszkanina Juana de Zumarraga, by mu przekazać to, co się zdarzyło, lecz tenże nie uwierzył mu. Tubylec powrócił do domu smutny i zniechęcony. Tego samego dnia Juan Diego jeszcze raz wstąpił na wzgórze i spotkał tam Panią Nieba, która na niego czekała. Poprosiła go, by ponownie dotarł w następnym dniu do biskupa, by można było mu dokładnie przekazać życzenie. Wreszcie w następnym dniu, po długim oczekiwaniu, biskup przyjął go. Aby się przekonać, czy rzeczywiście mówi prawdę, skierował do niego wiele pytań i zażądał od niego przyniesienia znaku.

Juan Diego przekazał odpowiedź biskupa Pani, która prosiła go o przyjście ponowne w następnym dniu, by mogła przekazać mu znak. Jednakże Juan Diego nie stawił się w oznaczonym terminie na rozmowę z Panią Nieba, ponieważ poważnie zachorował jego wujek, musiał więc sprowadzić lekarza.

12 grudnia, we wtorek, Juan Diego udał się w drogę do Tlatelolco, aby sprowadzić kapłana, gdyż wujek chciał się wyspowiadać. Aby zdążyć do miasta, wybrał inna drogę, gdyż nie chciał zostać zatrzymanym przez Panią. Ona jednak spotkała go i Juan Diego opowiedział, co stało się z wujkiem. W odpowiedzi usłyszał, że nie ma się martwić stanem swego wujka, gdyż on wyzdrowieje. Uspokojony tymi słowami Juan Diego wypełnił życzenie Dziewicy i wspiął się na wzgórze, aby przynieść świeże róże. Dziewica uporządkowała kwiaty własnymi rękoma i złożyła w zagłębienie jego peleryny. On sam udał się ponownie do biskupa i na kolanach przekazał mu prośbę Dziewicy, rozpościerając swą pelerynę, pozwalając wypaść z niej różom. Nagle na pelerynie ukazał się obraz Dziewicy Matki Bożej. Biskup wraz z obecnymi osobami ujrzeli ten piękny i cudowny obraz. Dla Indian była to ogromna radość, jakby wybawienie. Objawienia, które miał Indianin, oraz obraz na pelerynie były znakami, że tubylcy zostali mocno włączeni do nowej wiary. W ciągu następnych 10 lat dokonało się około 8 milionów nawróceń.

Peleryna zrobiona jest z grubego lnu i z włókien maguey, na których utrzymują się silne, błyszczące kolory. Jej pierwsze naukowe badania zostały przeprowadzone w roku 1936. Niemiecki chemik, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii, Ryszard Kühn stwierdził, że farby te nie pochodzą ani z mineralnych, ani roślinnych, ani ze zwierzęcych materiałów.

W roku 1951 rysownik Carlos Salinas odkrył, że w oczach Dziewicy widać postać mężczyzny z brodą. Od tego czasu badało obraz wielu optyków i specjalistów. W roku 1956 doktor Javier Torroella, optyk i chirurg, wydał lekarskie orzeczenie, w którym potwierdził, że w oczach Dziewicy widać ludzką postać. Do dziś do dziewicy z Guadelupe pielgrzymowało ponad 20 milionów ludzi i w ten sposób Guadelupe stała się najczęściej odwiedzanym sanktuarium świata. Wszyscy: biedni i bogaci, intelektualiści i robotnicy, rolnicy i studenci, mężczyźni i matki zdążają tam z wielka miłością i wiarą, aby odwiedzić naszą Matkę Nieba w bazylice Guadelupe i powiedzieć jej głośno lub cicho: „Bądź pozdrowiona, Maryjo, pełna łaski...”.

Z niem. tł. B. Gniotowa

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem