W swoim pierwszym wystąpieniu po wyborze papież Franciszek nazwał siebie przede wszystkim „biskupem Rzymu”, akcentując wspólne „przewodzenie w miłości” biskupa i ludu oraz prosząc najpierw o błogosławieństwo wiernych. Co chciał w ten sposób podkreślić? Przecież także wcześniejsi papieże byli biskupami tego miasta?
O. Dominik Dubiel SJ: Franciszek nawiązywał do najstarszych tradycji. Jasne, Piotr i jego następcy zawsze mieli wyjątkową rolę w Kościele jako głowa Kościoła powszechnego, ale w pierwszym tysiącleciu akcentowano przede wszystkim rolę biskupa Rzymu. Głowa Kościoła ma honorową funkcję i cieszy się wyjątkowym autorytetem, ale ten autorytet wynika przede wszystkim z tego, że papież jest biskupem szczególnego Kościoła lokalnego – Kościoła rzymskiego.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Być może Franciszek rozeznał, że dziś potrzebujemy troszeczkę nowego spojrzenia na autorytet papieża, który jest nie tylko głową Państwa Watykańskiego w sensie politycznym i administracyjnym oraz całego Kościoła, ale przede wszystkim jest biskupem swojego Kościoła lokalnego.
Reklama
Przybierając imię Franciszek, papież nawiązał do św. Franciszka z Asyżu – prostego i ubogiego człowieka. Niektórzy twierdzą, że tym samym chciał nieco „zdetronizować” urząd papieski z całym jego przepychem i splendorem. Tymczasem krytycy Franciszka wypominają, że finansowanie ochrony w Domu św. Marty było droższe niż w pałacu papieskim.
Logika tego typu krytyki jest stara jak Ewangelia. O Jezusie też szemrano, że Maria rozlała drogocenny olejek na Jego stopy – pieniądze można było, mówiono, rozdać ubogim. A jednak tego typu głosy nie zawsze były głosami troski o potrzebujących, a raczej wyrazem czyjejś potrzeby kontroli, rozliczania i wytykania niedociągnięć. To najprostszy sposób, by uderzyć w kogoś, kto idzie pod prąd.
Natomiast sedno imienia Franciszka tkwi gdzie indziej. Papież sam opowiadał, że kiedy w Kaplicy Sykstyńskiej przyjął wybór i zgodził się objąć urząd, podszedł do niego jeden z kardynałów i szepnął: „Pamiętaj o ubogich”. To właśnie wtedy miało go olśnić. Wybór takiego imienia był jasną deklaracją: w centrum tego pontyfikatu mają stanąć ci, którzy byli dotąd na marginesie. Papież nie chciał w żaden sposób tworzyć murów i barier. Zależało mu, by najubożsi nie mieli poczucia, że Kościół to salony i arystokracja, do których nie mają wstępu. Kreował obraz Kościoła prostego, bliskiego, dalekiego od blichtru świata. I wydaje mi się, że w dużej mierze mu się to udało.
A na ile decyzja, by zamieszkać w Domu św. Marty i zrezygnować z części watykańskiego ceremoniału, który przez wielu postrzegany był jako nieodłączna otoczka papiestwa, mogła wynikać z faktu, że Franciszek był zakonnikiem?
Reklama
Właśnie na to też chciałem zwrócić uwagę. Jako zakonnicy jesteśmy przyzwyczajeni do życia we wspólnocie i w ogóle bycia z ludźmi. Bycie przełożonym jest u nas kadencyjne i nie wiąże się z żadnymi przywilejami. Każdy przez jakiś czas pełni tę funkcję, a potem wraca do zwyczajnych obowiązków. W mniejszych wspólnotach przełożeni niczym się nie różnią od innych – mają swoje dyżury, gotują, sprzątają, zmywają naczynia.
Myślę, że właśnie to tak odpowiadało Franciszkowi w Domu św. Marty. To nie był pałac papieski, w którym papież miałby czuć się jak król, otoczony dworem i świtą. Tam mieszkał razem z innymi, jak zwykły domownik.
Jeszcze jedna rzecz… Jako biskup w Argentynie Jorge Bergoglio miał pod opieką ludzi żyjących w skrajnej biedzie w slumsach. Spotykał ich, rozmawiał z nimi, towarzyszył im jeszcze jako jezuita, później jako biskup.
I to doświadczenie podpowiadało mu, że model biskupa księcia oddzielonego od ludzi nie pomaga w realizowaniu misji Kościoła. Bo głoszenie Ewangelii, prowadzenie ludzi do Boga, wymaga bliskości, a nie dystansu.
Synodalność i klerykalizm
Obserwowałeś obrady synodu o synodalności? Co cię najbardziej poruszyło? Jakie wnioski i zadania nam pozostawia ten synod?
Jeśli zajrzymy do Ewangelii, Dziejów Apostolskich czy listów Nowego Testamentu, zobaczymy dwa elementy Kościoła, które od początku były obecne i w pewnym sensie równorzędne: hierarchiczny i synodalny. Hierarchiczny – to osoby, które organizowały wspólnoty, dbały o ich trwanie, rozstrzygały wątpliwości, nadawały kierunek. To oni czuwali, by Ewangelia była przekazywana w możliwie najczystszej formie. Już od pierwszych wieków pojawiały się modele teologiczne, które mocno odbiegały od prawdy Ewangelii, dlatego troska o depozyt wiary była powierzona konkretnej grupie w Kościele.
Reklama
Tej misji podjęli się apostołowie i ich następcy. Ale równolegle od samego początku był też drugi element równie istotny – a może nawet bardziej fundamentalny – aspekt synodalny. „Synhodos” z greckiego oznacza: iść razem, wspólną drogą. To świadomość, że wszyscy w Kościele jesteśmy braćmi i siostrami. Że mamy jednego Ojca – Boga. I jedynego Mistrza – Jezusa Chrystusa. Synodalność oznacza nie tylko struktury i procedury, ale styl życia Kościoła, w którym każdy głos ma znaczenie, a wspólnota idzie razem jedną drogą.
Można odnieść wrażenie, że debaty związane z synodem toczyły się między dwiema skrajnościami: między nadziejami na rewolucję a strachem przed „demokratyzacją”.
Dokładnie. Po jednej stronie – środowiska progresywne, które liczyły, że synod przyniesie wielkie reformy i może nawet zmieni nauczanie Kościoła. Po drugiej stronie pojawiały się obawy, że teraz do struktur Kościoła zostanie przeszczepiony model polityczny, niemal demokratyczny, i odtąd nie papież ani biskupi, ale większość głosów ludzi z różnych środowisk będzie decydować o wspólnocie.
Ale najważniejsze pytanie wciąż pozostaje otwarte: co z tego procesu naprawdę dotrze do wspólnot, parafii i zwykłych wiernych? Co realnie synod zmieni w rzeczywistości zwykłego katolika?
Myślę, że synod już zrobił swoje – i to w dużej mierze. Wielu ludzi odkryło, że ich głos naprawdę ma znaczenie. Zrozumieli, że na przykład mogą – i mają prawo – po Mszy podejść do księdza i powiedzieć wprost: „To, co ksiądz powiedział w kazaniu, było nie tylko nieprawdziwe, ale wręcz szkodliwe”. Albo z drugiej strony, że ich pozytywny, wzmacniający feedback i ich zdanie ma znaczenie. Takie sytuacje się zdarzają i świadomość, że mamy takie prawo, to duża zmiana.
Reklama
W różnych środowiskach Kościoła zaczęły się też rodzić ruchy i oddolne inicjatywy. Owszem, to wymaga czasu. Nie da się zmienić mentalności jednym dekretem. Ale ja wierzę, że to proces, którego nie da się już zatrzymać. Zmianę mentalności widać także u księży. Coraz więcej duchownych zaczyna rozumieć, że nie są właścicielami parafii ani wspólnoty. Mają służyć – swoim doświadczeniem, wiedzą teologiczną, duchową mądrością – oczywiście na miarę swoich możliwości, księża też są różni, mają różną wrażliwość i różne możliwości intelektualne. W każdym razie ważne, żeby pamiętali, że Duch Święty przemawia nie tylko przez nich, lecz także przez każdego innego członka wspólnoty. To już się dzieje. Synod dał tym zmianom bardziej oficjalną rangę i przypomniał, że takie myślenie nie tylko jest dopuszczalne, ale potrzebne, bardzo pożądane i teologicznie głęboko uzasadnione.
(...)
Franciszek, młodzi i internet
Jak zapamiętałeś Światowe Dni Młodzieży 2016? Byłeś wtedy Krakowie?
Tak.
Co z tamtego wydarzenia zapamiętałeś jako najbardziej dla ciebie znaczące?
Ogrom życia. Tłumy ludzi, w tym mnóstwo młodych – i to naprawdę z całego świata.
W Krakowie, podobnie jak w innych miejscach, odbywały się różne spotkania tematyczne i wydarzenia towarzyszące. My, jezuici, również mieliśmy swój program – oparty na naszej duchowości i doświadczeniu. To był fantastyczny czas. Jeden epizod szczególnie zapadł mi w pamięć.
Franciszek miał zwyczaj spotykać się z jezuitami wszędzie tam, gdzie przyjeżdżał. W Krakowie również. Około dwudziestu z nas, z obu polskich prowincji, spotkało się z nim w pałacu biskupim przy Franciszkańskiej. W tym samym pomieszczeniu, w którym znajduje się słynne okno papieskie. Po spotkaniu papież miał podejść do okna i pobłogosławić zgromadzonych na placu. Siedzieliśmy więc w pokoju i czekaliśmy.
Było duszno. Ktoś uchylił okno – i wtedy plac eksplodował krzykiem i aplauzem. Ludzie byli przekonani, że to już papież. Tłum zareagował na najmniejszy ruch okna – tak czekali na papieża.
W 2016 roku, podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, papież Franciszek powiedział słynne słowa, że młodzi mają „zejść z kanapy”.
Reklama
Ty sam należysz do młodego pokolenia i na co dzień pracujesz z ludźmi młodymi. Jak to wygląda z twojej perspektywy – młodzi faktycznie zeszli z tej kanapy, czy jednak wciąż na niej siedzą? Jakie są dziś trendy w twoim pokoleniu, jeśli chodzi o relację z Kościołem. Czy Kościół jest dziś przez młodych lubiany?
Z mojej perspektywy wygląda to tak: Kościół jest „lubiany” przede wszystkim przez tych młodych, którzy szukają duchowości. To osoby pragnące głębszego doświadczenia wiary, wspólnoty i wsparcia w stylu życia opartym na wartościach, które są dla nich ważne. Zwykle znajdują dla siebie w Kościele miejsce, w którym czują się dobrze, i nawet jeśli różne zjawiska ich bolą czy drażnią, to traktują Kościół jako swój dom, miejsce, w którym odnajdują życie, jako swoisty duchowy „ekosystem”.
Trend jest dziś dość jasny: jeśli ktoś nie odnajduje się w Kościele i nie interesuje go jego oferta, po prostu odchodzi. Moje pokolenie – nazwijmy je „ostatnim pokoleniem katolicyzmu kulturowego” – w dużej mierze wciąż chrzci dzieci i mniej lub bardziej regularnie chodzi do kościoła.
Natomiast w młodszych rocznikach, wśród dzisiejszych studentów czy licealistów, wygląda to już zupełnie inaczej. Oni, nie zgadzając się z Kościołem albo nie widząc w nim sensu, po prostu rezygnują z udziału w jego życiu.
Wśród tych, którzy zostają, widać różne kierunki. Jedni szukają odpowiedzi na fundamentalne pytania – o sens życia, ostateczny los człowieka, prawdę, sprawiedliwość. Inni angażują się w grupy charyzmatyczne, we wspólnoty uwielbienia, szukają bardzo bezpośredniego i radykalnego nakierowania na żywego Boga. Jeszcze inni wybierają inną drogę – zwracają się ku tradycji i bardziej konserwatywnym formom przeżywania wiary. I to także ma swoją dynamikę – trochę jako kontrkulturowa odpowiedź młodych na dominujący w świecie liberalny styl życia.
Reklama
Są wreszcie tacy, którzy szukają ciszy i pogłębionej modlitwy. Rekolekcje ignacjańskie, rekolekcje w milczeniu, modlitwa Jezusowa czy modlitwa głębi – to przestrzenie, które przyciągają coraz większą grupę młodych. Ale powtórzę: Kościół dla młodego pokolenia nie jest oczywistością.
(...)
Franciszek był papieżem obecnym w internecie. Był bardziej medialny niż poprzednicy, choćby dlatego, że za czasów jego poprzedników social media dopiero raczkowały. Jak oceniasz na dziś dzień plusy i minusy obecności Kościoła i ewangelizacji w sieci?
Papieże zawsze starali się docierać do ludzi tam, gdzie było to możliwe korzystając z narzędzi i środków, jakie dawała każda epoka. Przykładem jest słynne radiowe orędzie Jana XXIII czy decyzja o tym, by błogosławieństwo urbi et orbi mogło być transmitowane przez media.
Dla Franciszka naturalnym medium był internet. Co ciekawe, sam papież nie był biegły w nowych technologiach. Nie korzystał z komputera, nie obsługiwał nawet swojej skrzynki mailowej. Ale doskonale rozumiał, że ludzie są dziś w również w przestrzeni digital.
Plusy tej obecności są oczywiste. Internet stał się dziś miejscem, gdzie ludzie kształtują swoje poglądy, szukają odpowiedzi, inspiracji i duchowego wsparcia.
Kościół w sieci jest obecny – czasem przez instytucje i zakony, czasem przez indywidualnych twórców. To wielka szansa, ale i wyzwanie. Jednak ewangelizacja w internecie nie może ograniczyć się do wrzucania treści. Ostatecznie chodzi o obecność, dialog i towarzyszenie. A właśnie to wydaje się najtrudniejsze i zarazem najważniejsze.
W jakim sensie najtrudniejsze?
Internet może stwarzać złudzenie, że obcowanie z treściami online jest wystarczające, by prowadzić życie duchowe. A to iluzja. Wirtualna przestrzeń zawsze operuje na dystansie – za ekranem, w awatarach, w skróconych komunikatach. Prawdziwe doświadczenie duchowe domaga się spotkania z drugim człowiekiem twarzą w twarz. Tylko wtedy rodzi się więź i prawdziwa wspólnota.

Artykuł zawiera fragment książki o. Dominika Dubiela SJ „Franciszek. Papież z wszystkich stron”, wyd. eSPe.
