2 Sm 1,1-4.11-12.19.23-27
Opowiadanie stoi na progu nowej epoki. Dawid wraca do Siklag, a z pola bitwy przychodzi posłaniec z rozdartą szatą i ziemią na głowie. Tak Biblia opisuje człowieka dotkniętego śmiercią. Przynosi znaki władzy: koronę i naramiennik Saula. Znaki królewskie zmieniają właściciela, a Dawid nie traktuje ich jak łupu. Rozdziera szaty, płacze i pości aż do wieczora. Żałoba obejmuje Saula, Jonatana i poległych Izraela. Potem rozbrzmiewa pieśń żałobna (qînâ). Otwiera ją wołanie o „ozdobie Izraela” zabitej na wyżynach. Hebrańskie (haṣṣəḇî) niesie sens splendoru, czegoś drogiego i kruchego. Refren „Jakże polegli mocarze” oddaje hebrajskie (’êk nāpelû gibbōrîm) i spina pamięć całego narodu. Dawid nie pozwala, aby wieść stała się pieśnią triumfu w miastach Filistynów. W pochwałach dla Saula i Jonatana nie ma pochlebstwa. Jest uznanie prawdy: byli złączeni w życiu i w śmierci, szybsi niż orły i mocniejsi niż lwy. Słowo „mocarze” (gibbōrîm) obejmuje tu odwagę i odpowiedzialność za lud. Dawid pamięta także dobro, które Izrael otrzymał za Saula, szczególnie bezpieczeństwo i dostatek. W końcu głos staje się osobisty. Dawid opłakuje Jonatana jak brata i mówi o miłości „przedziwnej”. Ta przyjaźń wyrasta z przymierza i wierności. Tekst ukazuje królewskość Dawida zanim otrzyma tron. Objawia się w panowaniu nad odwetem i w czci dla pomazańca Pana, także podczas jego prześladowania. Dawid nie buduje swojej przyszłości na upokorzeniu poprzednika. Wypowiedziany żal oczyszcza przestrzeń władzy i uczy, że królowanie zaczyna się od słuchania Boga, a nie od gromadzenia łupów.
Mk 3,20-21
Marek notuje krótką scenę, a w niej duże napięcie. Jezus wraca do domu, a tłum znów się gromadzi. Zebrani napierają tak mocno, że Jezus i uczniowie nie mają sposobności nawet posilić się. W tej Ewangelii stół bywa miejscem objawienia i pokoju, a tutaj pojawia się ścisk i zmęczenie. Służba ludziom dotyka ciała. Królestwo Boże wchodzi w codzienność tak intensywnie, że zwykłe granice dnia pękają. „Swoi” słyszą o tym i wychodzą, aby Go pochwycić. Greckie brzmienie (hoi par’ autou) oznacza „tych od Niego”, krewnych i domowników. Marek nie wymienia imion, a na pierwszym planie stawia sam mechanizm. Rodzina reaguje jak straż, która ma przerwać to, co wygląda na niebezpieczne. Pada zdanie: „Odszedł od zmysłów”. Greckie (exestē) opisuje stan „poza sobą”, zachowanie niezrozumiałe dla świadków. Potem pojawia się czasownik (kratēsai), „schwytać”, ten sam, który później opisuje chwytanie Jezusa. Troska miesza się tu z próbą kontroli. W świecie Biblii prorocy bywali nazywani szaleńcami. Słowo Boga burzy ustalony porządek, a posłany człowiek staje się niewygodny dla bliskich. Jezus nie wycofuje się. On idzie drogą Ojca. Bliskość domu rodzinnego nie zatrzymuje Jego misji, a misja wystawia na próbę więzi. Ten fragment odsłania delikatną prawdę o sercu. Człowiek potrafi kochać i jednocześnie nie rozumieć. Miłość przybiera czasem postać lęku o utratę bezpieczeństwa. Jezus przyjmuje także ten rodzaj samotności i pozostaje wierny temu, co otrzymał od Ojca. Warto zauważyć przestrzeń tej sceny. Wszystko dzieje się „w domu”, przy drzwiach, gdzie krzyżują się drogi ludzi. Dom u Marka bywa miejscem uzdrowień, sporów i stołu. Tłum wchodzi do środka w pragnieniu posiadania Jezusa na własność. Rodzina chce Go wyprowadzić i odzyskać dawne bezpieczeństwo. Na progu spotykają się dwa pragnienia i oba domagają się odpowiedzi. Marek prowadzi dalej wątek niezrozumienia i pokazuje, że Jezus buduje nowe pokrewieństwo uczniów, oparte na słuchaniu słowa i na pełnieniu woli Boga. To spojrzenie nie niszczy więzi, ono je oczyszcza i poszerza. Uczeń Jezusa spotyka czasem niezgodę najbliższych. W takim miejscu dojrzewa wierność, która nie karmi się aplauzem tłumu.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
