Wiem, że ten tekst i moje wywiady z prokuratorem Andrzejem Witkowskim wywołają sprzeciw. Milczenie byłoby wygodniejsze, ale po trzydziestu latach badań nie mam już prawa wybierać wygody ani powtarzać wersji, która coraz gorzej znosi konfrontację z faktami.
Mam obowiązek wobec Prawdy. Nie mogę dalej przedstawiać jako bezspornego ustalenia wersji męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki przyjętej w procesie toruńskim, skoro po 41 latach od zbrodni pojawiły się nowe fakty i dokumenty, istotne ustalenia oraz relacje świadków, z którymi nie tylko ja rozmawiałam. To wszystko sprawia, że tak zwana „wersja oficjalna” wymaga dziś zasadniczej rewizji.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Ksiądz Jerzy mógł być zamordowany dopiero 25 października 1984 roku
W pracy dziennikarskiej i badawczej - zwłaszcza gdy dotyka się sprawy tak doniosłej i symbolicznej, związanej z jednym z najbardziej rozpoznawalnych na świecie polskich męczenników za wiarę - nie wolno zastępować twardych ustaleń domysłami ani półprawdami. Trzeba opierać się na faktach, które na przestrzeni wielu lat zostały ustalone i udokumentowane. W mojej ocenie najrzetelniej i najpełniej dokonało się to właśnie w śledztwach prokuratora Andrzeja Witkowskiego, który prowadził w tej sprawie dwa postępowania: w latach 1990–1991 - z ramienia Prokuratury w Ministerstwie Sprawiedliwości oraz w latach 2002–2004 - w strukturach Instytutu Pamięci Narodowej.
Reklama
Lektura jego najnowszej książki „Bolesne tajemnice ks. Popiełuszki. Śladami prawdy”, analiza nowych materiałów, a także cykl wywiadów, które przeprowadziłam z prokuratorem Witkowskim, nie pozwalają mi dłużej trwać w gąszczu - jak się przekonałam - niedomówień i niejasności. Nie pozwalają mi też udawać, że poruszam się po terenie „pewników”. To obszar sporów, zaniechań i manipulacji, a miejscami - działania mechanizmu państwowego kłamstwa typowego dla epoki PRL.
Prok. Andrzej Witkowski mówi wprost: ustalenia procesu toruńskiego zostały definitywnie podważone, a w świetle materiału dostępnego po 41 latach - w tym nowych zeznań świadków oraz ponownej analizy wyników sekcji zwłok przeprowadzonej przez niezależnych biegłych, profesorów medycyny sądowej - nie ma już powrotu do tamtej narracji.
Prokurator formułuje też tezę, której nie da się zbyć wzruszeniem ramion: ks. Jerzy mógł zginąć nie 19 października, lecz dopiero w południe 25 października 1984 roku, po kilku dniach przesłuchań, nacisków, a w końcu tortur – najprawdopodobniej w bunkrach wojskowych w Kazuniu Polskim (sami porywacze przyznali podczas śledztwa, że to właśnie miejsce było dla ks. Jerzego przygotowywane już od 10 października 1984 roku).
Przeprowadzone z prok. Witkowskim wywiady a także jego książki dowodzą, że taki wniosek wynika z przestudiowania dokumentów oraz z łańcucha przesłanek: rekonstrukcji operacji porwania księdza, analizy obrażeń oraz plam pośmiertnych na ciele, a także zeznań świadków i wielu innych danych. Innymi słowy, wynika to z materiału, który wymusza ponowne pytania o czas, miejsce i sprawstwo zbrodni.
Reklama
W tej układance ze szczególną siłą powraca motyw „trzeciego samochodu” oraz trop przejęcia księdza przez służby wojskowe (WSW) w okolicy Górska. To z kolei oznacza zakwestionowanie kluczowego elementu tzw. „wersji bagażnikowej”, przez lata powtarzanej niemal jak dogmat - często z pomijaniem faktów niewygodnych dla tej narracji, choćby braku śladów krwi księdza w bagażniku samochodu porywaczy (jak wykazały badania). W tym kontekście pojawiają się m.in. wątki eksperymentu z psem tropiącym oraz zeznań jego przewodnika, przesłuchiwanego przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego. Istotne są również zeznania funkcjonariuszy wojskowych (WSW), których prokurator ustalił i przesłuchał, a także relacja złożona przed nim przez niejakiego K. - funkcjonariusza Biura „B” MSW (w resortowym żargonie tzw. „betki”).
Nie chodzi tu o detal, lecz o fundament. Jeśli bowiem część dowodów wytworzono, dopasowano lub użyto w taki sposób, by „ustawić” śledztwo, nie mamy do czynienia z pomyłką, tylko z mechanizmem kłamstwa.
Zaniedbania w sekcji zwłok
Do tego dochodzą poszlaki wskazujące na naciski i manipulacje wokół dokumentacji z sekcji zwłok ks. Jerzego Popiełuszki. Kluczowe pytanie brzmi: dlaczego lekarze przeprowadzający tę sekcję w Zakładzie Medycyny Sądowej w Białymstoku - prof. Maria Byrdy i dr Tadeusz Jóźwik - nie określili czasu zgonu, choć w realiach medycyny sądowej jest to jedno z podstawowych ustaleń.
Znane są wyniki tej sekcji: 31 października 1984 r. biegli sporządzili „Protokół oględzin zewnętrznych i wewnętrznych zwłok Jerzego Popiełuszki” oraz wydali „Opinię tymczasową” Jednocześnie w toku śledztwa i procesu toruńskiego pojawiały się kolejne opinie i sprostowania, a także wypowiedzi biegłych składane ustnie do protokołu rozprawy - i one również pomijały kluczową, sądowo‑lekarską kwestię czasu zgonu. Ta luka, zestawiona z innymi sygnalizowanymi w materiałach nieprawidłowościami, podważa komfort „znanej historii” i nakłada obowiązek postawienia pytania wprost: czy przez lata broniono prawdy, czy raczej utrwalano zafałszowana konstrukcję.
Reklama
W 2002 r. na potrzeby oceny białostockiej sekcji, prok. Andrzej Witkowski powołał zespół trzech biegłych profesorów medycyny sądowej. Z ich opinii wynika, iż funkcje życiowe ks. Popiełuszki ustały kilka dni przed badaniem sekcyjnym, 25 lub 26 października. Argument ten okazał się spójny z zeznaniami świadków, którzy mieli widzieć, jak ciało księdza wrzucono do Wisły z tamy przed północą 25 października.
Dotarłam do nowych dokumentów i relacji świadków
Nie ukrywam, że na moje wątpliwości dotyczące okoliczności zbrodni na ks. Jerzym istotny wpływ miały też badania oraz ustalenia dziennikarskie Piotra Litki - autora publikacji, a także filmów, które odsłaniają nowe fakty i przede wszystkim wydobywają z mroku relacje świadków. Litka od lat konsekwentnie bronił tez prokuratora Andrzeja Witkowskiego (także wprost w tekście „Dlaczego bronię prok. Witkowskiego?”), a jego praca pokazuje, jak wiele wątków wciąż domaga się ponownego sprawdzenia. W jednym z filmów, zrealizowanych razem z Przemysławem Wojciechowskim, sformułował istotne w tym zakresie hipotezy: o wrzuceniu ciała do Wisły 25 października (m.in. na podstawie przytoczonych w filmie relacji świadków obecnych tego dnia w rejonie tamy we Włocławku), o dwukrotnym wydobywaniu zwłok ks. Jerzego z rzeki - „nieoficjalnym” i dopiero później „oficjalnym”, a także o możliwym ukryciu ciała w prosektorium szpitala we Włocławku (w filmie pojawia się wypowiedź prosektora, który 26 października dokonywał pierwszej sekcji zwłok księdza!). Lektura książek i artykułów red. Litki oraz obejrzane ostatnio materiały dokumentalne jego autorstwa, pozwoliły mi zobaczyć wyraźniej, jak wiele elementów tej układanki nie pasuje do obrazu sprawy rzekomo „zamkniętej” w 1985 roku.
Reklama
Do wielu nowych dokumentów, nowych relacji świadków, a także miejsc zdarzeń dotarłam niedawno także i ja, gdy zbierałam materiały do nowej, dwutomowej biografii ks. Popiełuszki, która w tym roku ma się ukazać. Zasadniczo jednak, w niniejszym tekście koncentruję się na ustaleniach prokuratora Andrzeja Witkowskiego - ponieważ to właśnie rozmowy z nim oddaję obecnie do Państwa dyspozycji na portalu niedziela.pl.
Weryfikacja materiałów to decyzja etyczno-badawcza
Dziś nie wystarczy pamiętać o męczeństwie bł. ks. Jerzego. Trzeba także rzetelnie postawić pytanie o to, co naprawdę wydarzyło się w październiku 1984 roku i na jakich przesłankach opiera się interpretacja, która przez lata uchodziła za oczywistą.
Wywiady z prokuratorem Andrzejem Witkowskim stanowią dla mnie istotną refleksję metodologiczną. Zmuszają do przerwania automatyzmu narracji: nie mogę dalej pisać o ks. Jerzym Popiełuszce w dotychczasowym porządku wywodu, z tą samą kolejnością argumentów i z tą samą dozą pewności. Nie dlatego, że deprecjonuję wcześniejsze ustalenia, lecz dlatego, że szacunek wobec osoby i sprawy nie może oznaczać rezygnacji z trudnych pytań ani utrwalania tez, których nie da się już dostatecznie uzasadnić.
Zmiana mojej narracji jest więc decyzją etyczno-badawczą: dalsze bezrefleksyjne powtarzanie tak zwanej „wersji oficjalnej” uznałabym za formę nielojalności wobec ks. Jerzego — i wobec Prawdy pisanej przez duże P.
Konieczna korekta, gdy zmienia się stan wiedzy
Rodzi się pytanie, dlaczego do tej pory pisałam: „19 października”? Odpowiedź dla mnie samej jest trudna.
Na pewno chodziło o odpowiedzialność za słowo. Kiedy pisze się o śmierci błogosławionego męczennika, każde zdanie pracuje w przestrzeni publicznej i w pamięci zbiorowej. Przy takim ciężarze łatwo wpaść w pułapkę sensacji, dlatego wybierałam ostrożność - nawet wtedy, gdy w tle krążyły sugestie, że przebieg zdarzeń mógł wyglądać inaczej.
Reklama
Ta ostrożność ma jednak granicę - taką, której przekroczyć nie wolno. Nie wolno, jak pisał dobitnie Cyprian Kamil Norwid, „Prawdom kazać, by za drzwiami stały”. A ks. Jerzy Popiełuszko dopowiadał w swych „Zapiskach”: „Żyć w prawdzie to być w zgodzie ze swoim sumieniem (…) Prawda jest nieśmiertelna, a kłamstwo ginie szybką śmiercią”.
Był też drugi powód: data 19 października stała się w Polsce datą graniczną, symbolicznym momentem, od którego Polacy mówili: „zamordowali ks. Popiełuszkę”. Podważanie jej dotyka wrażliwych strun pamięci. Łatwo wtedy usłyszeć oskarżenia, że „rozbiera się męczeństwo na części”, że osłabia się wspólnotowe przeżywanie tej tragedii. Albo że „szkodzi się” procesowi beatyfikacyjnemu - a dziś kanonizacyjnemu, a to nie jest prawda, co potwierdzają moje rozmowy z kościelnymi ekspertami w tej dziedzinie.
Szacunek dla pamięci nie może oznaczać rezygnacji z prawdy.
Dlatego po latach chcę dopowiedzieć: pisałam w określony sposób, bo na takiej podstawie źródłowej mogłam się wówczas oprzeć. Dziś jednak - przy dostępie do kolejnych dokumentów archiwalnych (m.in. protokołów przesłuchań, notatek służbowych, planów czynności operacyjno-śledczych) oraz przy ich konfrontowaniu z relacjami świadków – mam obowiązek aktualizacji opisu i ponownego rozstrzygania tego, co w tej sprawie da się rzetelnie ustalić.
Nie ma w tym zdrady pamięci ks. Jerzego. Przeciwnie - jest próba dochowania mu wierności rozumianej jako wierność prawdzie, a nie wierność utrwalonej narracji. Dlatego dopisuję te słowa nie przeciw pamięci, lecz w imię pamięci o błogosławionym kapłanie, przyjmując, że odpowiedzialność za słowo wymaga gotowości do korekty, gdy zmienia się stan wiedzy.
Reklama
Dlatego nie da się już wrócić do wielu fałszywych ustaleń procesu toruńskiego.
Nie ma też powrotu do wygodnych uproszczeń, które na lata unieruchomiły myślenie o tej zbrodni. Zbyt wiele elementów się nie zgadza. Zbyt wiele pytań wciąż pozostaje bez odpowiedzi. Zbyt często próbowano przykryć fakty formułą: „sprawa jest zamknięta”.
Tak, przez lata konsekwentnie pisałam, że ks. Jerzy z całą pewnością został zamordowany 19 października 1984 roku. Tę datę - wraz z opisem uprowadzenia i okoliczności śmierci - utrwalono w PRL jako „wersję oficjalną”: w procesie toruńskim, w komunikatach państwowych, w publikacjach i w obiegu medialnym. Mówiąc wprost: powtarzano ją tak długo, aż zaczęła brzmieć w społeczeństwie jak oczywistość.
Ale dziś, Anno Domini 2026, po trzydziestu latach kwerend, konfrontowania źródeł i badań nad życiem, działalnością oraz męczeńską śmiercią ks. Jerzego, nie mam prawa stawiać kropki tylko dlatego, że tak jest wygodniej. Jako dziennikarka, naukowiec i autorka biografii ks. Popiełuszki, a także wielu książek o nim oraz o jego matce, mam obowiązek wracać do akt wtedy, gdy nowe dokumenty, nowe zeznania i nowe analizy medyczno-sądowe wchodzą w twardą sprzeczność z opowieścią utrwaloną w procesie toruńskim.
I nie chodzi tu o „inną interpretację” wydarzeń, lecz o zgodność albo niezgodność faktów. W tym sensie zmiana narracji nie jest kaprysem autorki, lecz konsekwencją wyboru prawdy.
Kwestionuję wiele fałszywych ustaleń procesu toruńskiego
Reklama
Kto zatem po tylu latach wciąż mówi, że „wszystko już wiadomo”, albo że „wszystko zostało wyjaśnione w procesie toruńskim”, ten w praktyce oczekuje od badaczy oraz od opinii publicznej przyzwolenia na kłamstwo. Powtarzam więc: po 41 latach od męczeńskiej śmierci kapłana - co całkowicie naturalne - pojawiły się nowe tropy: dokumenty, analizy, relacje świadków, materialne przedmioty i miejsca, a także kolejne ekspertyzy oraz ponowne odczytania wyników sekcji zwłok. Z każdym takim odkryciem oficjalna opowieść traci spójność: pęka, a czasem po prostu rozsypuje się w rękach. Dlatego nie da się już wierzyć, że w PRL powiedziano nam całą prawdę. Nie można też udawać, że „wiemy, jak było”, skoro następne ustalenia coraz wyraźniej sugerują, iż w 1984 /1985 roku przedstawiono społeczeństwu starannie wyreżyserowaną wersję wydarzeń - taką, która miała zamknąć sprawę, uspokoić emocje i osłonić realnych architektów zbrodni, o czym otwarcie mówiła w rozmowie z posłem Janem Rokitą żona Adama Pietruszki - ówczesnego wicedyrektora departamentu IV, który nadzorował działania porywaczy - przekonana, że na procesie toruńskim w sądzie „wyszło tylko to, co sobie życzył gen. Kiszczak, reszta to tajemnica państwowa… sędziowie byli dyspozycyjni” (P. Litka, „Zniszczyć księdza”). Jeden z porywaczy ks. Jerzego zaś, Leszek Pękala wyznał autorowi książki „Księżobójcy”: ”Księdza zabrali ci wojskowi nyską. Pojechali do Kazunia. Tam go zatłukli po sześciu dniach tortur…”.
Tezy te powinny zostać procesowo zweryfikowane, o czym wyraźnie mówi prok. Witkowski: „Wnętrze i bezpośrednie otoczenie bunkrów amunicyjnych w Kazuniu Polskim powinno zostać poddane stosownym czynnościom procesowym. Dziś istnieją bardzo wysublimowane metody identyfikacji śladów kryminalistycznych, także tych powstałych przed laty. Dopiero ewentualne wyniki szczegółowych badań dostarczyłyby podstaw do formułowania dalszych, jeszcze bardziej kategorycznych wniosków”.
Jeśli prawdą jest, że scenariusz śmierci ks. Jerzego był inny - rozciągnięty w czasie, bardziej okrutny i zarazem cynicznie „uporządkowany” pod oficjalny przekaz - trzeba to nazwać po imieniu, a następnie sprawdzić, które elementy tej hipotezy dają się potwierdzić w źródłach. W praktyce oznacza to odejście od opisu wyłącznie „procesowego” i ponowne skonfrontowanie go z materiałem dowodowym oraz z pytaniami o mechanizmy wytwarzania wersji oficjalnej: selekcję faktów, kontrolę zeznań świadków i obiegu informacji, a także budowanie narracji.
Reklama
Jest to konieczne również po to, by adekwatnie uchwycić skalę przemocy systemu: nie tylko fizycznej, wymierzonej w człowieka, lecz także poznawczej - skierowanej przeciw prawdzie o tym, co się wydarzyło, i przeciw społecznej zdolności jej rozpoznania. Taki wymiar tej sprawy wynika z logiki działania aparatu bezpieczeństwa, który potrafił łączyć kontrolę operacyjno-śledczą z zarządzaniem oficjalnym przekazem medialnym dotyczącym tej zbrodni.
Tak więc, kwestionuję wiele fałszywych ustaleń procesu toruńskiego dotyczących męczeńskiej śmierci ks. Popiełuszki.
Piszę te słowa z pełną świadomością konsekwencji.
Jeśli prawda okaże się inna niż ta, którą przez lata powtarzano, nie będę jej łagodzić ani dopasowywać do wygodnej, peerelowskiej wersji toruńskiej. W tej sprawie lojalność wobec ks. Jerzego zaczyna się tam, gdzie kończy się komfort.
Nie oddam pamięci ks. Jerzego w ręce półprawd i „ostrożnych” wersji. Jeżeli fakty poprowadzą dalej, niż przewidziano w oficjalnym scenariuszu, pójdę za nimi - nawet gdy zostanę z tym sama.
Milena Kindziuk
autorka biografii ks. Jerzego Popiełuszki oraz wielu publikacji naukowych na temat życia i działalności błogosławionego męczennika za wiarę
Zapraszam Państwa do lektury czterech wywiadów z prokuratorem Andrzejem Witkowskim zamieszczonych na portalu niedziela.pl.
Reklama
