Reklama

Organy z prawdziwego zdarzenia

2015-09-17 13:17

Kamil Krasowski
Edycja zielonogórsko-gorzowska 38/2015, str. 4-5

Karolina Krasowska
Na taką okazję czekaliśmy praktycznie 10 lat – mówi ks. kan. Ryszard Przewłocki

Kościół pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego w Gorzowie Wielkopolskim ma nowe, sprowadzone z Niemiec organy, które zostały poddane przebudowie i modernizacji. Ich poświęcenie i pierwszy koncert odbyły się w uroczystość odpustową 14 sierpnia br. Obecnie trwają kosmetyczne prace przy instrumencie, które zakończą się wraz z końcem tego roku

Inicjatorem sprowadzenia instrumentu z Niemiec był proboszcz gorzowskiej parafii ks. kan. Ryszard Przewłocki. Zdemontowany w Niemczech został w kilku partiach przewieziony do Gorzowa. Budowa i modernizacja organów z przerwami trwała 3 lata, a podjęła się tego polska firma „Nawrot i Synowie” z Wronek. Zacznijmy jednak od początku.

Okazja

– Idea budowania organów w naszym kościele pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego w Gorzowie zrodziła się praktycznie od momentu, kiedy objąłem tutaj obowiązki proboszcza w 2003 r. po zmarłym ks. Pikule. Kiedy zobaczyłem duży kościół i duży chór, pomyślałem sobie, że dobrze by było, gdyby były tutaj organy piszczałkowe, które w czasie nabożeństw i uroczystości tworzą w kościele zupełnie inny klimat – tłumaczy ks. kan. Ryszard Przewłocki. Kuzynem proboszcza jest ks. Jerzy Dmytruk, pełniący posługę duszpasterską wśród katolików w Niemczech. On też poinformował ks. Ryszarda, iż w Giesen, niedaleko Frankfurtu nad Menem, pojawiła się okazja przejęcia organów. Tamtejsi parafianie bowiem zaplanowali budowę nowego, lepszego instrumentu. – Na taką okazję czekaliśmy praktycznie 10 lat – mówi kapłan. Pomysł spotkał się z dużą przychylnością ze strony parafian. – Generalnie była radość i zadowolenie, że będziemy mieli organy z prawdziwego zdarzenia. Parafianie od początku byli otwarci. Były pozytywne opinie i duża przychylność – dodaje.

Przewóz, przebudowa i modernizacja

Demontażu w Niemczech oraz budowy i modernizacji organów w gorzowskiej parafii podjęła się firma „Nawrot i Synowie”. Instrument został przewieziony z Niemiec, z parafii pw. św. Bonifacego w Giessen, i datowany jest na lata 50.-60. XX wieku. Prace nad nim trwały 8 lat, a prowadziła je niemiecka firma „Forster und Nicolaus” z Lich. Organy zostały wybudowane jako 42-głosowe o trakturze gry elektrycznej z wiatrownicami klapkowo-zasuwkowymi. Posiadają 3,5 tys. piszczałek, registry ręczne, nożne i wiatrownice oraz 3 manuały. Mają również wałki do poszerzania brzmienia, czyli tzw. crescenda. Stół do gry, na którym znajduje się klawiatura, zawiera wiele urządzeń pomocniczych umożliwiających organiście sterowanie instrumentem. Co ciekawe nie trzeba było dostosowywać akustyki. – Organy były w dobrym stanie. Oczywiście, niektóre elementy, te które się zużywają, kwalifikowały się do wymiany. Filtry, skóry, uszczelki, miechy – to wszystko zostało wykonane na nowo przed montażem w kościele Gorzowie – mówi Adam Nawrot z Wronek, którego firma podjęła się przedsięwzięcia. – Organy zostały nie tylko przeniesione, lecz także przebudowane i zmodernizowane. Zamontowano m.in. nowy kontuar, czyli stół organisty. Większość elementów została poddana renowacji. Obudowa została zaadoptowana i dopasowana do wnętrza świątyni. Myślę, że wyszło to dobrze i organy się ładnie komponują w kościele – dodaje. Realizacja przedsięwzięcia z przerwami trwała 3 lata. – Jest to duży instrument, dlatego pośpiechu nie było – spokojnie go sobie montowaliśmy i remontowaliśmy. Przebudowy wymagała cała konstrukcja metalowa, nośna organów. Z tym było bardzo dużo pracy. Później strona muzyczna – tonacja i strojenie instrumentu – wyjaśnia Adam Nawrot. Organy posiadają również urządzenie, które umożliwia programowanie przez organistę 1024 kombinacji różnych głosów. Jest to cyfrowe urządzenie, które ułatwia organiście grę na co dzień, ale też bardzo przydaje się przy koncertach – tłumaczy. A na jakiej zasadzie działają organy? Adam Nawrot tłumaczy, że wszystkie instrumenty piszczałkowe akustyczne składają się z dmuchawy, która dostarcza miechom powietrze. Te z kolei dostarczają powietrze do wiatrownic, a te do piszczałek. Ważne są jeszcze elektromagnesy, które się ruszają i dopuszczają powietrze do poszczególnej piszczałki (ona sama się nie rusza). – Piszczałki są wykonane z dobrego materiału organowego – stop cyny z ołowiem. Są też piszczałki drewniane wykonane z machoniu, egzotycznego drewna, także jest to wszystko trwałe i jeszcze powinno posłużyć długo, długo, jak będzie się o nie odpowiednio dbało.

Reklama

Organy żyją

Wrażeniami z gry na nowym instrumencie zamontowanym w kościele pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego w Gorzowie dzieli się Wojciech Kuchnowski, organista.

– Przez kilkadziesiąt lat grałem na instrumencie elektronicznym. Przy organach piszczałkowych trzeba stosować inną technikę. Gra mi się po prostu inaczej. Natomiast co do odbioru są to dźwięki, które brzmią naturalnie. (…) Wiadomo, że jest to instrument, który jest zbudowany z drewna, metalu i skóry, dlatego te organy bardzo szybko się w tej chwili rozstrajają – tak delikatnie, ale jednak. Tego oczywiście nigdy nie ma w instrumentach elektronicznych. To świadczy o tym, że te organy żyją, pracują, układają się – i to słychać. To są takie niuanse, które można dostroić, i to są takie miłe niuanse – mówi. – To jest piękny instrument rozbudowany w systemie stereofonicznym. Tzn. grając na jednej barwie, raz się pokazują dźwięki z jednej strony chóru, drugi raz z prawej. Ten głos bez przerwy jak gdyby krąży. To jest wspaniały odbiór, którego nie słyszałem w innych organach. (…) U nas w kościele chór jest bardzo rozbudowany. Organy zbudowane w tak dużej panoramie, a nie w jednym prospekcie – jak w kościołach gotyckich czy neogotyckich – brzmią jak w filharmonii. (…) Często używa się określenia, że są to żywe organy piszczałkowe, że są one żywym momentem kościoła jako budowli. I naprawdę tak jest. (…) Jestem oczarowany. Wspaniale mi się gra. Organy zaskakują mnie z każdym brzmieniem.

Poświęcenie i koncert

Konsekracja organów i pierwszy koncert odbyły się 14 sierpnia br., w uroczystość odpustową, w kościele pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego w Gorzowie. Poświęcenia organów podczas Mszy św. w imieniu ordynariusza diecezji zielonogórsko-gorzowskiej dokonał ks. inf. prof. Roman Harmaciński. Homilię wygłosił kanclerz Kurii Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej ks. Piotr Kubiak, który przedstawił postać patrona świątyni – św. Maksymiliana Marii Kolbego. Po Mszy św. miał miejsce inauguracyjny koncert organowy, który wykonali organista Michał Kocot i solista – baryton Artur Rożek. Wykonawcy zaprezentowali m.in. utwory J. S. Bacha, J. Haydna, C. Saint-Saënsa, W. A. Mozarta oraz F. Schuberta. Ks. Ryszard Przewłocki zapewnia, że to nie jedyny i nie ostatni koncert w gorzowskiej świątyni. – Będziemy tutaj w miarę możliwości robić koncerty z muzyką sakralną, oczywiście, tak żeby te organy służyły nie tylko naszym parafianom, lecz także miastu. Każdy, kto będzie chciał, może skorzystać i przyjść na taki koncert – mówi kapłan. – Jestem przekonany o tym, że organy to dusza świątyni. Nadają powagi i pomagają ludziom w modlitwie, skupieniu i przeżywaniu Mszy św. Takie było moje pragnienie, aby były w tym kościele prawdziwe organy, które będą służyły długie, długie lata tej parafii, temu kościołowi i ludziom, żeby upiększyć liturgię w tej maksymiliańskiej świątyni. To jest fundamentalna rzecz – kończy ks. Ryszard.

Tagi:
organista organy

Świdnica: wielkopostny dzień skupienia organistów

2019-04-03 12:17

ako / Świdnica /KAI

Dbając o piękny śpiew liturgiczny, pomnażamy chwałę Pana Boga i przyczyniamy się do uświęcania tych, którzy uczestniczą w liturgii. Grając służycie Panu Bogu – mówił bp Ignacy Dec. Biskup świdnicki 30 marca przewodniczył Mszy św. podczas wielkopostnego dnia skupienia organistów.

Fotolia_Minerva Studio

Podczas homilii biskup zaznaczył, że do godnej posługi muzyka kościelnego potrzeba nie tylko dobrego wykształcenia. - Nade wszystko jest potrzebna pobożność i szacunek do miejsca świętego, w którym posługujecie. Musimy się bronić przed postawą rutyny - mówił bp Ignacy Dec.

Po Eucharystii organiści wysłuchali prelekcji: „Muzyka kościelna będzie tym wznioślejsza, im ściślej zespoli się z czynnością liturgiczną” (KL 112) Służebna rola muzyki w liturgii, wygłoszonej przez ks. dra hab. Dominika Ostrowskiego. Z kolei ks. mgr Piotr Ważydrąg mówił o zasadach doboru pieśni na okres Wielkiego Postu i Triduum Paschalnego – Nie tylko „Ludu, mój ludu…”. Wielkopostny dzień skupienia dla organistów zorganizowała Świdnicka Kuria Biskupia wraz ze Studium Organistowskim.

Studium Organistowskie Diecezji Świdnickiej powstało w 2009 roku. Szkoła w tym czasie wykształciła około 30 absolwentów, z których znaczna część grała już podczas toku nauki w swoich miejscowościach. Obecnie na czerech latach kształci się dwudziestu słuchaczy. W ciągu tych lat uczęszczają oni na zajęcia teoretyczne oraz doskonalą grę na organach. Przedmiotów teoretycznych nauczają: Bogusława Bednarczyk, Kacper Birula, ks. Piotr Ważydrąg, ks. Artur Merholc, zaś gry na organach naucza dwóch wirtuozów: Marcin Armański oraz Maciej Bator. Studium Organistowskie Diecezji Świdnickiej powstało dzięki staraniom bpa Ignacego Deca.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Polskie małżeństwo członkami watykańskiej dykasterii

2019-07-18 17:12

Rozmawiała Marta Mastyło / Kraków (KAI)

Choć pochodzimy z różnych światów, jesteśmy rodziną. Łączymy to, co pojedynczo zdarza się w innych rodzinach. Chyba właśnie to spodobało się w nas papieżowi Franciszkowi - mówi dr Aleksandra Brzemia-Bonarek, która wraz ze swoim mężem, dr. Piotrem Bonarkiem, powołani zostali na członków watykańskiej Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia. Ekspertka opowiada o swoim małżeństwie, wychowaniu piątki dzieci i zadaniach, jakie małżonkom stawia w nowej posłudze Ojciec Święty.

Grzegorz Gałązka

Marta Mastyło (UPJPII): Została Pani z mężem powołana do Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia. Co przyczyniło się do tego, że Ojciec Święty Franciszek właśnie Państwu powierzył tę funkcję?

Dr Aleksandra Brzemia-Bonarek: Razem z mężem otrzymaliśmy informację we wrześniu ubiegłego roku. Zadzwonił telefon z Rzymu, żeby nas przygotować, zanim o fakcie dowiedzielibyśmy się z prasy. Później otrzymaliśmy dokument podpisany przez Sekretarza Stanu.
Ja nawet nie wiedziałam, że jestem wśród osób nominowanych do tej funkcji, cała ta procedura była objęta tajemnicą, nie mam pojęcia skąd taki wybór. Ale co ważne – jako małżeństwo jesteśmy członkiem dwuosobowym. Wśród członków dykasterii są trzy pary małżeńskie i mamy działać jako para, oprócz nas są jeszcze członkowie indywidualni.

- UPJPII: Porozmawiajmy więc o Pani rodzinie, małżeństwie, życiu zawodowym. Wspólnie poszukajmy odpowiedzi, co mogło sprawić, że dokonano w Watykanie takiego a nie innego wyboru?

- Jestem związana z Uniwersytetem Papieskim Jana Pawła II w Krakowie od 2007 roku, czyli od mojego doktoratu, ale etatowo zatrudniona zostałam w 2011 r. Jestem prawnikiem kanonistą, skończyłam Uniwersytet Kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie w zakresie dwóch kierunków – prawa i prawa kanonicznego, mam dwa dyplomy. Początkowo pracowałam jako adwokat kościelny przy sądach metropolitalnych w Katowicach i w Krakowie. A od 2010 roku jestem obrońcą węzła małżeńskiego przy Sądzie Metropolitalnym w Krakowie. Tutaj pracuję też w katedrze kanonicznego prawa procesowego na Wydziale Prawa Kanonicznego.
W wieku 25 lat wyszłam za mąż, mój mąż jest biochemikiem fizycznym, pracownikiem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Osiedliliśmy się tutaj w Krakowie ze względu na naukowy charakter pracy męża na uniwersytecie. W trakcie 19 lat małżeństwa porodziły nam się dzieci: mam 18-letniego Pawła, 16-letniego Filipa, który jest dzieckiem niepełnosprawnym, ma autyzm i niepełnosprawność intelektualną, później urodziły się dziś 10-letnia Krysia, 5-letni Jaś i 10-miesięczny Marcin.
Nie udzielam się w parafii, nie należę do żadnej grupy charyzmatycznej, nigdy nie byłam w oazie. Dlatego nie w naszej aktywności wspólnotowej należy szukać wytłumaczenia.

- UPJPII: Szukamy dalej… Może dla wielu osób, które Państwa znają, stanowicie po prostu jakiś wzór rodziny.

- My na pewno nie jesteśmy rodziną specyficzną, choć mamy dzieci więcej niż statystycznie. Mamy niepełnosprawnego syna, a to bardzo zmienia sposób funkcjonowania naszej rodziny, ponieważ musimy pod niego różne rzeczy ustawiać, on jest taką osią. On potrzebuje naszej opieki, jak również opieki swojego rodzeństwa.
Często jestem pytana o czym z mężem rozmawiamy, co nas łączy, bo prawnik kanonista i biochemik fizyczny to są absolutnie dwa różne światy, dwie metodologie itd. Ja nie do końca rozumiem to, czym zajmuje się mój mąż, w sensie naukowym, mnie to po prostu matematycznie przerasta. Natomiast pochodzimy z podobnych środowisk, obydwoje z Górnego Śląska i wartości charakterystyczne dla tego regionu są nam wspólne.
Myśmy się znali wcześniej z widzenia, ale poznaliśmy się dopiero na studiach, a konkretnie w pociągu. Ja jeździłam z Warszawy, mąż z Krakowa, ale z Katowic do rodzinnej miejscowości podróżowaliśmy już tym samym pociągiem.

- UPJPII: Wsiedliście do tego jednego pociągu i udaliście się we wspólną podróż przez życie. Czy są jakieś reguły, normy niezachwiane, jeżeli chodzi o rodzinę, w kwestiach wychowania dzieci?

- Ja jestem zwolennikiem rodziny różnopłciowej. Mężczyzna i kobieta tworzą rodzinę i inne „konfiguracje” są dla mnie po prostu sprzeczne z biologią, która w sensie ewolucji nas przecież determinuje. Zatem nie zgadzam się na to, aby osoby tej samej płci mogły adoptować dzieci. Drugą kwestią jest trwałość rodziny, w czym pomaga sformalizowanie związku. Myślę, że to publiczne określenie się bycia mężem i żoną daje bardzo solidną podstawę do tego, aby wziąć za rogi te obowiązki i te przyjemności, które się z tym łączą i próbować na tym bazować.
Oczywiście najlepiej, jeśli deklaracja życia wspólnego dla wierzących odbywa się w formie religijnej, ale w przypadku, gdy niektórzy nie mogą, to myślę także o wyłącznie cywilnych związkach. Widzę to na podstawie mojego doświadczenia z sądu kościelnego, że rzeczywiście w tych związkach, które są niesformalizowane, zawsze istnieje ta łatwiejsza możliwość „wyjścia z piaskownicy”, o wiele trudniej to zrobić, gdy się jest zorganizowanym w tej komórce podstawowej jaką jest małżeństwo, także to cywilne. Małżeństwo, czy to cywilne czy to kanoniczne, takie instytucjonalne, daje duże prawdopodobieństwo trwałości, o wiele większe niż związki nieformalne, jak na przykład konkubinaty.

- UPJPII: Jeżeli chodzi o wychowanie dzieci, zgadzacie się absolutnie we wszystkim? Macie pięcioro dzieci, przy czym każde z nich ma na pewno inny charakter, inną wrażliwość.

- Nie chciałabym jakoś laurkowo naszego małżeństwa pokazywać, ale wychowujemy dzieci w wolności „do”, a nie w wolności „od”. Staramy się traktować je podmiotowo, uwzględniając ich autonomię już od samego początku, już od etapu niemowlęctwa. Jak mały nie chce jeść kaszki, to nie musi, ale musi zjeść coś innego w miejsce kaszki. To funkcjonuje na takiej samej zasadzie odpowiednio w przypadku dzieci starszych. Ale wolność nie znaczy, że dzieci mogą robić wszystko, obowiązki w domu muszą być, ale te obowiązki muszą być naszymi obowiązkami wspólnymi. To nie jest tak, że ja wymagam od moich dzieci, by poszły w niedzielę do kościoła, a ja nie idę, bo wtedy przestaję być dla nich wiarygodna.
Jest jedno dziecko, które praktycznie nie ma żadnych obowiązków, to niepełnosprawny w stopniu znacznym Filip. Obowiązkiem moich dzieci jest w pewnym stopniu dbać o brata, ale równocześnie nie chcę ich obciążać nim na tyle, żeby czuły się przytłoczone faktem, że są w rodzinie z dzieckiem niepełnosprawnym, bo i tak jest im wiele rzeczy odbieranych właśnie przez to, że Filip ma pewne swoje stereotypy, zachowania i ograniczenia w kontaktach ze społeczeństwem. Np. na wakacje jeździmy do spokojnych, znanych mu miejsc, a zwiedzanie miast jest niemożliwe do realizacji.
Nie mam recepty na to, jak należy wychowywać dzieci. Myślę, że każda mama to wie intuicyjnie. Każda rodzina jest inna, nigdy nie podjęłabym się bycia osobą, która miałaby być jakimś wyznacznikiem. Nie czuję się profesjonalistką, chociaż jestem matką wielodzietną. Nasze dzieci też są różne, każde z nich urodziło się na innym etapie małżeństwa, pracy zawodowej; jedne w bloku, inne już w domu. Starsze się bawiły na placu zabaw pomiędzy blokami, a młodsze mają swój ogródek. To wszystko ma wpływ na wychowanie, na to jak się rozwijają.

- UPJPII: A sferę duchową należy pielęgnować razem?

- W zależności od osobistych zdolności i uwarunkowań. Nie ma dla wszystkich tej samej recepty.
Ja jestem człowiekiem ekstrawertycznym, mój mąż jest raczej introwertyczny. Taki człowiek, któremu bliższa jest praca w laboratorium. Nie lubi wielkich wystąpień publicznych, choć lubi wykładać, ale wystąpienia publiczne nie są jego żywiołem. My wszyscy w rodzinie jesteśmy nazbyt różnorodni. Np. 10-letnie dziecko jest głodne w danym momencie, Filip, ten niepełnosprawny, jest głośny, trudno nam byłoby w jednym czasie uklęknąć do wspólnego różańca. Natomiast kwestie wiary rozwiązuje się poprzez liczne rozmowy z dziećmi.
U nas nie ma tak, że „Pan Jezus jest w kościele”, a poza tym toczy się jakieś inne, normalne życie. Dla nas te sfery sacrum i profanum przenikają się ze sobą. Uważamy, że Pan Bóg jest obecny w naszej codzienności i dla nas cały czas ma miejsce ten cud stwarzania świata w postaci chociażby kwitnienia kwiatów, poprzez wszystko co się wokół dzieje.
Naszym dzieciom zwracamy na to uwagę właśnie w kontekście tego Bożego stworzenia. Mój syn najstarszy jest i jakoś nie ma w nim żadnej fazy buntu przeciwko religii. Lubię z dziećmi porozmawiać, na przykład o czym była mowa na kazaniu. Rozmowy teologiczno-religijne powinny być częścią życia każdego inteligenta, ponieważ mamy życie duchowe i powinniśmy je w sobie rozwijać.
Choć pochodzimy z różnych światów, jesteśmy rodziną. Łączymy to, co pojedynczo zdarza się w innych rodzinach. Chyba właśnie to spodobało się w nas papieżowi Franciszkowi. Myśmy się „skompresowali” i może stąd właśnie na nas padł wybór.

- UPJPII: To istotne, by mama i tata mówili jednym głosem?

- Tak. W sprawach kluczowych dzieci muszą mieć fundament solidny, żeby się czuły bezpieczne. Więc musimy w sprawach najważniejszych mówić jednym głosem. Dobrze jest to sobie ustalić wcześniej i oczywiście nie w ich obecności. Nie jest dobrze, gdy dzieci dostają z różnych stron inny przekaz. One do pewnego momentu potrzebują bardzo jasnego stanowiska. Odcienie szarości poznają z czasem, jak są coraz starsze, do tego też ich trzeba przygotować. Świat nie jest czarno-biały, ale warto mieć czarno-białe ideały, bo one pozwalają mieć ten kompas później.

- UPJPII: Dotknęliście już Państwo tego, czego wymaga od was nowa funkcja?

- Byliśmy na pierwszym spotkaniu w dykasterii. Pojechaliśmy z mężem i z dwójką naszych dzieci. Przedstawiliśmy się sobie.
Dykasteria mieści się na Zatybrzu w bardzo dużym czteroskrzydłowym budynku. W kwietniu trwały tam jeszcze takie ostatnie szlify remontowe przed listopadem, kiedy odbędzie się pierwsze zebranie plenarne wszystkich członków dykasterii. Będzie w nich uczestniczyć papież Franciszek. Mają trwać trzy dni. Odbywają raz do roku. To są takie nasze obowiązkowe spotkania, kiedy musimy pojechać do Rzymu.
Oprócz tego odbywają się jeszcze spotkania robocze, ich częstotliwość jest już kwestią bardziej indywidualną. Wiadomo, że te osoby, które mieszkają bliżej, będą na nich częściej. Prefekt dykasterii kard. Kevin Farrell bardzo ceni sobie nowinki technologiczne. Stąd, gdy poszliśmy do tej dykasterii, to mimo remontu, widać było jak nowoczesne jest to miejsce. Każdy z pokoi jest zaopatrzony w ergonomiczne meble i we wszystko co potrzebne do robienia telekonferencji. Pokoje, w których odbywać się będą dyskusje i rozmowy, są już przygotowane dla tłumaczy kabinowych. Wśród świeckich członków dykasterii, pochodzących przecież z różnych krajów, dominuje język angielski.
Członków dykasterii jest kilkudziesięciu. Są to księża, a pośród nich kilku biskupów, są też siostry zakonne, osoby z laikatu, poszczególne osoby świeckie i trzy małżeństwa. Jeżeli chodzi o Polaków, to jesteśmy jedyni w tym gronie. Dwie pary są z Europy, a jedna z Azji.
W ogóle ta dykasteria to bardzo umiędzynarodowiona instytucja. Pracownicy pochodzący z różnych państw w większości mieszkają we Włoszech, ale w pracy wspomagają nas jeszcze konsultorzy, są to osoby wyróżniające się jakąś szczególną wiedzą w danym zakresie. Nie są oni stałymi pracownikami dykasterii, ale są wzywani w sytuacjach, gdy potrzebna jest ich ekspercka opinia. Wśród nich też są zarówno duchowni jak i osoby świeckie, także w małżeństwie, jak i samotne.

- UPJPII: Jak wyglądało to pierwsze spotkanie?

- Pokazano nam zakres spraw, które zostaną nam przekazane do zapoznania się. To są takie jakby programy badawcze, którymi przez najbliższych 5 lat ma zająć się dykasteria.

- UPJPII: Dykasteria jest w jakikolwiek sposób decyzyjna, czy po prostu wydaje opinie, z którymi można, ale i niekoniecznie trzeba się liczyć?

- Dykasterie i kongregacje to są jakby takie ministerstwa przy papieżu. Dykasteria to organ wykonawczy i opiniujący dla papieża, pamiętajmy przecież, że w Kościele nie ma demokracji, tylko hierarchia.
Działalność dykasterii można było niedawno zauważyć w sytuacji starań o ocalenie Vincenta Lamberta, Francuza, który w stanie minimalnej świadomości przeżył 11 lat. O jego życie walczyli jego rodzice, episkopat Francji, a także sam papież Franciszek i właśnie dykasteria.

- UPJPII: Proszeni o opinie musicie robić jakieś badania, czy opieracie się państwo głównie na własnej wiedzy i doświadczeniu? Zastanawia mnie, ile czasu będziecie musieli państwo poświęcić temu zadaniu?

- Dlatego kardynał tak szpikuje te pomieszczenia dykasterii różnymi urządzeniami technicznymi, gdyż jest bardzo praktyczny i chciałby te nasze wyjazdy do Rzymu ograniczyć do minimum, a żebyśmy się przede wszystkim kontaktowali z nim i z jego pracownikami za pomocą telekonferencji. Tak w większości będą wyglądać nasze spotkania. Byliśmy pytani, czy możemy mieć w domu szerokopasmowy internet, abyśmy mogli się porozumiewać nie tylko z nim, ale także z innymi równolegle. Ja byłam pod wrażeniem tej nowoczesności, przy zachowaniu wszystkich wymogów architektonicznych.

- UPJPII: Ucieszyła się Pani otrzymaną nominacją, czy przestraszyła kolejnego obowiązku?

- Gdy powiedział mi o tym zaprzyjaźniony ksiądz profesor, to poprosiłam go, żeby sobie tak nie żartował. Mój mąż nazywa siebie accidental member, przypadkowym członkiem. On się zdziwił najbardziej. Ale dostaliśmy takie sygnały, że Ojcu Świętemu chodziło o to, aby wśród członków znalazły się takie osoby, które prawdziwie żyją, w rzeczywistym świecie, który być może dla części duchowieństwa pozostaje zupełnie nieznany. Nie byliśmy z klucza, z ludzi którzy krążą cały czas po orbicie probostwa i szkółki parafialnej, szczególnie mój mąż żyje w realiach środowiska, które jak przychodzi w niedzielę do kościoła to jest dobrze.

- UPJPII: Macie taką świadomość, że będziecie mieć wpływ na losy świata w tych dziedzinach, którymi zajmuje się dykasteria?

- Jeżeli dostanę jakieś zadanie, to je będę musiała wykonać najlepiej jak potrafię, ponieważ może to być jedyna okazja, żeby przedstawić coś, co może być później tym kamykiem do ogródka zmian.
Obliguje mnie to do bardzo rzetelnej i obiektywnej pracy, bo Ojciec Święty pewnie będzie oczekiwał od nas rzeczywistego pochylenia się nad sprawą. On nie chce, żeby to były komplementy, nie chce pochlebstw, mówienia, że wszystko jest w porządku, wszystko ładnie. Wymaga analizy jakiegoś zagadnienia. Być może dlatego nasza metodologia naukowa była papieżowi potrzebna.

- *** Małżonkowie są pracownikami naukowymi: Aleksandra – Wydziału Prawa Kanonicznego Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II, Piotr – Wydziału Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Są rodzicami pięciorga dzieci.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Odnaleziono miejsce urodzenia św. Piotra Apostoła?

2019-07-20 20:00

ts (KAI) / Nowy Jork

Podczas prac wykopaliskowych w Al-Araj nad Jeziorem Galilejskim na północy Izraela archeolodzy odkryli prawdopodobne miejsce narodzin św. Piotra. Tezę, że Al-Araj to antyczne miasta Betsaida i Julias, a zatem miejsce narodzin apostołów Piotra, Filipa i Andrzeja, potwierdza znalezienie dużego kościoła bizantyjskiego obok pozostałości osiedla z czasów rzymskich. Poinformował o tym nowojorski ośrodek Center for the Study of Ancient Judaism and Christian Origins" (CSAJCO ) uczestniczący w pracach wykopaliskowych.

Israel_photo_gallery / Foter / CC BY-SA

Zdaniem naukowców tego centrum oraz izraelskiego Kinneret Academic College, odkryta świątynia w Al-Araj może być tym samym kościołem, który na swoich rysunkach utrwalił biskup Willibald z Eichstätt, gdy w 725 roku po Chrystusie przybył nad Jezioro Galilejskie. Biskup udający się z Kafarnaum do Kursi zanotował, że był to kościół wzniesiony nad miejscem zamieszkania Piotra i Andrzeja.

"Odsłonięty teraz kościół jest jedyną dotąd odnalezioną świątynią między obiema miejscowościami" - powiedział w rozmowie z izraelską gazetą „Haaretz” szef ekipy archeologów Mordechai Aviam z Kinneret Academic College. Dodał, że kościół został odkryty w pobliżu osiedla z czasów rzymskich, dlatego pasuje do opisu Betsaidy przez historyka Józefa Flawiusza. Nie ma powodów do kwestionowania tego przekazu historycznego - twierdzą archeolodzy.

Do tej pory naukowcy odkopali południowe pomieszczenia kościoła należącego do kompleksu klasztornego. Odkryto m.in. mozaiki podłogowe, szklane kamienie mozaikowe oraz części marmurowego ogrodzenia chóru. Te znaleziska świadczą o wielkości i bogatym wyposażeniu świątyni.

Wykopaliska ukazały ponadto, że antyczna wioska żydowska zajmowała większą powierzchnię niż dotychczas sądzono. Archeolodzy znaleźli też pozostałości rzymskiego domu prywatnego z I-III w. Badania geologiczne wskazują, że liczne domy rozpadły się na skutek erozji spowodowanej przez rzekę Jordan.

Podczas wcześniejszych wykopalisk archeolodzy odkryli m.in. 300-kilogramowy blok bazaltu z trzema wydrążonymi pojemnikami. Zdaniem naukowców, mógł to być relikwiarz świętych apostołów Piotra, Andrzeja i Filipa.

Izraelscy archeolodzy twierdzą, że wykopaliska w Al-Araj to antyczne miasta Betsaida i Julias, a zatem miejsce urodzenia św. Piotra Apostoła, natomiast miasto zidentyfikowane w 1989 r. przez archeologów z uniwersytetu w Hajfie jako biblijna Betsaida, to dzisiejsze Et-Tell położone o dwa kilometry dalej na północ.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem