Przekonała się o tym ostatnio Billie Eilish — wybitna piosenkarka, dziesięciokrotna laureatka Grammy. Podczas gali przypięła znaczek „ICE out” i po odebraniu nagrody wygłosiła manifest przeciwko federalnym służbom imigracyjnym. „Nikt nie jest nielegalny na skradzionej ziemi” — powiedziała. A potem, już bez metafor: „f*** ICE”.
I tu pojawia się pytanie, którego długo nie zadawano głośno: czy śpiew, nawet dany przez Boga talent, daje prawo do wywyższania się i hejtowania? Bluzg na funkcjonariuszy służby państwowej nie staje się szlachetny tylko dlatego, że pada z ust artystki w blasku reflektorów.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Bo po drugiej stronie nie ma abstrakcji. Nie ma „systemu”. Są ludzie. Funkcjonariusze ICE w Stanach, żołnierze i Straż Graniczna w Polsce. Ojciec dwójki dzieci, który wraca po służbie i widzi w telefonie, że jest „oprawcą”. Młody chłopak po szkoleniu, który pierwszy raz w życiu stoi naprzeciw agresywnego tłumu i wie, że jeśli popełni błąd, nie będzie drugiej szansy. Ludzie, którzy nie mają mikrofonu, Grammy ani sali pełnej braw — mają zimno, stres i odpowiedzialność.
Polska pamięta rok 2021
Reklama
Granica była wtedy realnym polem nacisku i chaosu. Kamienie, prowokacje, nocne alarmy. Mundurowi stali tam tygodniami, często bez snu, z poczuciem, że bronią nie tylko linii na mapie, ale spokoju swoich rodzin. A równocześnie słyszeli z ciepłych studiów i wygodnych salonów, że są „bezwzględni”, „nieludzcy”, że to oni są problemem.
To niewiele różni się od tego, co zrobiła Agnieszka Holland wobec polskich żołnierzy i Straży Granicznej swoją „Zieloną granicą”, czy od słów Barbary Kurdej-Szatan, która kiedyś w emocjach opluła tych, którzy pełnili służbę. Mechanizm jest zawsze ten sam: łatwo moralizować z bezpiecznej sceny, trudniej stanąć nocą w lesie, w błocie, pod presją, w ryzyku, które ma twarz, nazwisko i rodzinę czekającą w domu.
A dziś dochodzi jeszcze coś gorszego: wielu funkcjonariuszy żyje z poczuciem, że nawet kiedy działają w obronie granicy, mogą zostać później osądzeni jak przestępcy. Że prokuratura będzie ich ścigać za użycie broni w sytuacji zagrożenia. Że państwo, które kazało im stać na posterunku, potem odwróci wzrok. To jest ciężar, którego nie zna ani Holland, ani Kurdej-Szatan, a w Stanach Billie Eilish.
Co ciekawe — dziś już nie ma oniemiałego zachwytu. Jest twarde lądowanie. I zaraz potem znany schemat: żal w mediach, opowieść o „hejcie”, robienie z siebie ofiary. Tylko że własnego hejtu wobec ludzi w mundurach jakoś nie widać. Nowy świat się zmienił i nie jest już dla celebrytów tak prosty: możesz być genialna, ale nie jesteś ponad odpowiedzialnością. Sława nie jest argumentem. A krzyk nie jest cnotą.
To koniec epoki glejtów. I może początek epoki dorosłości — w której zanim rzuci się przekleństwo na służbę, warto pomyśleć, co czuje człowiek stojący tej nocy na granicy.
