Fragment książki „Chłopaki (nie) płaczą. Muniek Staszczyk bez ciemnych okularów w rozmowie z Piotrem Żyłką”. Zobacz więcej: https://emocjeplusminus.pl/Muniek.
Pomóż w rozwoju naszego portalu

Piotr Żyłka: Wyspowiadałeś się, zacząłeś chodzić do kościoła, czytałeś książki o duchowości. Co się jeszcze zmieniło?
Reklama
Muniek: Na początku to była emocjonalna petarda. Chodziłem nakręcony jak zakochany nastolatek. „Jak On mnie kocha, jaki to jest power!” Nie chciałem jednak stać się katolickim celebrytą czy ewangelizatorem, co będzie wszędzie opowiadać o Bogu. Poszedłem do telewizji raz, powiedziałem, co miałem do powiedzenia, i to na razie wystarczy. Marta też mnie uczulała, żebym nie przeginał z „dawaniem świadectwa”. Pamiętam, jak w tamtym okresie rozmawiałem ze znajomym muzykiem reggae i on również półżartem zwrócił uwagę, żebym „się teraz nie zmienił w Maleo albo Litzę”. Oni też właśnie byli świeżo po nawróceniu i poszli w ewangelizację na maksa. Ja to czułem trochę inaczej. Miałem w repertuarze Boga, ale nie chciałem się przerzucić na robienie chrześcijańskiego rocka czy czegoś w tym stylu. Nie mówię, że to jest coś złego, ja po prostu tego nie czuję. Byłem innym człowiekiem i miałem trochę inną wrażliwość. Mój katolicki coming out, mimo że w wersji light, i tak nie wszystkim się spodobał. Wielu moich fanów mnie krytykowało. Przyznam szczerze, że wtedy to mnie trochę poruszyło, przestraszyłem się, czy się ode mnie nie odwrócą. Dziś już się nie przejmuję tak mocno tym, co myślą ludzie. Jeśli wiara jest dla mnie ważna, to nie ma się co oglądać i zastanawiać, czy nie stracę jakiegoś fana, jeśli coś o tym powiem. Za stary już jestem, żeby tak kalkulować. Wiek swoje robi i uwalnia człowieka od różnych lęków. Swoją drogą, mój serdeczny przyjaciel śp. Janek Nowicki lubił się nabijać z mojej pobożności. Często telefony do mnie zaczynał od zdania w stylu: „Ty stary dewocie, kurwa, jak tam żyjesz?”. Albo w Wielkanoc dzwonił do mnie o piątej rano i wypalał: „Wstałeś już na rezurekcję? Jak to nie? Nie leżysz jeszcze krzyżem?”. Ale to było tylko robienie sobie jaj. Przyjaźniliśmy się mocno, więc on mógł sobie na to pozwolić. Szybko zaczęły się pojawiać różne zaproszenia od księży. Trochę mnie to wkurzało, bo czułem, że zapraszają mnie tylko po to…
…żeby mieć znaną gębę, która jest „nasza” i gada o Bogu?
Właśnie. Mocno wziąłem sobie wtedy do serca radę Krzysztofa Zanussiego, który słysząc o moich rozterkach, powiedział mi: „Proszę pana, absolutnie tak, można, a nawet trzeba mówić o Bogu, ale z umiarem. Wie pan, panie Zygmuncie, ewangelizowanie tak, ale bez szaleństwa”. Dlatego kiedy dostawałem jakieś zaproszenie, kilka razy się zastanawiałem, czy na pewno chcę gdzieś pójść, i pilnowałem, żeby to nie było za często. Z czasem to też we mnie ewoluowało. Poznawałem kolejnych sensownych księży i ludzi Kościoła, więc chciałem z nimi współpracować. Z rzeczy, które zrobiłem w tym kluczu, najmocniej przeżyłem koncert, jaki zagraliśmy w więzieniu. Jeden z osadzonych dał mi po występie własnoręcznie zrobiony różaniec. Powiedział, że jest wdzięczny za moje świadectwo, bo ono mu dało nadzieję na to, że może w jego życiu też jeszcze się wydarzy coś dobrego. Mój sposób funkcjonowania w Kościele cały czas ewoluował. Zaczynałem od dominikanów, bo wiadomo, oni tacy otwarci i cool są. Wciąż czuję do nich miętę, w końcu to u nich zaczęła się moja przygoda ze świadomym wchodzeniem w chrześcijaństwo. W którymś momencie ktoś mi wrzucił temat, że warto czasem pójść do swojej normalnej parafii. Najpierw mi ten pomysł nie siadł, bo lubiłem uprawiać churching i wybierać sobie fajne kościoły. W końcu jednak, kiedy przeprowadziliśmy się do domu, w którym obecnie mieszkamy, zaczęliśmy chodzić z Martą w niedzielę do najbliższego kościoła. I mocno w nim zapuściłem duchowe korzenie. Na szczęście Pan Bóg się o mnie troszczy i za mocno mnie nie testuje, bo w naszej parafii mamy naprawdę świetnych księży. To jest kościół prowadzony przez saletynów. I poprzedni, i obecny proboszcz to dobrzy ludzie, bardzo oddani swojej posłudze. Podoba mi się, jak już trochę pochodziliśmy, że jest tak swojsko, zna się twarze ludzi, fajne to jest. Pamiętam, że kiedy pojechałem na pielgrzymkę do Guadalupe i tam, na drugim końcu świata, spotkałem kilka osób z mojej parafii, to się serio wzruszyłem. Nigdy jednak nie wszedłem do żadnej wspólnoty religijnej. Maleo mnie kiedyś namawiał, żebym dołączył do neokatechumenatu. Poszedłem nawet na jedno spotkanie, ale mi się nie spodobało. Ja nie lubię się za mocno zrzeszać. To chyba kwestia tej mojej punkowej duszy. [śmiech].
