O Medjugorje usłyszała od jednego z dziennikarzy. Pojechała na pielgrzymkę z ciekawości, ale też z nadzieją, i wtedy zaczęło się coś, czego nie sposób było zignorować: bluźniercze głosy, niewidzialny opór, nocne zmagania.
Twarzą w twarz z diabłem to osobiste świadectwo sześcioletniej, udokumentowanej walki o uwolnienie i autentycznych egzorcyzmów prowadzonych na Ani przez o. Gabriele Amortha, o. Cipriano de Meo i ks. Antonio Mattatellego. Autorka po raz pierwszy odsłania realne dialogi między egzorcystą a demonem, niepublikowane wcześniej zapiski i kulisy, o których wielu dziś milczy.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Ta historia albo każe ci odwrócić wzrok… albo otworzy oczy.
To jest świadectwo, którego nie można zignorować.
ANIA GOLĘDZINOWSKA - polska modelka i celebrytka, mówczyni i autorka książek, m.in.: Ocalona z piekła, Z ciemności do światła. Urodzona w Warszawie, jako nastolatka wyjechała do Włoch, gdzie zrobiła karierę w świecie mody i mediów. W młodości była ofiarą handlu ludźmi; doświadczenie zniewolenia i ucieczki stało się początkiem jej poszukiwań prawdy. Przełomem okazała się pielgrzymka do Medjugorje, która zapoczątkowała nawrócenie i sześcioletnią drogę walki o uwolnienie. Dziś dzieli się swoim świadectwem i angażuje w inicjatywy na rzecz osób skrzywdzonych. W 2025 roku była prelegentką podczas międzynarodowego kursu egzorcyzmów i modlitwy o uwolnienie (Corso Internazionale di Esorcismo e Preghiera di Liberazione) na Papieskim Uniwersytecie Regina Apostolorum w Rzymie.
Reklama
Bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że w mojej posłudze egzorcysty – trwającej już ponad dwadzieścia lat– przypadek Ani Golędzinowskiej jest jednym z najpoważniejszych i najbardziej interesujących. To przypadek ciężkiego opętania, ze wszystkimi nadnaturalnymi i nadprzyrodzonymi znakami, które zwykle towarzyszą procesowi uwolnienia: bezpośrednie rozmowy z duchami nieczystymi, hierognoza, znajomość okultystycznych faktów także z domeny publicznej, doświadczenia poza ciałem… Nie mogę nie polecić tej książki - ks. Antonio Mattatelli, egzorcysta.
FRAGMENT KSIĄŻKI Twarzą w twarz z diabłem. Prawdziwa historia.
Książka do kupienia w naszej księgarni: ksiegarnia.niedziela.pl.

PUSTKA W SERCU GLAMOUR
Mediolan był sceną, na której rozgrywało się moje życie. Świat pełen celebrytów, oślepiających świateł i blichtru. Moim narzeczonym był siostrzeniec Berlusconiego. Wiodłam życie, które wiele osób mogłoby uznać za idealne. Jednak za całą tą fasadą sławy i sukcesu krył się brak poczucia sensu i wielka pustka, której żadna sesja fotograficzna ani żaden program telewizyjny nie były w stanie zapełnić. Pewnego dnia wydawca zaproponował mi podróż, która na zawsze miała zmienić bieg mojego życia: Medjugorje, Bośnia i Hercegowina. Sława przestała mnie bawić. Zaczynałam pragnąć czegoś prawdziwego, głębszego, wiecznego. Przyjęłam zaproszenie, nie wiedząc nawet, że miałam wkroczyć do świata, w którym światło i ciemność stykają się każdego dnia. Tam, zanurzona w klimacie modlitwy i nadziei, poznałam egzorcystę. Z czystej ciekawości poprosiłam, aby pomodlił się za mnie. To, co się wydarzyło, było szokujące: szepczące głosy, bluźnierstwa, wewnętrzna walka, która rozdzierała moją duszę. To było tak, jakby nieznana siła zbuntowała się we mnie. Tak wyglądał początek podróży, która miała mnie doprowadzić do konfrontacji z czymś, co wielu wolałoby zignorować.
Reklama
Później w małym miasteczku położonym w regionie Bazylikata, w Montemurro, modlił się nade mną inny egzorcysta. Podczas jednej z tych modlitw moje ciało się wygięło, a umysł pogrążył się w przerażającej wizji: zobaczyłam krople krwi spadające na podłogę. Czy to było prawdziwe? Czy tylko symboliczne? Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. To jest historia mojej drogi, mojego poszukiwania prawdy i zbawienia. Autentyczna, mocna, czasami niepokojąca opowieść. To historia nawrócenia, duchowej walki, odrodzenia. Urodziłam się w Warszawie, w biednej rodzinie. Od dzieciństwa moje życie naznaczone było wieloma dramatycznymi przeżyciami: rozstanie rodziców, nadużycia seksualne ze strony przyjaciela rodziny, a potem rozpaczliwe poszukiwanie drogi wyjścia, lepszego życia. Będąc jeszcze dzieckiem, wyjechałam do Włoch. Ale to, co miało być spełnieniem marzeń, okazało się koszmarem: trafiłam w ręce ludzi handlujących dziewczynami, którzy zmusili mnie do pracy w nocnym klubie. Uciekłam stamtąd po tym, jak zostałam zgwałcona. Potem był Mediolan. Żyjąc pomiędzy wzlotami a upadkami i karmiąc się iluzją bezwarunkowej miłości, zaczęłam stawiać pierwsze kroki w świecie rozrywki i show-biznesu. Jednak za kulisami, kiedy gasło światło, zostawała samotność, kompromisy, narkotyki i wszystkie cienie, o których nikt głośno nie mówi. Pojawiałam się na okładkach gazet, robiono mi zdjęcia na najważniejszych wydarzeniach, a nawet gonili za mną paparazzi, kiedy książę – tak, prawdziwy książę – zaprosił mnie na randkę w Rzymie. Miałam to wszystko, co świat nazywa sukcesem. Ale w środku była tylko wielka pustka. Szukałam czegoś, co mogłoby tę pustkę zapełnić. Szukałam miłości, przebaczenia, czegoś prawdziwego. Droga ta zaprowadziła mnie aż do Medjugorje. Znalazłam się tam przez przypadek – albo raczej zrządzeniem Bożej opatrzności – i od tego momentu w moim życiu nastąpił zupełnie niespodziewany zwrot. Musiałam zmierzyć się z cierpieniem, ale doświadczyłam też przebaczenia. Na nowo odnalazłam wiarę.
Reklama
I tam zaczęła się moja prawdziwa walka: o uwolnienie duszy. Światła fleszy rozbłyskiwały raz po raz, oświetlając idealne twarze i usta zastygłe w wymuszonych uśmiechach. W powietrzu unosił się zapach drogich perfum i szampana. Muzyka w tle. Pulsujący bas wyznaczał rytm tamtej nocy, która, wydawało się, nigdy się nie skończy. Modelki, aktorzy, biznesmeni, celebryci… Byłam jedną z nich. Designerskie drogie ciuchy, ekskluzywne gale, rozświetlone wybiegi: marzenie, za którym goniłam przez lata, a które teraz z całej siły obejmowało mnie swoim błyszczącym ramieniem. Jednak pośród tego złotego blasku czułam tak wielką pustkę, że nawet największy aplauz nie potrafił jej zapełnić. Moje życie wydawało się idealne. Wszystko, czego pragnęłam – przynajmniej według reguł tego świata – było moje: artykuły i zdjęcia w gazetach, wysokie zarobki, najbardziej ekskluzywne imprezy, fascynujący, sławni i budzący zazdrość narzeczeni. A jednak każdego wieczoru, kiedy wracałam do domu, zmywałam makijaż i patrzyłam w lustro, słyszałam pytanie, które jak cień ciągle mi towarzyszyło: Czy to naprawdę wszystko? Nie było nikogo, z kim mogłabym dzielić ciszę nocy, kto potrafiłby zrozumieć krzyk, który rozdzierał mnie od środka. Wypełniłam moje życie blichtrem, błyskiem fleszy, ale w środku byłam całkiem sama. Dusza zagubiona w świecie, który obiecywał szczęście, a dawał jedynie iluzje. Zaczęły mi się przytrafiać rzeczy dziwne, najczęściej w nocy albo we wczesnych godzinach porannych. Cisza mojego mieszkania zamieniała się w przytłaczający cień. W powietrzu wyczuwalny był niepokój, którego nie byłam w stanie wyjaśnić, jakbym faktycznie nie była tam sama. Im bardziej wchodziłam w ten świat, tym mocniej odczuwałam dziwną obecność. Medycyna nazywała to paraliżem sennym, ale dziś wiem, że było to coś więcej. W powietrzu rozbrzmiewało tykanie, jakby niewidzialny zegar odmierzał czas, te kilka chwil, jakie zostały mi, zanim spadnę w otchłań.
Reklama
Części mojego ciała sztywniały, jakby były z kamienia, ale mój umysł pozostawał świadomy, obudzony, nieustraszony. Czułam obecność, której nie widziałam, ale wiedziałam, że jest blisko, że jest groźna, jakby czegoś ode mnie chciała. Za każdym razem walczyłam ze wszystkich sił, aby uwolnić się od tego paraliżu, i zawsze mi się udawało, ale wspomnienie strachu zostawało, narastało, było niczym rana, która nigdy się nie goi i nigdy się nie zabliźnia. Pewnego wieczoru postanowiłam jednak się z tym zmierzyć. Jak zwykle leżałam w łóżku, pogrążona w myślach, kiedy ten dobrze znany mi dźwięk zaczął rozbrzmiewać w powietrzu: tik-tak. Paraliż powrócił, silniejszy, bardziej nieustępliwy. Ale tym razem nie chciałam uciekać. Poczułam, że muszę to zrozumieć. Udało mi się uspokoić oddech i nie dać się zdominować przez strach, który mnie zewsząd przytłaczał. Czułam na sobie coraz większy ciężar. Wydawało się, że kołdra ugina się na skutek jakiegoś niewidzialnego nacisku, a potem pojawiły się ślady stóp… ślady na tkaninie, jakby ktoś chodził po mnie. Przerażenie zmroziło mi krew w żyłach, ale zamiast od razu rozpocząć walkę, jak zawsze to robiłam, tym razem pozostałam bez ruchu, próbując zrozumieć. Strach mnie zżerał i kiedy w końcu udało mi się wyrwać z tego katatonicznego stanu, serce waliło mi jak szalone. Zdałam sobie sprawę, że tej nocy dotknęłam czegoś, co było znacznie większe ode mnie.
Działo się to dokładnie w tym czasie, kiedy znany dziennikarz, właściwie przypadkiem – a może raczej zrządzeniem losu – opowiedział mi o Medjugorje. Poznałam go na prezentacji nowej ramówki, gdy pracowałam dla pewnej stacji telewizyjnej. Kiedy usłyszał moją historię i dowiedział się, że zamierzam wydać moją pierwszą książkę, przedstawił mnie Diego Manettiemu, redaktorowi wydawnictwa Piemme należącego do grupy Mondadori. Również on był stałym bywalcem Medjugorje i tak między jednym a drugim spotkaniem mimochodem zaproponował wyjazd do Bośni, jakby to był jeden z wielu popularnych kierunków egzotycznych podróży.
Myśl o Medjugorje niczym nasiono zakorzeniła się w moim umyśle. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale coś mnie popychało, żeby tam jechać. Być może była to tylko ciekawość, a może też nadzieja, że znajdę powód tego poczucia niepokoju, które stale mi towarzyszyło. Nie wiem tego. Byłam zdezorientowana. Dla mnie wybranie się na pielgrzymkę oznaczało przyznanie się do bycia słabym, przegranym. Tak samo myślałam o ludziach, którzy chodzili do kościoła. Nie mogłam sobie wtedy wyobrazić, że ta podróż na zawsze zmieni moje życie.
Reklama
Kiedy mój wydawca również zasugerował mi wyjazd do Medjugorje, pomyślałam sobie: A kogo to obchodzi? Ważne, żebyście wydali moją książkę. W tamtych czasach wydać książkę w Piemme–Mondadori nie było łatwo, więc jeśli to miała być cena, jaką musiałam zapłacić, to pojechałabym do Medjugorje nawet bez jakiejś szczególnej potrzeby. Podjęłam decyzję, że będę się tam modlić tylko za moją siostrę, i nie przyznałam się, że robię to oportunistycznie, jedynie dla własnej korzyści. Wciąż dobrze pamiętam słowa wydawcy: – Wydam twoją książkę, ale ty musisz pojechać ze mną do Medjugorje. Zobaczysz, że po powrocie twoja historia będzie całkiem inna.
Tamtego dnia te słowa nie miały dla mnie żadnego znaczenia. Diego Manetti, wydawca z Piemme, od którego otrzymałam to zaproszenie, opowiadał potem:
Kiedy pojechałem zabrać Anię sprzed jej domu w samym centrum Mediolanu, stanąłem jak wryty. Wyjeżdżaliśmy na cztery dni, a ona wystroiła się tak, jakby miała brać udział w imprezie glamour: elegancka, w pełnym makijażu, z ogromną walizką. Kiedy odkryłem, co się w niej znajduje: wieczorowe stroje, szpilki, prostownica do włosów, suszarka…, zrozumiałem, że nie miała zielonego pojęcia, dokąd jedziemy. Pomyślałem sobie: O matko! Ona kompletnie nic nie rozumie! Zacząłem bardzo wątpić, że cokolwiek może się zmienić. Niemniej nie przestawałem wierzyć w moc Boga i Maryi. Miałem nadzieję, że pomoże niezwykła duchowość tego miejsca. I tak ruszyliśmy.
Reklama
Opowiem to w skrócie, bo całą tę historię opisałam dokładnie w mojej pierwszej książce. Spędziłam w Medjugorje kilka dni i robiłam tam wszystko, co sugerował Diego. Do pewnego momentu było cudownie. Ale wtedy wydarzyło się coś, czego nigdy nie zapomnę. Dopadł mnie straszliwy głód. Nie taki zwyczajny – był to głód, który ściska wnętrzności i sprawia, że ma się mroczki przed oczami. Wpadłam do najbliższego baru i zamówiłam największego hamburgera, jakiego znalazłam. Zasiadłam z poczuciem tryumfu naprzeciw konfesjonałów, wokół których klęczeli ludzie pogrążeni w ciszy i modlitwie. A ja – z błogim uśmiechem – pochłaniałam moją kanapkę, jakby to było objawienie płynące prosto z nieba.
I wtedy to poczułam. Te spojrzenia. Ciężkie, pełne zgorszenia, jakbym właśnie zaczęła recytować łacińskie przekleństwa na audiencji u papieża. Pomyślałam: O co wam chodzi? Przecież nikomu nie ukradłam tego hamburgera! Dopiero wieczorem zrozumiałam prawdę. To był Wielki Piątek. Wszyscy pościli. A ja, niczego nieświadoma, zachowałam się jak turysta zamawiający w Rzymie carbonarę ze śmietaną2. Wcinałam grzesznie na środku sanktuarium wielkiego hamburgera. Elegancja? Zero. Po tej kulinarnej ekstazie przeszłam wszystkie ścieżki duchowe: drogę krzyżową, miejsca objawień, wszystkie wzgórza. Odbyłam pielgrzymkę totalną. I co? I nic! Nie widziałam Matki Bożej. Nie pojawiła się żadna świetlista zjawa, żaden anioł z aureolą nie powiedział do mnie: Ania, oto cała prawda!
A jednak coś się wydarzyło.
Reklama
Kiedy wdrapałam się na górę Križevac, gdzie znajdują się stacje drogi krzyżowej, moje serce – które przez lata było twarde jak głaz – rozpadło się na milion kawałków. Nagle zaczęłam płakać. Powstrzymywane przez wiele lat łzy teraz niczym strumień płynęły po mojej twarzy. Zbyt długo starałam się być silna, aby udowodnić całemu światu, że nikogo nie potrzebuję, że mogę wszystko zrobić sama. Ale podążając od stacji do stacji drogi krzyżowej, zdałam sobie sprawę, że tak nie jest. Ja też mimo wszystko potrzebowałam kogoś, kto mnie będzie kochał, kto mnie szczerze przytuli, kto poda mi pomocną dłoń, kiedy upadnę. Potrzebowałam kogoś, kto wskaże mi drogę i będzie szedł obok mnie. Właśnie tam, na tej górze, w ciszy, usłyszałam głos mówiący do mnie:
– Aniu, musisz przebaczyć, musisz przebaczyć wszystkim. Te słowa przepływały przez moją duszę jak rwąca rzeka i prawie nie zdając sobie z tego sprawy, otworzyłam usta, aby wypowiedzieć dwa proste słowa:
– Przebaczam wam.
Wybaczyłam mamie i zrozumiałam, że także ona, zanim sama została matką, była córką. Również ona nosiła w sobie ogromną potrzebę miłości, potrzebowała kogoś, kto ją weźmie za rękę, kto ją poprowadzi. Być może nie otrzymała tego, kiedy była dzieckiem, i właśnie z tego powodu, kiedy nadeszła jej kolej, nie była zdolna do bycia matką. Przebaczyłam tym, którzy mnie molestowali, którzy mnie zranili i przez których wiele lat cierpiałam. Łzy nie przestawały płynąć, a ja czułam się coraz lżejsza, tak jakbym zostawiła na tej górze głaz, który przez wiele lat wlekłam za sobą. Pamiętam tę podróż, która wydawała się nie mieć końca. Jechaliśmy samochodem, a Diego przez całą drogę odmawiał różaniec. Jedno Zdrowaś Maryjo za drugim, jakby walczył z czymś niewidzialnym. A ja? Siedziałam obok z zamkniętymi oczami, udając, że śpię. Byle tylko nie musieć się modlić. Nie chciałam. Nie byłam gotowa.
Reklama
Ale wszystko zmieniło się tam, na tej górze. Gdy po raz pierwszy w życiu udało mi się przebaczyć. I nie był to jakiś emocjonalny moment, uniesienie. To było tak, jakby coś głęboko we mnie pękło. Coś, co latami trzymało mnie w jednym miejscu. Nie chciałam już wracać. Ani do Mediolanu, ani do świateł sceny, ani do blichtru. Życie showgirl nagle wydało mi się obce, zupełnie nie moje. Odwróciłam się do Diego, spojrzałam mu prosto w oczy i powiedziałam cicho, ale z całą mocą, jaką miałam w sobie:
– Wiesz… miałeś rację. Moja książka była już gotowa. Czarna od bólu. Napisałam ją z poziomu nienawiści, żalu, potrzeby zemsty na tych wszystkich, którzy mnie zranili. Ale teraz… możesz ją wyrzucić do kosza. Bo przewróciłam stronę. Przebaczyłam. I w końcu mogę zacząć pisać od nowa.
Cała historia Ani Golędzinowskiej do przeczytania w książce: ksiegarnia.niedziela.pl.

