Przez ostatnie lata żyliśmy w logice jednego zdania: „Wojtyła tuszował pedofilię”. Bez znaku zapytania, za to z obowiązkowym ujęciem okna przy Franciszkańskiej 3 i kilkoma komentarzami „ekspertów”. W tej narracji nikt nie potrzebował prawa kanonicznego, struktury Kościoła ani realiów PRL. Wystarczył zestaw: SB, „księża patrioci”, trochę emocji – i gotowe.
Tymczasem dziennikarze „Rzeczpospolitej” Tomasz Krzyżak i Piotr Litka sięgnęli do zamkniętych dotąd akt krakowskiej kurii (otowrzył je niedawno kard. Grezgorz Ryś) oraz do IPN, przejrzeli dokumenty, notatki, listy, kalendaria. I okazało się, że prosty schemat „zbrodnia – przeniesienie – zmowa milczenia” sypie się jak domek z kart. Weźmy przypadek, który miał być koronny przeciw Wojtyle: ks. Eugeniusz Surgent. Nie anonimowy „ksiądz pedofil”, ale biografia pełna konfliktów, manipulacji i wreszcie brutalnego krzywdzenia chłopców – opisanego w aktach milicji i prokuratury ze szczegółami, od których włos się jeży na głowie. Sąd skazuje go na trzy lata bezwzględnego więzienia. W tym samym czasie SB widzi w nim idealny „materiał” na TW. Ten sam człowiek, który deprawuje chłopców, staje się narzędziem walki z Kościołem. Co z tym wszystkim robi Karol Wojtyła, któremu ów duchowny podlega? Czy rzeczywiście – jak powtarzano – „przenosił księdza z parafii na parafię, żeby mógł dalej krzywdzić”?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Dokumenty mówią co innego. Gdy do kurii dociera ta informacja, sprawa nie znika. Wojtyła kieruje ks. Surgenta na badania psychiatryczne – na tamte czasy krok absolutnie wyjątkowy. Specjalista stwierdza poważne zaburzenia osobowości, ostrzega przed jego wpływem na otoczenie. Wojtyła reaguje błyskawicznie: zawiesza księdza w obowiązkach duszpasterskich; nakłada zakaz spowiadania, publicznego odprawiania Mszy; usuwa go z pracy w archidiecezji krakowskiej i odsyła do macierzystej archidiecezji lubaczowskiej, bo tylko tam biskup może zastosować pełną gamę kar przewidzianych przez Kodeks z 1917 r. Co więcej – decyzje Wojtyły wyprzedzają działania milicji: gdy państwowe śledztwo rusza, Surgent jest już zawieszony i usunięty od parafii. Nie „przesunięty po cichu”, ale wyrzucony z diecezji, z formalnym zakazem wykonywania funkcji kapłańskich na jej terenie. To nie jest wzorzec tuszowania. To jest użycie ówczesnego prawa kościelnego do maksimum – często szybciej i surowiej, niż reagowało państwo PRL.
Tu dochodzimy też do punktu, który w debacie bywa najczęściej przemilczany: Karol Wojtyła – już jako papież Jan Paweł II był tym, który jako pierwszy systemowo zaostrzył prawo wobec księży uwikłanych w pedofilię. To on w 1983 roku zatwierdza nowy Kodeks Prawa Kanonicznego, w którym jasno wpisano surowe kary za wykorzystanie seksualne małoletnich, wraz z wydaleniem ze stanu duchownego. To już nie są „lokalne zwyczaje”, ale obowiązujące normy w całym Kościele. To on w 1992 roku promulgował Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie wykorzystanie dziecka zostało jednoznacznie nazwane ciężkim przestępstwem i grzechem szczególnie wołającym o pomstę do nieba. Potem było motu proprio „Sacramentorum sanctitatis tutela” z roku 2001. Jan Paweł II uznaje w nim przestępstwa wobec małoletnich za jedne z najcięższych w Kościele, nakazuje obowiązkowe zgłaszanie każdej poważnej sprawy do Kongregacji Nauki Wiary i rezerwuje prowadzenie procesów karnych Stolicy Apostolskiej. Od tego momentu żaden biskup nie może już „załatwić sprawy po cichu”, bo śledztwo kanoniczne podlega kontroli z Rzymu, a wydalenie ze stanu duchownego staje się realnie stosowaną karą. To prawo - tworzone i podpisywane przez Jana Pawła II - stało się fundamentem działań jego następców na Stolicy Piotrowej.
Co więc zostaje z oskarżenia „Wojtyła tuszował”? Zderzone z dokumentami – kruszeje.
Mamy biskupa, który wobec znanych sobie sprawców reagował szybko i surowo jak na ówczesne standardy. Mamy papieża, który jako pierwszy centralnie zaostrzył prawo, zdefiniował procedury, kary i obowiązek zgłaszania. Można dyskutować, czy zrobił wszystko, co możliwe. Nie można jednak – bez gwałtu na faktach – twierdzić, że „nic nie zrobił” albo że „systemowo chronił”.
Czy oskarżyciele są gotowi to przyznać? Czy łatwiej będzie nadal powtarzać stare slogany, ignorując to, co wynika z archiwów?
