Reklama

Wezwał go alarm do ostatniej akcji

2016-03-30 12:22

Monika Jaworska
Edycja bielsko-żywiecka 14/2016, str. 4-5

Archiwum Teresy Kowalczyk
Teresa z Bogdanem w procesji z darami w Go´rce Klasztornej w 1997 r.

Słonecznie niedzielne popołudnie. Niedziela Bożego Miłosierdzia. Nagle w Skoczowie słychać głos syreny strażackiej. Strażacy ruszają na akcję i wkrótce znajdują się na ul. Strażackiej w Ochabach, na skrzyżowaniu z ul. św. Marcina, nieopodal kościoła św. Marcina. Jadą przez Ochaby gasić palącą się trawę w Kiczycach. Nagle strażacki wóz zjeżdża z drogi i uderza w skrzynki na listy. Kierowca traci przytomność. Zawał serca! Jest Godzina Miłosierdzia...

W święto Bożego Miłosierdzia 19 kwietnia 2009 r. jedliśmy uroczysty świąteczny obiad z przyjaciółmi – bardzo wierzącą rodziną z pięciorgiem dzieci. Ok. godz. 14, gdy zawyła syrena w mieście, Bogdan zostawił jedzenie i popędził do akcji. To on był kierowcą wozu bojowego... Zbliżała się Godzina Miłosierdzia. Nagle otrzymaliśmy wiadomość przez telefon, że coś niedobrego dzieje się w Ochabach, że Bogdan zasłabł za kierownicą... – wspomina żona Bogdana Kowalczyka, Teresa. Kobieta na co dzień prowadzi mały sklep w Skoczowie. A jej mąż był naczelnikiem Ochotniczej Straży Pożarnej w Skoczowie. – Mój mąż był oddany służbie w OSP. Bez względu na samopoczucie i zdrowie ruszał do akcji – mówi Teresa.

Bogdan wychowywał się w rodzinie ewangelickiej. Jego ojciec w wieku 36 lat zginął pod kołami autobusu, a mama zmarła na raka, mając 47 lat. Rodzicie nadużywali alkoholu, dlatego Bogdan, jeszcze za życia mamy, znalazł się w domu dziecka w Dzięgielowie. – Mój mąż miał trudne dzieciństwo i rzadko je wspominał. Nigdy nie pił. Od dziecka sobie przyrzekł, że nie będzie spożywał alkoholu w żadnej postaci, nawet w ciastku czy w lekarstwie. Potem uczył się wiary katolickiej – w czasie naszego małżeństwa przez 27 lat. Wiele radosnych chwil przeżyliśmy w naszym małżeństwie. Wspólnie chodziliśmy do kościoła, wyjeżdżaliśmy w różne miejsca. Nigdy nie pracowaliśmy w niedzielę ani nie chodziliśmy w tym dniu do sklepów – wspomina Teresa.

Ważne miejsce w ich małżeństwie zajmowała wspólna modlitwa. Bogdan szczególnie umiłował modlitwę „Anioł Pański”, a jego żona – Koronkę do Miłosierdzia Bożego. – Nieraz, gdy sprzedawałam w sklepie, a Bogdan był w pobliżu i wybijała godz. 12, to zaczynał głośno modlitwę. Niektórzy klienci włączali się w to. Godziny 12 i 15 były dla nas szczególne. Co jest też dziwne, gdy Bogdan zmarł, to zegary postawały o godz. 12 – jeden antyczny, a drugi, który Bogdan miał na ręce, zatrzymał się parę minut po 12, w godzinie „Anioła Pańskiego” – mówi Teresa.

Reklama

„Niech się Pani tylko modli”

– Gdy mąż umierał w Ochabach na zawał serca, moja córka Kasia wzięła krzyż, mówiąc: „Mamo! Tata będzie żył, bo jemu zawsze się coś dzieje w tej godzinie między 14 a 15!”. Wszyscy modliliśmy się do Miłosierdzia Bożego za Bogdana. Po modlitwie zadzwoniłam na pogotowie. Oni mi powiedzieli, bym jechała natychmiast do Ochab, bo on jeszcze żyje, reanimują go. Pojechałam z przyjaciółmi – tymi, którzy wtedy jedli z nami obiad. Po drodze znów modliliśmy się Koronką, a Kasia z dziećmi naszych przyjaciół poszła do naszego kościoła parafialnego pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła modlić się do Miłosierdzia Bożego – opowiada Teresa. Gdy już Teresa dotarła na miejsce, zobaczyła, że reanimują Bogdana. Chciała ku niemu podbiec, ale jej przyjaciółka Bożena nie puściła jej, zachęcając, by obie zaczęły się znów modlić Koronką. – Mówiła do mnie: „Powinnyśmy się jeszcze raz pomodlić. Nie możesz im przeszkadzać. Oni muszą ratować Bogdana”. Bożenka trzymała mnie mocno, nie chciała mnie puścić. Trzeci raz modliłyśmy się Koronką za Bogdana. A gdy skończyłyśmy modlitwę, Bożenka mnie zapytała: „A co, jeśli wola Pana Boga jest inna? ...”. Ja jej na to: „Niech się dzieje wola Boża”. I obie odmówiłyśmy „Pod Twoją obronę”. Wtedy puściła mnie do doktora – też wierzącego człowieka, który nawet współpracował z Bogdanem w różnych inicjatywach strażackich. Pytam się go: „Panie doktorze, Bogdan by mnie ratował, a co ja mam robić?”. A on mówi: „Niech się Pani tylko modli” – wspomina Teresa. Po długiej reanimacji lekarz stwierdził zgon...

Ostatnie spotkanie

W poniedziałek, dzień po śmierci Bogdana Kowalczyka, strażacy i członkowie misyjnej wspólnoty dziecięco-młodzieżowej Misyjna Jutrzenka ze Skoczowa zebrali się na Kaplicówce – miejscu pamiętnej wizyty Jana Pawła II w 1995 r. na Podbeskidziu. Była też tam Teresa i ówczesny wikariusz skoczowskiej parafii ks. Marcin Wróbel – opiekun Misyjnej Jutrzenki. Kapłan powiedział dobre słowo o Bogdanie. Obecni modlili się za Zmarłego.

– Mój mąż miał niecałe 49 lat jak umarł. Strażacy ustawili pod krzyżem 48 białych i czerwonych zniczy, pół na pół, razem tworzyły flagę. Był jeszcze 49. znicz, który stał pod kaplicą. Kilka osób zostało na Kaplicówce i poszło modlić się przy 49. zniczu za mojego męża. 48 się świeciło, a on ciągle gasnął, mimo iż nie wiał wiatr. Dla nas to miało wymiar symboliczny – że Bogdan nie dożył 49 lat – podkreśla Teresa.

Pogrzeb odbył się 23 kwietnia 2009 r. w kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Skoczowie. Przyszły tłumy ludzi. Bogdana znało i szanowało wiele osób. „Jeszcze w ubiegłą niedzielę był z nami obecny na Mszy św. Jeszcze tydzień temu wraz z małżonką, córką i wnukiem dziękował za jubileusz 27-lecia małżeństwa. Przystąpił do Komunii św. Nie spodziewał się, że będzie to jego ostatnie spotkanie z Chrystusem w tej świątyni, że wkrótce spotka się ze Zmartwychwstałym w wieczności. I oto 19 kwietnia, w Niedzielę Bożego Miłosierdzia, w dniu 4. rocznicy wyboru papieża Benedykta XVI na Stolicę Piotrową, alarm wezwał go do akcji. Nie zawahał się...” – mówił w homilii pogrzebowej ks. Marcin Wróbel.

Ludzie zamówili 80 Mszy św. w intencji śp. Bogdana Kowalczyka. Odprawiono gregoriankę w Brennej. Teresa wspomina: – Po ostatniej gregoriance poczułam radość w sercu. Pojechałam na stary cmentarz w Skoczowie, gdzie jest pochowany Bogdan i dwójka naszych dzieci w małym grobie. Z radością w sercu stałam nad grobem i śpiewałam o Bożym miłosierdziu. Co ciekawe, nasz syn Kamil, który w dniu śmierci Bogdana miałby 21 lat, umarł też 19 kwietnia, a ja umierałam z nim. Moja mama mi wymodliła życie. Dziecko miało niedotlenienie mózgu, poród był za późno... 4 lata wcześniej zmarła nasza 4-dniowa córka Kinga. One umarły w czasach, kiedy nie robiło się takim dzieciom pogrzebu. Gdy miał się urodzić Kamil, miałam pragnienie chrztu dla niego, bo wiedziałam, że jest źle. Błogosławiłam go w łonie. Ale smuciłam się, że dzieci nie miały pogrzebu, że nie były ochrzczone. I gdy przenoszono grób Bogdana w nowe miejsce, obecny tam kapłan pobłogosławił także grób naszych dzieci, odmówił modlitwę za nie. Poczułam pokój w sercu...

Podwójnie związana z Bożym Miłosierdziem

Nagła śmierć Bogdana była dla Teresy ciężkim przeżyciem. Ale sam fakt, że mąż był przygotowany na spotkanie z Bogiem i umarł w Godzinie Miłosierdzia, w święto Bożego Miłosierdzia, że kapłan zdążył go namaścić – to wszystko sprawiło, że czuła się spokojna. – Najwięcej dziękuję Bogu przede wszystkim za to, że Bogdan nikogo nie zabił na drodze, gdy jechał na akcję. Dziękuję, że nie potrącił ludzi, którzy szli do kościoła św. Marcina w Ochabach na nabożeństwo. Ufam, że miłosierny Bóg tak to pokierował, że gdy mój mąż dostał zawału serca za kierownicą, nie wjechał na żadnego człowieka – wspomina Teresa. – Często zastanawiałam się, skąd mam ten pokój w sercu, zwłaszcza że myślałam, iż pierwsza umrę, bo więcej chorowałam. A w 2007 r. oboje zatruliśmy się tlenkiem węgla w domu, Bogdan był nieprzytomny. Właściwie to on najpierw ratował mnie, nie wiedział, że też jest zatruty. Oboje trafiliśmy do szpitala. Gdy dojechałam na miejsce, kończyłam modlitwę Koronką. Ta modlitwa zawsze nam towarzyszyła. Wierzę, że to Jezus Miłosierny wnosi pokój w moje serce – zapewnia Teresa.

Kobieta spoglądając na zdjęcia męża uśmiecha się, myśli o minionych latach i o wielkim miłosierdziu, jakie Bóg wyświadcza jej rodzinie. – Minął już 7. rok od śmierci mojego męża. Pomyśleć, że 7 to liczba biblijna. Trwamy także w Roku Miłosierdzia. W moim kościele parafialnym Świętych Apostołów Piotra i Pawła jest Brama Miłosierdzia, jest stały konfesjonał i adoracja. Same łaski! W 6. roku po śmierci Bogdana wiele się działo złego, szatan atakował ze wszystkich stron, ale Pan Bóg Miłosierny posyłał mi dobrych aniołów, którzy przynosili pociechę i nadzieję. Mimo wszystko nie poddawałam się, ale z radością i ufnością w Boże Miłosierdzie starałam się i staram iść do przodu. Wierzę także w to, że Bogdan wie, co się u mnie dzieje, i wstawia się za nami u Boga – podkreśla Teresa.

W Roku Miłosierdzia i peregrynacji znaków miłosierdzia Teresa stara się od czasu do czasu pojechać na peregrynację i trwać na modlitwie przy miłosiernym Panu. – Byłam m.in. w Cięcinie, w Przybędzy, w Zamarskach, Ogrodzonej, Hażlachu i w innych. Czekam aż przyjdzie czas na nasz dekanat skoczowski. Zawsze kochałam Jezusa Miłosiernego, a poprzez śmierć Bogdana czuję się podwójnie związana z Miłosierdziem Bożym. Ono jest stale obecne w życiu moim i mojej rodziny. Brałam ślub z Bogdanem tydzień po świętach Wielkanocnych, 17 kwietnia 1982 r., w oktawie Zmartwychwstania Pańskiego. Co ciekawe, najstarszy syn Konrad żenił się też tydzień po Wielkanocy, 17 kwietnia 2004 r., w wigilię Miłosierdzia Bożego i w rocznicę naszego ślubu. A młodszy syn Krzysiek bierze ślub 2 kwietnia br., czyli... w wigilię święta Bożego Miłosierdzia, a jednocześnie w rocznicę śmierci Jana Pawła II, który ogłosił święto Miłosierdzia Bożego dla całego Kościoła. Byłam zaskoczona, gdy syn mi powiedział o dacie ślubu, zwłaszcza, że ja tego z nim w ogóle nie ustalałam. Utwierdziłam się w tym, że Jezus Miłosierny jest cały czas z nami i przypomina nam o sobie. I przypomina nam o Bogdanie, który – jak to powiedział ks. Marcin Wróbel na kazaniu pogrzebowym: „w szczególny dzień Bożego Miłosierdzia ustanowiony przez papieża Jana Pawła II, i w Godzinie Miłosierdzia, został powołany, aby oglądać Tego, którego na ziemi czcił poprzez wiarę”...

Tagi:
świadectwo

Reklama

Raper ministrantem

2019-11-19 12:16

Damian Krawczykowski
Niedziela Ogólnopolska 47/2019, str. 16

Zrezygnował z wielkiej kariery, aby zacząć głosić Dobrą Nowinę. Oto Tau i jego odważne świadectwo służby w Kościele

fb.com/tau.bozon

Zagrałem w życiu setki koncertów, ale gdy pierwszy raz czytałem podczas Mszy św. czytanie, trzęsły mi się nogi z tremy – tak swoje początki służby przy ołtarzy opisuje Piotr Kowalczyk, czyli Tau, jeden z najpopularniejszych raperów w Polsce.

– Przecież w trakcie Mszy św. odbywa się największy cud wszech czasów! Jezus umiera i staje się ofiarą za nasze grzechy. Nie-sa-mo-wi-te! To wielkie wyróżnienie i ogromny zaszczyt móc służyć Kościołowi – mówi Tau, któremu jeszcze kilka lat temu nie przeszłoby przez myśl, że będzie stał tuż przy ołtarzu i dzwonił dzwonkami czy podawał wodę i wino kapłanowi.

Tau przeszedł długą i trudną drogę. W młodości popadł w uzależnienia, nie widząc sensu swojego życia. Dopiero kiedy zmienił kierunek i zaczął „płynąć” pod prąd, odnalazł w Bogu źródło szczęścia i zaspokojenia pragnień, których w żaden sposób nie potrafił wypełnić.

– Tak się składa, że mam taki dar, taką łaskę, iż jestem codziennie na Mszy św., i któregoś dnia odczułem pragnienie wstąpienia do służby liturgicznej. Zmagałem się z tą myślą, no bo jak to – ja, ministrantem? (uśmiech). Ale po chwili przyszła refleksja: Zaraz, zaraz. Sam Wszechmogący Bóg zaprasza mnie, abym służył w czasie... Najświętszej Ofiary! Wtedy uświadomiłem sobie, jak wielkim zaszczytem jest służyć przy ołtarzu. To wielka lekcja miłości, pokory i posłuszeństwa – zwierza się Tau na swoim profilu FB.

Raper swoim odważnym przykładem pokazuje, że warto, nie zważając na opinie innych, służyć Bogu całym swoim życiem. Podczas koncertów często zachęca do odwagi w wierze, do aktywnego działania w swoich środowiskach, do bronienia chrześcijańskich wartości. – Jeśli cierpliwie zniesiesz trudy i przeciwności, to nadejdzie poranek zmartwychwstania, który zmieni wszystko na lepsze. Stój niewzruszenie. Odwagi – przekonuje Tau.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Święty Mikołaj - „patron daru człowieka dla człowieka”

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 49/2004

6 grudnia cały Kościół wspomina św. Mikołaja - biskupa. Dla większości z nas był to pierwszy święty, z którym zawarliśmy bliższą znajomość. Od wczesnego dzieciństwa darzyliśmy go wielką sympatią, bo przecież przynosił nam prezenty. Tak naprawdę zupełnie go wtedy jeszcze nie znaliśmy. A czy dziś wiemy, kim był Święty Mikołaj? Być może trochę usprawiedliwia nas fakt, że zachowało się niewiele pewnych informacji na jego temat.

pl.wikipedia.org

Wyproszony u Boga

Około roku 270 w Licji, w miejscowości Patras, żyło zamożne chrześcijańskie małżeństwo, które bardzo cierpiało z powodu braku potomka. Oboje małżonkowie prosili w modlitwach Boga o tę łaskę i zostali wysłuchani. Święty Mikołaj okazał się wielkim dobroczyńcą ludzi i człowiekiem głębokiej wiary, gorliwie wypełniającym powinności wobec Boga.
Rodzice osierocili Mikołaja, gdy był jeszcze młodzieńcem. Zmarli podczas zarazy, zostawiając synowi pokaźny majątek. Mikołaj mógł więc do końca swoich dni wieść dostatnie, beztroskie życie. Wrażliwy na ludzką biedę, chciał dzielić się bogactwem z osobami cierpiącymi niedostatek. Za swoją hojność nie oczekiwał podziękowań, nie pragnął rozgłosu. Przeciwnie, starał się, aby jego miłosierne uczynki pozostawały otoczone tajemnicą. Często po kryjomu podrzucał biednym rodzinom podarki i cieszył się, patrząc na radość obdarowywanych ludzi.
Mikołaj chciał jeszcze bardziej zbliżyć się do Boga. Doszedł do wniosku, że najlepiej służyć Mu będzie za klasztornym murem. Po pielgrzymce do Ziemi Świętej dołączył do zakonników w Patras. Wkrótce wewnętrzny głos nakazał mu wrócić między ludzi. Opuścił klasztor i swe rodzinne strony, by trafić do dużego miasta licyjskiego - Myry.

Biskup Myry

Był to czas, gdy chrześcijanie w Myrze przeżywali żałobę po stracie biskupa. Niełatwo było wybrać godnego następcę. Pewnej nocy jednemu z obradujących dostojników kościelnych Bóg polecił we śnie obrać na wakujący urząd człowieka, który jako pierwszy przyjdzie rano do kościoła. Człowiekiem tym okazał się nieznany nikomu Mikołaj. Niektórzy bardzo się zdziwili, ale uszanowano wolę Bożą. Sam Mikołaj, gdy mu o wszystkim powiedziano, wzbraniał się przed objęciem wysokiej funkcji, nie czuł się na siłach przyjąć biskupich obowiązków. Po długich namowach wyraził jednak zgodę uznając, że dzieje się to z Bożego wyroku.
Biskupią posługę pełnił Mikołaj ofiarnie i z całkowitym oddaniem. Niósł Słowo Boże nie tylko członkom wspólnoty chrześcijańskiej. Starał się krzewić Je wśród pogan.
Tę owocną pracę przerwały na pewien czas edykty cesarza rzymskiego Dioklecjana wymierzone przeciw chrześcijanom. Wyznawców Jezusa uczyniono obywatelami drugiej kategorii i zabroniono im sprawowania obrzędów religijnych. Rozpoczęły się prześladowania chrześcijan. Po latach spędzonych w lochu Mikołaj wyszedł na wolność.
Biskup Mikołaj dożył sędziwego wieku. W chwili śmierci miał ponad 70 lat (większość ludzi umierała wtedy przed 30. rokiem życia). Nie wiemy dokładnie, kiedy zmarł: zgon nastąpił między 345 a 352 r. Tradycja dokładnie przechowała tylko dzień i miesiąc tego zdarzenia - szósty grudnia. Podobno w chwili śmierci Świętego ukazały się anioły i rozbrzmiały chóry anielskie.
Mikołaj został uroczyście pochowany w Myrze.

Z Myry do Bari

Wiele lat później miasto uległo zagładzie, gdy w 1087 r. opanowali je Turcy. Relikwie Świętego zdołano jednak w porę wywieźć do włoskiego miasta Bari, które jest dzisiaj światowym ośrodkiem kultu św. Mikołaja. Do tego portowego miasta w południowo-wschodniej części Włoch przybywają tysiące turystów i pielgrzymów. Dla wielu największym przeżyciem jest modlitwa przy relikwiach św. Mikołaja.

Międzynarodowy patron

Biskup z Myry jest patronem Grecji i Rusi. Pod jego opiekę oddały się Moskwa i Nowogród, ale także Antwerpia i Berlin. Za swego patrona wybrali go: bednarze, cukiernicy, kupcy, młynarze, piekarze, piwowarzy, a także notariusze i sędziowie. Jako biskup miasta portowego, stał się też patronem marynarzy, rybaków i flisaków. Wzywano św. Mikołaja na pomoc w czasie burz na morzu, jak również w czasie chorób i do obrony przed złodziejami. Opieki u niego szukali jeńcy i więźniowie, a szczególnie ofiary niesprawiedliwych wyroków sądowych. Uznawano go wreszcie za patrona dzieci, studentów, panien, pielgrzymów i podróżnych. Zaliczany był do grona Czternastu Świętych Wspomożycieli.

Święty zawsze aktualny

Od epoki, w której żył św. Mikołaj, dzieli nas siedemnaście stuleci. To wystarczająco długi czas, by wiele wydarzeń z życia Świętego uległo zapomnieniu. Dziś wiedza o nim jest mieszaniną faktów historycznych i legend. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że nawet w fantastycznie brzmiących opowieściach o św. Mikołaju tkwi ziarno prawdy.
Święty Mikołaj nieustannie przekazuje nam jedną, zawsze aktualną ideę. Przypomina o potrzebie ofiarności wobec bliźniego. Pięknie ujął to papież Jan Paweł II mówiąc, że św. Mikołaj jest „patronem daru człowieka dla człowieka”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Gwatemala: beatyfikacja brata szkolnego Jakuba A. Millera – męczennika

2019-12-06 19:13

kg (KAI) / Huehuetenango

W sobotę 7 grudnia w mieście Huehuetenango w zachodniej Gwatemali biskup diecezji David w Panamie kard. José Luis Lacunza Maestrojuán ogłosi błogosławionym brata Jakuba Alfreda Millera, który poniósł tam śmierć męczeńską w wieku 37 lat. Był on amerykańskim bratem szkolnym, który ponad 10 lat swego życia zakonnego spędził w Ameryce Środkowej, głównie w Nikaragui, potem w Gwatemali i tam zginął z rąk niewykrytych do dzisiaj sprawców.


Brat Santiago czyli Jakub Alfred Miller

Oto krótki życiorys nowego błogosławionego.

Jakub (James) Alfred Miller urodził się 21 września 1944 w miasteczku Stevens Point w amerykańskim stanie Wisconsin. Był wcześniakiem i zaraz po urodzeniu ważył zaledwie nieco ponad 1,8 kg, później jednak szybko się rozwijał i jako dorosły mierzył prawie 2 metry i ważył 100 kg. W dzieciństwie i wczesnej młodości był bardzo porywczy, a nawet niesforny i rubaszny, co nieraz budziło lęk w jego otoczeniu.

Wielki wpływ na zmianę jego zachowania i na całe późniejsze jego życie wywarła nauka w szkole średniej, prowadzonej przez braci szkolnych w mieście Winona w sąsiednim stanie Minnesota. W 1959, mając 15 lat, rozpoczął juniorat w tym zgromadzeniu zakonnym, w 3 lata potem został postulantem, a następnie nowicjuszem. Przyjął wówczas imiona zakonne Leo William, później jednak powrócił do swych imion chrzestnych i tylko ich używał.

Jeszcze przed złożeniem ślubów wieczystych w sierpniu 1969 zaczął pracować jako nauczyciel języków angielskiego i hiszpańskiego i jako katecheta w szkole średniej Cretin w St. Paul – stolicy Minnesoty; uprawiał też amerykański futbol i trenował drużynę szkolną.

Po ślubach władze zgromadzenia wysłały go do pracy w mieście Bluefields w południowo-wschodniej Nikaragui, skąd w 1974 przeniesiono go do Puerto Cabezas na północny wschód kraju. Pracował tam nie tylko jako nauczyciel, ale również przy rozbudowie miejscowego kompleksu przemysłowo-kościelnego, a szkoła na jego terenie pod jego kierunkiem rozrosła się z 300 do 800 uczniów. Aby bardziej zbliżyć się do miejscowej ludności, zaczął używać hiszpańskiej wersji swego imienia – Santiago (Jakub) i pod nim był powszechnie znany.

Tę pomyślnie rozwijającą się działalność przerwało w lipcu 1979 polecenie władz zakonnych, aby opuścił Nikaraguę, gdy zwyciężyło tam lewicowe ugrupowanie sandinistów. Brat Santiago pozostawał bowiem w dobrych i bliskich kontaktach z dotychczasowym dyktatorem Anastasio Somozą, widząc w tym szanse na wypełnienie przez rząd zobowiązań co do rozbudowy szkolnictwa w tym regionie, złożonych jego poprzednikowi i współbratu zakonnemu Francisowi Carrowi. Ale niektórzy miejscowi mieszkańcy uważali te więzi za zbyt bliskie i to zaniepokoiło przełożonych zakonnika, tym bardziej że nowe władze umieściły jego nazwisko na liście tych, których należy „sprzątnąć”.

Brat Santiago wrócił więc bardzo niechętnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie znów zaczął uczyć w swej pierwszej szkole w St. Paul, nie przestając jednak marzyć o powrocie do Ameryki Środkowej. Robił tak wiele dla tej placówki, że uczniowie nazwali go „Bratem Złotą Rączką”.

W styczniu 1981 znów znalazł się w Ameryce Środkowej, tym razem w Gwatemali – w Huehuetenango na zachodzie kraju i tam od pierwszej chwili zaangażował się jako nauczyciel zawodu w poprawę położenia ludności tubylczej, uciskanej przez panujący w tym kraju reżym. Działania te z jednej strony zyskały mu wielką sympatię miejscowych mieszkańców, z drugiej ściągnęły nań nie mniejszą wrogość rządzących wojskowych i bardzo szybko zaczął otrzymywać ostrzeżenia i pogróżki, których jednak nie uląkł się i nadal prowadził swą działalność na rzecz najuboższych.

Już w rok później – wieczorem 13 lutego 1983 do prowadzonej przez braci szkolnych Szkoły Indiańskiej im. De La Salle wdarło się trzech zamaskowanych i uzbrojonych mężczyzn, oddając serię strzałów do brata Millera, zajętego pracami budowlanymi. Zakonnik zginął na miejscu, zabójcy natomiast od razu odjechali, a wszelki ślad po nich zaginął. Do dziś pozostali niewykryci i nieukarani.

Amerykańska diecezja La Crosse, na której terenie urodził się przyszły błogosławiony, ustanowiła nagrodę jego imienia za działalność na rzecz sprawiedliwości społecznej, a po jego śmierci powstała także fundacja, również nosząca jego imię, w celu kontynuowania jego dzieła na rzecz biednych i uciskanych. Brat Santiago nazywany jest „męczennikiem edukacji”.

Jego proces beatyfikacyjny toczył się w Huehuetenango w latach 2009-10, a w Watykanie zakończył się podpisaniem przez Franciszka dekretu o męczeństwie 7 listopada 2018.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem