Reklama

Aby nieprzyjaciel się nie odważył

2016-04-20 08:33


Niedziela Ogólnopolska 17/2016, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Prof. Romuald Szeremietiew

O znaczeniu „ruchomych” elementów wojskowych i powszechnej obronie terytorialnej jako podstawie polskiej strategii odstraszania z prof. Romualdem Szeremietiewem rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Od dość dawna ostrzega Pan Profesor, że atak nuklearny Rosji na Polskę jest możliwy, że ulokowane w obwodzie kaliningradzkim rakiety Iskander są już wymierzone w nasz kraj. Na tegorocznym szczycie nuklearnym w Waszyngtonie po raz pierwszy zabrakło Rosji. Co to może znaczyć? Czy powinniśmy się martwić?

PROF. ROMUALD SZEREMIETIEW: – Absencja Rosji na szczycie nuklearnym jest o tyle niepokojąca, że Kreml sformułował nową doktrynę użycia sił nuklearnych – w instrukcji podpisanej kilka lat temu przez prezydenta Miedwiediewa – i przyznał sobie prawo użycia broni atomowej również w stosunku do państw, które taką bronią nie dysponują. Dotąd obowiązywała reguła, że państwo nuklearne nie użyje tej broni przeciwko tym nieposiadającym uzbrojenia atomowego. Warto też pamiętać, że Rosja wciąż unowocześnia i rozbudowuje tzw. taktyczne środki nuklearne.

– Jakie to ma znaczenie w kwestii zagrożenia Polski?

– Chodzi o głowice małej mocy, np. ładunki jądrowe znajdujące się w pociskach artyleryjskich, które mogą być użyte na polu walki w wymiarze taktycznym, czyli do zniszczenia jakiegoś małego ośrodka, zgrupowania wojsk przeciwnika itp. Trzeba się więc zastanowić – a wciąż nie dostrzegam, aby się nad tym zastanawiano – dlaczego Rosja rozbudowuje akurat tego typu środki bojowe.

– Dlaczego, zdaniem Pana Profesora?

– Można założyć, że w jakiejś kryzysowej sytuacji dojdzie do użycia taktycznej broni atomowej. Może być tak, że „ktoś”, nie przyznając się, wystrzeli taki pocisk i zniszczy na terytorium Estonii, Litwy czy Polski jakieś jedno miasto...

– Mogą się pojawić takie atomowe „zielone ludziki”?

– Tak, może się pojawić takie zagrożenie. Co wówczas zrobi Zachód i NATO? Ograniczony atak nuklearny nie wiadomo z czyjej strony nie wywoła przecież wojny światowej. Uruchomi się międzynarodowe śledztwo dla ustalenia, kto był sprawcą? Co można będzie w takiej sytuacji zrobić?

– Niewiele, jak w przypadku Krymu?

– Otóż to! A minister Ławrow będzie zapewniać, że Rosja nie ma z takim incydentem nic wspólnego. Zachód zaś będzie bezradny. Przywódcy Rosji potrafią działać bardzo różnymi sposobami, nieprzewidywalnymi dla Zachodu. Zajęcie Krymu było przecież całkowitym zaskoczeniem. Według mnie, właśnie dlatego brak Rosji na szczycie nuklearnym w Waszyngtonie jest niepokojący.

– Świat się jednak tym nie zmartwił.

– Nieobecność państwa posiadającego wielki potencjał nuklearny to bardzo zły symptom. Tym bardziej znaczące jest pytanie, na ile Zachód będzie stanowczo przeciwdziałać dzisiejszym zagrożeniom ze strony Rosji. Przypomnę tylko, że w okresie międzywojennym państwa stojące na straży ładu wersalskiego przeważały siłą militarną nad tymi, które chciały ten ład zburzyć, a jednak w 1939 r. zabrakło woli działania, głównie Francji, aby w zarodku zgasić konflikt, który przekształcił się w wojnę światową.

– Dziś dostrzega Pan Profesor podobny brak chęci i woli?

– Stawiam tylko pytanie, czy dzisiaj ta gotowość do działań i wola stanowczej obrony ładu międzynarodowego, który Rosja przecież chce zmienić, jest większa, czy też na Zachodzie nadal panuje przekonanie, że „nie warto umierać za Gdańsk”.

– Na Zachodzie – i niestety także w Polsce – słyszy się opinie, że nie warto wzmacniać flanki wschodniej, bo to sprowokuje Rosję do bardziej radykalnych działań.

– Zachód robił wszystko, żeby nie drażnić Moskwy. Nie ma w tzw. nowych państwach NATO stałych baz natowskich i nie uruchomiono procesów przyjęcia do sojuszu Gruzji i Ukrainy – Gruzja o to bardzo zabiegała. Nie zrobiono tego właśnie dlatego, żeby nie drażnić Rosji. Tymczasem Rosja wynajduje różne preteksty, aby uzasadnić swoje agresywne poczynania i nie wydaje się, aby trzeba ją było specjalnie prowokować.

– I w umocnieniu tzw. flanki wschodniej Zachód nie dostrzega dziś dla siebie większego interesu?

– Flanka wschodnia NATO jest pojęciem stworzonym w Europie Środkowej, m.in. w Polsce. Jako pewna rzeczywistość obronna niekoniecznie występuje po stronie naszych sojuszników. Widzą ją wojskowi amerykańscy, ale jeżeli idzie o polityków, zwłaszcza z europejskich państw natowskich, to mamy tam ogromną... ostrożność.

– By nie drażnić Putina...

– ...który i tak zrobi to, co zamierza. Dochodzi do powtórzenia polityki, którą Zachód uprawiał w stosunku do Hitlera, tzw. appeasementu, czyli łagodzenia, zaspokajania roszczeń, ustępstw, aby nie zaogniać sytuacji. Hitlera, jak wiadomo, nie udało się zaspokoić...

– Putina, który przez wielu zachodnich polityków jest uważany za cywilizowanego przywódcę, też się nie da?

– Przywódca Rosji mówi otwarcie, że chce odbudować rosyjskie imperium. Jest więc tak samo „cywilizowany” jak car Piotr I czy caryca Katarzyna, żeby nie wspominać Stalina. Putin jest rosyjskim imperialistą! Rosja chce odzyskać wpływy w Europie Środkowej i wie, że umocnienie natowskiej flanki wschodniej zablokuje taką możliwość. Dlatego stara się do tego nie dopuścić i straszy psuciem stosunków, czego Zachód, zwłaszcza Niemcy i Francja, chce uniknąć.

– Mówi się dziś wiele o wojnie propagandowej, rosyjskim zagrożeniu w cyberprzestrzeni...

– I nie powinniśmy tego lekceważyć; zarówno tego, co Rosjanie robią w cyberprzestrzeni, jak i poczynań rosyjskiej propagandy. W Rosji działają np. zespoły opłacanych ludzi, którzy umieszczają wpisy na forach internetowych wielu krajów i kształtują w ich obywatelach postawy i poglądy korzystne dla Rosji. Federacja Rosyjska prowadzi skomplikowaną, wielowątkową operację formowania przyjaznego Rosji klimatu politycznego w wielu państwach. Prezydent Putin dąży do odbudowy rosyjskiego supermocarstwa i wszystkimi środkami próbuje osiągnąć swój cel.

– Jednakże w tej „wojnie w sferze świadomości” kontrofensywy ze strony Zachodu raczej nie widać!

– Rzeczywiście, kontrakcja Zachodu jest anemiczna. Szczęśliwie w Polsce ostatnio coś zaczyna się zmieniać na lepsze. Pytanie, na ile polskie przeciwdziałania okażą się skuteczne...

– Skoro w opinii Zachodu samo pojęcie wschodniej flanki wciąż wydaje się bytem mało realnym, to czy, zdaniem Pana Profesora, polskie oczekiwania co do jej wzmocnienia zostały dostatecznie mocno wyartykułowane?

– Niestety, daliśmy sobie wmówić, że obecnie NATO nie buduje stałych baz i szczytem możliwości może być jakaś „stała-niestała” obecność sojuszniczych wojsk. Ma się zjawić w naszym regionie dodatkowa amerykańska brygada pancerna. Jak wiadomo, taka jednostka dziś wysłana do nas na mocy decyzji politycznej może być na mocy takiej samej decyzji wycofana. A zatem te „ruchome” elementy wojskowe mogą być jedynie przejściową gwarancją bezpieczeństwa.

– Krótkotrwałą?

– Tak długą, jak długo będzie istniała wola polityczna utrzymania tych wojsk. Dlatego do niedawna strona polska formułowała postulat zbudowania stałych baz NATO, jakie są na terenie Niemiec. Jednak daliśmy sobie narzucić interpretację, że obecnie NATO już takich baz nie tworzy i w Polsce możemy jedynie liczyć na przejściowo ulokowane jednostki wojskowe, a na stałe mogą być tylko ich magazyny ze sprzętem, też zresztą łatwym do wywiezienia.

– Niedawno Polska poczuła się bardziej zabezpieczona deklaracją prezydenta Obamy o wzmocnieniu flanki wschodniej przez ciężką brygadę pancerną Stanów Zjednoczonych. Co to w praktyce może oznaczać?

– To oznacza, że jednostka U.S. Army, licząca ponad 4 tys. żołnierzy, będzie częściami rozmieszczona w poszczególnych krajach naszego regionu. Zdaje się, że w Polsce będzie dowództwo tej brygady i chyba jeden batalion wojska. Oczywiście, z punktu widzenia strategii taka obecność jest istotna, ponieważ pokazuje potencjalnemu agresorowi, że USA są tu obecne.

– Ale przecież zbliżające się wybory prezydenckie w USA mogą wiele zmienić...

– No tak, nie wiadomo, czy następca prezydenta Obamy zechce podtrzymać amerykańską obecność wojskową w Polsce. Przypomnijmy zamiar prezydenta Busha budowania tarczy antyrakietowej z bazą w Redzikowie, zaniechany przez prezydenta Obamę. Jeśli wybory wygra Donald Trump, który uważa, że Stany Zjednoczone za dużo wkładają w Sojusz Północnoatlantycki, zapowiada powrót do polityki izolacjonizmu oraz ocieplenie relacji z Putinem, to obecność tej brygady w Europie Środkowej może być zagrożona. Znowu wracamy do problemu niepewnych gwarancji naszego bezpieczeństwa.

– Bo ciągle zanadto liczymy na pomoc sojuszników?

– Można powiedzieć, że przy obecnym stanie polskiej obronności nie mamy innego wyjścia. W Polsce nie poszukuje się jednak sposobów, jak będziemy się bronić, jeżeli sojusznicy nie pomogą. Nie ma odpowiedzi na pytanie, czy jesteśmy w stanie przygotować obronę tak, aby i przy braku wsparcia sojuszników nieprzyjaciel nie odważył się Polski zaatakować.

– Polacy wciąż zakładają, że jakoś to będzie, a o konieczności samodzielnej obrony myślą raczej tylko w kategoriach mrzonki...

– Rzeczywiście, dominuje przekonanie, że Polska nie może obronić się sama. Tymczasem to fałszywe przekonanie. Odwołam się do tego, co niedawno w wywiadzie dla jednej z polskich gazet powiedział Edward Luttwak – strateg i doradca prezydenta Busha seniora w sprawach obrony. Amerykański profesor mówił, że Polska po raz pierwszy w dziejach ma szansę stać się niepokonalną, jeżeli zbuduje powszechny system obrony terytorialnej. Dzięki temu wykaże potencjalnemu agresorowi, że spotka się on z oporem dosłownie wszędzie. Groźba podjęcia takiego oporu przez kilkudziesięciomilionowy naród powinna agresora odstraszyć. A wówczas wojny nie będzie.

– O konieczności stworzenia obrony terytorialnej mówi Pan Profesor od wielu lat. Niewiele się w tej sprawie jednak zdarzyło, dopiero teraz temat został wreszcie podjęty przez rząd.

– Tak, ale pomysł rządowy odbiega od mojej koncepcji obrony terytorialnej. Uważam, że jeśli ma być powszechny system, to musi obejmować wielu ludzi. Tylko liczna i masowa OT będzie skutecznym czynnikiem odstraszającym wroga. Jeżeli zbudujemy kilkudziesięciotysięczne wojska terytorialne, do tego jako wzmocnienie dla wojsk operacyjnych (armii zawodowej) – a taka koncepcja jest rozważana w MON – to w wymiarze strategicznym nie zmieni to naszego położenia. Trochę poprawi możliwości obrony w razie agresji, ale nie sprawi, że nieprzyjaciel od ataku odstąpi.

– Jak więc powinna wyglądać naprawdę skuteczna obrona terytorialna?

– Żeby uzyskać walor odstraszający, powinniśmy w razie zagrożenia wojną mieć zdolność wystawienia co najmniej 500-tysięcznej siły terytorialnej, która musiałaby być w taki sposób przeszkolona i wyposażona, aby mogła prowadzić wojnę nieregularną, tzn. bronić miast i prowadzić masowe działania opóźniające, asymetryczne, w terenie zajmowanym przez wroga. Należałoby również przygotować formacje „partyzanckie” do działań w cyberprzestrzeni. Trzeba też wyposażyć OT w lekkie wyrzutnie przeciwlotnicze i przeciwpancerne, w uzbrojone drony, jako skuteczne środki zwalczania ciężkiego sprzętu wroga. To jest stosunkowo tanie i skuteczne w walce uzbrojenie.

– Jednak każda obrona będzie bezradna wobec ataków pociskami nuklearnymi...

– Jestem przekonany, że taki atak wróg uzna za użyteczny, jeśli nasze państwo będzie bezbronne, a społeczeństwo pozbawione woli oporu, zatomizowane. Gdyby jednak Polska miała powszechną OT, a społeczeństwo byłoby zjednoczone i wyrażało wolę obrony kraju, to prowokowanie go incydentami nuklearnymi byłoby nieużyteczne. Pamiętajmy, że Rosja zwykle dąży do zdestabilizowania kraju, który chciałaby sobie podporządkować. Uderzenie taktycznym pociskiem jądrowym miałoby sens tylko wówczas, gdyby pogłębiało stan rozkładu, tak jak wysłanie „zielonych ludzików” na Krym. Gdyby Ukraina miała skuteczny system obronny i np. OT na Krymie, to żadnych „ludzików” by tam nie było. Wracamy więc znowu do proponowanej przeze mnie powszechnej obrony terytorialnej, której ciągle nie ma...

– A więc pozostaje jedynie liczyć na sojuszników?

– Niestety, tak. Czas najwyższy uruchomić myślenie wykraczające poza ciągle obowiązujące przekonanie, że Polska jest słaba i tylko sojusznicy mogą ją uratować. Jak najszybciej należy zbudować powszechną obronę terytorialną jako podstawę polskiej strategii odstraszania. Zacytuję prof. Luttwaka: „Polska stoi przed wielką szansą. Po raz pierwszy w historii może stać się niepokonana, jeśli wprowadzi powszechną obronę terytorialną i uzbroi zdolnych do tego obywateli. Polsce niepotrzebne są drogie myśliwce, bo one kraju nie obronią. Jak ktoś ma apetyt na samolot F-35, to niech sobie kupi jego zdjęcie i powiesi na ścianie. Efekt obronny będzie podobny, a cena dużo niższa. Rosja nie będzie śmiała wejść do kraju, którego obywatele sami się będą bronili, nie czekając na decyzje Unii Europejskiej, NATO czy ONZ”.

* * *

Prof. Romuald Szeremietiew
Więzień polityczny PRL, poseł na Sejm III kadencji, były wiceminister i p.o. minister obrony narodowej, wykładowca akademicki.

Tagi:
polityka

Reklama

Szymon Hołownia wystartuje w wyborach prezydenckich w 2020 r.

2019-12-08 18:55

lk / Gdańsk (KAI)

Publicysta i dziennikarz, zaangażowany w działalność charytatywną Szymon Hołownia ogłosił w niedzielę 8 grudnia swój start w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Na spotkaniu programowym w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim zaprezentował najważniejsze postulaty swojego programu politycznego. - Chcę Polski tak solidarnej, jak najsłabszy, a nie najsilniejszy w niej - mówił.

Magdalena Pijewska/Niedziela

"Coś się kończy, więc coś się zaczyna" - tak Hołownia zapowiadał od kilku dni w mediach społecznościowych swoją decyzję o starcie w wyborach prezydenckich. W niedzielę popołudniu na spotkaniu pod nazwą "Dlaczego i po co?" wyjaśnił, jakie są jego polityczne plany.

Na początku spotkania zaprezentowano badania, wedle których aż 73 proc. Polaków uważa, że prezydent naszego kraju nie musi być związany z żadną partią polityczną. Tę tezę sam Hołownia rozwinął później w swoim przemówieniu.

Na wstępie wyjaśnił, że swą decyzję ogłasza w Gdańsku, gdyż jest to miasto, w którym bardzo dobrze jest zaczynać nową rzeczywistość. Jest to jednak też miasto, w którym niemal rok temu zginął tragicznie ugodzony nożem prezydent Paweł Adamowicz, a jego śmierć - do której nawiązał Hołownia - wstrząsnęła całą Polską. - To coś, co wtedy pękło, zaczęło pękać we mnie wcześniej - mówił dziennikarz, nawiązując także do głębokiego podziału, jaki dotknął polskie społeczeństwo po katastrofie smoleńskiej w 2010.

Hołownia stwierdził, że te wydarzenia sprawiły, iż Polska zaczęła tracić swoje wewnętrzne fundamenty, tworzące wspólnotę całego narodu. - W szoku jednak nie można nigdy pozostać. Jeżeli zło ma zwyciężyć z dobrem, to musi być odskocznią do czynienia dobra, a nie miejscem, w którym się zostaje - stwierdził.

"Na co mam czekać? Co jeszcze musi się stać, żebym porzucił wygodną kanapę recenzenta rzeczywistości?" - pytał Hołownia retorycznie i dodał, że chce swojej córce i jej pokoleniu zostawić coś więcej niż tylko dziennikarski dorobek lub złudną popularność w mediach społecznościowych.

Jak powiedział, współczesny świat jest przestrzenią wielkich możliwości, w tym tych, jakie dają nowe technologie, ale też miejscem zagrożonym przez zanieczyszczenie klimatu oraz wielkie podziały społeczne - niezrozumiały konsumpcjonizm z jednej strony, a dotkliwy głód z drugiej strony.

Polska rzeczywistość z kolei zdominowana jest według niego przez spory, które dotarły już do wielu środowisk, a nawet rodzin. Sporów tych nie równoważy dobrobyt czy lepsza ściągalność podatków, którą chwalą się rządzący. Hołownia nazwał to ironicznie "polską szkołą kompromisu" i z ubolewaniem stwierdził, że ów kompromis jest traktowany niemalże pogardliwie, jako kapitulacja z podtrzymywania własnych argumentów.

"Dlaczego nie możemy być różni, ale równi, a nie lepsi i gorsi?" - pytał. - W Polsce, choć kalendarz pokazuje coś innego, nie skończyły się jeszcze lata 90. XX wieku z ich niekończącymi się sporami o wszystko, z uprawianiem polityki siekierą - dodał.

Od dwudziestu lat mamy wiek XXI, w którym problemy powinno się rozwiązywać nie siekierą, a skalpelem - mówił. Jego zdaniem, dziś jest czas nowych wyzwań i nowych pokoleń, które bardzo często nie chodzą na wybory. - Dlaczego nie chodzą? Bo partie - zajęte tym, kto będzie przewodniczącym - mówią o wszystkim, tylko nie o tym, co dla nich najważniejsze: jaki świat zostawi im nasze pokolenie? - kontynuował Hołownia.

Dziennikarz przedstawił następnie swoje postulaty. Stwierdził, że chce "Polski solidarnej, która jest tak silna, jak najsłabszy, a nie najsilniejszy w niej". To kraj, który "bardziej niż o ławeczki niepodległości i strzelnice w każdym powiecie dba o 14 mln wykluczonych komunikacyjnie Polaków".

W jego postulatach znalazła się także troska o dzieci wykluczone z dostępu do opieki psychiatrycznej, osoby w kryzysie bezdomności czy o "transseksualną dziewczynę, która skoczyła z Mostu Łazienkowskiego w Warszawie, bo czuła się zaszczuta przez naszą wspólnotę".

Hołownia powiedział, że chce Polski, w której "każdy akt prawny jest oglądany pod kątem skutków dla powietrza, dla wody, dla Ziemi, bo bez nich wyborca PiS czy PO, katolik czy ateista, kończy tak samo".

Polska w jego programie wyborczym jest też aktywna obywatelsko oraz silna w strukturach samorządowych, na które nie czyha centralny rząd. Ma to być Polska "rozmawiająca, a nie przemawiająca", także w kontekście polityki zagranicznej.

Zdaniem dziennikarza, trzeba dążyć do tego, by Polska była zakorzeniona w europejskiej wspólnocie, mającej dobre relacje z USA, ale też zauważającej swoich sąsiadów, także tych mniejszych.

Hołownia opowiedział się także za takim modelem państwa, w którym głównego tonu nie nadają partie polityczne wyciągające ręce po to, co wspólne: spółki skarbu państwa, media publiczne, samorządy, sądy oraz "po historię i po Kościół".

"Mówię to jako katolik: trzeba dziś przeprowadzić w Polsce, dla dobra tej Polski i tego Kościoła, przyjazny rozdział Kościoła od państwa" - powiedział. - I wiem, bo widzę to od lat na własne oczy, że tego wszystkiego nie będzie w stanie zrobić nikt, kto wywodzi się z partii. Nie może uzdrowić tego chorego systemu ktoś, kto jest jego częścią - tłumaczył Hołownia.

- System się zawiesił. Żeby się odwiesił, w maju 2020 r. musimy w nim zamontować niepartyjny bezpiecznik - dodał.

Jego zdaniem, prezydent w polskim systemie ustrojowym nie jest "stróżem żyrandola", jak ów urząd nieraz pogardliwie określano. Ma, w opinii Hołowni, całe mnóstwo ustrojowych narzędzi do tego, aby być gwarantem tego, że w Polsce znajdzie się miejsce zarówno dla wyborców PiS, PO, PSL, Konfederacji i innych partii. Chodzi o to, by żyć w takiej Polsce, w której "ludzie nie zgadzają się ze sobą koniecznie, ale taką, w której - mimo, że się nie zgadzają - umieją się lubić i szanować".

Ma to być Polska, w której ważne święta jednoczą, a nie dzielą; taka, w której "tym, czym powinien zajmować się spowiednik, nie zajmuje się minister", wreszcie taka, w której "zamiast walczyć z ideologiami, próbuje się zrozumieć ludzi" - To mało? - zapytał Hołownia.

Swoje programowe przemówienie zakończył przypomnieniem, że w maju przyszłego roku Polacy wybiorą nowego prezydenta oraz deklaracją skierowaną do uczestników spotkania w Gdańsku: "Chcę w nich kandydować. Chcę się u was ubiegać o tę pracę. Chcę, żebyście mi powierzyli funkcję stróża naszej narodowej wspólnoty. Nie wesprą mnie partyjne przelewy i wielki biznes, nie potrzebuję ich, bo mam was. I to wam przez najbliższe pół roku chcę opowiedzieć o Polsce moich marzeń, która jest w naszym zasięgu: Polsce solidarnej, Polsce zdrowiejącego środowiska, Polsce samorządnej i obywatelskiej".

Szymona Hołownię już uwzględniono w najnowszym sondażu zaufania przeprowadzonym przez IBRiS na zlecenie portalu Onet.pl. Z badań przeprowadzonych 6-7 grudnia wynika, że dziennikarz cieszy się zaufaniem 20,2 proc. badanych, z czego 8,1 proc deklaruje, że zdecydowanie mu ufa. Jednocześnie, aż 46,1 proc. badanych zaznaczyło, że nie zna jego nazwiska. Hołownia pozostaje obojętny dla 20,3 proc. badanych.

Liderem sondażu jest prezydent Andrzej Duda, któremu ufa ponad 45 proc. badanych.

Szymon Hołownia ma 43 lata. Jest publicystą i pisarzem. Pracował m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Newsweeku Polska", tygodniku "Ozon" i "Rzeczpospolitej". Jest stałym felietonistą "Tygodnika Powszechnego". W latach 2007–2012 był dyrektorem programowym stacji telewizyjnej Religia.tv. W TVN prowadził etyczny talk-show "Między sklepami" (2007-2010) a wraz z Marcinem Prokopem współprowadził m.in. program "Mam talent!" (2008–2019).

Dwa razy został laureatem nagrody Grand Press: w kategorii "Wywiad" za rozmowę z teologiem ks. prof. Jerzym Szymikiem i w kategorii "Dziennikarstwo specjalistyczne" za wywiad z etykiem i filozofem dr. Kazimierzem Szałatą. Jest też laureatem Nagrody „Ślad” im. bp. Jana Chrapka.

Dwukrotnie przebywał w nowicjacie zakonu dominikanów. Ma na swoim koncie liczne publikacje dotyczące chrześcijaństwa i jego codziennego praktykowania, m.in. "Kościół dla średnio zaawansowanych", "Tabletki z krzyżykiem" czy "Bóg, kasa i rock'n'roll" (wspólnie z M. Prokopem).

Jest od lat zaangażowany jest w działalność pomocową jako założyciel Fundacji Dobra Fabryka, której celem statutowym jest wspieranie osób z biedniejszych regionów świata, a także Fundacji Kasisi, która opiekuje się Domem Dziecka prowadzonym przez Siostry Służebniczki Maryi Panny Niepokalanie Poczętej w Zambii.

Szymon Hołownia jest żonaty z Urszulą Brzezińską-Hołownią, zawodowym oficerem Wojska Polskiego i pilotką myśliwca MiG-29, mają jedną córkę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zielona Góra: Gala Wolontariatu Caritas

2019-12-10 18:45

Kamil Krasowski

W parafii Ducha Świętego w Zielonej Górze zakończyła się III Diecezjalna Gala Wolontariatu. Znamy zatem najlepszego wolontariusza i najlepszego opiekuna Szkolnych Kół Caritas.

Karolina Krasowska
Wyróżnieni z bp. Tadeuszem Lityńskim, lubuską kurator oświaty Ewą Rawą i dyrektorem diecezjalnej Caritas ks. Stanisławem Podfigórnym

Udział w Gali wziął bp Tadeusz Lityński, który pogratulował młodym wolontariuszom i podziękował ich opiekunom.

- Jest to co prawda trzecia, ale jakże odsłaniająca wiele dobra i piękna Gala Wolontariatu Caritas. Chcę tutaj wyrazić wdzięczność wszystkim wychowawcom, opiekunom  i pogratulować młodym ludziom - mówił bp Lityński. - Jeżeli mówimy Polska to z jednej strony widzimy gdzieś w wyobraźni terytorium naszego kraju na mapie Europy. Wnikając głębiej - pewną historię, czasami dramatyczną. Widzimy dziedzictwo kulturowe,  przemysł i różne obiekty. Ale myślę, że też dostrzegamy ludzi, Polaków. Podobnie jest też, gdy słyszymy i widzimy logo Caritas. To nie tylko to zewnętrzne logo, które przedstawia krzyż i słowo Caritas wpisane w serce, które mieni się barwą czerwieni, ale stołówki, magazyny żywności czy pomieszczenia, w których się udziela się pomocy potrzebującym. Caritas to żywy organizm ludzi wrażliwych i mających serce. I za to chciałbym bardzo serdecznie podziękować - dodał pasterz diecezji.

W czasie uroczystej Gali wręczono 7 statuetek. W kategorii "najlepszy wolontariusz" statuetki otrzymali Sara Gaweł, Alicja Baraniecka, Sara Mazurek, Dominik Mól, Agata Przyborska, Adrianna Bednarz i Lena Tomaszewska.

- W Caritas działam od gimnazjum, czyli już 6 lat, bo w tym roku jestem w klasie maturalnej. Pomagam pani Kamili, robimy razem mnóstwo akcji. Ostatnio u nas w szkole mieliśmy Dzień Wolontariusza. Naprawdę dużo się dzieje. Robię to, bo daje mi to ogromne spełnienie. Wiem, że szczęście, które daje innym wraca do mnie z podwójną siłą. Daje to motywację i podbudowuje człowieka. Wiem, że robię dla kogoś bardzo dobrą sprawę - powiedziała Sara Gaweł z Zespołu Szkół w Drezdenku.


Oprócz wolontariuszy zostali wyróżnieni także ich opiekunowie. W kategorii "najlepszy opiekun" statuetkę otrzymały Kamila Zamerluk oraz Beata Stoińska, opiekunki SKC w Zespole Szkół w Drezdenku.



CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem