Reklama

Straszenie i odstraszanie

2016-08-24 09:00

Z Andrzejem Wilkiem rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 35/2016, str. 40-41

O rosyjskiej machinie militarno-gospodarczej i znaczeniu amerykańskiej obecności w Europie z Andrzejem Wilkiem rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Przed warszawskim szczytem NATO i oczekiwaniem wzmocnienia tzw. wschodniej flanki Sojuszu w wielu środowiskach na Zachodzie, a także w Polsce ostrzegano przed skutkami drażnienia Rosji, która niczym osaczony niedźwiedź może stać się groźna dla otoczenia. Tak jest?

ANDRZEJ WILK: – Rzeczywiście, w świecie polityczno-medialno-dyplomatycznym – w którym doskonale funkcjonują wszelkie rosyjskie groźby i ostrzeżenia – zakłada się pewną równoważność akcji i reakcji: jeśli my czegoś nie zrobimy, to oni także tego nie zrobią, a jeśli coś zrobimy, to oni – Rosjanie – odpowiedzą nam tym samym z nawiązką.

– A tak nie jest?

– W środowiskach analizujących i postrzegających sytuację przez pryzmat rzeczywistych działań od dawna jest oczywiste, że Rosjanie robią i zawsze będą robić swoje, niezależnie od jakichkolwiek zewnętrznych decyzji. Przestawili się na tory militaryzacji – i chodzi tu nie tylko o przemysł zbrojeniowy, ale także o odpowiednie przygotowanie społeczeństwa. Parę miesięcy temu powołano „Junoarmię”, którą można porównać wprost do Hitlerjugend... W ramach resortu obrony stworzono system wychowywania patriotyczno-wojskowego niemal od kołyski. Można dziś powiedzieć, że Rosja, na nikogo się nie oglądając, od kilku już lat konsekwentnie realizuje wyrazistą politykę militarną.

– Od kiedy dokładnie?

– Jej podwaliny stworzono pod koniec poprzedniej dekady – wojna w Gruzji była pretekstem uzasadniającym wejście Rosji na drogę militaryzacji; wtedy nabrał rozpędu program modernizacji sił zbrojnych i – mimo pogłębiającego się z powodu spadku cen ropy deficytu budżetowego – nakłady na armię do tej pory nie podlegają żadnym cięciom. Zapewne nie tylko z tego względu, że przygotowuje się armię do ewentualnej wojny, ale dlatego, że jest to gigantyczny program społeczno-gospodarczy, wręcz socjalny, utrzymujący miejsca pracy wysoko wykwalifikowanej siły roboczej. Cokolwiek by się więc teraz nie działo w sferze politycznej, to Rosjanie wypuścili dżina z butelki, uruchomili tę swoją militarno-gospodarczą machinę, która już się rozpędziła i trudno ją zatrzymać.

– I z przyspieszeniem pędzi do zderzenia z zachodnimi sąsiadami?

– To szczególne rozwijanie siły militarnej na rosyjskiej flance zachodniej trwa niezależnie od tego, co mówi i co robi Zachód... Teraz Rosjanie realizują metodycznie ubiegłoroczną zapowiedź sformowania w tym roku trzech nowych dywizji na flance zachodniej – jednej w południowym okręgu wojskowym, przy wschodniej granicy Ukrainy, i dwóch w okręgu zachodnim, przy granicy z Białorusią i państwami bałtyckimi. Dodatkowo, zgodnie z wcześniejszymi planami, ściągnięto w ten rejon dwie brygady z centralnego okręgu wojskowego, który w ubiegłych latach urósł do roli matecznika jednostek i związków taktycznych wojsk lądowych. Jakiekolwiek by nie były decyzje szczytu NATO w Warszawie, ten plan i tak byłby zrealizowany.

– Nic nie mogłoby powstrzymać Władimira Putina przed militarnym parciem na Zachód?

– Być może jedynie jakieś totalne załamanie finansów Federacji. A wszelkie komentarze i decyzje polityczne Zachodu, także dotychczasowe posunięcia NATO, są w Rosji co najwyżej przedstawiane jako uzasadnienie takiej a nie innej polityki wojskowej Kremla.

– Można się w najbliższym czasie spodziewać dalszej eskalacji tego rodzaju posunięć Rosji w stronę Zachodu?

– Z pewnością o tempie rosyjskich działań w najbliższym czasie nie zadecydują jakiekolwiek działania NATO. Chyba że Sojusz podjąłby w najbliższym czasie decyzję o natychmiastowym przyjęciu w poczet członków Gruzji lub Ukrainy, co jednak należy włożyć między bajki. W odpowiedzi na obserwowane działania Zachodu Rosja co najwyżej będzie coraz bardziej demonstracyjnie pokazywała swoją gotowość wojskową. Tymczasem trwa we względnie wyciszonym wyczekiwaniu na wynik amerykańskich wyborów, oczywiście, robiąc swoje w Syrii i na Ukrainie. Na Kremlu panuje opinia, że gdy wygra Donald Trump, to Putin będzie mógł okręcić go sobie wokół palca... Natomiast w sprawach europejskich Rosja musi, a przynajmniej wydaje się, że powinna zrobić wszystko, aby nie sprawiać kłopotu Niemcom orędującym za nią w sprawie zniesienia zachodnich sankcji. I mimo że chwilowo w sferze werbalnej Rosja może być bardziej układna względem Zachodu, to i tak w dziedzinie techniczno-wojskowej wszystko będzie szło zgodnie z planem.

– A więc jednak dążenie do wojny, choćby lokalnej?

– Patrząc na analogie historyczne, oczywiście, można zauważyć, że istnieje już w obecnej sytuacji obawa jakiegoś konfliktu zbrojnego wywołanego przez Rosję. Państwo, które rozkręciło taką zbrojeniową spiralę, w którym środkiem ciężkości finansów publicznych są siły zbrojne, w pewnym momencie doprowadza do wojny. Tak było w 1939 r., gdy Hitler musiał rozpocząć wojnę, mimo że jeszcze nie zakończył wszystkich swoich planów modernizacji; w niemieckiej Rzeszy po prostu zaczęły się pojawiać symptomy poważnego kryzysu gospodarczego. Rzeczywiście, dziś Rosja może wywołać jakąś wojnę, jest tylko pytanie o jej kierunek i skalę wykorzystania tej rosyjskiej machiny militarnej. Najłatwiejsze wydaje się odgrzanie konfliktu na Ukrainie lub Kaukazie Południowym.

– Czy Rosja może w przypływie desperacji zdecydować się na wykorzystanie swego arsenału jądrowego?

– Trudno, oczywiście, to przewidzieć, jednak uważam, że konflikt nuklearny jest w dzisiejszym świecie raczej mało prawdopodobny. Broń jądrowa, jak by to koszmarnie nie zabrzmiało, jest wręcz bronią pokoju; każde państwo, które ośmieliłoby się jej użyć, wie, że natychmiast spotka się z podobną odpowiedzią. Indie i Pakistan do 1998 r. biły się zaciekle o sporny kawałek ziemi, a gdy tylko obydwie strony weszły w posiadanie broni jądrowej, natychmiast konflikt się uspokoił. Oczywiście, nigdy nie można wykluczyć taktycznego wykorzystania broni jądrowej przeciwko państwu nieposiadającemu takiej broni...

– Zatem przeciwko Polsce lub krajom bałtyckim byłoby to całkiem możliwe?

– Dziś Rosjanie z pewnością zastanawiają się, czy Stany Zjednoczone jako główny dysponent broni jądrowej – największy w ramach NATO – byłyby gotowe odpowiedzieć atakiem jądrowym, gdyby Rosja użyła broni jądrowej na niewielką skalę, przeciwko członkowi Sojuszu nieposiadającemu takiej broni. Obawiać się można, że są już dość mocno przekonani, iż Amerykanie użyją broni jądrowej raczej tylko wtedy, kiedy zostanie zaatakowane bezpośrednio ich terytorium, nawet nie jednostki amerykańskie znajdujące się poza Ameryką...

– Czyli np. w Polsce?

– Cała rzecz w tym, czy Rosjanie mogą być do końca pewni, że Amerykanie właśnie tak się zachowają. My też tego nie wiemy. Przed warszawskim szczytem rozważano potrzebę jednoczesnego zwołania Komitetu Nuklearnego NATO, jednak nie udało się. Obawiam się jednakowoż, że zwołanie tego komitetu, a nawet jakieś bardziej konkretne ustalenia niczego by nie załatwiły, bo w ostateczności o wszystkim zadecydują sami Amerykanie. A Francuzi i Brytyjczycy nawet nie kryją tego, że mając broń jądrową, w żaden sposób nie delegują jej na potrzeby NATO; wystarcza im tylko pewność, że nikt nie skieruje przeciwko nim głowicy jądrowej.

– Czy wobec tak wyraźnego deficytu solidarności wewnętrznej NATO jest dziś adekwatną odpowiedzią na zamiary Rosji?

– Jest o tyle, o ile Amerykanie wojskowo tkwią w Europie. To jest główny cierń uwierający Rosję, która robi wszystko i będzie robić jeszcze więcej, żeby się porozumieć – na partnerskich warunkach – z nowym prezydentem USA, podzielić świat na strefy wpływów, a potem ewentualnie powrócić do przepychanek podobnych do tych z okresu zimnej wojny. W tej sprawie jestem jednak optymistą; bez względu na to, kto wygra amerykańskie wybory, to jednak tamtejsza machina państwowa jest zbyt stabilna, istnieją zbyt potężne interesy i wpływy elit, żeby ktokolwiek mógł je nieodpowiedzialnie naruszyć. Rosjanie chyba dość naiwnie się cieszą, licząc na zwycięstwo Trumpa. Co więcej, z jego poglądami i charakterem w krótkim czasie z potencjalnego sojusznika Moskwy może stać się jej najzagorzalszym wrogiem.

– Kreml jednak wydaje się nie tracić nadziei, że Stany Zjednoczone wycofają się z ustaleń warszawskiego szczytu NATO i że może wyprowadzą się z Europy...

– To by oznaczało, że Ameryka zrezygnuje z roli głównego supermocarstwa budującego swoją globalną hegemonię. W takim przypadku rzeczywiście nie miałoby znaczenia np. to, czy w Polsce w Redzikowie i w wielu innych miejscach na świecie będą amerykańskie instalacje antyrakietowe, bo na amerykańskim bezpieczeństwie to nie zaważy.

– Na ile możemy mieć pewność, że Amerykanie jednak nie zrezygnują?

– Pewną gwarancją jest – podobnie zresztą jak w Rosji – rozwinięty amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy, w dużej mierze prywatny, ale ściśle powiązany z państwem, który nie chciałby stracić zysków. Amerykanie też muszą prowadzić wojny, ale nakładów na inwestycje i rozwój nowych broni nie pozyskają w uzasadnieniu obrony przed wojującym islamem. Muszą mieć w zanadrzu dużo poważniejszego przeciwnika. Chiny jak na razie nie za bardzo się w tej roli sprawdziły, mimo usilnych starań Pekinu i Waszyngtonu.

– Rosja pręży militarne muskuły, sama chce się równać z największymi. Jak w istocie wypada zestawienie potencjału zbrojnego Rosji z potencjałem NATO i amerykańskim?

– Nie ma czego porównywać! Potencjał NATO i rosyjski to różnica kilku rzędów wielkości. Rosjanie nadrobili nieco zapóźnienia, ale pod względem technicznym nie dogonili głównego członka Sojuszu, czyli Stanów Zjednoczonych, i raczej nie zanosi się na to, by to mogło nastąpić. Mają natomiast liczniejsze wojska lądowe, co w warunkach europejskich jest bardzo istotne; po prostu Amerykanom takie nie są potrzebne. Jednak z pewnością Rosja ma dziś drugą co do potencjału – po amerykańskiej – armię na świecie, gdyż europejskie armie, mimo że były bardziej zaawansowane technologicznie, przespały ostatnich dwadzieścia kilka lat. Jeśli chodzi o samą technikę wojskową, to w Europie jest już naprawdę niewiele rzeczy, których Rosjanie nie mają, których sami nie potrafiliby zrobić.

– Europa bez zaangażowania Stanów Zjednoczonych mogłaby się zatem poważnie obawiać konfliktu zbrojnego z Rosją?

– W obecnym stanie może mieć naprawdę duży problem. Dlatego Rosjanie tak bardzo dążą do wypchnięcia Amerykanów z Europy. I dlatego też cieszą się bardzo z wszelkich wewnątrzeuropejskich podziałów oraz konfliktów, ponieważ tylko Europa jako zgodna całość mogłaby się skutecznie Rosji zbrojnie przeciwstawić. Mimo że Europa ma większy niż Rosja wspólny potencjał militarny, to jednak trudno dziś nawet mówić o możliwości stworzenia sprawnie działającej wspólnej struktury militarnej. Proste poskładanie wszystkich armii europejskich – mimo że razem są liczniejsze niż armia rosyjska – jeszcze nie daje tego, czym już obecnie dysponują Rosjanie. Sam rosyjski potencjał jądrowy jest dużo silniejszy od europejskiego, a pod pewnymi względami nowocześniejszy niż francuski i angielski. Co prawda, ostatnio Brytyjczycy – nie bez wewnętrznych oporów – przeforsowali w parlamencie modernizację swojego arsenału jądrowego.

– Stworzenie jednej armii Unii Europejskiej można uznać raczej za nierealny i zły pomysł?

– Gdyby taka armia miała powstać, to byłaby to armia niemiecka oraz przyłączone do niej drobne dodatki z mniejszych krajów plus faktycznie niezależna armia francuska. To byłby jednak nie najlepszy pomysł. A i jego realizacja nie byłaby prosta...

– Przed szczytem NATO w Polsce odbyły się wielkie manewry Anakonda-16, po których zapewniano, że armie sojusznicze świetnie potrafią kooperować...

– Tych wspólnych ćwiczeń jest jednak za mało; o ile zróżnicowana jednostka wielonarodowa może dobrze funkcjonować na szczeblu brygady, dywizji, to na szczeblach niższych nie jest to już takie proste. Obawiam się, że tak też będzie z międzynarodowymi batalionami, które, według ustaleń warszawskiego szczytu NATO, mają być rozmieszczone w państwach wschodniej flanki. Wydaje się, że trudno będzie komponować wyposażenie, dograć procedury, rozwiązywać kwestie podstawowej logistyki i zaopatrzenia. Cały batalion powinien mieć jednolite wyposażenie – mogą być w nim co najwyżej żołnierze z różnych krajów. W Polsce ma ponoć stacjonować batalion amerykański – ale do końca nie jest pewne, jak zdecydują Amerykanie. Natomiast w krajach bałtyckich będzie coś na wzór kiedyś tworzonych grup bojowych UE, czyli wojskowe „mydło i powidło”.

– Można więc wątpić w skuteczność odstraszania na wschodniej flance?

– Moim zdaniem, oprócz tego, że jest to ostrzegawczy dla Rosji znak zmiany myślenia Zachodu na temat rosyjskich intencji, to wojskowo tenże Zachód jeszcze nie stworzył dla Rosji istotnego kłopotu. Z wojskowego punktu widzenia, z realizowanych już lub zapowiadanych projektów największym problemem dla Rosjan byłoby powstanie stałej amerykańskiej bazy przeciwrakietowej w Redzikowie.

– Ale nagłaśniane są obawy, że taka baza to woda na młyn rosyjskiej agresji.

– Co do tego jestem optymistą. Rosjanie nie są takimi głupimi Azjatami, jak się o nich myśli – przed silniejszym zawsze czują respekt. Mając do czynienia z siłą, krzyczą, straszą, tupią, ale nie uderzą. Chyba że w odruchu desperacji lub rozpaczy z powodu wewnętrznej słabości, ale i wtedy, jeśli tylko poczują opór w Europie – a mam nadzieję, że taki się jednak realnie pojawi – uderzą w słabszego. Wybiorą raczej wojnę w Azji środkowej lub na Kaukazie i tam ugrzęzną.

* * *

Andrzej Wilk
Główny specjalista ds. wojskowych aspektów bezpieczeństwa międzynarodowego Ośrodka Studiów Wschodnich

Reklama

Ona by tak chciała służyć ze mną - ministranci stworzyli muzyczny hit!

2019-12-09 09:40

Red.

“Ona by tak chciała służyć ze mną” to pierwsza amatorska superprodukcja Ministranckiej Wytwórni Muzycznej - która od wczoraj podbija Internet! Zrealizowana została na terenie parafii pw. św. Szczepana w Katowicach - Bogucicach i parafii pw. św. Antoniego z Padwy w Dąbrówce Małej.

youtube.com

Utwór w jeden dzień zdobył 120 tyś wyświetleń na serwisie Youtube. Jak piszą sami twórcy ministranckiego hitu: Nasza parodia została stworzona w celach humorystycznych przez prawdziwych ministrantów, a nie jakichś podrabiańców i nie ma na celu nikogo obrazić.

Ministranci stworzonym hitem ukazują, że nie wstydzą się wiary i służby liturgicznej. W humorystyczny sposób dają piękne świadectwo radosnego życia w Kościele.

Utwór "Ona by tak chciała służyć ze mną" spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem słuchaczy, poniżej zamieszczamy kilka ciekawych komentarzy:

- Chciałbym to oficjalnie ustanowić hymnem Ministrantów

- chłopaki mam nadzieje ze to dopiero poczatek i jeszcze cos nagracie!

- A jednak ktoś mnie jeszcze zaskoczył XD

- Nooo takie "Ona by tak chciała" to ja rozumiem. Po prostu rewelacja! Świetna robota kochani gratulacje!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Watykan: papież rozpocznie filipińską nowennę przed Bożym Narodzeniem

2019-12-10 20:49

pb (KAI/cnnphilippines.com) / Watykan

Papież Franciszek odprawi 15 grudnia Mszę św. rozpoczynającą Simbang Gabi - nowennę adwentowych Eucharystii, przygotowujących do świąt Bożego Narodzenia. Tradycja ta jest żywa na Filipinach od XVII wieku.

Grzegorz Gałązka

Ówcześni rolnicy z powodu prac w polu nie mogli przyjść do kościoła w ciągu dnia, więc zaczęto odprawiać dla nich Msze przed świtem. Do dziś liturgie te sprawowane są między 3.00 a 5.00 nad ranem.

Adwentowe Msze dla Filipińczyków były już w przeszłości odprawiane w bazylice św. Piotra w Watykanie, ale w tym roku po raz pierwszy tej tradycyjnej liturgii będzie przewodniczył papież, wyjaśnił o. Ricky Gente, skalabrynianin, duszpasterz Filipińczyków w Rzymie.

Na Mszy, która rozpocznie się o 16.30 (22.30 na Filipinach) spodziewanych jest 7,5 tys. osób. Koncelebrować ją będzie 150 księży. Obecni będą ambasadorowie Filipin przy Stolicy Apostolskiej Grace Relucio-Princesa i we Włoszech - Domingo Nolasco.

Dziewięć Mszy Simbang Gabi, odprawianych od 16 do 24 grudnia, kończy się w Wigilię Bożego Narodzenia Mszą, zwaną Misa de Gallo (Mszą Koguta) lub Misa de los Pastores (Mszą Pasterzy).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem