Reklama

Straszenie i odstraszanie

2016-08-24 09:00

Z Andrzejem Wilkiem rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 35/2016, str. 40-41

O rosyjskiej machinie militarno-gospodarczej i znaczeniu amerykańskiej obecności w Europie z Andrzejem Wilkiem rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Przed warszawskim szczytem NATO i oczekiwaniem wzmocnienia tzw. wschodniej flanki Sojuszu w wielu środowiskach na Zachodzie, a także w Polsce ostrzegano przed skutkami drażnienia Rosji, która niczym osaczony niedźwiedź może stać się groźna dla otoczenia. Tak jest?

ANDRZEJ WILK: – Rzeczywiście, w świecie polityczno-medialno-dyplomatycznym – w którym doskonale funkcjonują wszelkie rosyjskie groźby i ostrzeżenia – zakłada się pewną równoważność akcji i reakcji: jeśli my czegoś nie zrobimy, to oni także tego nie zrobią, a jeśli coś zrobimy, to oni – Rosjanie – odpowiedzą nam tym samym z nawiązką.

– A tak nie jest?

– W środowiskach analizujących i postrzegających sytuację przez pryzmat rzeczywistych działań od dawna jest oczywiste, że Rosjanie robią i zawsze będą robić swoje, niezależnie od jakichkolwiek zewnętrznych decyzji. Przestawili się na tory militaryzacji – i chodzi tu nie tylko o przemysł zbrojeniowy, ale także o odpowiednie przygotowanie społeczeństwa. Parę miesięcy temu powołano „Junoarmię”, którą można porównać wprost do Hitlerjugend... W ramach resortu obrony stworzono system wychowywania patriotyczno-wojskowego niemal od kołyski. Można dziś powiedzieć, że Rosja, na nikogo się nie oglądając, od kilku już lat konsekwentnie realizuje wyrazistą politykę militarną.

– Od kiedy dokładnie?

– Jej podwaliny stworzono pod koniec poprzedniej dekady – wojna w Gruzji była pretekstem uzasadniającym wejście Rosji na drogę militaryzacji; wtedy nabrał rozpędu program modernizacji sił zbrojnych i – mimo pogłębiającego się z powodu spadku cen ropy deficytu budżetowego – nakłady na armię do tej pory nie podlegają żadnym cięciom. Zapewne nie tylko z tego względu, że przygotowuje się armię do ewentualnej wojny, ale dlatego, że jest to gigantyczny program społeczno-gospodarczy, wręcz socjalny, utrzymujący miejsca pracy wysoko wykwalifikowanej siły roboczej. Cokolwiek by się więc teraz nie działo w sferze politycznej, to Rosjanie wypuścili dżina z butelki, uruchomili tę swoją militarno-gospodarczą machinę, która już się rozpędziła i trudno ją zatrzymać.

– I z przyspieszeniem pędzi do zderzenia z zachodnimi sąsiadami?

– To szczególne rozwijanie siły militarnej na rosyjskiej flance zachodniej trwa niezależnie od tego, co mówi i co robi Zachód... Teraz Rosjanie realizują metodycznie ubiegłoroczną zapowiedź sformowania w tym roku trzech nowych dywizji na flance zachodniej – jednej w południowym okręgu wojskowym, przy wschodniej granicy Ukrainy, i dwóch w okręgu zachodnim, przy granicy z Białorusią i państwami bałtyckimi. Dodatkowo, zgodnie z wcześniejszymi planami, ściągnięto w ten rejon dwie brygady z centralnego okręgu wojskowego, który w ubiegłych latach urósł do roli matecznika jednostek i związków taktycznych wojsk lądowych. Jakiekolwiek by nie były decyzje szczytu NATO w Warszawie, ten plan i tak byłby zrealizowany.

– Nic nie mogłoby powstrzymać Władimira Putina przed militarnym parciem na Zachód?

– Być może jedynie jakieś totalne załamanie finansów Federacji. A wszelkie komentarze i decyzje polityczne Zachodu, także dotychczasowe posunięcia NATO, są w Rosji co najwyżej przedstawiane jako uzasadnienie takiej a nie innej polityki wojskowej Kremla.

– Można się w najbliższym czasie spodziewać dalszej eskalacji tego rodzaju posunięć Rosji w stronę Zachodu?

– Z pewnością o tempie rosyjskich działań w najbliższym czasie nie zadecydują jakiekolwiek działania NATO. Chyba że Sojusz podjąłby w najbliższym czasie decyzję o natychmiastowym przyjęciu w poczet członków Gruzji lub Ukrainy, co jednak należy włożyć między bajki. W odpowiedzi na obserwowane działania Zachodu Rosja co najwyżej będzie coraz bardziej demonstracyjnie pokazywała swoją gotowość wojskową. Tymczasem trwa we względnie wyciszonym wyczekiwaniu na wynik amerykańskich wyborów, oczywiście, robiąc swoje w Syrii i na Ukrainie. Na Kremlu panuje opinia, że gdy wygra Donald Trump, to Putin będzie mógł okręcić go sobie wokół palca... Natomiast w sprawach europejskich Rosja musi, a przynajmniej wydaje się, że powinna zrobić wszystko, aby nie sprawiać kłopotu Niemcom orędującym za nią w sprawie zniesienia zachodnich sankcji. I mimo że chwilowo w sferze werbalnej Rosja może być bardziej układna względem Zachodu, to i tak w dziedzinie techniczno-wojskowej wszystko będzie szło zgodnie z planem.

– A więc jednak dążenie do wojny, choćby lokalnej?

– Patrząc na analogie historyczne, oczywiście, można zauważyć, że istnieje już w obecnej sytuacji obawa jakiegoś konfliktu zbrojnego wywołanego przez Rosję. Państwo, które rozkręciło taką zbrojeniową spiralę, w którym środkiem ciężkości finansów publicznych są siły zbrojne, w pewnym momencie doprowadza do wojny. Tak było w 1939 r., gdy Hitler musiał rozpocząć wojnę, mimo że jeszcze nie zakończył wszystkich swoich planów modernizacji; w niemieckiej Rzeszy po prostu zaczęły się pojawiać symptomy poważnego kryzysu gospodarczego. Rzeczywiście, dziś Rosja może wywołać jakąś wojnę, jest tylko pytanie o jej kierunek i skalę wykorzystania tej rosyjskiej machiny militarnej. Najłatwiejsze wydaje się odgrzanie konfliktu na Ukrainie lub Kaukazie Południowym.

– Czy Rosja może w przypływie desperacji zdecydować się na wykorzystanie swego arsenału jądrowego?

– Trudno, oczywiście, to przewidzieć, jednak uważam, że konflikt nuklearny jest w dzisiejszym świecie raczej mało prawdopodobny. Broń jądrowa, jak by to koszmarnie nie zabrzmiało, jest wręcz bronią pokoju; każde państwo, które ośmieliłoby się jej użyć, wie, że natychmiast spotka się z podobną odpowiedzią. Indie i Pakistan do 1998 r. biły się zaciekle o sporny kawałek ziemi, a gdy tylko obydwie strony weszły w posiadanie broni jądrowej, natychmiast konflikt się uspokoił. Oczywiście, nigdy nie można wykluczyć taktycznego wykorzystania broni jądrowej przeciwko państwu nieposiadającemu takiej broni...

– Zatem przeciwko Polsce lub krajom bałtyckim byłoby to całkiem możliwe?

– Dziś Rosjanie z pewnością zastanawiają się, czy Stany Zjednoczone jako główny dysponent broni jądrowej – największy w ramach NATO – byłyby gotowe odpowiedzieć atakiem jądrowym, gdyby Rosja użyła broni jądrowej na niewielką skalę, przeciwko członkowi Sojuszu nieposiadającemu takiej broni. Obawiać się można, że są już dość mocno przekonani, iż Amerykanie użyją broni jądrowej raczej tylko wtedy, kiedy zostanie zaatakowane bezpośrednio ich terytorium, nawet nie jednostki amerykańskie znajdujące się poza Ameryką...

– Czyli np. w Polsce?

– Cała rzecz w tym, czy Rosjanie mogą być do końca pewni, że Amerykanie właśnie tak się zachowają. My też tego nie wiemy. Przed warszawskim szczytem rozważano potrzebę jednoczesnego zwołania Komitetu Nuklearnego NATO, jednak nie udało się. Obawiam się jednakowoż, że zwołanie tego komitetu, a nawet jakieś bardziej konkretne ustalenia niczego by nie załatwiły, bo w ostateczności o wszystkim zadecydują sami Amerykanie. A Francuzi i Brytyjczycy nawet nie kryją tego, że mając broń jądrową, w żaden sposób nie delegują jej na potrzeby NATO; wystarcza im tylko pewność, że nikt nie skieruje przeciwko nim głowicy jądrowej.

– Czy wobec tak wyraźnego deficytu solidarności wewnętrznej NATO jest dziś adekwatną odpowiedzią na zamiary Rosji?

– Jest o tyle, o ile Amerykanie wojskowo tkwią w Europie. To jest główny cierń uwierający Rosję, która robi wszystko i będzie robić jeszcze więcej, żeby się porozumieć – na partnerskich warunkach – z nowym prezydentem USA, podzielić świat na strefy wpływów, a potem ewentualnie powrócić do przepychanek podobnych do tych z okresu zimnej wojny. W tej sprawie jestem jednak optymistą; bez względu na to, kto wygra amerykańskie wybory, to jednak tamtejsza machina państwowa jest zbyt stabilna, istnieją zbyt potężne interesy i wpływy elit, żeby ktokolwiek mógł je nieodpowiedzialnie naruszyć. Rosjanie chyba dość naiwnie się cieszą, licząc na zwycięstwo Trumpa. Co więcej, z jego poglądami i charakterem w krótkim czasie z potencjalnego sojusznika Moskwy może stać się jej najzagorzalszym wrogiem.

– Kreml jednak wydaje się nie tracić nadziei, że Stany Zjednoczone wycofają się z ustaleń warszawskiego szczytu NATO i że może wyprowadzą się z Europy...

– To by oznaczało, że Ameryka zrezygnuje z roli głównego supermocarstwa budującego swoją globalną hegemonię. W takim przypadku rzeczywiście nie miałoby znaczenia np. to, czy w Polsce w Redzikowie i w wielu innych miejscach na świecie będą amerykańskie instalacje antyrakietowe, bo na amerykańskim bezpieczeństwie to nie zaważy.

– Na ile możemy mieć pewność, że Amerykanie jednak nie zrezygnują?

– Pewną gwarancją jest – podobnie zresztą jak w Rosji – rozwinięty amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy, w dużej mierze prywatny, ale ściśle powiązany z państwem, który nie chciałby stracić zysków. Amerykanie też muszą prowadzić wojny, ale nakładów na inwestycje i rozwój nowych broni nie pozyskają w uzasadnieniu obrony przed wojującym islamem. Muszą mieć w zanadrzu dużo poważniejszego przeciwnika. Chiny jak na razie nie za bardzo się w tej roli sprawdziły, mimo usilnych starań Pekinu i Waszyngtonu.

– Rosja pręży militarne muskuły, sama chce się równać z największymi. Jak w istocie wypada zestawienie potencjału zbrojnego Rosji z potencjałem NATO i amerykańskim?

– Nie ma czego porównywać! Potencjał NATO i rosyjski to różnica kilku rzędów wielkości. Rosjanie nadrobili nieco zapóźnienia, ale pod względem technicznym nie dogonili głównego członka Sojuszu, czyli Stanów Zjednoczonych, i raczej nie zanosi się na to, by to mogło nastąpić. Mają natomiast liczniejsze wojska lądowe, co w warunkach europejskich jest bardzo istotne; po prostu Amerykanom takie nie są potrzebne. Jednak z pewnością Rosja ma dziś drugą co do potencjału – po amerykańskiej – armię na świecie, gdyż europejskie armie, mimo że były bardziej zaawansowane technologicznie, przespały ostatnich dwadzieścia kilka lat. Jeśli chodzi o samą technikę wojskową, to w Europie jest już naprawdę niewiele rzeczy, których Rosjanie nie mają, których sami nie potrafiliby zrobić.

– Europa bez zaangażowania Stanów Zjednoczonych mogłaby się zatem poważnie obawiać konfliktu zbrojnego z Rosją?

– W obecnym stanie może mieć naprawdę duży problem. Dlatego Rosjanie tak bardzo dążą do wypchnięcia Amerykanów z Europy. I dlatego też cieszą się bardzo z wszelkich wewnątrzeuropejskich podziałów oraz konfliktów, ponieważ tylko Europa jako zgodna całość mogłaby się skutecznie Rosji zbrojnie przeciwstawić. Mimo że Europa ma większy niż Rosja wspólny potencjał militarny, to jednak trudno dziś nawet mówić o możliwości stworzenia sprawnie działającej wspólnej struktury militarnej. Proste poskładanie wszystkich armii europejskich – mimo że razem są liczniejsze niż armia rosyjska – jeszcze nie daje tego, czym już obecnie dysponują Rosjanie. Sam rosyjski potencjał jądrowy jest dużo silniejszy od europejskiego, a pod pewnymi względami nowocześniejszy niż francuski i angielski. Co prawda, ostatnio Brytyjczycy – nie bez wewnętrznych oporów – przeforsowali w parlamencie modernizację swojego arsenału jądrowego.

– Stworzenie jednej armii Unii Europejskiej można uznać raczej za nierealny i zły pomysł?

– Gdyby taka armia miała powstać, to byłaby to armia niemiecka oraz przyłączone do niej drobne dodatki z mniejszych krajów plus faktycznie niezależna armia francuska. To byłby jednak nie najlepszy pomysł. A i jego realizacja nie byłaby prosta...

– Przed szczytem NATO w Polsce odbyły się wielkie manewry Anakonda-16, po których zapewniano, że armie sojusznicze świetnie potrafią kooperować...

– Tych wspólnych ćwiczeń jest jednak za mało; o ile zróżnicowana jednostka wielonarodowa może dobrze funkcjonować na szczeblu brygady, dywizji, to na szczeblach niższych nie jest to już takie proste. Obawiam się, że tak też będzie z międzynarodowymi batalionami, które, według ustaleń warszawskiego szczytu NATO, mają być rozmieszczone w państwach wschodniej flanki. Wydaje się, że trudno będzie komponować wyposażenie, dograć procedury, rozwiązywać kwestie podstawowej logistyki i zaopatrzenia. Cały batalion powinien mieć jednolite wyposażenie – mogą być w nim co najwyżej żołnierze z różnych krajów. W Polsce ma ponoć stacjonować batalion amerykański – ale do końca nie jest pewne, jak zdecydują Amerykanie. Natomiast w krajach bałtyckich będzie coś na wzór kiedyś tworzonych grup bojowych UE, czyli wojskowe „mydło i powidło”.

– Można więc wątpić w skuteczność odstraszania na wschodniej flance?

– Moim zdaniem, oprócz tego, że jest to ostrzegawczy dla Rosji znak zmiany myślenia Zachodu na temat rosyjskich intencji, to wojskowo tenże Zachód jeszcze nie stworzył dla Rosji istotnego kłopotu. Z wojskowego punktu widzenia, z realizowanych już lub zapowiadanych projektów największym problemem dla Rosjan byłoby powstanie stałej amerykańskiej bazy przeciwrakietowej w Redzikowie.

– Ale nagłaśniane są obawy, że taka baza to woda na młyn rosyjskiej agresji.

– Co do tego jestem optymistą. Rosjanie nie są takimi głupimi Azjatami, jak się o nich myśli – przed silniejszym zawsze czują respekt. Mając do czynienia z siłą, krzyczą, straszą, tupią, ale nie uderzą. Chyba że w odruchu desperacji lub rozpaczy z powodu wewnętrznej słabości, ale i wtedy, jeśli tylko poczują opór w Europie – a mam nadzieję, że taki się jednak realnie pojawi – uderzą w słabszego. Wybiorą raczej wojnę w Azji środkowej lub na Kaukazie i tam ugrzęzną.

* * *

Andrzej Wilk
Główny specjalista ds. wojskowych aspektów bezpieczeństwa międzynarodowego Ośrodka Studiów Wschodnich

Reklama

Jak reżyseruje się „marsze równości”

2019-08-13 12:55

Rozmawia Włodzimierz Rędzioch
Niedziela Ogólnopolska 33/2019, str. 38-39

W Polsce marsze środowisk LGBT nazywane są „marszami równości”. Na całym świecie te same parady znane są jako „Gay Prides”, co wskazuje na ich zasadniczy cel – ukazanie dumy z bycia homoseksualistami.
W Polsce próbuje się przedstawić „marsze równości” jako spontaniczne inicjatywy ludzi, którzy twierdzą, że są dyskryminowani i walczą o należne im prawa. Ale, oczywiście, tak nie jest. Na całym świecie wszystkie „Gay Prides” mają podobną scenografię i tę samą „reżyserię”, co wskazuje na to, że służą one tym samym celom wyznaczonym przez ideologów LGBT.
O próbę przeanalizowania tego zjawiska poprosiłem prof. Tommasa Scandroglia – dawnego wykładowcę Uniwersytetu Europejskiego w Rzymie.

vitaumanainternazionale.org
Prof. Tommaso Scandroglio

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – Badał Pan Profesor zjawisko parad homoseksualnych, zwanych „Gay Pride”. Co je charakteryzuje?

PROF. TOMMASO SCANDROGLIO: – Wszystkie „Gay Prides”, parady dumy gejowskiej, mają pewne wspólne cechy, które starałem się przeanalizować. Przede wszystkim cechuje je duch protestu. Parady te mają w sobie coś z ducha demonstracji 1968 r. (rewolucja studencka), które w roszczeniach dla pewnych grup społecznych (robotników, studentów, kobiet) nie proponowały postaw obronnych, ochrony danej kategorii, ale uciekały się do atakowania tych, których przedstawiano jako wrogów: pracodawców/kapitalistów przeciwstawiano robotnikom, nauczycieli/rodziców – uczniom, mężczyzn/rodziny/dzieci – kobietom. W analogiczny sposób w „Gay Prides” maszeruje się nie na rzecz osób homoseksualnych, ale zawsze przeciwko komuś. Przede wszystkim przeciwko Kościołowi, przeciwko tym, którzy twierdzą, że akty homoseksuale są nieuporządkowane, przeciwko partiom prawicowym, przeciwko ludziom o tradycyjnych poglądach itd. Krótko mówiąc – charakterystyczną cechą tych parad jest duch antagonistyczny, który zaprzecza hasłom o niedyskryminacji, integracji, otwartości na to, co różne, wykrzykiwanym podczas tych samych manifestacji. Innymi słowy – środowiska homoseksualne domagają się dialogu, otwarcia, bycia przyjaznymi, ale same przyjmują całkowicie odwrotną postawę: postawę wrogości, wojowniczości, niezdolność do dialogu.

– Dlaczego znaczna część uczestników tych parad manifestuje półnaga?

– To prawda, że „Gay Prides” to parada półnagich ciał (kostium kąpielowy jest najbardziej popularny), a to z kilku ważnych powodów. Pierwszy – to prowokacja. Zgodnie z agresywnym, wojowniczym duchem, o którym wspomniałem, konieczne jest sprowokowanie „wroga”, zmuszenie go do niekontrolowanej reakcji, by następnie oskarżać go o bigoterię, niewrażliwość i homofobię. Drugi powód – to krytyka. Nagość jest wykorzystywana jako obraza stereotypów, normalności, naturalności relacji. Kryje się za tym rewolucyjne przesłanie: obalić porządek ustanowiony przez Boga, który chciał, by mężczyzna czuł pociąg do kobiety i vice versa, a w szczególności obalić znaczenie czystości i wstydliwości, postrzeganych już nie jako cnoty, ale tabu, które trzeba przełamać, wrogie indywidualnej wolności i pełnemu wyrażaniu siebie. Trzeci powód to transgresja. Półnagie ciało osoby homoseksualnej jest wyrazem pragnienia przekroczenia wszystkich ograniczeń w sferze seksualnej. Pierwszym takim ograniczeniem jest, oczywiście, heteroseksualizm – rozpusta jest rozumiana jako wyzwalająca siła własnych popędów. Czwarty powód to przeciwstawienie „fizyczności” „wewnętrzności” – nagość świadczy o tym, że związek homoseksualny często koncentruje się na erosie, a wymiar afektywny (który jest również chaotyczny, ponieważ pochodzi z orientacji homoseksualnej, która jest nieuporządkowana, jak naucza katechizm), to aspekt drugorzędny. To właśnie fizyczność jest często źródłem stosunków homoseksualnych. Innym powodem jest narcyzm ich uczestników, dla których parada może być sceną do popisu w nadziei, że zostaną zauważeni i docenieni.

– Parady te organizowane są wszędzie i na szeroką skalę, nawet w krajach i miejscach, w których osób o skłonnościach homoseksualnych jest bardzo mało – tak jakby ktoś chciał „narzucić” społeczeństwu temat homoseksualizmu, aby przyzwyczajać ludzi do tego zjawiska...

– To prawda, ponieważ jednym z celów tych parad jest przyczynienie się do uznania zjawiska homoseksualizmu i transseksualizmu za normalne w świadomości zbiorowej, do pozbawienia zwykłych ludzi wrodzonego impulsu krytycznego. Rozpowszechnienie parad na całym świecie sprawiło, że stały się one zjawiskiem obyczajowym, już nawet nie tak nieprzyzwoitym, co w oczywisty sposób pomogło w podejmowaniu wielu innych działań mających na celu „normalizację” homoseksualizmu. Historycznie „Gay Prides” były pierwszą publiczną inicjatywą, która miała na celu akceptację homoseksualizmu w społeczeństwie.

– W Polsce, podobnie jak w innych krajach, „marszom równości” towarzyszą bluźniercze gesty. Dlaczego tak się dzieje?

– Jednym z ich wyróżników jest bluźnierczy charakter i bezczeszczenie Kościoła oraz ducha religijnego. Wspomniałem wcześniej o antagonistycznym wymiarze parad, a pierwszym wrogiem, którego należy zniszczyć, jest Kościół. Dlatego jest w nich tak wiele wulgarności, obelg i bluźnierczych przedstawień przeciwko Bogu, Matce Bożej i świętym. W tych gestach pełnych przemocy nie chodzi tylko o zamiar bezczeszczenia, modny od 1968 r. aż do chwili obecnej, ale jest to przejaw prawdziwej nienawiści do „sacrum”, tak jakby Kościół i święci byli wyrzutem sumienia dla sumienia tych ludzi.

– W większości krajów istnieją prawa uznające bluźnierstwo i oczernianie religii za przestępstwa, które podlegają karze. Dlaczego nikt nie karze homoseksualistów, którzy dopuszczają się takich przestępstw, podczas gdy ludzie przeciwni „marszom równości” są piętnowani lub wprost prześladowani?

– Z jednej strony – ludzie, którzy ośmielają się krytykować bluźniercze gesty i słowa uczestników „Gay Prides”, uważani są za homofobicznych, nieliberalnych, dyskryminujących, średniowiecznych, ponieważ rzekomo cenzurują wolność wypowiedzi. A z drugiej – ludzie, którzy obrażają uczucia religijne całego ludu, korzystają tylko z prawa do wolności słowa! Tak więc są dwie miary oceny: jeśli gej obraża Madonnę, to ta obraza jest wyrazem wolności słowa, a jeśli wierzący krytykuje homoseksualistę, który obraża Maryję, to zasługuje na pójście do więzienia za zniesławienie. Jest to skutek masowej kampanii kulturowej, która zmieniła zbiorowe postrzeganie zjawiska homoseksualizmu i sprawiła, że zwykli ludzie wierzą – z jednej strony – że działacze gejowscy są zawsze ofiarami, które należy bronić, a z drugiej – że katolik jest zawsze „katem” i dlatego zasługuje na pozbawienie wolności słowa, by nie mógł dyskryminować. Ta nierówność traktowania, a raczej otwarta dyskryminacja ludzi wierzących, wywiera w konsekwencji wpływ również na sędziów, którzy w tych sprawach przychylają się do dominujących, mainstreamowych opinii.

– Na stronie homoseksualistów „Gayly Planet” można przeczytać: „Nawet jeśli parady są przezabawne, a ty tańczysz aż do wyczerpania, pozostają demonstracjami politycznymi, by walczyć o równość i prawa społeczności LGBTQ”. Czy „Gay Prides” są formą walki politycznej?

– Według ideologów „tęczowych parad”, prawdziwy gej musi być aktywny politycznie. Homoseksualizm nie może pozostać w sferze prywatnej, ale musi stać się instancją polityczną, musi mieć wymiar publiczny, a zatem musi zostać przekształcony w walkę o swobody obywatelskie, prawa, finansowanie publiczne itp.

– Jeśli za paradami LGBT kryje się konkretna ideologia, to każdy ma prawo je krytykować, tak jak istnieje prawo do krytyki każdej partii czy ideologii...

– Krytyka, kontestacja, dezaprobata zawsze były bronią ruchu LGBT.

– Światowe lobby LGBT od dawna chce zmusić Kościół do zmiany nauki o zachowaniach homoseksualnych. Jakich metod używa, aby to osiągnąć?

– Wśród wielu strategii możemy wskazać trzy. Pierwsza to szantaż. W Kościele, jak przyznał sam Papież, działają lobby homoseksualne i są one bardzo wpływowe. Szantaż jest narzędziem do załatwiania wielu spraw. Jeśli jakiś biskup, rektor seminarium, przewodniczący jakiegoś papieskiego organizmu ma „plamy na życiorysie”, to stają się one walutą wymiany: gejowskie lobby obiecuje, że nie ujawni nic z tego, co wie o życiu biskupa, rektora czy księdza, w zamian za bycie przyjaznym gejom – „gay friendly”. Druga strategia: to przekonanie ludzi, że większość księży jest homoseksualistami. Jest to strategia promowana również przez socjologa i działacza gejowskiego Frédérica Martela w książce „Sodoma”. Twierdzi on, że skoro homoseksualizm jest tak rozpowszechniony w Kościele, to należy go „znormalizować”, uznać za naturalny wariant orientacji seksualnej. I trzecia strategia, również obecna w tekście Martela: ukazywanie homofobów (to neologizm zrodzony z teorii płci, który ma oznaczać ludzi źle nastawionych do homoseksualizmu) jako utajonych homoseksualistów. Tak więc ci, którzy krytykują homoseksualizm, są homoseksualistami, nawet jeśli o tym nie wiedzą. To sztuczka polegająca na tym, że z jednej strony zmusza się kogoś do milczenia, aby uniknąć podejrzeń o homoseksualizm, a z drugiej, na poziomie medialnym, ukazuje się środowsko konserwatywne jako garstkę bigoteryjnych hipokrytów.

* * *

Polska jest na półmetku zaplanowanej na ten rok kampanii środowisk LGBT+.

Od kwietnia do października br. w 23 polskich miastach organizowane są parady i tzw. marsze równości. Pierwsze miały już miejsce, a w sierpniu „marsze równości” przejdą ulicami: Płocka, Gorzowa Wielkopolskiego, Katowic, Szczecina, Torunia, Kalisza, Wrocławia i Lublina.

W ubiegłym roku odbyło się w Polsce 14 tęczowych parad, a w bieżącym jest ich o 40 proc. więcej. Charakterystyczne jest, że organizowane są one nie tylko w dużych aglomeracjach, ale coraz częściej w małych, odległych od centrum, ośrodkach, gdzie społeczność LGBT jest znikoma i nigdy przedtem publicznie się nie prezentowała.

(KAI)

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kielce: pół tysiąca osób wyruszyło rowerami na Jasną Górę

2019-08-20 11:19

dziar / Kielce (KAI)

500 osób – tyle, ile maksymalnie jest to możliwe, wyruszyło dzisiaj z Kielc rowerami w VII Rowerowej Pielgrzymce Diecezji Kieleckiej na Jasną Górę, która odbywa się pod hasłem „W mocy Bożego Ducha”. Jest to prawdopodobnie największa pielgrzymka rowerowa w Polsce. Potrwa do piątku 23 sierpnia.

KD

Pielgrzymów błogosławił i wyprawił w trasę bp Marian Florczyk.

- Jasna Góra i Cudowny Obraz Matki Bożej są pierwszym i głównym celem pielgrzymki, który nie jest łatwo osiągnąć. Potrzebna jest pomoc drugiego człowieka (…). Myślę, że z Bożą pomocą i motywacją wewnętrzną spotkamy się na Jasnej Górze – powiedział bp Florczyk, który będzie tam sprawował Mszę św. dla pielgrzymów.

Pielgrzymka rowerowa wyruszyła sprzed kościoła św. Maksymiliana w Kielcach. - W tradycji było tak, że ludzie szli pieszo. Ta pielgrzymka na rowerach to jednak znak czasu, bo widzimy codziennie, że dużo ludzi jeździ na jednośladach. Stąd też pomysł, aby zorganizować taką modlitewną wędrówkę – dodał biskup.

Pielgrzymi mają przed sobą cztery dni i ponad 250 kilometrów. Jeszcze dziś pielgrzymi dotrą do Kaczyna, żeby przez Pierzchnicę i Chmielnik udać się do Wiślicy. W tamtejszym sanktuarium o godzinie 20.30 wezmą udział w uroczystej Mszy św. Dzisiaj pokonają ponad 70 kilometrów.

Pięciuset pielgrzymom towarzyszy ośmiu księży i pięć sióstr zakonnych, jadą całe rodziny, np. małżeństwo z Buska – Zdroju, z 4-letnim Kubą i 7- letnią Hanią. Z mamą jedzie także zaledwie 3-letnia Ania. Uczestniczą pielgrzymi m.in. z Krakowa i Warszawy.

Popularność wydarzenia jest z każdym rokiem większa – już z ostatnim dniem lipca zamknięto zapisy. Liczba pielgrzymów musi być ograniczona ze względów bezpieczeństwa i logistyki.

Pielgrzymi codziennie pokonują od 50 do 70 km. Trasa jest podzielona na 15-kilometrowe odcinki, pomiędzy którymi są postoje z czasem na modlitwę, gorący posiłek i odpoczynek. Tempo jest dostosowane do możliwości osób w różnym wieku.

Tradycyjnie pielgrzymka odbywa się z wątkiem dobrych uczynków. Na trasie pielgrzymi zaangażują się w pomoc dla podopiecznych Domu Pomocy Społecznej w Mnichowie. Na postoju w Węgleszynie odbędzie się kiermasz, podczas którego będzie można kupić ręcznie wykonane prace podopiecznych DPS-u, aby wspomóc działanie ośrodka. Prace zostały zamieszczone na stronie internetowej pielgrzymki. Odbędzie się także akcja pomocowa dla dzieci z Kenii, którą zaproponowała wolontariuszka misyjna Monika Motyczyńska.

W ubiegłych latach organizowano akcję pozyskiwania dawców szpiku kostnego lub zbiórkę na tandem dla niewidomego uczestnika, który potem odbył pielgrzymkę na nowym rowerze.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem