PAP
Dyrektor sanockiego skansenu, Marcin Krowiak, wyznał ze łzami w oczach:
„Kiedy tutaj stoimy i patrzę na te zgliszcza, nie do końca wierzę, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Niestety, nie jest to zły sen”. Żywioł generował niewyobrażalną temperaturę — pękały kamienne elementy, a wysoką temperaturę odczuwały drzewa oddalone o kilkanaście metrów.
Krzyż, którego pożar nie tknął
A jednak wśród tej dramatycznej pożogi doszło do wydarzenia, które poruszyło świadków i szybko stało się promieniem nadziei w mroku tragedii. Tuż obok doszczętnie spalonego kościoła, w odległości zaledwie kilku metrów od szalejących płomieni, stał drewniany krzyż.
Choć ogień strawił cały kościół i drewniane ogrodzeniewokół niego, stojący przed wejściem krzyż wyszedł z katastrofy niemal nietknięty.
„Trudno mi wytłumaczyć, dlaczego akurat on ocalał. Byłem tutaj niemal od początku pożaru i wiem, jaka panowała temperatura. Nie można było podejść na mniej niż kilkanaście metrów od kościoła” — mówił w rozmowie z mediami dyrektor muzeum.
Znak wiary i obietnica odbudowy
Dla wiernych i pracowników skansenu przetrwanie krzyża w samym centrum żywiołu nie jest jedynie zbiegiem okoliczności, lecz głębokim, wymownym znakiem duchowym. Jedna z pracownic skansenu, patrząc na pogorzelisko, wyznała: „To, że ten krzyż ocalał, traktuję symbolicznie. To dla nas znak, że musimy też kościół odbudować”.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
