— W Medjugorie doszło do profanacji figur Matki Bożej i ołtarza zaledwie kilka dni przed rozpoczęciem Mladifestu. Jak Pan odczytuje to wydarzenie? Co ono mówi nam jako ludziom wierzącym?
— Widzę w nim przede wszystkim jeden bardzo czytelny znak — szatan nienawidzi Maryi i miejsc, w których jest Ona czczona. Nie dlatego, że Maryja zatrzymuje uwagę na sobie, ale dlatego, że najdoskonalej prowadzi do Jezusa. Przez Jej Niepokalane Serce człowiek najłatwiej trafia do Najświętszego Serca Jezusa. Nieprzypadkowo profanacja wydarzyła się tuż przed rozpoczęciem Mladifestu — święta młodych, na które co roku przyjeżdża kilkadziesiąt tysięcy osób z całego świata. Święty Jan Paweł II mówił, że młodzi są przyszłością Kościoła, a kardynał Stanisław Dziwisz często przypominał, że są również jego teraźniejszością. Szatan od dawna uderza właśnie w młodych, bo wie, że od nich zależy przyszłość wiary.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Medjugorie jest miejscem wyjątkowym. Kardynał Christoph Schönborn nazwał je kiedyś «wielkim konfesjonałem świata». Ludzie przyjeżdżają tam po to, by wrócić do Boga, pojednać się z Nim i rozpocząć nowe życie. A przecież właśnie nawróceń najbardziej nienawidzi zły duch. Jego celem jest odwrócić człowieka od Boga. Warto zwrócić uwagę jeszcze na jeden szczegół.
Zostały sprofanowane wszystkie najważniejsze miejsca związane z kultem Matki Bożej w Medjugorie. To nie był przypadkowy akt zniszczenia. To było świadome uderzenie w miejsca modlitwy.
Reklama
— Mówi Pan, że nie był to zwykły akt wandalizmu. Dlaczego tak mocno podkreśla Pan słowo «profanacja»?
— Bo te dwa pojęcia nie oznaczają tego samego. Wandalizm polega na niszczeniu mienia. Profanacja dotyczy tego, co święte. W Medjugorie sprofanowano poświęcone figury Matki Bożej i poświęcony ołtarz. Są to miejsca kultu. Kodeks Prawa Kanonicznego przewiduje w takich sytuacjach modlitwę ekspiacyjną i właśnie dlatego została ona odprawiona kilka dni później na Górze Objawień z udziałem tysięcy młodych ludzi.
Profanacja ma charakter obiektywny. Nie zależy od tego, czy ktoś osobiście uznaje dane miejsce za święte. Dotyka wspólnoty wierzących i rani ich uczucia religijne.
— Sprawcą okazał się Polak. Czy ten fakt ma dla Pana jakieś znaczenie?
— Narodowość sama w sobie nie jest najważniejsza. Jezus nie patrzy na człowieka przez pryzmat narodowości. Dla nas jednak może to być bardzo bolesny rachunek sumienia. Często lubimy mówić, że Polska jest krajem katolickim, narodem Maryi. Pytanie tylko, czy rzeczywiście wybraliśmy Jezusa w naszych sercach?
Reklama
Można być człowiekiem religijnym zewnętrznie — chodzić do kościoła, przyjmować sakramenty, znać nauczanie Kościoła — a jednocześnie nosić w sobie nienawiść, brak przebaczenia, pychę czy pogardę wobec drugiego człowieka. I właśnie to nazwałbym największą profanacją. Nie tę dokonaną na figurze czy ołtarzu, ale tę, która dokonuje się w sercu człowieka. Można przyjąć Jezusa w Eucharystii, usłyszeć Jego słowo podczas Mszy Świętej, a chwilę później wyjść z kościoła i zranić drugiego człowieka. Pan Jezus powiedział bardzo wyraźnie, że Jego uczniowie będą rozpoznawani po miłości, nawet do nieprzyjaciół.
— Wracając do osoby sprawcy. Bartek przyznał się do winy, nie wyraził skruchy i powiedział, że zrobiłby to ponownie. Pojawiają się jednak głosy, że zmagał się z depresją, przeżywał kryzys osobisty i mógł działać pod wpływem środowiska, z którym był związany.
— Poznałem Bartka siedem lat temu. Już wtedy był człowiekiem bardzo skoncentrowanym wyłącznie na Jezusie, odrzucającym kult Maryi. Wiedziałem też o jego bardzo trudnej historii życia. Pochodzi z patologicznej rodziny, przeżył rozpad małżeństwa, zmagał się z depresją, przez pewien czas był związany ze środowiskami protestanckimi, które nie uznają Maryi za Matkę Bożą.
Nie wolno jednak wszystkiego tłumaczyć wyłącznie depresją. O człowieka cierpiącego psychicznie trzeba się modlić i trzeba mu pomagać. Nie możemy jednak oczekiwać, że sama modlitwa zastąpi profesjonalną pomoc psychologiczną czy psychiatryczną. Mam wrażenie, że w jego przypadku nałożyło się wiele dramatów: osobistych, rodzinnych i duchowych. Do tego doszła bardzo powierzchowna znajomość nauki Kościoła o Maryi i brak pogłębionej formacji. Z informacji, które dziś znamy, wynika również, że ten czyn był przygotowywany z wyprzedzeniem. Nie był impulsem chwili. To pokazuje jeszcze jedną rzecz. Samo doświadczenie spotkania z Jezusem nie wystarczy. Potrzebna jest dalsza droga wiary.
Arkadiusz Dalak
Przemysław Janiszewski - teolog, pisarz i autor kanału „Moc w słabości”.
— Co ma Pan na myśli?
Reklama
— W Kościele mówimy o dwóch etapach. Pierwszy to kerygmat — osobiste spotkanie z Jezusem, odkrycie Jego miłości i przyjęcie Go jako Pana swojego życia. Ale jest jeszcze drugi etap — katechumenat, czyli dojrzewanie w wierze. Poznawanie Pisma Świętego, nauczania Kościoła, życie sakramentalne, kierownictwo duchowe. Nie można zatrzymać się wyłącznie na pierwszym etapie. Człowiek potrzebuje formacji przez całe życie.
— Na swoim kanale «Moc w słabości» poświęcił Pan tej sprawie wiele miejsca. Dlaczego ta profanacja tak mocno Pana poruszyła?
— Bo moje własne nawrócenie dokonało się właśnie przez Maryję. To Ona zaprowadziła mnie do Jezusa. Nigdy nie zatrzymała mnie na sobie. Taka jest przecież Jej misja — zawsze prowadzić do Chrystusa. Pan Bóg sam wybrał drogę przyjścia swojego Syna na świat przez Maryję. To nie jest ludzki pomysł. Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort pisał, że najpewniejszą drogą do Chrystusa jest właśnie Maryja. Bardzo mocno podkreślał to również św. Jan Paweł II.
Wystarczy spojrzeć na scenę pod krzyżem. Jezus nieprzypadkowo mówi do Jana: «Oto Matka twoja». W osobie Jana byliśmy wszyscy obecni. To testament Chrystusa. Maryjność nie jest więc dodatkiem do chrześcijaństwa, ale częścią Bożego planu zbawienia.
— Coraz częściej można usłyszeć: «To tylko figura. Maryi przecież nie da się obrazić». Jak odpowiedziałby Pan takim osobom?
— Posłużę się prostym przykładem. Wyobraźmy sobie, że ktoś bierze zdjęcie naszej mamy albo żony, maluje po nim wulgaryzmy, niszczy je i jeszcze mówi: «Przecież to tylko fotografia». Każdy z nas poczułby ból. Nie dlatego, że papier cierpi, ale dlatego, że fotografia odnosi nas do konkretnej osoby.
Reklama
Tak samo jest z figurą czy obrazem poświęconym do kultu. One nie są Bogiem ani Maryją, ale prowadzą do Osoby, którą przedstawiają. Dlatego Kościół mówi o przestrzeni sacrum. Dzisiaj obserwujemy bardzo niebezpieczne zacieranie granicy między sacrum i profanum. Jeśli uznamy, że wszystko jest tylko kwestią interpretacji, to za chwilę ktoś powie, że Eucharystia też jest zwykłym opłatkiem. A przecież wiemy, że jest czymś nieskończenie większym.
— Jedna z internautek napisała pod Pana filmem: «Może Matka Boża uczy nas teraz miłosierdzia wobec sprawcy?» Czy chrześcijańska odpowiedź na profanację powinna zaczynać się właśnie od modlitwy za sprawcę?
— Papież Franciszek często przypominał, że chrześcijanin ma błogosławić, a nie przeklinać. Powinniśmy modlić się za Bartka, błogosławić jego osobę, a nie jego czyny. Trzeba bardzo wyraźnie odróżnić człowieka od zła, którego się dopuścił.
Miłosierdzie nie polega na usprawiedliwianiu grzechu. Polega na pragnieniu nawrócenia grzesznika. Pan Bóg najpełniej objawia swoje miłosierdzie właśnie tam, gdzie jest największa ciemność. Dlatego także ta dramatyczna sytuacja może stać się dla wielu ludzi początkiem głębszego nawrócenia.
— Co jest dziś większym zwycięstwem złego: sama profanacja świętych miejsc czy nienawiść, która może narodzić się w sercach wierzących?
— Myślę, że właśnie to drugie. Pismo Święte uczy nas, że nie wolno potępiać człowieka. Możemy i powinniśmy nazwać zło po imieniu, ale nie wolno nam odbierać nikomu nadziei na nawrócenie. Karol Wojtyła pisał, że to czyny odsłaniają prawdę o człowieku. Możemy więc powiedzieć jasno: ten czyn był obiektywnie zły, był profanacją i antyświadectwem. Jednocześnie nie możemy pozwolić, aby szatan osiągnął swój drugi cel — wzbudził w nas nienawiść.
Żyjemy w świecie pełnym napięć i konfliktów. Tym bardziej będzie próbował wykorzystywać wydarzenia takie jak profanacja w Medjugorie, aby podzielić także ludzi wierzących. Polacy są narodem bardzo maryjnym. Można więc powiedzieć, że jest to pewnego rodzaju duchowy sprawdzian. Pytanie brzmi: czy odpowiemy tak jak Maryja — błogosławieństwem, modlitwą i wiernością Chrystusowi? Bo właśnie do tego wzywa nas Ewangelia. Nie do odwetu, ale do miłości nieprzyjaciół. To najtrudniejsza, ale jedyna droga, którą wskazał nam Jezus.
Joanna Popławska
