Reklama

Powinni być martwi, a urodzili się żywi

2016-09-28 08:34

Iwona Galińska
Niedziela Ogólnopolska 40/2016, str. 44-46

W Polsce rocznie wykonuje się ponad 100 tys. tzw. legalnych aborcji. Liczba ta sukcesywnie wzrasta. W Sejmie podjęto już trzy próby nowelizacji ustawy o całkowitym lub częściowym zakazie aborcji. Po nagłośnieniu morderstwa chłopca z zespołem Downa, dokonanego w Szpitalu im. Świętej Rodziny w Warszawie, powstał obywatelski projekt całkowitego zakazu aborcji, który trafił pod obrady Sejmu

Karol był dzieckiem planowanym, wyczekiwanym. Idąc na USG, nie myślałam o żadnych chorobach, o ciężkiej grypie, którą przeszłam w drugim miesiącu ciąży. Chcieliśmy się tylko dowiedzieć, czy to jest chłopiec, czy dziewczynka. Badanie w piątym miesiącu wykazało choroby dziecka. W jednej chwili zawalił nam się cały świat. Karol miał częściowo niewykształcone spoidło mózgu. W szóstym miesiącu okazało się, że ma przepuklinę przeponową. A to była już wada zagrażająca życiu. Przez dziurę w przeponie narządy wewnętrzne: jelita, śledziona przemieszczały się do klatki piersiowej i uciskały płuca. Nie wiadomo było, czy płuca się rozwiną. Sam poród był także niewiadomą – czy Karol go przeżyje. Na szczęście lekarze byli dla nas wsparciem. Nigdy nie sugerowali aborcji. Postanowiliśmy z mężem czas do porodu maksymalnie wykorzystać. Była piękna, ciepła pora roku. Chodziliśmy na długie spacery po Krakowie. Mieliśmy wsparcie od innych rodziców chorych dzieci, których nigdy nie widzieliśmy. Czas poświęciliśmy na modlitwę i na Msze św. Nigdy dotąd nie byliśmy tak nakręceni irracjonalną siłą. Zdaję sobie sprawę, że to łaska Boża nas prowadziła.

Nie dawali mu trzech lat życia

Karol urodził się przez cesarskie cięcie i od razu został przewieziony na intensywną terapię. Przez pewien czas był w stanie krytycznym. Lekarze dawali mu kilka dni życia. Jego stan się ustabilizował. Przeszedł pierwszą operację. Przeżył pół roku na intensywnej terapii. Potem jeszcze rok w szpitalu z respiratorem. Zabraliśmy go w końcu do domu. To był najtrudniejszy dla nas czas. Spaliśmy z przerwami po dwie godziny na dobę. Ciągle włączały się alarmy Karolka. Ja dodatkowo zachorowałam na zapalenie wątroby. Byłam leczona interferonem – to taka „mała chemia”. Bardzo źle ją znosiłam. Nie mogłam się ruszać z powodu dużego bólu stawów. Cała opieka nade mną i synkiem spadła na męża. W końcu kolejny raz podjęliśmy z lekarzem próby odłączania Karolka od respiratora. Po dwóch latach życia został od niego uwolniony. Teraz Karol ma osiem i pół roku, a jego stan to cały czas wielka tajemnica. Miał i jeszcze ma sporo problemów ze zdrowiem. Mniejszych i większych. Ma obustronną głuchotę i wszczepiony implant ślimakowy. Słyszy, ale nie mówi. Samodzielnie je, lecz wszelkie płyny musi mieć podawane dożołądkowo. Ma porażoną strunę głosową i się zachłystuje. Chodzi przy balkoniku albo prowadzony za rękę. Lekarze nie dawali mu tylu lat życia przy funkcjonowaniu jak obecnie.

Wystarczy spojrzeć na uśmiechniętą twarz Karolka

Karol to kilka porządnych cudów. Miał najgroźniejsze pierwotne, utrwalone nadciśnienie płucne. Lekarka powiedziała, że schorzenie tego rodzaju nigdy nie cofa się samoistnie. Trzeba wykonać przeszczep płucoserca. W wypadku mojego synka byłoby to niemożliwe. Po pewnym czasie nadciśnienie się cofnęło. Stwierdzono u niego w 3 przewężenie tchawicy. Spowodowała to rurka tracheostomijna. Pulmonolog nie mógł uwierzyć, że dziecko jest wydolne oddechowo i nie sinieje. Podczas kolejnej wizyty okazało się, że przewężenie zmniejszyło się i wystarczy jedynie balonikowanie. Zalecono ok. 6 takich zabiegów. U Karola wystarczyły 2. Zdaniem ortopedy, to niesamowite, że syn siedzi po tak długiej hospitalizacji i leżeniu. Jego kręgosłup jest w niezłym stanie.

Reklama

Karol chodził do przedszkola. Teraz uczęszcza do specjalnej szkoły. Ma wspaniałych nauczycieli, ukochanego pana od muzyki. W szkole mówią, że gdy ktoś ma gorszy dzień, wystarczy spojrzeć na uśmiechniętą buzię Karolka, aby przepędzić smutki. W tym roku synek przystąpi do Pierwszej Komunii św. Jest pogodnym dzieckiem. Ma dwójkę młodszego rodzeństwa. Zosia i Anielka to zdrowe dziewczynki.

Musieliśmy zbudować nowy świat, inny niż ten poukładany, wymarzony sprzed narodzin Karola. Syn otworzył nas na inne perspektywy. Zrozumieliśmy, że nasze dotychczasowe plany nic nie znaczą. Trzeba nauczyć się żyć inaczej. Najważniejsze, że w tym naszym egzystowaniu doświadczamy Boga.

Machina śmierci

Historia małego Karolka, opowiedziana przez jego mamę – Annę Kasprzyk, może pomóc podjąć właściwą decyzję kobietom stojącym na zakręcie i monitowanym przez lekarzy, którzy straszą szybkim upływem czasu, który został na, jak mówią – pozbycie się kłopotu. A może skłoni do refleksji zwolenników zabijania dzieci i uświadomi im, że tak mało wiedzą o Bożych planach dotyczących ludzkiego życia. Oby w świadomości naszych posłów, którzy ustalają prawo aborcyjne, pojawiła się iskierka wątpliwości, która zatrzyma wydanie wyroku na zabicie niepełnosprawnych, nienarodzonych dzieci. Jak dotąd machina śmierci, którą jest przemysł aborcyjny, zbiera obfite żniwo.

W ubiegłym roku przepadł w Sejmie obywatelski projekt ustawy całkowicie zakazującej wykonywanie aborcji. Nie był to odpowiedni czas na składanie takich wniosków. Przeżywaliśmy gorączkę kampanii wyborczych. Czekała nas całkowita zmiana władzy i Polacy byli skupieni głównie na tym.

Poprzedni projekt zaostrzający ustawę aborcyjną, by broniła prawa do życia dzieci chorych, spotkał się natomiast z dużym zainteresowaniem i wywołał żywą dyskusję. Wprawdzie 27 września 2013 r. przepadł w Sejmie, ale wystąpienie pełnomocnik Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej „Stop Aborcji” Kai Godek wywołało bardzo ostrą reakcję posłów lewicy. Ówczesna marszałek Sejmu Ewa Kopacz zabroniła nawet prelegentce używania określenia „zabijanie dzieci”. Widocznie uszy posłów są zbyt delikatne, aby słuchać podobnych okropności. A według Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, życie ludzkie trwa od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci. – Na dziecko z zespołem Downa patrzy się jak na człowieka, który żyje dlatego, że badania się pomyliły, matka je zlekceważyła lub zrobiła dziecku łaskę i pozwoliła mu się urodzić. Tak nie może być – powiedziała wówczas Kaja Godek, matka 4-letniego synka z zespołem Downa. W Polsce abortuje się dzieci z zespołem Downa, zespołem Turnera i wieloma innymi chorobami, których lista nie została przez Ministra Zdrowia ujawniona. Pozostaje to tajemnicą lekarską, za którą może kryć się wiele nadużyć.

Jak naturalne poronienie...

Obowiązujące prawo aborcyjne zakłada w określonych przypadkach możliwość dokonania zabiegu do końca 3. trymestru ciąży. Zdarza się, że wyjątkowe przypadki są podobne do historii 14-letniej dziewczyny, która bulwersowała opinię publiczną przed kilkoma laty. Otóż dziewczyna zaszła w ciążę ze swoim kolegą z klasy. Dowodzono nieprawdy o gwałcie. Matka dziewczyny z grupą propagatorek aborcji wywierała nacisk na niezdecydowaną córkę. Kilka szpitali odmówiło dokonania zabójstwa, zrobił to dopiero wyznaczony przez Ministerstwo Zdrowia szpital w Gdańsku. Matka dziewczyny złożyła pozew do Strasburga o odszkodowanie za utrudnianie procederu. I wygrała.

Legalnie przeprowadza się aborcje eugeniczne, które dotyczą usunięcia upośledzonego lub nieuleczalnie chorego płodu. Aby się przekonać, czy dziecko urodzi się zdrowe, trzeba wykonać badania prenatalne, które są inwazyjne. W późniejszym czasie mogą zagrozić utrzymaniu ciąży. Test przesiewowy nie daje odpowiedzi na pytanie o stan zdrowia dziecka, USG natomiast pozwala wykryć wady u niego dopiero w 5. lub 6. miesiącu ciąży. Kobieta, która decyduje się na długie, trwające wiele tygodni, i żmudne badania, dostaje niepomyślną diagnozę. I słyszy wówczas od lekarza słowa: Jest dla pani wyjście. To będzie wyglądało tak jak naturalne poronienie. W rzeczywistości różnie to wygląda. Zdarzają się przypadki urodzenia żywych dzieci, które w łonie matki dożyły 28. tygodnia. O tych zastraszających historiach, dokonujących się także w polskich szpitalach, mówi Maria Bienkiewicz – długoletnia obrończyni życia nienarodzonych oraz pracownica fundacji Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia. – Zdarzają się ginekolodzy, którzy niemal doszukują się chorób genetycznych. Do takiego lekarza zgłasza się kobieta będąca w trudnej sytuacji życiowej, mająca kilkoro dzieci, i słyszy słowa: Dziecko ma problemy zdrowotne, może pani zakończyć ciążę. Zdesperowana, często pozostawiona sama sobie godzi się z tą decyzją. Zostaje wywołany przedwczesny poród. Jest zasada, że matka nie może widzieć rodzącego się dziecka. Dostaje środki odurzające. W szyjce macicy ma założony preparat wywołujący jej skurcze. Leży otumaniona z podłożoną miską. O niczym nie wie. Dziecko rodzi się, wpada do tej miski. Ono żyje. Długi czas kwili, wydaje odgłosy życia. Nikt z personelu się nim nie interesuje. Szpitale stosują „procedurę odstąpienia od reanimacji”. Czasami bywa tak, jak w jednym z wrocławskich szpitali – na przełomie stycznia i lutego 2014 r. w 23-24 tygodniu ciąży w trakcie sztucznego porodu urodziło się żywe dziecko, które ważyło 700 g. Lekarze przystąpili do reanimacji i zaintubowali dziecko. Dlaczego dziewczynce udzielono pomocy? Znaleźli się świadkowie tego wydarzenia i obawiano się nagłośnienia sprawy. W sierpniu tego samego roku w Opolu w wyniku cesarskiego cięcia urodziło się dziecko z zespołem Downa. Żyło. Bez żadnej pomocy umierało przez 4 godziny.

W Niemczech żyje kilkunastoletni chłopiec, który przeżył aborcję. Odstawiono go gdzieś na bok. Męczył się 10 godzin, w końcu ktoś nie wytrzymał i udzielił mu pomocy. Zatrważające, że los takiego małego człowieka zależny jest od kondycji psychicznej lekarzy. Według statystyk, w wyniku indukowanego porodu 15 proc. dzieci przychodzi na świat żywych. Ze sprawozdań rządowych wynika, że w wyniku takich procedur codziennie umiera dwoje dzieci. – W latach 60. ubiegłego wieku – wspomina prof. Roman Czekanowski – przedwcześnie urodzone dzieci były topione w wiadrach z wodą lub wystawiane na mróz, aby zamarzły. W statystykach szpitalnych wpisywano, że urodziły się martwe. Dziś umierają w naczyniach na odpady, odstawione gdzieś na bok. Położne mają zakaz udzielania pomocy maleństwom. Strach przed utratą pracy paraliżuje ich działania. Żyją w ciągłym stresie. Wiedzą dobrze, co się dzieje na oddziałach położniczych, i nie mogą nic zmienić. Niektóre nie wytrzymują tej presji i odchodzą z pracy. I wówczas zaczynają mówić. Mogą także, jak lekarze, odmówić wykonywania takich zabiegów. Przez kierownictwo nie jest to jednak dobrze widziane.

Twarde sumienia

Okres PRL-u był rajem aborcyjnym. Dokonywano zabiegów na życzenie, jak usunięcia zepsutego zęba. Kobiety robiły to w dużej mierze z niewiedzy. Panował pogląd, że dziecko przeznaczone do aborcji to zespół komórek, zygota, jakiś niewykształcony twór wielkości ziarnka fasoli. Przemysł aborcyjny żerował na niewiedzy kobiet. Lekarze wiedzieli, co robią. Zdarzali się wśród nich tacy, którzy aby odwieść pacjentkę od zabiegu, roztaczali przed nią makabryczną wizję rozczłonkowanych nóżek, rączek. Na nic się to zdało. Jedna pacjentka po wyjściu z takiego gabinetu stwierdziła stanowczo: – To jakiś sadysta. Opowiadał mi niestworzone historie i napawał się moim wzburzeniem. Rewolucji w świadomości kobiet dokonał dopiero słynny „Niemy krzyk”, nakręcony przez amerykańskiego lekarza Bernarda Nathansona, człowieka, który w swojej przeszłości zawodowej otworzył klinikę aborcyjną i był odpowiedzialny za 75 tys. tego typu zabiegów. Przyczynił się także do zalegalizowania aborcji w Stanach Zjednoczonych. Po zabiegu oglądanym przy pomocy ultrasonografu zaprzestał swoich praktyk. – Nie ma żadnej różnicy między 12-tygodniowym a 28-tygodniowym płodem – mówił. – Dokonywanie zabiegu przerwania ciąży jest dzieciobójstwem. Zabijany płód doznaje takich samych cierpień jak dorosły torturowany skazaniec. Nathansona oskarżano o manipulacje, ale on przyznał się, że manipulował badaniami w okresie aborcyjnym, a nie późniejszym.

Aż dziwne, że kobiety bogate w taką wiedzę, która dobitnie uświadamia im, że zabijają ukształtowanego już człowieka, który się boi i ucieka przed narzędziami chirurgicznymi, nadal decydują się na taki zabieg. Wiele z nich robi to z braku dostatecznej wiedzy, z powodu zastraszenia i przerażenia nową sytuacją. W chwili otrzymania wiadomości o uszkodzeniu płodu potrzebują wsparcia lekarza, bliskich, aby podjąć odpowiedzialną decyzję. Kalekie dziecko to nie koniec życia. To – zdaniem pani Ani z Krakowa – budowanie od podstaw innego świata, w którym, tak jak w każdym innym, będą blaski i cienie. Ojciec dziś już kilkuletniej Martynki, widząc zmagania rehabilitacyjne swojej córeczki, która urodziła się z zespołem Downa i wadą serca, stwierdza: – Te upośledzone dzieciaczki jakby podświadomie rozumieją, że są trochę inne, i dają z siebie wszystko. Ich cierpliwość i samozaparcie są godne podziwu – to zupełnie niedostrzegany wymiar człowieczeństwa upośledzonych.

Dzieci, które przeżyły

O tym, jak wielka jest wola życia, świadczą zanotowane przypadki żywych narodzin w wyniku nieudanych aborcji w Stanach Zjednoczonych. Żyje tam 44 tys. takich osób – są namacalnym świadectwem tych zbrodni. W 1977 r. w 6. miesiącu, po nieudanej aborcji, urodziła się zupełnie zdrowa Melissa Ohden. Tak samo jak Josiah Presley – południowokoreański chłopczyk, który urodził się ze zniekształconą lewą ręką i potem został adoptowany przez amerykańską rodzinę, czy Gianna Jessen – najbardziej znana ofiara aborcji, obecnie gorąca propagatorka walki o zaprzestanie aborcyjnych praktyk. – Kiedy mnie zobaczyli, doświadczyli horroru morderstwa. Byłam ślepa i poparzona, powinnam być martwa, a urodziłam się żywa – mówi w filmie nagranym na płytę. Została adoptowana. Po kilku miesiącach wykryto u niej porażenie mózgowe, będące wynikiem niedotlenienia mózgu podczas zabiegu. Lekarze prognozowali, że Gianna nie będzie mogła nawet podnieść głowy. Dziś jeździ po całym świecie i głosi ewangelię życia. – Kiedy słyszę, że należy dopuścić aborcję w sytuacji, gdy dziecko może być upośledzone, to w moim sercu rozgrywa się horror. Cóż to za arogancja silnych, którzy chcą decydować, kto może żyć, a kto nie?! A przecież tym, co ich samych utrzymuje przy życiu, jest miłosierdzie Boga, nawet jeśli oni Go nienawidzą – powiedziała Gianna w amerykańskim Kongresie i w brytyjskim parlamencie. A te kraje są prawdziwym rajem aborcyjnym. W USA na skutek poparcia Baracka Obamy zabija się dzieci w późnych miesiącach ciąży, tak samo w Wielkiej Brytanii, Niemczech. A zdarzają się przypadki, że dziecko, które z medycznego punktu widzenia nie ma żadnych szans na przeżycie, jednak rodzi się zdrowe. Tak było w Wielkiej Brytanii w przypadku małej Amilli. Tamtejsi lekarze mają obowiązek ratować dziecko, które rodzi się po 24. tygodniu ciąży. U matki Amilli ciąża była zagrożona. Kobieta w szpitalu walczyła ze swoim organizmem o każdy dzień, chciała dotrwać do owego magicznego 24. tygodnia. Zdesperowana, wykorzystując dużą wagę dziecka, oszukała lekarza, który powiedział: – Płód ma 23 tygodnie i 6 dni, więc będę ratował. Mała urodziła się z przezroczystą skórą i zrośniętymi oczami. Zaczęła płakać. Dziś jest zdrowym, normalnie rozwijającym się dzieckiem.

Człowiek ze swoją butą i arogancją wiedzy chce być panem życia i śmierci. A ingerencja w Boże działania przynosi nieoczekiwane skutki. Wobec tylu oczywistych dowodów ciekawe, co musi się stać, aby obudzić nasze sumienia, aby upomnieć się o prawo do życia dla tych najbardziej bezbronnych.

Pocieszające jest to, że młode pokolenie sprzeciwia się aborcji. Majowe badanie sondażowe IBRIS nie pozostawia złudzeń. Większość Polaków jest za całkowitym zakazem aborcji.

Tagi:
rodzina ciąża

Reklama

Znana marka zmienia swą politykę wobec zawodniczek w ciąży

2019-09-26 08:56

rk (KAI/LiveAction.org) / Nowy Jork

Jako prawdziwy milowy krok w walce z dyskryminacją sportsmenek, które chcą zostać matkami, okrzyknęła jedna z organizacji pro-life w USA zwycięstwo amerykańskiej lekkoatletki Allyson Felix w starciu z firmą Nike. Ta dziewięciokrotna medalistka olimpijska i jedna z najbardziej utytułowanych zawodniczek lekkoatletycznych wszechczasów miała zostać ukarana finansowo przez globalną markę, z którą mistrzynię sportu wiązał kontrakt, za to, że zdecydowała się urodzić dziecko.

youtube.com

Gdy Felix poinformowała Nike, że jest w ciąży, władze spółki zapowiedziały wypłacanie sponsorowanej zawodniczce tylko 70 proc. należnej stawki. Wszystko dlatego, że olimpijka uznała, że ważniejsze niż udział w zawodach sportowych jest urodzenie dziecka. W wyniku konfliktu ze sponsorem Felix próbowała nawet początkowo ukrywać to, że jest ciąży. Dopiero po pewnym czasie zrozumiała, że czynienie z tajemnicy z czegoś, co było dla niej prawdziwym spełnieniem, to błąd.

O swych doświadczeniach z tamtego czasu opowiada teraz mediom. Po ciężkim zatruciu ciążowym (stan przedrzucawkowy) urodziła dziecko w 32. tygodniu ciąży poprzez cesarskie cięcie. Felix ma nadzieję, że jej doświadczenia pomogą innym kobietom, które martwią się - tak jak ona przez lata - że założenie rodziny oznacza poważne ryzyko dla ich karier sportowych.

Przed przystąpieniem do walki o swoje prawa pisała: „Jestem jedną z najszerzej promowanych przez Nike lekkoatletek. Kto mógłby zapewnić ochronę macierzyństwa, jak nie ja?” – napisała na łamach „New York Times’a”.

W sierpniu ubiegłego roku, dzięki jej i innym zawodniczkom, które przyłączyły się do publicznej debaty, firma Nike zdecydowała się zmienić zasady i zapewniła, że sportsmenki w ciąży nie będą karane poprzez zmniejszenie stawki lub rozwiązanie z nimi kontraktu. Okres ochronny dla brzemiennych zawodniczek wynosić ma 18 miesięcy, począwszy od 8 miesięcy przed wyznaczonym terminem porodu. Precedensowe rozstrzygnięcie w tej sprawie ma także obejmować inne dziedziny sportu, w których zawodniczki podpisują kontrakt z tą marką odzieżową.

Sama Felix ostatecznie zdecydowała się podpisać nową umowę z firmą Athleta, ale jak podkreślają obrońcy życia z Live Action, dzięki olimpijce dokonał się prawdziwy milowy krok w walce z dyskryminacją sportsmenek, które chcą zostać matkami.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

„Sprawa” tragicznie zmarłego ks. Palimąki

2012-11-23 13:21

Agnieszka Dziarmaga
Edycja kielecka 48/2012, str. 4-5

Ks. Stanisław Palimąka - pierwszy proboszcz Klimontowa, twórca tamtejszej parafii i budowniczy kościoła, należy do grona tych kapłanów, którzy ponieśli śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach. Tragiczne zdarzenie miało miejsce stosunkowo niedawno - w 1985 r., sprawę badały poważne gremia, m.in. tzw. Komisja Rokity i delegatura krakowska IPN. Postępowanie badawcze nie wniosło zbyt wiele. Faktem jest natomiast, że ks. Palimąka, przejechany ze skutkiem śmiertelnym przez własny samochód, staczający się po pochyłości do garażu, był kaznodzieją i katechetą, który nigdy się komunistom nie kłaniał, a jego kazania i wystąpienia publiczne zaowocowały specjalną teczką w aktach SB

Archiwum
Ks. Stanisław Palimąka

Był 27 lutego 1985 r. Rankiem, tuż po śniadaniu proboszcz ks. Stanisław Palimąka wsiadł w swojego niebieskiego Fiata 125, aby odwieźć katechetę (alumna Stanisława Olesińskiego) do pracy. Prowadząca mu gospodarstwo siostra - Otylia Kaczmarek, nie mogąc doczekać się powrotu brata, wyszła ok. 12.30 przed dom. Ksiądz leżał przy drzwiach garażowych, na których zatrzymał się samochód. Był martwy.

Tragiczne zdarzenie

Jak pisze ks. Daniel Wojciechowski w „Księża niezłomni. Diecezja kielecka” („Print”, Włoszczowa-Kurzelów 2011) „Według oficjalnej wersji auto staczając się do garażu z podjazdu o długości 12 m i o nachyleniu 12 stopni, najechało na ks. Palimąkę, powodując jego śmierć. Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Krakowie musiał się bardzo spieszyć z ustaleniem przyczyny zgonu kapłana, skoro już 30 marca 1985 r. umorzył dochodzenie, nie stwierdzając przestępstwa. Sekcja zwłok wykazała złamanie podstawy czaszki, stłuczenie mózgu, krwiak podpajęczynkowy, rany tłuczone twarzy po stronie prawej i złamanie prawego uda”.

Z Kroniki parafii Klimontów: „Ciało księdza spoczywało wbite w nowe, masywne drzwi garażowe Został przygnieciony przez półtoratonowego fiata. Zszokowana tym widokiem [siostra - przyp. red] najprawdopodobniej wykonała telefony na milicję, do Kurii w Kielcach i do brata Mieczysława do Kielc. Na miejscu tragedii szybko zjawił się tłum ludzi. Plac przed plebanią zapełnili nie tylko zrozpaczeni parafianie, ale także milicja, pogotowie, brat księdza i biskup kielecki. Śledztwo przejęła komenda krakowska. Oględziny wykonywali eksperci z Krakowa i Warszawy”. Sekcja została przeprowadzona w Zakładzie Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Krakowie.

Pogrzeb ks. Stanisława Palimąki odbył się 2 marca 1985 r. w Klimontowie. Liturgii pogrzebowej przewodniczył bp Stanisław Szymecki, który wygłosił homilię, kończąc ją słowami św. Pawła Apostoła: „Czuwajcie, trwajcie mocno w wierze, bądźcie mężni i umacniajcie się. Wszystkie wasze sprawy niech się dokonują w miłości” (1Kor 16, 13-14). Uczestniczyło około 290 kapłanów i tłumy wiernych nie tylko z parafii, ale i z okolicznych miejscowości.

Co na to śledztwo i Komisja?

Sejmowa Komisja Nadzwyczajna do badania działań MSW, którą kierował poseł Jan Maria Rokita (zwana Komisją Rokity), dopatrzyła się wielu wątpliwości w orzeczeniach Urzędu ds. Wyznań. W raporcie napisano m.in.: „Postępowanie zostało ukierunkowane na niestwierdzenie przestępstwa już w momencie dokonywania pierwszych czynności procesowych. Dopuszczono do utraty (na skutek niezabezpieczenia) wielu istotnych dowodów (m.in. nie dokonano badań, czy na monecie blokującej dźwignię hamulca ręcznego znajdują się odciski palców). Nie przesłuchano wszystkich świadków, wykonane przez biegłych ekspertyzy są obarczone uchybieniami, nie odpowiadają na podstawowe pytania. Wreszcie nie przeprowadzono eksperymentu, który miałby określić wielkość siły uderzenia staczającego się samochodu na przeszkodę umieszczoną bezpośrednio pod drzwiami garażu”. Jaki z tego wniosek?

Ks. Daniel Wojciechowski badający tę sprawę uważa, że przyczyna „wypadku” mogła być złożona: patriotyczne, niewygodne dla aparatu władzy homilie ks. Palimąki i wiedza, jaką nabył podczas budowy kościoła i tzw. załatwiania materiałów budowlanych. Działało to, zdaniem księdza, jak katalizator. - To, że Proboszcz Klimontowa wiedział zbyt wiele, potwierdził słuchacz Radia Maryja, który zadzwonił do mnie, gdy byłem gościem „Rozmów niedokończonych”. Dzwonił z Krakowa, ze szpitala, nie chciał jednak podać danych personalnych - opowiada ks. Wojciechowski. Jako krewny zmarłego był na miejscu wypadku i dotąd ma przed oczami tamten tragiczny widok.

Na wniosek Komisji Rokity w 1991 r. sporządzono dodatkowo raport o działalności „grupy D” (do specjalnych działań dezintegracyjnych w walce z Kościołem), utajniony jednak przez MSW… Z kolei prokurator Aleksander Herzog z Prokuratury Generalnej uznał, że śledztwo było prowadzone nieprawidłowo. W „Gazecie Wyborczej” (nr 237/11 października 1990) ukazał się tekst pt. „MSW się spieszyło”, w którym tenże prokurator opiniuje: „Zbyt wcześnie, często przed wpłynięciem opinii biegłych, umarzano sprawy, nie brano pod uwagę wszystkich możliwych wersji popełnienia przestępstwa”. Obok ks. Palimąki wymienia sprawy: Piotra Bartoszcze, Grzegorza Przemyka, ks. Jerzego Popiełuszki, ks. Stanisława Zycha.

Z Kroniki parafii Klimontów: „W 2008 r. na polecenie IPN krakowska policja ds. kryminalnych przez dwa dni podejmowała czynności dotyczące miejsca i przebiegu tragicznej śmierci ks. Palimąki w Klimontowie. Istotnych zmian w tej sprawie do dzisiaj nie stwierdzono. Od czasu do czasu ukazują się jakieś artykuły w prasie małopolskiej dotyczące tej śmierci, które powielają uprzednie wersje i opinie, a jest ich tyle, ilu ludzi, a każdy uważa siebie za eksperta. Wydaje się, że tajemnicę okoliczności śmieci zabrał ks. Stanisław ze sobą. Być może, że nadejdzie taki czas, kiedy poznamy prawdę o tej śmierci”. Tak więc sprawa nadal pozostaje niewyjaśniona.

Zanim został księdzem

Kim był tragicznie zmarły ks. Palimąka i w jaki sposób sprawował kapłańską posługę? Czy styl jego pracy mógł spowodować zabójstwo, jeśli wykluczy się tezę wypadku? Choć „sprawa nadal pozostaje niewyjaśniona”, warto przyjrzeć się nie tylko okolicznościom „sprawy”, ale również tak tragicznie przerwanemu życiu ks. Stanisława Palimąki.

Urodził się 1 grudnia 1933 r. w Rębiechowie, należącym do parafii Węgleszyn, w rolniczej rodzinie. Gdyby żył, wkrótce świętowałby 79. urodziny. Rodzice - Piotr i Marianna z Dąbrowskich byli autentycznymi świadkami żywej wiary i w tym duchu wychowywali dzieci. Zawsze, pomimo odległości od kościoła, musiała być coniedzielna Msza św., a rano i wieczorem wspólny pacierz. Niewielu pozostało świadków tamtych lat; w Rębiechowie wciąż mieszka siostra śp. ks. Palimąki, w Kielcach żyje brat. - Pamiętamy o nim w wypominkach, w rocznicę tragicznej śmierci jest zawsze zamawiana Msza św. - mówi proboszcz z Węgleszyna, ks. Andrzej Żuber.

Po zdaniu matury w Liceum Ogólnokształcącym w Jędrzejowie (1954 r.) Stanisław Palimąka zdecydował się wstąpić na drogę kapłaństwa, rozpoczynając naukę i formację w WSD w Kielcach. Czas był szczególny - aresztowanie i proces bp. Czesława Kaczmarka musiały zapisać się w pamięci kleryka i odcisnąć ślad na kształcie późniejszej kapłańskiej posługi. Równie mocno utrwaliły się rozmowy w grupie szkolnych kolegów i nauczyciela historii z liceum w Jędrzejowie, gdzie potajemnie poznawano prawdę o Katyniu i innych zdarzeniach, o których milczała wówczas historia. Kleryk Palimąka zainteresowania historią Polski wyniósł także z domu rodzinnego. To był jeden aspekt jego dojrzewania, doroślenia. Poza tym koledzy kursowi z Seminarium zapamiętali go jako radosnego, pełnego optymizmu człowieka. Święcenia kapłańskie ks. Palimąka otrzymał z rąk bp. Czesława Kaczmarka 11 czerwca 1960 r. - Zawsze cechował go niesamowity humor. Był pełen energii, prędki - mówił, co myślał. Tę energię przekładał na duszpasterstwo - wspomina ks. Wojciechowski.

Odważne kazania w parafiach diecezji

Najpierw był wikariat w Łopusznie - trzy lata w rozległej terytorialnie parafii, z katechizacją dzieci w punktach dojazdowych, z głoszeniem odważnych kazań, co skutkowało nachodzeniem księdza przez ludzi w mundurach lub w cywilu i zadawaniem pytań, głównie o stosunek do PRL i jej władz. Potem był (krótko) Słaboszów k. Miechowa.

W Archiwum Diecezjalnym w Kielcach zachował się list do bp. Jana Jaroszewicza, dotyczący tamtego okresu, napisany przez 48-letniego rolnika ze Słaboszowa, który pisze m.in.: „Bardzo a bardzo pragnę podziękować za tak dobrego kaznodzieję, jakim jest ks. Palimąka, wikary parafii Słaboszów (…). Słyszę często, co ludzie mówią o jego kazaniach i co na nich działa i na mnie samego (…). Ksiądz wikary chce naprawdę dużo pracować i dużo może zrobić” (Akta personalne XP -56). W liście była także mowa o obowiązkowości księdza w doprowadzaniu dzieci na religię, szczególnie tych, które unikały katechezy.

W grudniu 1963 r. ks. Palimąka zainstalował się w Pierzchnicy. W związku z wygłoszonym przezeń kazaniem (z 11 kwietnia 1966 r.) Wojewódzki Urząd ds. Wyznań skierował do Kurii w Kielcach pismo o wszczęciu postępowania w sprawie działalności ks. Palimąki „szkodliwej dla państwa ludowego”. Wytoczony zarzut dotyczył „publicznego piętnowania historyków polskich za rzekome zniekształcanie prawdy historycznej narodu i Ojczyzny”. Ks. Palimąka nie zaprzeczał; ponadto nie chciał dopuścić świeckich władz oświatowych do wizytacji katechezy w punktach katechetycznych. SB przyglądała się coraz uważniej młodemu wikariuszowi...

W 1966 r. ks. Palimąka został mianowany wikariuszem w Białogonie k. Kielc. Po trzech latach przeniesiono go do Kazimierzy Wielkiej. Od 1972 r. jest już w Proszowicach, gdzie daje się poznać jako aktywny, zaradny i przedsiębiorczy kapłan.

Na probostwie w Klimontowie

Bp Jan Jaroszewicz w porozumieniu z ks. kan. Janem Kurczabem - proboszczem w Proszowicach zlecił ks. Stanisławowi Palimące organizację parafii i budowę kościoła w Klimontowie. - Do tego dzieła przystąpił z wiarą i entuzjazmem, mając nadzieję, że z pomocą Bożą i ludzi wykona zadanie - uważa ks. Daniel Wojciechowski. Zakupiono plac pod budowę, a 3 lipca 1977 r. została odprawiona pierwsza Msza św. na placu budowy kościoła. Sama budowa świątyni ruszyła wiosną 1978 r., a jesienią bp Jaroszewicz dokonał wmurowania kamienia węgielnego. Tempo pracy było szybkie, ksiądz dwoił się i troił, nie żałował zdrowia, które zaczynało szwankować, tym bardziej że budowa w tamtych czasach to było wyzwanie wymykające się normom, połączone z karkołomnymi zabiegami i tzw. „załatwieniami” wszystkiego, od pozwoleń po materiały.

Proboszcz był lubiany przez swoich parafian w Klimontowie i cieszył się ich szacunkiem. „Przyjaźnie nastawiony do każdego człowieka, wzbudzał zaufanie i łatwo nawiązywał kontakty. Był lubiany przez młodzież i dzieci. Te cechy jego charakteru pomagały mu przy budowie kościoła oraz tworzenia wspólnoty parafialnej. Parafianie podziwiali jego zaangażowanie w budowę i chętnie mu pomagali. Trud budowy kościoła i plebanii bez wytchnienia i wypoczynku przypłacił zawałem serca” - pisze w swej książce ks. Daniel Wojciechowski. Proboszcz dbał też o Kościół duchowy. Katechizacja, przepowiadanie Ewangelii - pozostawały na dobrym, ambitnym, zaangażowanym poziomie.

Od 1978 r. ks. Palimąka został samodzielnym duszpasterzem w Klimontowie. Równolegle z budową kościoła stawiano plebanię. Parafię pw. NMP Królowej Polski erygował bp Stanisław Szymecki 4 stycznia 1983 r. W tym samym roku bp Mieczysław Jaworski poświęcił cmentarz grzebalny. Od maja 1984 r. Proboszcz mieszkał już u siebie, na plebanii.

Życie parafialne potoczyło się wartkim, stabilnym nurtem, umacniały się więzi wspólnoty, parafia powoli krzepła. Proces w miarę spokojnego budowania wspólnoty przerwała nagła, tragiczna śmierć Księdza Proboszcza, 27 lutego 1985.

Ks. Palimąka został pochowany na cmentarzu, ale wkrótce ciało jego złożono w nowym grobie obok kościoła. Napis na nagrobku brzmi: „Oto miejsce mego odpoczynku na wieki” (Ps 131, 14). Bp Jan Gurda w 1990 r. poświęcił w kościele tablicę upamiętniającą postać tragicznie zmarłego kapłana. W czerwcu 2004 r. uporządkowano grób ks. Stanisława Palimąki wykonując nowe podesty granitowe i odkrywając mogiłę z zarośli. Teraz widnieje obok nowo wybudowanej kaplicy przedpogrzebowej. - Pamiętamy o kolejnych rocznicach śmierci, zamawiane są Msze św. 8 maja w dniu jego imienin czy we Wszystkich Świętych. Pozostaje nam obowiązek pamięci o nim - wyjaśnia proboszcz Klimontowa ks. Jan Kukowski. Postać tragicznie zmarłego Proboszcza przypominano m.in. w numerach pisma parafialnego „Klimontowska wspólnota”.

Dziękuję ks. Janowi Kukowskiemu za pomoc w zebraniu materiału do artykułu i udostępnienie zdjęcia.

W następnym numerze sylwetka Jadwigi Stano, wdowy konsekrowanej

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Modlitewne popołudnie u św. Barbary w Wieluniu

2019-10-22 21:49

Zofia Białas

22 października w parafii św. Barbary w Wieluniu stał się dniem szczególnym. W tym dniu zbiegły się tu trzy ważne ewangelizacyjne wydarzenia: Różaniec Święty dla dzieci, wspomnienie św. Jana Pawła II i inauguracji jego pontyfikatu oraz comiesięczne nabożeństwo i Eucharystia ku czci św. Rity.

Zofia Białas

Wszystkim modlitwom towarzyszyły Relikwie św. Rity i św. Jana Pawła II oraz wiele róż, w tym jeden bukiet szczególny - bukiet wdzięczności dla św. Rity od młodej matki za cud narodzenia dziecka i decyzji narzeczonego o zawarciu sakramentalnego małżeństwa.

Nabożeństwo różańcowe dla dzieci zakończyło się mini sprawdzianem wiadomości na temat tajemnic światła. Pomocą były piękne ilustracje ze scenami chrztu w Jordanie, cudu w Kanie, nauczania Pana Jezusa, przemienienia na Górze Tabor i ustanowienia Eucharystii. Mini sprawdzian przeprowadziła jedna z matek, która przed każdą tajemnicą czytała proste rozważania wyjaśniające tajemnice życia Jezusa i Jego Matki.

Tuż po Różańcu rozpoczęło się nabożeństwo do św. Rity połączone Litanią, koronką, prośbami i podziękowaniami. Było to już 10. Nabożeństwo w tym roku i 11. od chwili uroczystego wprowadzenia Jej Relikwii do kościoła w grudniu 2018 roku.

Ilość wiernych na nabożeństwie i Eucharystii ku Jej czci z miesiąca na miesiąc jest coraz większa. Coraz więcej czcicieli świętej od spraw beznadziejnych przybywa z różami, które po Eucharystii są uroczyście poświęcane.

Coraz więcej czcicieli świętej Rity zabiera do domów książeczki z modlitwami na każdy miesiąc i coraz więcej z nich wie, że trzeba mieć silną wiarę, modlić się sercem i być w modlitwie wytrwałym, bo tylko taką ufną modlitwę święta zaniesie przed Boży tron.

Eucharystia zakończyła się błogosławieństwem relikwiami św. Jana Pawła II i ucałowaniem Relikwii świętej Rity.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem