1 Kor 10, 14-22<- KLIKNIJ
„Dlatego, najmilsi moi, strońcie od bałwochwalstwa”. Po długim wywodzie o pokarmach Paweł dochodzi do granicy, której nie wolno przekroczyć nigdy, czyli do udziału w kulcie bożków. Czym innym jest mięso kupione na targu, czym innym zasiadanie do uczty w świątyni pogańskiej. Pierwsze jest kwestią roztropności i miłości wobec słabszych. Drugie dotyka samej więzi z Bogiem. Ta trzeźwość zapoczątkowała długą pracę chrześcijańskiego sumienia nad pytaniem, w czym wolno uczestniczyć, a w czym nie. Jej wczesnym pomnikiem jest traktat Tertuliana De idololatria, pierwsza wielka kazuistyka uczestnictwa, pisana ręką człowieka biegłego w rzymskiej sztuce prawniczego rozróżniania.
Reklama
Argument Pawła jest eucharystyczny i przez to najgłębszy: „kielich błogosławieństwa, który błogosławimy, czyż nie jest udziałem (gr. koinōnia) we Krwi Chrystusa? Chleb, który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa?” Komunia z Chrystusem tworzy komunię między ludźmi: „wielu nas jest jednym ciałem, wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba”. Właśnie dlatego niemożliwe jest podwójne uczestnictwo: „nie możecie pić z kielicha Pana i z kielicha demonów”. Kto rozumie, czym jest koinōnia stołu, ten rozumie, dlaczego Kościół przez wieki strzegł zasady niewspółuczestniczenia w obcym kulcie. Communicatio in sacris stała się nawet przedmiotem odrębnej normy karnej (dawny kan. 1365 KPK, po reformie z 2021 r. kan. 1381), a prawo precyzyjnie określa nieliczne przypadki godziwej wspólnoty sakramentalnej (kan. 844). Chodzi o prawdę znaku, ponieważ stół wyraża przynależność.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Paweł wie, że „bożek jest niczym”, ale wie też, że za fasadą nicości może stać realna moc zniewalająca człowieka. Ostatnim argumentem jest zazdrosna miłość Boga: „czyż będziemy pobudzali Pana do zazdrości?” Cyryl Jerozolimski uczył w katechezach mistagogicznych, że kto pojął, co otrzymuje w Eucharystii, ten sam z siebie straci smak do wszystkich innych stołów. Taka postawa jest konsekwencją miłości, która wybrała.
Łk 6, 43-49 <- KLIKNIJ
Kazanie na równinie schodzi do fundamentów. Najpierw pada kryterium prawdy o człowieku: „nie ma drzewa dobrego, które by wydawało zły owoc”. Jezus przenosi ciężar z deklaracji na owoce, z tego, co człowiek mówi o sobie, na to, co z niego wyrasta. „Z obfitości serca mówią usta”. Słowo jest owocem wnętrza, a wnętrze jest jak skarbiec, z którego każdy wydobywa to, co nagromadził. Dlatego praca nad sercem jest pierwszą pracą ucznia. Owoce przyjdą same.
Potem pada pytanie, które do dziś nie straciło ostrości: „czemu to wzywacie Mnie: «Panie, Panie», a nie czynicie tego, co mówię?” Wyznanie bez posłuszeństwa jest pustym dźwiękiem. Jezus szuka uczniów. Wiara prawdziwa zawsze przechodzi w czyn, jak korzeń w owoc.
Ostatni obraz jest budowlany i bardzo palestyński. Dwa domy, z zewnątrz może identyczne, różnią się tym, czego nie widać, czyli fundamentem. Przychodzi powódź, jak nagła woda po ulewie w wyschniętych korytach (wadi), i dopiero ona ogłasza wyrok o jakości budowania. Kopać głęboko i położyć fundament na skale znaczy słuchać słów Jezusa i wprowadzać je w czyn. Paweł powie to po swojemu: „fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus” (1 Kor 3,11). Augustyn dopowie, że skałą jest sam Chrystus, a dom budowany na Nim może zadrżeć, lecz nie runie. Burze przyjdą na wszystkich, ale nie wszystkie domy stoją na piasku.
