Reklama

Cud nasz powszedni

2017-05-09 13:50

Witold Gadowski
Niedziela Ogólnopolska 20/2017, str. 19

Dannas/fotolia.com

Kiedyś jeden z dziennikarzy, rozmawiając z Matką Teresą z Kalkuty, stwierdził: – Nawet za górę pieniędzy nie podjąłbym się robienia tego, co pani robi. – Ja, proszę pana, też nie – z naturalną prostotą odrzekła mu Matka Teresa. – To, co robię, bierze się z codziennej modlitwy, z miłości do Jezusa Chrystusa i On daje nam wszystko – dodała po chwili.

W tej niepozornej wymianie poglądów kryje się jedna z największych ludzkich tajemnic. Biologicznie człowiek, jak każde żywe stworzenie, kieruje się instynktem przetrwania. To właśnie instynkt sprawia, że unika on nadmiernego wysiłku, poszukuje najbardziej wygodnych rozwiązań i stara się zapewnić sobie jak najwięcej środków. Największą tajemnicą jest więc umiejętność przekraczania tego instynktu. Psycholodzy – ci, którzy nie uwzględniają istotnej roli motywacji religijnych w kierowaniu ludzkim postępowaniem – do dziś nie potrafią przekonująco wyjaśnić, skąd w ludziach biorą się motywacje do poświęcenia siebie i do działań dla innych, szczególnie dla tych, którzy nie stanowią naszej najbliższej rodziny.

Skoro więc współczesna nauka – ze swoim umiłowaniem wyjaśnień opartych na prostej fizyce i chemii – nie potrafi wytłumaczyć zjawisk bezinteresowności, altruizmu i chęci niesienia innym pomocy bez żadnego wyraźnego powodu, to takie zjawiska w codziennym przekazie informacji spychane są na margines. Kolorowy świat reklam woli bowiem najgłupszych bohaterów kreskówek i komiksów niż ludzi kochających Boga.

Reklama

Człowieka można kupić, człowieka można zastraszyć, ogłupić, ale nigdy taki człowiek nie będzie heroiczny. Prawdziwy heroizm bierze się bowiem z tajemnicy ludzkiego serca. Tylko człowiek głęboko wierzący, zanurzony w nadprzyrodzonej rzeczywistości (i mocy, która z tego płynie) jest zdolny do czynów nieprzeciętnych. Banalna prawda głosi, że z niewolnika nie będzie pracownika. Nie będzie z niego także żołnierza, naukowca, pisarza... Nikt – nawet ktoś nadzwyczajnie szkolony – nie zniósłby tyle, co niepozorna Albanka – Matka Teresa z Kalkuty.

Dziś, kiedy bohaterami masowej wyobraźni stają się najbardziej niedorzeczne postaci, prawdziwi herosi nie cieszą się zainteresowaniem mediów. Dlaczego? Bo są dla mediów i dziennikarzy realnym wyrzutem sumienia? Bo swoją postawą udowadniają, że od człowieka można bardzo wiele oczekiwać, że człowiek – ze swojej natury – nie może zgodzić się na minimalizm i to, co niesie mu popularny styl życia?

Wraz z globalną rewolucją w dziedzinie technologii przekazywania informacji w świecie upowszechnił się spłaszczony obraz odwagi, honoru i heroizmu. Bohater, który przemawia do masowej wyobraźni, dokonuje niesamowitych wyczynów fizycznych, skutecznie pokonuje wrogów i z komiksową powagą odchodzi w dal, a masowa publiczność kończy historię masowym wyobrażeniem, jak to teraz będzie żył długo i szczęśliwie.

Prawdziwi bohaterowie żyją w ciszy, robią rzeczy niesłychane i nie dbają o to, aby pokazywały ich media. Ich „napęd” bowiem nie bierze się z potrzeby błyszczenia, z pożądania ludzkiego poklasku. Siła do tego, aby w rzeczywistości robić rzeczy niezwykłe, nie pochodzi bowiem z żadnej sztampowej motywacji. Ona jest zakorzeniona w miłości. Tylko miłość może przynosić owoce w postaci prawdziwego poświęcenia, oddania i przekroczenia instynktu przetrwania. Świat współczesnych mediów i kreowanych przez nie wzorców wstydliwie wyrzucił na margines to, co w ludzkim życiu jest cudem.

Po co wdaję się w takie rozważania? Czasem wpada mi w ręce kolorowa gazetka poświęcona życiu „znanych i bogatych”. Pełno takich gazetek w poczekalniach lekarskich czy w salonach kosmetycznych. Ludzie przeglądają kolorowe obrazki, wzruszają się plotkami ze świata celebrytów i głośno wzdychają do „tego” życia. Tymczasem stajemy się coraz mniej wrażliwi na cuda, które dzieją się w naszym życiu, na niezwykłych ludzi, których spotykamy w swoim otoczeniu. Nie ma innego ziemskiego życia niż to nasze, które często wydaje nam się takie szare i pozbawione blasku. „Życie” z kolorowych magazynów jest jedynie złudną marketingową kreacją, imitacją niezwykłości. Prawdziwe niezwykłości dzieją się bowiem w naszym realnym, trudnym życiu. Rzecz w tym, aby tego nie przeoczyć. Uprawiam już wiele lat dziennikarstwo i dopiero całkiem niedawno odkryłem, ile niezwykłości dzieje się w moim domu i tuż za jego progiem.

Tagi:
cuda

„Pająk” i Święta

2019-11-14 10:09

Fragment książki "Dotyk Nieba" autorstwa Elżbiety Ruman

Andrzej Mecherzyński-Wiktor (ur. 1984) zawsze uwielbiał się wspinać. Uzdrowiony za wstawiennictwem Bł. Celiny Borzęckiej. Czy cud zostawia ślady? A jeśli tak, to jakie? W wyglądzie czy zachowaniu? Trochę bałam się zobaczyć z Andrzejem... Jak wygląda chłopak „naznaczony cudem”?

youtube.com
Andrzej Mecherzyński-Wiktor

– Nie miał jeszcze trzech lat, gdy siedząc przy stole usłyszałem jego pełne strachu wołanie: „tato, tato!”. Zaniepokojony, pobiegłem do jego pokoju, ale... nie zauważyłem syna. Szukałem go na podłodze, gdy on tymczasem zawisł przy suficie, wczepiony w najwyższą półkę regału z książkami – śmieje się pan Adam Wiktor.

Mieszkanie rodziny Mecherzyńskich, w bloku na jednym z krakowskich osiedli, pełne jest książek, obrazów, pamiątek rodzinnych. Ale jest i pamiątka tak wielka, że w żadnym mieszkaniu by się nie zmieściła.

Brzdąc na drzewie

Proszę spojrzeć – pani Magdalena, mama Andrzeja, podchodzi do okna. – My jesteśmy na pierwszym piętrze, ale to drzewo sięga aż do czwartego.

Rozłożysty klon rozpościera swoje konary nad znaczną częścią podwórza. Dzieciaki uwielbiały i uwielbiają się pod nim bawić. Nie inaczej było i z Andrzejem.

Miał wtedy siedem lat, i często urzędował z kolegami przed domem. Pod koniec lata siedziałam z mężem przy stole, kolacja była gotowa, trzeba było tylko zawołać Andrzeja – uśmiecha się pani Magdalena. – Ale nim to uczyniliśmy, jego młodsza siostra, Kasia, dostrzegła go... mijającego nasze okno. Nawet nie zdążyłam krzyknąć, gdy widziałam już jego pięty... Wspiął się na drugie piętro!

Zawodnik

Piętnaście lat temu brakowało na osiedlu placów zabaw dla dzieci, więc kiedy grupa zapaleńców w starej kotłowni urządziła ściankę wspinaczkową, stało się to arcyważnym wydarzeniem dla mieszkańców. Oczywiście, Andrzej trafi ł na ściankę jako jeden z pierwszych. Wspinał się jak pająk – i takie przezwisko szybko do niego przylgnęło.

Organizatorzy zajęć szybko dostrzegli talent dziesięciolatka. Już po kilku miesiącach ćwiczeń pojechał na zawody do Lublina. – I tak się zaczęło – z dumą uśmiecha się mama zawodnika. – Półki w jego pokoju pełne są trofeów: a to Puchar Polski Juniorów, a to za mistrzostwo Polski, a to za wicemistrzostwo świata…

Wypadek, śpiączka, nowenna

W 1999 roku Andrzej miał 15 lat. To był 20 lipca – pani Magdalena nerwowo przeciera okulary. – Wieczór. Wakacje, syn miał dużo czasu. Przez kilka dni strasznie narzekał, że ścianka jest nieczynna, bo ją remontowano. Wreszcie remont się skończył... Wiedziałam, że Andrzej będzie trenował dłużej niż zwykle, żeby nadrobić zaległości, więc nie dziwiła mnie jego nieobecność.

Nagle zadzwonił telefon. Odebrał tata Andrzeja... I zamarł ze słuchawką w dłoni, gdy usłyszał, że syn miał wypadek i jest pokiereszowany, a karetka już jedzie…

• Basiu... Andrzej spadł. – Tylko tyle był w stanie wyszeptać do żony pan Adam.

Rodzice pobiegli na miejsce treningu. Karetka przyjechała wcześniej. Andrzej już w niej leżał. Nieprzytomny, cały zakrwawiony…

W szpitalu przez dwie godziny nie mogli się doczekać wiadomości. Wreszcie wyszedł do nich dyżurny lekarz.

• Syn ma złamaną podstawę czaszki, wstrząs mózgu, uszkodzenie pnia mózgu i potężny krwiak w czaszce. Jest w stanie śpiączki – oznajmił sucho.

• Kiedy się obudzi? – spytała matka.

• Nikt nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie...

Przez całą noc nie zmrużyli oka. Kiedy zaczęło świtać, przypomnieli sobie, że o siódmej rano Andrzej miał służyć do Mszy św. w kościele parafialnym.

• Pani Magda przybiegła zapłakana – opowiada siostra Władysława, zmartwychwstanka, która była wtedy w parafii organistką. – Opowiedziała nam o tragedii i poprosiła o modlitwę za syna.

Siostrze Władysławie – drobniutkiej, kruchutkiej – oczy błyszczą młodzieńczą energią, choć jest chyba najstarsza w zgromadzeniu. Z werwą opowiada o zdarzeniach sprzed dziesięciu lat: – Zaraz zadzwoniłam do naszej prowincjałki, do Kęt, i powiedziałam jej, że musimy modlić się do naszej Matki Celiny, bo tutaj tylko ona może pomóc!

• Dlaczego tylko ona?

• Bo ona już dobrze wie, co to znaczy stracić dziecko. Zanim została zakonnicą, była żoną i matką czworga dzieci.

Matka Prowincjalna z Kęt wysłała faksy do Rzymu... I tak o tej gorącej intencji modlitewnej dowiedziały się siostry zmartwychwstanki na całym świecie. Rozpoczęły dziewięciodniową nowennę przez wstawiennictwo Matki Celiny o zdrowie dla Andrzeja.

I stał się cud...

Gdy na całym świecie w domach Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pańskiego trwała nowenna, rodzice Andrzeja całe noce i dnie spędzali przy szpitalnym łóżku. Syn nie dawał znaku życia. Bali się, że odchodzi coraz dalej, że już nigdy do nich nie wróci...

Mijały kolejne dni. Środa, czwartek, piątek... Za Andrzeja oddychał respirator, a lekarze bezradnie rozkładali ręce. W sobotę powiedzieli, że jeśli w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin chłopak się nie wybudzi, to właściwie nie ma żadnych szans, że kiedykolwiek wróci do zdrowia. Rodzice modlili się, aby syn choć palcem ruszył, by dał jakikolwiek znak, że ich słyszy, że jego mózg wciąż żyje...

W poniedziałek nadal był w śpiączce. A rodzice usłyszeli, że nawet jeśli się kiedyś zbudzi, to będzie jak roślina, sparaliżowany i głuchy… Bo tak rozległe uszkodzenie mózgu musi zostawić nieodwracalne zmiany. Rodzice sami przed sobą nie chcieli się przyznać, że tracą już nadzieję. Jednak tak było.

Aż nagle...

– Wychodziliśmy już z oddziału intensywnej terapii, razem z lekarką, która właśnie zakładała płaszcz, kiedy przybiegła pielęgniarka – opowiada pan Adam. – Wołała, że coś dziwnego się dzieje!

Wróciliśmy biegiem do syna.

Andrzej próbował otworzyć oczy, zaczął się ruszać i wyraźnie wykonywał drobne ruchy rękami.

Rodzice rozpłakali się ze szczęścia. Na dobre obudził się siódmego dnia pobytu w szpitalu, we wtorek. Otworzył szeroko oczy i zapytał: – Kiedy będę się wspinał?

Rozpoznawał rodziców, pamiętał właściwie wszystko – z jednym wyjątkiem: okoliczności wypadku.

Gdy w czwartek rano rodzice znów wybierali się w odwiedziny do chorego, zadzwonił telefon...

• Zamarłam – wspomina pani Magdalena.

• Byłam pewna, że to telefon ze szpitala. Przestraszyłam się, nie byłam w stanie podnieść słuchawki. Na szczęście mąż był w domu.

Pan Adam uniósł słuchawkę i... oniemiał. Bo usłyszał: – Proszę przyjeżdżać i zabrać syna do domu. Jak to? Do domu? Przecież jeszcze kilka dni temu był w stanie beznadziejnym, oddychały za niego maszyny!

Nie było jednak cienia wątpliwości. Andrzej w pełni wrócił do sił. Lekarze uznali, że nie ma sensu przetrzymywać go w szpitalu. I bezradnie rozkładali ręce, gdy pytano ich, jak to możliwe. Po co przenosić chłopaka na inny oddział, na jakąś obserwację? Lepiej niech wraca do domu!

Profesorskim okiem

• Panie profesorze, czy tak uszkodzony mózg może sam się zregenerować?

• Każdy uraz mózgu zostawia ślady. Im większe uszkodzenie, tym dłuższa rehabilitacja – tłumaczy prof. dr Edmund Szwagrzyk. Jest neurochirurgiem, badał Andrzeja i studiował dokumentację jego choroby. – Cięższe urazy wymagają ćwiczeń trwających kilka lat, aby osiągnąć wymierne efekty i uruchomić nowe obszary mózgu. Te właśnie nowe komórki, na skutek długotrwałych, powtarzanych tysiące razy ćwiczeń, przejmują zawiadywanie organizmem. Dzięki temu chorzy odzyskują utracone wcześniej funkcje chodzenia, mowy, kojarzenia. Jednak na ogół i tak pozostają ślady choroby: pacjenci poruszają się wolniej, mowa może być niewyraźna, pamięć uszkodzona do końca życia. Po urazie tak ciężkim, jak

u Andrzeja, w najlepszym przypadku spodziewałbym się długich miesięcy mozolnych ćwiczeń po obudzeniu się ze śpiączki. Oczywiście bez żadnych gwarancji powrotu do choćby częściowej sprawności.

• Co się wobec tego stało u tego młodego człowieka?

• Jego ozdrowienie jest najbardziej niezwykłym i niewytłumaczalnym przypadkiem w mojej długoletniej praktyce. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktoś po tak ciężkim urazie głowy wprost z intensywnej terapii poszedł do domu.

Lekarz i zakonnica

Tak też prof. dr Edmund Szwagrzyk świadczył w procesie uznania wydarzenia za cud, przez pośrednictwo Matki Celiny Borzęckiej, założycielki zmartwychwstanek.

– Nowenna trwała dziewięć dni – uśmiecha się siostra Władysława. Ona też była świadkiem

w procesie beatyfikacyjnym. – Dlatego dziewiątego dnia Andrzej wrócił do domu. – Zakonnica mówi ze spokojną pewnością, jakby dla każdego musiało być jasne, że nowenna przynosi cudowne skutki. – Teraz on studiuje filozofię i oczywiście nadal wspina się ku górze… Dla mnie Celina jest patronką rodzin, jestem pewna, że nigdy nie zostawiłaby bliskich w potrzebie.

Cud i jego świadek

Czy cud zostawia ślady? A jeśli tak, to jakie? W wyglądzie czy zachowaniu? Trochę bałam się zobaczyć z Andrzejem... Jak wygląda chłopak „naznaczony cudem”?

Znaleźć go nie jest trudno. Studiuje filozofię na UJ, a wolny czas po staremu spędza na ściance wspinaczkowej, zbudowanej w starej osiedlowej kotłowni.

• Gdzie jest Andrzej? – spytałam nastolatka, porządkującego ekwipunek przy wejściu.

• Tam, widzi pani? – machnął ręką w kierunku sufitu. Tam ścianka była wypukła,

i ktoś całkowicie wbrew prawom natury wisiał niemal „przyklejony” do skalnego uskoku, kilka metrów nad betonową posadzką.

To był Andrzej. Szczupły, niewysoki, radośnie uśmiechnięty, szybko znalazł się przy mnie.

• Poruszasz się naprawdę jak pająk – moje mało odkrywcze stwierdzenie rozbawiło studenta filozofii. – Nie boisz się?

• Nigdy się nie bałem!

• Wybierasz się do Rzymu na beatyfikację Matki Celiny?

• Wszyscy się wybieramy.

• Jak to jest być świadkiem cudu?

• Nie wiem. Zupełnie nie pamiętam wypadku. Było tak jakbym zasnął

w czasie wspinaczki, a obudził się

w szpitalu – chłopak uśmiecha się przepraszająco.

– Wtedy nie wiedziałem, co się stało,

i dziś wiem niewiele więcej. Jestem normalny, i chcę, żeby tak zostało.

Beatyfikacja

27 października 2007 roku – dzień beatyfikacji Matki Celiny Borzęckiej (1833-1913).

W pierwszej ławce w bazylice laterańskiej zasiadł Andrzej z rodzicami. To z jego rąk kardynał Saraiva Martins – główny celebrans uroczystości – odbierał relikwie błogosławionej.

„Jej postać wydaje się być wykuta przez boskiego rzeźbiarza dłutem modlitwy

i podporządkowania Jego planom – mówił kard. Martins. – Ufna modlitwa towarzyszy jej jako żonie i matce, szczególnie, gdy radość z urodzenia dzieci jest gaszona żałobą po ich śmierci. Nabiera sił z Eucharystii, w której co rano uczestniczy, czerpiąc z Chrystusowej ofiary natchnienie i energię dla swego codziennego poświęcenia”.

Jak zauważył kaznodzieja, niełatwo zaczynać nowe życie, gdy ma się 58 lat, a tyle właśnie miała Celina, gdy 6 stycznia 1891 roku zmartwychwstanki zatwierdzono jako zgromadzenie kontemplacyjno-czynne, którego zadaniem jest nauczanie i chrześcijańskie wychowanie dziewcząt. „Gdy jest się jednak w jedności z Chrystusem, «nie ma nic niemożliwego». Skałą schronienia nowej błogosławionej jest Bóg, zwłaszcza w trapiących chwilach opuszczenia, naznaczonych trzema wyjątkowo bolesnymi zgonami: męża, kierownika duchowego przy zakładaniu zgromadzenia, ks. Piotra Semenenki, a także córki Jadwigi, która była główną podporą Matki Celiny w początkach życia zakonnego. Ileż godzin modlitwy było potrzebnych do pogodzenia się ze zrządzeniem Opatrzności do tego stopnia, by stwierdzić, że «nie ma rzeczy, której by dusza z miłości do Pana Jezusa nie wytrzymała»! Ileż pokory trzeba było mieć, by napisać: «Pan Bóg odjął mi to, co po ludzku dawało mi pewność, ażeby pokazać, że dzieło Jego na Nim jedynie ma się oprzeć»!”.

Kard. Saraiva Martins podkreślił, że bł. Celina, zarówno jako żona, matka, wdowa, jak

i zakonnica, pełniła wolę Bożą z wiernością, pokorą, dyspozycyjnością i w głębokim rozmodleniu. Jej liturgiczne wspomnienie obchodzone będzie 26 października, czyli w rocznicę śmierci.

A kiedy wszyscy wyszliśmy z bazyliki – rzymskie październikowe słońce było jak zwykle ciepłe, promienne. Tylko miałam pewność, że inna, cudowna rzeczywistość jest na wyciągnięcie ręki. I że to zupełnie normalne.

U źródeł

Powróciwszy do Polski odwiedziłam w Kętach dom prowincjalny Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa. Wielkie domostwo położone jest

w rozległym ogrodzie. W części budynku mieści się przedszkole.

– Rodzinę Mecherzyńskich znam jeszcze ze swojej pracy w Krakowie – opowiada matka prowincjalna zmartwychwstanek Anna Helena Skalik. – Co ciekawe, są związani rodzinnie

z naszą założycielką, Celiną Borzęcką. Przecież ona, nim założyła zakon, była żoną i matką czworga dzieci. A mama Andrzeja, Magdalena Mecherzyńska-Wiktor, jest właśnie praprawnuczką córki naszej założycielki, również Celiny.

W obszernym domostwie sióstr jest też muzeum. Niewielkie, ale pełne pamiątek po Założycielce. Jej suknie, ozdoby, fortepian, zdjęcia z mężem

i dziećmi. Piękna, spokojna twarz Matki Celiny obserwuje moje kroki w pokojach, wypełnionych przeszklonymi gablotami.

– Urodziła czworo dzieci, z których dwoje zmarło w niemowlęctwie. Jej mąż, Józef, zachorował, przez ostatnie lata życia był sparaliżowany. Opiekowała się nim z czułością. Zmarł w 1874 roku. Dopiero po jego śmierci założyła nasze zgromadzenie, wraz z córką Jadwigą. Miała wtedy blisko pięćdziesiąt lat. Do końca swojego długiego życia była bardzo związana z własną rodziną. Niemal codziennie wymieniała listy z drugą żyjącą córką, jeździła na jej połogi. Ciągle była obecna w życiu bliskich, wymadlała potrzebne im łaski.

Kilkaset metrów od klasztoru jest kościół z kryptą, w której pochowano Celinę Borzęcką, zmarłą w 1913 roku. Przy grobie świeże kwiaty i klęczniki. Te klęczniki rzadko bywają wolne. W Kętach wszyscy wiedzą, że w sprawach rodzinnych trzeba się modlić do Matki Celiny. Przecież niewielu świętych doświadczyło równie mocnych doświadczeń rodzinnych, jak właśnie Ona...

MODLITWA

Modlitwa za wstawiennictwem Błogosławionej Celiny

Bądź uwielbiony, Panie Jezu, który udzieliłeś błogosławionej Celinie daru szczególnego

umiłowania tajemnicy paschalnej

i pragnienia wypełnienia Twojej świętej woli.

Ufając w Twoją bezgraniczną miłość do nas, prosimy Cię za jej wstawiennictwem

o łaskę /...../.

Spraw, o Panie, aby Kościół mógł się radować zaliczeniem służebnicy Twojej Celiny

do grona świętych dla większej chwały Twojej i naszego dobra.

Który żyjesz i królujesz z Bogiem Ojcem, w jedności Ducha Świętego,

Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.



Fragment książki "Dotyk Nieba" autorstwa Elżbiety Ruman

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wkrótce poświęcenie pierwszej w Polsce kaplicy - Centrum Wieczystej Adoracji Najświętszego Sakramentu

2019-11-18 20:07

rm / Radom (KAI)

30 listopada rozpocznie się wieczysta adoracja w intencji rodzin. Miejscem modlitwy będzie kaplica w miejscowości Kolonia Jedlnia, która znajduje się na skraju Puszczy Kozienickiej. Jej poświęcenia dokona bp Henryk Tomasik. Inicjatywa jest dziełem Fundacji "Płomień Eucharystyczny", która została powołana w celu gromadzenia środków na budowę pierwszej w Polsce kaplicy - Centrum Wieczystej Adoracji Najświętszego Sakramentu.

Bożena Sztajner/Niedziela

- Bogu niech będą dzięki. Artyści plastycy zakończyli tworzenie przepięknych fresków w kopule budynku. Otwarcie kaplicy odbędzie się 30 listopada. Jest to ostatni dzień roku liturgicznego, który w Kościele upłynął pod hasłem „W mocy Bożego Ducha”. Nowy rok liturgiczny ma być poświęcony Eucharystii, zaś w diecezji radomskiej – Rodzinie. Symbolika tej daty jest dla nas bardzo znacząca, ponieważ Adoracja Eucharystyczna w naszej Kaplicy ma być prowadzona przede wszystkim w intencji rodzin - powiedział ks. Sławomir Płusa, prezes fundacji "Płomień Eucharystyczny".

Budowa kaplicy trwała prawie dwa lata. Impuls do jej powstania dał o. Joseph Vadakkel. Patronem kaplicy jest św. Jan Paweł II. Będą się tym miejscem opiekowały siostry sercanki, które przekazały w darze piuskę papieża-Polaka. Ojciec Święty miał ją podczas konsekracji sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W Jedlni odsłonięto pomnik ku czci gen. Dąbrowskiego

2019-11-19 19:10

ar, awg / Jedlnia (KAI)

We wsi Jedlnia w województwie mazowieckim odsłonięto pomnik ku czci gen. dyw. Jana Henryka Dąbrowskiego. Monument powstał z okazji 210. rocznicy stacjonowania naczelnego dowódcy wojsk polskich w podradomskiej wiosce. Autorami projektu monumentu i jego fundatorami są ks. kan. Janusz Smerda, proboszcz parafii pw. św. Mikołaja w Jedlni i prezes Stowarzyszenia Jedlnia Wojciech Pestka.

youtube.com

W kościele parafialnym pw. św. Mikołaja odbyła się uroczysta Msza święta w intencji Ojczyzny, odprawiona przez ks. kan. Janusza Smerdę. Po zakończeniu liturgii zebrani wysłuchali prelekcji na temat gen. Jana Henryka Dąbrowskiego, którą wygłosił prof. dr hab. Marek Wierzbicki z Delegatury IPN w Radomiu. Następnie zebrani parafianie przeszli na Skwer króla Jagiełły. Odśpiewano tam Mazurek Dąbrowskiego, który, jak dowodził w swoim przemówieniu badacz historii Księstwa Warszawskiego Adam W. Gorycki z Kielc, pierwszy raz w historii rozbrzmiewał w Jedlni w lipcu 1809 r., śpiewany przez żołnierzy z dywizji gen. Jana Henryka Dąbrowskiego.

Prelegent zwrócił uwagę, że w miejscu, w którym zebrali się uczestnicy uroczystości, 210 lat temu znajdował się budynek, który najprawdopodobniej był dworem - być może plebanią - i wszystko wskazuje, na to że właśnie tu z niedzieli 2 lipca na poniedziałek 3 lipca 1809 r. przebywał gen. Jan Henryk Dąbrowski.

Ostatnim elementem uroczystości przy Skwerze króla Jagiełły było odsłonięcie monumentu składającego się z cokołu z szarego granitu oraz tablicy z napisem:

„W 210. ROCZNICĘ POBYTU GEN. JANA HENRYKA DĄBROWSKIEGO W JEDLNI W DNIACH 2-3 LIPCA 1809 ROKU. PAMIĘCI WIELKIEGO RODAKA MIESZKAŃCY PARAFII ŚW. MIKOŁAJA W JEDLNI A.D. 2019 ROKU”.

Na tablicy została również wygrawerowana pięciolinia z nutami czterech pierwszych taktów i słowami Mazurka Dąbrowskiego autorstwa gen. Józefa Wybickiego, a także wizerunek rewersu medalu z popiersiem gen. Jana Henryka Dąbrowskiego, zaprojektowanego przez Jana Wysockiego, ufundowanego przez prawnuka gen. Dąbrowskiego, hr. Henryka Mańkowskiego i wyemitowanego w 1918 r. w 100. rocznicę śmierci gen. Dąbrowskiego przez Towarzystwo Numizmatyczne w Krakowie. Autorami projektu monumentu i jego fundatorami są ksiądz kan. Janusz Smerda, proboszcz parafii w Jedlni oraz Wojciech Pestka, prezes Stowarzyszenia Jedlnia.

Odsłonięcie monumentu, które odbyło się 11 listopada 2019 r., było już trzecią w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy uroczystością w Jedlni upamiętniającą gen. Jana Henryka Dąbrowskiego. Pierwszą była Msza św. w intencji gen. Dąbrowskiego odprawiona 6 czerwca 2018 r. z okazji przypadającej tego dnia 200. rocznicy śmierci gen. Jana Henryka Dąbrowskiego. Drugą zaś był zorganizowany w dniach 22-23 czerwca 2019 r. Festyn Historyczny „Przeciw niepamięci”, poświęcony 210. rocznicy stacjonowania gen. Jana Henryka Dąbrowskiego w Jedlni.

Monument odsłonięty w Jedlni jest jednym z nielicznych w Polsce miejsc pamięci o twórcy Legionów Polskich we Włoszech. Sympatycy Dąbrowskiego uważają tę postać za powszechnie zapomnianą, jako przykład podają Warszawę czy Kraków, gdzie brakuje monumentów upamiętniających generała.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem