Reklama

Wiadomości

Zawsze można czynić dobro!

Zofia Posmysz w czasie II wojny światowej była więziona w trzech obozach koncentracyjnych. 30 maja 1942 r. trafiła do obozu Auschwitz-Birkenau. Przeżyła tam 964 dni. Każdego dnia doświadczała głodu, cierpienia i zagrożenia pozbawienia życia. 18 stycznia 1945 r. została przewieziona do obozu w Ravensbrück, później – do obozu Neustadt-Glewe. Po wojnie ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała m.in. w Polskim Radiu, współtworzyła słynne słuchowisko radiowe „W Jezioranach”. Autorka książek, m.in.: „Wakacje nad Adriatykiem”, „Do wolności, do śmierci, do życia”, „Chrystus oświęcimski”, „Pasażerka”. Na podstawie tej ostatniej został zrealizowany film o tym samym tytule, w reż. Andrzeja Munka i Witolda Lesiewicza.
Z Zofią Posmysz rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP

Niedziela Ogólnopolska 23/2017, str. 44-45

[ TEMATY ]

ludzie

Krzysztof Tadej

Zofia Posmysz

KRZYSZTOF TADEJ: – W Auschwitz widziała Pani piekło na ziemi. Zabijanie ludzi, bicie więźniów, upokarzanie. Nie zniechęciła się Pani wówczas do ludzi?

ZOFIA POSMYSZ: – Nie, dlatego że widziałam nie tylko to przerażające zło. Oczywiście, bardzo dobrze pamiętam katów – bili bez opamiętania, do krwi i do chwili, kiedy człowiek przestawał się ruszać. Wyżywali się. Zabijali. Ale oprócz osób o takich zachowaniach byli też ludzie, którzy czynili dobro, pomagali.

– Gdy zachorowała Pani na tyfus...

– W czasie tej choroby miałam ponad 40 stopni gorączki. Leżałam wycieńczona w bloku dla chorych, na górnej pryczy. Traciłam świadomość. Nie miałam siły, żeby wstać. I wtedy jedna z dziewczyn, prostytutka, zaczęła przynosić mi z kuchni napoje – herbatę, wodę. A było to bardzo niebezpieczne. Gdyby Niemcy się zorientowali, że coś wynosi, to zostałaby dotkliwie ukarana. Dlaczego to robiła? Dlaczego się narażała? Może dlatego, że wcześniej normalnie ją traktowałam, a inne dziewczyny z baraku pogardzały nią i dawały jej odczuć, że jest osobą drugiej kategorii...

– Przeżyła obóz?

– Nie wiem. Nigdy jej już nie spotkałam. Podam inny przykład. W obozie nie można było mieć medalika, książeczki do modlitwy i, oczywiście, różańca. Kiedyś w czasie deszczowej pogody, gdy maszerowałyśmy główną obozową drogą, w błocie zobaczyłam coś białego. Pochyliłam się i szybko podniosłam. Okazało się, że to różaniec. W baraku go wymyłam. Tam też miałam górną pryczę, więc po modlitwie chowałam różaniec w szparach dachu. Ale kiedyś, gdy pracowałam w kuchni, w nocy, postanowiłam zabrać go ze sobą. Pracowałam tam przy kotle i przyrządzałyśmy z koleżankami kawę na śniadanie. Tak mówiono, choć ta brązowa woda niewiele z kawą miała wspólnego. I kiedy modliłam się z różańcem w ręku, usłyszałam gwizd z jednego z kotłów. Był to sygnał, że należy szybko wygarnąć żar z paleniska, bo w przeciwnym razie kocioł może wybuchnąć. Różaniec położyłam na taborecie i szybko pobiegłam ratować kocioł. Ale gdy wróciłam, w tym miejscu stał już esesman i trzymał w ręce różaniec. „To twoje?” – spytał. Z drżeniem odpowiedziałam: „Tak”. Spojrzał na mnie dziwnie i znowu zapytał: „Jesteś katoliczką?”. Było mi w tym momencie już wszystko jedno. Odpowiedziałam: „Jestem katoliczką”. Esesman, trzymając ten różaniec, zaczął chodzić wokół kuchni. Ja stałam i czekałam. Myślałam, że to koniec.

– Groziła za to śmierć?

– To było jedno z najcięższych przestępstw. Nie skazywano na śmierć, ale kierowano do kompanii karnej. A tam na człowieka czekały praca ponad siły, bicie, kopanie, wrzaski, często zastrzyk z fenolu i śmierć.

– Co się później stało?

– Esesman wyciągnął do mnie rękę z różańcem i powiedział: „Masz!”. Zdębiałam. Nie zrozumiałam, dlaczego mi go oddaje. I z tego zaskoczenia spytałam: „Dlaczego?”. Odpowiedział krótko: „Moi rodzice też są katolikami”. I szybko dodał: „Schowaj to, żeby nikt cię z tym nie złapał”. Byłam ocalona. Potem dowiedziałam się, że był to Węgier, który służył w SS.

– To przykład, że bez względu na sytuację można pozostać dobrym człowiekiem.

– Zawsze można czynić dobro, bez względu na miejsce i okoliczności. Można było być w tym niemieckim mundurze i nie być mordercą. Naszych prześladowców podzieliłam na trzy grupy. Pierwsza grupa to mordercy. Katowali więźniów bez opamiętania. To sadyści, którzy czerpali przyjemność z bicia, poniżania, upadlania człowieka. Drugą grupę stanowili ci, którzy ściśle trzymali się regulaminu. Jak coś było nie tak, to pisali raporty i nas karano. A trzecia – to ci, którzy, gdy widzieli przekroczenie regulaminu, odwracali głowę i nie chcieli tego dostrzec.

– W ten sposób ratowali ludzi.

– Nie wszyscy chcieli robić to, czego od nich oczekiwano. Tacy ludzie byli normalni, z porządnych, normalnych domów. Widząc ich zachowania, utwierdziłam się w przekonaniu, że człowiek może być dobry.

– A nie straciła Pani wiary w obozie, gdy widziała Pani śmierć koleżanek, gdy czuła swąd palonych ciał? Nie zadawała Pani pytań: „Boże, gdzie jesteś?”...

– Nie, wręcz przeciwnie. Gdyby nie wiara, to bym nie przetrwała. To zasługa księdza katechety z kościoła św. Floriana w Krakowie. Przed wybuchem wojny przychodził do nas do szkoły powszechnej. Pod koniec roku szkolnego powiedział: „Słuchajcie, dziewczynki, chcę wam zaproponować, żebyście w piątki przez 9 miesięcy przystępowały do spowiedzi, uczestniczyły we Mszy św. i przyjmowały Komunię św.”. Byłam śmiałym dzieckiem, więc spytałam: „Dlaczego?”. A to dlatego, moje dziecko, że jak tak uczynisz przez 9 pierwszych piątków miesiąca, to nie umrzesz bez sakramentów” – odpowiedział. I tak zrobiłam, jak powiedział katecheta. Ale później zapomniałam o tej obietnicy. Przypomniałam ją sobie dopiero w obozie, gdy zobaczyłam kobietę na drutach. Popełniła samobójstwo. Druty były pod napięciem i jak ktoś nie wytrzymywał psychicznie, to się na nie rzucał. Zobaczyłam trupa i mnie olśniło. Przecież nie umrę, bo w obozie nie ma możliwości przyjmowania sakramentów! W najcięższych chwilach, gdy miałam gorączkę ponad 40 stopni, gdy majaczyłam i gdy odzyskiwałam przytomność, mówiłam do siebie: „Ksiądz katecheta powiedział o obietnicy, że nie umrę bez sakramentu!”. Człowiek chwytał się takich iskier nadziei i to mi niewątpliwie pomogło.

– Dużo się Pani modliła w obozie?

– Bardzo dużo, np. wieczorem. Kładłam się na pryczy i tak długo się modliłam, aż mnie sen zmorzył. Ale nie tylko ja. Polki się modliły, śpiewały pieśni religijne.
Pamiętam taką sytuację. Kiedyś stałyśmy bardzo długo przed blokami na placu apelowym. Działo się tak w te dni, gdy nie było transportów kolejowych z ludźmi przeznaczonymi do zagazowania.

– To znaczy?

– Mówię o transportach, które wjeżdżały wprost na rampę. Po zatrzymaniu pociągu zaczynały się dziać dantejskie sceny. Ludzie nie chcieli wysiadać. Wcześniej słyszeli, co może ich spotkać w Auschwitz. Niemcy wyrzucali ich z wagonów, niektórych zabijali. Na tych, którzy już wyszli, spuszczano psy. I gdy ludzi zapędzono do komór gazowych, wpuszczano gaz i ich duszono. Potem ciała były palone. My o tym, oczywiście, wiedziałyśmy. Nasze bloki były bardzo blisko krematorium. Nieraz Niemcy palili tyle ciał, że widziałam płomień wydobywający się z ogromnego komina. W powietrzu czuło się niesamowity smród. W Auschwitz był wilgotny klimat, często była mgła i ta mgła przemieszana z dymem cuchnęła...

– Powróćmy do tej sytuacji na placu apelowym, gdy długo stała Pani z koleżankami...

– To był jeden z tych dni, gdy nie było transportu na rampę. Esesmani wybierali wówczas osoby słabe i takie, które źle wyglądały. Stałyśmy na placu i w pewnym momencie usłyszałyśmy straszliwe krzyki. Niemcy zaczęli selekcję od bloku żydowskiego. Stamtąd wyciągali kobiety do komory gazowej. Wśród tych krzyków, jęków i wycia jedna z naszych koleżanek zaczęła cichutko śpiewać:

„Słuchaj, Jezu, jak Cię błaga lud,
Słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud”.

Po chwili druga koleżanka, potem trzecia i kolejne przyłączyły się do tego śpiewu. Cichutko brzmiały słowa:

„Przemień, o Jezu, smutny ten czas,
O Jezu, pociesz nas”.

Reklama

I nagle słyszymy, jak esesman pyta blokowej: „Co one śpiewają?!”. Nastąpiła cisza. Ona struchlała i drżącym głosem odpowiedziała: „Modlą się”. Wybuchnął śmiechem i powiedział słowa, które zawsze będę pamiętała: „Modlą się za tamte?”. I zrobił ruch ręką w stronę, skąd dochodziły krzyki. I dodał: „Niech modlą się za siebie. Dzisiaj Żydzi, a jutro wy!”. Wtedy zrozumiałam, że nasze życie to tylko oczekiwanie na śmierć.

– Czy po takich słowach w Pani sercu pojawiła się nienawiść do Niemców?

– Myślałam raczej o tym, czy jeszcze będę żyła. Nienawiść nic by nie pomogła, tylko przyspieszyłaby koniec. Nienawiść pogrąża człowieka w bezsilności i beznadziei. Dzięki modlitwie i wierze była we mnie iskierka nadziei.

– Czy miała Pani przeczucie, że przeżyje i będzie opowiadała o tym, co się stało?

– Nie. Po zakończeniu wojny nie sądziłam, że dożyję takiego wieku. Mam przecież już 93 lata! To przekraczało moje wyobrażenia. Ale póki żyję, robię to, co mi dyktuje poczucie obowiązku – przekazuję pamięć o tym, co było w Auschwitz. Współpracuję np. z Muzeum Auschwitz i z innymi organizacjami. Wiele lat później znalazłam potwierdzenie tej mojej postawy w wierszu Zbigniewa Herberta „Przesłanie Pana Cogito”:

„Ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo”.

2017-05-31 10:04

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Abby Johnson odpowiada lewicowym mediom: to Planned Parenthood wypowiedziało mi wojnę!

[ TEMATY ]

ludzie

rozmowa

Archiwum prywatne Abby Johnson

Abby Johnson

Bohaterka filmu „Nieplanowane” stała się obiektem ataków lewicowych mediów w Polsce. Stawiają jej one zarzut o karierowiczostwo i chęć zyskania popularności. – To Planned Parenthood zaczęło tę wojnę, nie ja – odpowiada Abby.

W ostatnich dniach lewicowe media w Polsce ostro zaatakowały Abby Johnson, byłą menedżer kliniki aborcyjnej Planned Parenthood, która przeszła głęboką przemianę i teraz staje w obronie nienarodzonego życia. To na podstawie jej poruszającej historii, opisanej w książce „Nieplanowane” powstał film, który kilka dni temu wszedł do polskich kin.

Takie portale jak wyborcza.pl czy tokfm.pl stawiają Abby zarzut karierowiczostwa. Powołują się przy tym na oskarżenia amerykańskich mediów lewicowych, które od lat atakuję Johnson. Abby wypowiedziała bowiem wojnę najpotężniejszej organizacji aborcyjnej na świecie.

Według lewicowych mediów w Polsce, Abby odeszła z Planned Parenthood ponieważ miała problemy finansowe a zaatakowanie tej organizacji miało jej przysporzyć popularności i pieniędzy. Innym zarzutem, stawianym Johnson, jest to, że jej rezygnacja nie była efektem przemiany, lecz wiązała się z zarzutami, jakie stawiali jej przełożeni. Dotyczyły one podobno niewłaściwego wypełniania obowiązków. Zgodnie z tą narracją, Abby odeszła z pracy, by uprzedzić zwolnienie.

Tylko u nas Abby zdecydowanie odnosi do tych zarzutów. – Czy chciałam pieniędzy i popularności? To nie są argumenty merytoryczne. Ale odpowiem na nie: każdy, kto zobaczy film i sięgnie po moją książkę dowie się, że to nie ja zaatakowałam Planned Parenthood. Nie byłoby ani książki, ani filmu gdyby nie pozew i ataki ze strony tej organizacji. To ich komunikaty i groźba zamknięcia mi ust sądowym zakazem, skłoniły mnie do tego, by głośno powiedzieć, co dzieje się za drzwiami klinik aborcyjnych. To Planned Parethood wypowiedziało tę wojnę, nie ja – wyjaśnia Abby.

Zarzuty o złe wypełnianie obowiązków zawodowych? – To jest po prostu nieprawda. Dzisiaj myślę o tym z żalem, ale byłam skutecznym i dobrym pracownikiem. To cechy pożądane w normalnej pracy, niestety ja byłam kimś takim jako dyrektor kliniki aborcyjnej. Awansowałam tam, na kilka miesięcy przed rezygnacją otrzymałam nawet tytuł pracownika roku. Żałuję tego, co robiłam, ale musicie wiedzieć, że decyzja o odejściu z kliniki aborcyjnej była moją świadomą decyzją. To ja zakwestionowałam politykę organizacji polegającą na realizacji celu zwiększania ilości aborcji. Dla nich zaczęło się liczyć tylko to, bo z tego były największe zyski – mówi Johnson.

Film „Nieplanowane” wszedł na ekrany kin 1 listopada. Niemal równocześnie z filmem ukazała się książka pod tym samym tytułem, w której Abby opowiada swoją historie. Johnson jako menedżer kliniki aborcyjnej podpisała 22 tys. zgód na aborcję, dokonała też aborcji na dwójce własnych dzieci. Po kilku latach pracy w klinice zobaczyła sam zabieg aborcyjny na własne oczy. Wtedy zdecydowała się porzucić świetnie płatną pracę i związała się z obrońcami życia.

Od wielu lat Abby odsłania kulisy i mechanizmy działania przemysłu aborcyjnego. Niedawno nawróciła się także na katolicyzm, dostrzegając w Kościele konsekwentnego obrońcę życia i godności człowieka.


Przeczytaj także: Szatan posługuje się kłamstwem

CZYTAJ DALEJ

Włochy: Czternastu zakonników-misjonarzy zmarło w klasztorze w Parmie

Czternastu zakonników ksawerianów zmarło ostatnio w klasztorze w Parmie, na północy Włoch, gdzie szerzy się koronawirus. Przypuszcza, że to nim zostali zakażeni misjonarze, którzy wcześniej przebywali na różnych kontynentach i byli narażeni na różne choroby.

W Parmie znajduje się dom Zgromadzenia Braci Świętego Franciszka Ksawerego, w którym mieszka kilkudziesięciu zakonników, przede wszystkim seniorzy po powrocie z misji w Afryce, Azji i Ameryce Południowej.

Media zauważają, że zakonnicy ci ze względu na miejsca swej posługi mieli zawsze podwyższoną odporność. Ostatnio w ciągu niespełna dwóch tygodni zanotowano tam wśród nich serię zgonów.

"Śmiertelność jest nadzwyczaj wysoka. Nie możemy potwierdzić, że to z powodu koronawirusa, bo nie wykonano testów z wyjątkiem jednego współbrata; wyniku jeszcze nie znamy"
- powiedział cytowany przez prasę przełożony ksawerianów we Włoszech Rosario Giannattasio. Jak zaznaczył, o sytuacji zawiadomiono miejscowe władze sanitarne.

Pomieszczenia w budynku zostały zdezynfekowane, a zakonnicy mają kwarantannę.

"Nasza diecezja płaci bardzo wysoką cenę pod względem liczby ofiar" - powiedział biskup Parmy Enrico Solmi. W mieście i okolicach zmarło ostatnio pięciu proboszczów.

CZYTAJ DALEJ

Ekumeniczna modlitwa za miasto

2020-03-29 21:04

ks. Rafał Kowalski

Wspólne błogosławieństwo na zakończenie modlitwy ekumenicznej.

- Milczenie Boga jest czasem na rachunek sumienia – mówił abp Józef Kupny w czasie modlitwy ekumenicznej w katedrze wrocławskiej.

Dziś (29 marca) po południu w pustej, wrocławskiej katedrze, odbyło się nabożeństwo ekumeniczne, w którym uczestniczyli: abp Józef Kupny metropolita wrocławski, bp Waldemar Pytel z Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego oraz bp Włodzimierz Juszczak z Kościoła Greckokatolickiego. Hierarchowie modlili się o ustanie pandemii koronawirusa, powierzali sprawy chorych, służb medycznych i sanitarnych – modlili się za Wrocław.

Najpierw zostały odczytane fragmenty Pisma Świętego, następnie pasterze Kościołów wygłosili krótkie rozważania na temat wiary (bp Pytel), nadziei (bp Juszczak) i miłości (abp Kupny ). Nabożeństwu towarzyszył śpiew kanonów Taizé.

Bp Włodzimierz Juszczak w rozważaniu o nadziei podkreślił, że na dzień dzisiejszy nie mamy dobrych wiadomości. Rośnie liczba ludzi zarażonych i ofiar śmiertelnych wirusa.

- Boimy się skutków ekonomicznych, a także skutków społecznych. Najbardziej przeraża to, że na dzień dzisiejszych nikt nie może nam podać daty ustania światowej pandemii. Warto przypomnieć chrześcijańską definicję nadziei: chrześcijanin oczekuje spełnienia się obietnic zawartych w słowie Bożym – tłumaczył pasterz.

Bp Waldemar Pytel mówił o wierze, która musi iść w parze z wytrwałością.

- Nie można wierzyć jedynie trochę, zaufać Bogu tylko do pewnego stopnia. Nie można z Chrystusem przejść części drogi. Wiara to często wiele prób w dążeniu wciąż do tego samego celu. Od dziesięcioleci nie było tak wielkiego i groźnego kryzysu jak ten i z niejednych piersi wyrywa się wołanie Piotra: „Panie, ratuj!”. Na to wołanie Jezus natychmiast wyciągnął rękę, chwycił i powiedział: „Człowieku małej wiary, dlaczego zwątpiłeś? Odwagi. Ja jestem”. Doświadczamy bardzo ciężkiej próby, a zachorowań ma być o wiele więcej, ale wiara w troskę Boga o świat jest nam konieczna – mówił.

W słowie skierowanym do wiernych abp Józef Kupny odniósł się do słów z Księgi Proroka Izajasza. (Iz 52,13-53,4):

„Oto się powiedzie mojemu Słudze, wybije się, wywyższy i wyrośnie bardzo. Jak wielu osłupiało na Jego widok – tak nieludzko został oszpecony Jego wygląd i postać Jego była niepodobna do ludzi – tak mnogie narody się zdumieją, królowie zamkną przed Nim usta, bo ujrzą coś, czego im nigdy nie opowiadano, i pojmą coś niesłychanego. Któż uwierzy temu, cośmy usłyszeli? Na kimże się ramię Pańskie objawiło? On wyrósł przed nami jak młode drzewo i jakby korzeń z wyschniętej ziemi. Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści”.

Po odczytaniu fragmentu wrocławski metropolita wygłosił refleksję na temat miłości:

- Autor natchniony mówi tutaj o zewnętrznym wyglądzie Sługi, o pogardzie, jaka Go spotyka, o chorobie, o karach cielesnych – był więziony, oszpecony, zdruzgotany, a do grobu złożono Go jak osobę godną pogardy. Można powiedzieć, że cierpienie sługi jest cierpieniem całkowitym, totalnym. Dlaczego to cierpienie takie jest? Wyjaśnienie zawiera ostatnie zdanie: On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści. W tym okresie Wielkiego Postu na nowo uświadamiamy sobie, że Jezus z miłości do nas bierze na siebie wszystkie nasze choroby duszy i ciała, mówi: Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy obciążeni i utrudzeni jesteście, a ja was pocieszę. Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy uginacie się pod ciężarem choroby, nieszczęścia, bólu fizycznego i duchowe, którzy boicie się o swoje życie, o życie swoich bliskich. Przyjdźcie do mnie wszyscy poranieni, zawiedzeni, doświadczający osamotnienia, braku ludzkiej miłości, wejdźcie i złóżcie to u moich stóp. Z miłości do nas Jezus to wszystko bierze na siebie i za cenę cierpienia i śmierci krzyżowej uwalnia ans od śmierci i przeprowadza do życia. Znamienne jest to, ze na każdym etapie Męki Chrystus nie przestaje myśleć o człowieku, idzie w milczeniu, pełen boleści. Nie oskarża, nie podnosi swej ręki, aby osądzić: biernych za bierność, czyli za milcząca zgodę na Jego cierpienie, a prześladowców za ich postępowanie. Ten czas milczenia, pomimo okrutnego cierpienia jest szansą dla wszystkich, jest czasem na refleksje o swoim życiu, konfrontacji swojego życia z ofiarowaniem miłości Bogu. To milczenie Boga jest czasem na rachunek sumienia, na nawrócenie. Czyż my dzisiaj nie jesteśmy uczestnikami tamtego wydarzenia? Czyż i my nie spotykamy się z milczeniem Chrystusa? Co ci powiedział Chrystus na twój grzech, na to, że jesteś letni, że nie masz dla Niego czasu, nie masz czasu na codzienną modlitwę, że żyjesz w niezgodzie z bliskimi, że obrażasz, krzywdzisz, że jest w tobie tyle zaciekłości, gniewu? Co ci powiedział Chrystus na to, że wstydzisz się wyznawać Go publicznie, że nie sprzeciwiasz się niesprawiedliwości? Co ci powiedział? Nic, po prostu nic. Tak, jak wtedy w Ogrodzie Oliwnym i w drodze na miejsce swojej śmierci. Niektórzy mają Bogu za złe Jego milczenie w obliczu zła i ludzkich grzechów, chcieliby, aby wzniósł swoją karzącą rękę i wymierzył złu sprawiedliwość. Nie mają racji. Milczenie cierpiącego Chrystusa było wtedy i jest dzisiaj próba ratowania człowieka. Jezus daje czas na nawrócenie, na rachunek sumienia, na pojednanie z bliźnimi, na naprawienie krzywd. Wymowa Chrystusowego cierpienia nie została wtedy należycie odczytana, może tylko przez Piotra, który gorzko zapłakał and swoim grzechem i przez tych nielicznych, którzy przez miłość jednoczyli się z Chrystusem. Niestety, Judasz nie wykorzystał tej wielkiej szansy. Nie zrozumiał, że milczenie Jezusa było dla niego szansą. Niestety, to dzieje się i dzisiaj, niektórzy mogą odczytywać milczenie jako słabość Jezusa, jako bierne poddanie się złu. Wobec braku wykorzystania przez wielu tej szansy, jaką jest milczenie, jedyny argument, jaki Chrystusowo pozostaje, to krzyż. Chrystus podąża na Golgotę, by dobrowolnie przyjąć śmierć krzyżową, by z wysokości krzyża objawiła się całemu światu nieskończona miłość Boga. Św. Jan po wielu latach napisze: Myśmy poznali i uwierzyli Miłości. Czy poznawszy Miłość potrafisz Jej uwierzyć? Będąc Miłością Chrystus nie miał innego sposobu, wybrał ten – mękę, cierpienie, krzyż, abyśmy mogli żyć. Epidemia, jaka dotknęła naszą Ojczyznę, Europę i cały świat przypomina nam nie tylko o kruchości ludzkiego życia, ale także o tym, że konsekwencje naszych decyzji osobistych dotykają zawsze większego grona ludzi. Wszyscy zdajemy dziś egzamin z miłości bliźniego, z umiejętności rezygnowania z własnych pragnień na rzecz większego dobra. W obliczu zagrożenia zdrowia, życia, nie ma i nie może być o decyzjach nieodpowiedzialnych. Nie jest tylko i wyłącznie naszą sprawą to, czy pozostaniemy w domu, czy będziemy unikać większych zgromadzeń, ani czy dostosujemy się do zaleceń służb odpowiedzialnych za nasze bezpieczeństwo. Niech każdy zrobi to, co w jego mocy, by ograniczyć możliwość rozprzestrzeniania się epidemii. Wiem, że dla nas wszystkich to również test z wiary i zaufania Jezusowi Chrystusowi, ale pamiętajmy, ze epidemia, choroba, cierpienie, opuszczenie, śmierć to nie są twarze Pana Boga. Bóg nigdy nie przychodzi, aby niszczyć. Bóg przychodzi, aby kochać i by uczyć nas miłości. Chrystus jest zawsze blisko tych, którzy cierpią i którzy ze swoim cierpieniem przychodzą do Niego. Bóg chce zawsze naszego dobra i w tej wierze chcemy wzajemnie się umacniać – ja chcę was umocnić, i w tym duchu przeżywam z wami to trudne doświadczenie.

Nabożeństwo zakończyło błogosławieństwo pasterzy Kościołów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję