Reklama

Watykan

Rok pracy nowego ambasadora

Z okazji pierwszej rocznicy rozpoczęcia misji przy Stolicy Apostolskiej z ambasadorem Januszem Kotańskim rozmawia Włodzimierz Rędzioch

Niedziela Ogólnopolska 27/2017, str. 10-11

[ TEMATY ]

ambasador

L’Osservatore Romano

Papież Franciszek z ambasadorem Januszem Kotańskim w drodze powrotnej do Rzymu ze Światowych Dni Młodzieży w Krakowie

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – Rok temu, 23 czerwca 2016 r., Pan Ambasador złożył listy uwierzytelniające na ręce papieża Franciszka. Jaki był przebieg pierwszego spotkania ambasadora Polski z Papieżem z Ameryki Łacińskiej?

JANUSZ KOTAŃSKI: – Spotkanie to było bardzo ważne i przejmujące. Po raz pierwszy spotkałem się wówczas z papieżem Franciszkiem i odniosłem wrażenie, że pomimo wielkiej siły charakteru jest on nieco nieśmiały, delikatny. Zacząłem spotkanie od słów: „Polonia Semper Fidelis” – Polska zawsze wierna. Tak było w ciągu wieków, tak jest i teraz. Oczywiście, dla mnie jako ambasadora była to okazja, by przedstawić swoją misję i zadania związane z realizowaniem polityki polskiego rządu i Prezydenta RP. Ojciec Święty z pełnym zrozumieniem odniósł się do tych planów. W pewnym momencie zapytałem go, czy mogę powiedzieć coś osobistego. Opowiedziałem wówczas Franciszkowi o podróży, którą rok wcześniej odbyłem z moją żoną do Peru i Boliwii (a było to tuż przed papieską pielgrzymką do Boliwii). Na boliwijskim płaskowyżu Altiplano, hen wysoko nad światem, dotarliśmy do wioski Indian Ajmara z kościółkiem, w którym wisiał obraz Jezusa Miłosiernego. Powiedziałem wtedy Papieżowi: „Ojcze Święty, gdy będziesz w Polsce, rozpal ten płomień Bożego Miłosierdzia”. Na te słowa Franciszek wyraźnie się wzruszył. Chciałbym dodać, że podróż do Ameryki Południowej była dla mnie okazją do poznania rzeczywistości tego kontynentu z jego straszną nędzą. Zrozumiałem wówczas, dlaczego Papież jest tak bardzo wrażliwy na problemy ubóstwa i dlaczego leży mu na sercu los ludzi wyzyskiwanych i prześladowanych na tzw. peryferiach świata.

– Zaraz na początku swojej misji w Watykanie musiał się Pan Ambasador zająć pielgrzymką Franciszka do Polski na Światowe Dni Młodzieży. Czym, według Ambasadora RP przy Stolicy Apostolskiej, była ta podróż dla Papieża i dla Polski?

– Tak, niemal w pierwszych dniach swojej pracy poleciałem z Papieżem do Polski, a później wracałem z nim samolotem do Rzymu. Pielgrzymka ta była dla Ojca Świętego okazją do poznania naszego kraju, którego nie znał. Wcześniej spotykał się z Polakami w Argentynie, ale to nie były kontakty z Polską.

– I jaką Polskę zobaczył Franciszek?

– Zobaczył kraj demokratyczny, bezpieczny, który doskonale przygotował się do jego wizyty – wszyscy to podkreślali. Państwo stanęło na wysokości zadania. Zobaczył też religijność naszych polityków, którzy nie traktują religii instrumentalnie. Zobaczył, że prezydent Andrzej Duda i premier Beata Szydło są ludźmi wiary. Zobaczył żywy, dynamiczny Kościół. Młodych ludzi, którzy się modlą, spowiadają i uczestniczą we Mszach św., i nie jest to religijność na pokaz. Mógł odczuć piękną pobożność maryjną Polaków, odwiedzając Jasną Górę. Papież był też w Oświęcimiu w byłym obozie Auschwitz-Birkenau, w celi św. Maksymiliana, i myślę, że tam pojął, iż nasz kraj, ofiara dwóch lewicowych totalitaryzmów, jest też ziemią męczenników. Ta pielgrzymka, według mnie, była przełomem w postrzeganiu Polski przez Franciszka. Papież na własne oczy przekonał się, jakim jesteśmy narodem, że naprawdę jesteśmy nadzieją katolicyzmu w Europie. A z drugiej strony – Polacy mogli poznać Ojca Świętego i zobaczyć, jak bezpośrednim jest człowiekiem, jak szybko nawiązuje kontakt z wiernymi, zwłaszcza z młodzieżą.

– Czy za pontyfikatu Franciszka są jakieś kwestie sprzeczne między polityką RP a Stolicą Apostolską?

– Ja takich kwestii nie widzę. Przede wszystkim dlatego, że mamy wspólne wartości. Polska jest nadal wierna cywilizacji miłości, o którą walczył Jan Paweł II, i będzie ją budować razem ze Stolicą Apostolską. Media usiłują wmówić ludziom, że Polska ma inny stosunek do kwestii uchodźców. Myślę, że w ciągu roku mojej misji wytłumaczyłem w Watykanie, jakie są nasze racje – my pomagamy ludziom dotkniętym wojną na miejscu: w Jordanii, Libanie, Iraku czy Syrii. Bo ludzie ci w zdecydowanej większości chcą wrócić do swoich domów, gdy ustaną konflikty. I my pomagamy im przetrwać na miejscu, a nie emigrować w nieznane. Poza tym przypominałem, że w Polsce są już inni migranci – najpierw byli to Czeczeni, muzułmanie, później wielka fala Ukraińców, a teraz przyjeżdżają Tatarzy krymscy, również wyznawcy islamu. Ta sytuacja jest zgodna z dawną tradycją polskiej tolerancji. Trzeba też podkreślić inny aspekt sprawy – Polska, podobnie jak inne państwa Grupy Wyszehradzkiej, nie zamyka się na uchodźców, ale sprzeciwia się ich przymusowej relokacji.

– Jakie, oprócz wspomnianej pielgrzymki Franciszka do Polski, były najważniejsze momenty w pracy Ambasadora RP w mijającym roku?

– Parokrotnie miałem okazję spotkać się z Ojcem Świętym. Ostatni raz było to podczas audiencji dla Europejskiej Federacji Stowarzyszeń Rodzin Katolickich. Myślę, że ten kontakt i rozpoznawanie ambasadora RP przez Papieża są bardzo ważne. Miałem okazję spotkać się dwukrotnie z sekretarzem stanu kard. Pietro Parolinem, z odpowiedzialnym za politykę zagraniczną Stolicy Apostolskiej abp. Paulem Gallagherem oraz z szefami dykasterii Kurii Rzymskiej, rektorami papieskich uczelni Rzymu, a także z prawie wszystkimi ambasadorami akredytowanymi przy Stolicy Apostolskiej, a jest ich 179. Czasami są to spotkania z osobami głęboko wierzącymi, patrzącymi na Polskę z nadzieją – dla przykładu, obecny ambasador Korei Południowej kilka lat temu poleciał specjalnie do Polski, by odbyć pielgrzymkę z Warszawy do Częstochowy. To były bardzo ważne spotkania, bo każdemu trzeba przypominać o roli Polski we współczesnym świecie, o naszej historii, o nauczaniu i dziedzictwie Jana Pawła II. A zarazem trzeba prowadzić politykę bilateralną między Polską i Stolicą Apostolską oraz na płaszczyźnie międzynarodowej. Do tego dochodzą konferencje, które udało mi się zorganizować w ambasadzie, np. o prymasie Stefanie Wyszyńskim i o abp. Antonim Baraniaku. Musimy przypominać, że Polska, będąc przez całe dziesięciolecia krajem niesuwerennym, przetrwała dzięki katolicyzmowi, że polskość i wiara to często to samo. Warto wspomnieć, że wielkim zainteresowaniem cieszyły się konferencja i wystawa o cudach eucharystycznych. Zorganizowałem też koncert kolęd w bazylice Santa Maria in Trastevere – kościele tytularnym prymasów Wyszyńskiego i Glempa, a ostatnio, 17 czerwca – rajd „Rzymskimi śladami Karola Wojtyły” – Karola Wojtyły, nie Jana Pawła II. Jak widać, tych działań było wiele, i to na różnych płaszczyznach.
Poza tym chciałbym podkreślić jeden fakt: Ambasada RP przy Stolicy Apostolskiej nawiązała i utrzymuje bardzo żywe kontakty z Konferencją Episkopatu Polski, co jest rzeczą bardzo ważną, ponieważ należy prowadzić politykę, która realizuje założenia konkordatu.

– Jakie są plany na najbliższą przyszłość?

– Organizujemy z Instytutem Polskim pokaz amerykańskiego filmu o bł. ks. Jerzym Popiełuszce.

– Pan Ambasador nie jest zawodowym dyplomatą, ale historykiem. Jak formacja historyka pomaga wypełniać misję przy Stolicy Apostolskiej?

– Historyk zna przeszłość, bada ją, wyciąga wnioski na dziś i pracuje z myślą o przyszłości. Dlatego fakt, że jestem historykiem, a do tego historykiem Kościoła, bardzo mi pomaga w pracy dyplomatycznej właśnie tutaj. Jest rzeczą ewidentną, że z historii możemy wyciągać wnioski, że możemy uczyć się na błędach. Śledziłem politykę Stolicy Apostolskiej przez ostatni rok i mogę stwierdzić, że Watykan wyciąga wnioski z przeszłości. A trzeba dodać, że jego relacje dyplomatyczne z innymi państwami są bardzo szerokie i mają długą historię. Poza tym odnoszę wrażenie, że ranga i prestiż Stolicy Apostolskiej coraz bardziej wzrastają – na świecie od dziesięcioleci nie było takiego niepokoju i zamieszania, takiej liczby konfliktów religijnych i etnicznych, wojen domowych i konfliktów między państwami jak obecnie i w tej trudnej sytuacji jedynym światowym autorytetem pozostaje Ojciec Święty wraz ze Stolicą Apostolską.

2017-06-28 09:33

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Papież przyjął na audiencji pożegnalnej ambasadora Unii Europejskiej

2020-06-12 19:59

[ TEMATY ]

audiencja

Europa

ambasador

papież Franciszek

Vatican News

„Europa nie może pozwolić sobie obecnie na żaden krysys” – powiedział Papież Franciszek podczas audiencji dla kończącego misję ambasodora Unii Europejskiej przy Stolicy Apostolskiej, którym do tej pory był Polak – Jan Tombiński.

Spotkanie z Ojcem Świętym było bardzo rodzinne – razem z ambasadorem Papieża odwiedzili wszyscy jego bliscy, w tym dziesięcioro dzieci Jana i Agnieszki Tombińskich oraz wnuki. „Franciszek, jak to zresztą często robi podczas publicznych wstąpień, poprosił moją rodzinę o modlitwę w jego intencji” – mówi Jan Tombiński.

Europa nie może pozwolić sobie na żaden kryzys

„Wizyta pożegnalna u Papieża zawsze ma charakter nieformalny, nie jak przy składaniu listów uwierzytelniających, gdy ambasador, który się przedstawia musi być ubrany we frak i jest przyjmowany w pełnym anturażu papieskiego domu. Dzisiejsze spotkanie miało miejsce w Domu św. Marty i uczestniczyli w nim wszyscy moi bliscy. Papież był podczas tego spotkania bardzo rozluźniony, wyraźnie zadowolony widząc dużą rodzinę i uśmiechnięte osoby wokół siebie – powiedział Jan Tombiński. – Dziękowałem Ojcu Świętemu za wsparcie dla idei integracji europejskiej, a Papież mówił o koniczności jedności naszego kontynentu. Zaznaczył, że gdyby obecnie Europa znów pogrążyła się w jakimś kryzysie, to będzie to miało dramatyczne konsekwencje zarówno dla społeczeństw europejskich, jak i dla innych części świata, ponieważ 27 krajów, które tworzą Unię Europejską, wspiera wszystkie działania rozwojowe i na rzecz obrony praw człowieka na świecie.“

CZYTAJ DALEJ

Michał Świderski („Dotyk Boga”): To był prosty przekaz, że Bóg mnie kocha. Mnie, nie wszystkich

2020-07-10 08:06

[ TEMATY ]

modlitwa

świadectwo

świadectwo wiary

facebook.com/michalswiderski

Michał Świderski – lider Szkoły Nowej Ewangelizacji w Gliwicach, prywatnie mąż, ojciec trzech chłopców, doktor informatyki i przedsiębiorca. Co sprawiło, że z omijania Kościoła szerokim łukiem, stał się gorliwym naśladowcą Chrystusa?

Prowadzisz kanał na YouTubie oraz stronę na Facebooku, a także popularną audycję radiową pt. „Dotyk Boga”. Prezentowane są w niej świadectwa działania Boga w życiu zwykłych ludzi. A jaki był pierwszy dotyk Boga w twoim życiu?

Pierwsze takie świadome dotknięcie, które przemieniło moje życie i obróciło je o sto osiemdziesiąt stopni, miało miejsce 12 listopada 1995 roku. Miałem wtedy osiemnaście lat. Gdy wracałem ze ścianki wspinaczkowej, usłyszałem, że w kościółku akademickim w Gliwicach grają na gitarach. Stwierdziłem, że wejdę i posłucham. Kościół kojarzył mi się źle, bo uważałem, że wszystko, co jest z nim związane, to kłamstwo, gitary jednak kojarzyły mi się bardzo dobrze, z wędrówkami górskimi. W górach szukałem sensu życia. Miałem osiemnaście lat, czułem ogromną pustkę, zawód sukcesami tego świata, lęk przed przyszłością, lęk przed chorobami, lęk przed śmiercią – takie typowe rzeczy. Na swój sposób poszukiwałem więc Boga. I naraz w środku miasta to radosne granie na gitarze, śpiewy… Od razu na myśl przyszły mi właśnie góry, ognisko, moje wszystkie rozterki… To zresztą fascynujące, że Pan Bóg wie, jak do nas dotrzeć.

Gdy wszedłem do kościoła, usłyszałem bardzo prostą ewangelizację. Ludzie wychodzili na środek i mówili świadectwa, że zaprosili Jezusa do swojego serca. Jakaś kobieta nie mogła się pojednać z siostrą, a Bóg jej w tym pomógł. Kogoś innego Bóg uzdrowił z jakichś dolegliwości fizycznych. W serce kolejnej osoby wlał radość… To był prosty przekaz, że Bóg mnie kocha. Mnie, nie wszystkich. Dotarło do mnie wtedy, że Bóg nie chce mnie „dorwać”. Ja zawsze myślałem, że Bóg chce mnie złapać, a że miałem sporo na sumieniu, postanowiłem, że trzeba się trzymać od Niego z daleka. To zaprzeczenie moim wyobrażeniom mnie przyciągnęło. Można powiedzieć, że właśnie wtedy po raz pierwszy dotarła do mnie prawda o Bożej miłości. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszałem.

Przez osiemnaście lat?

Osiemnaście lat życia! Przecież byłem katechizowany… teoretycznie, bo w praktyce to różnie z tym bywało.

Ja przecież nawet szukałem Boga, całkiem aktywnie, a mimo to nigdy nikt wprost mi nie powiedział, że właśnie ja – Michał Świderski – jestem dla Boga ważny. I to był dla mnie kopernikański przewrót myślenia.

Zupełna zmiana sposobu postrzegania – dotarło do mnie, że Bóg mnie nie ściga, lecz mnie szuka. I nie po to mnie szuka, żeby mnie dopaść, ale żeby mi przebaczyć Później w moim życiu pojawił się człowiek, który wprost mi powiedział: „Dzisiaj jest taki czas, kiedy możesz podjąć decyzję, czy chcesz żyć z Bogiem, czy nie. Jezus cię zaprasza”. To wtedy na scenę mojego życia wszedł Jezus Chrystus jako postać historyczna. Ja oczywiście świetnie wiedziałem, że On podobno umarł i zmartwychwstał, ale wiedziałem również, że nikt tak naprawdę w to nie wierzy…

….

Mówiliśmy o początku Twojej relacji z Bogiem i o pewnej „prehistorii”, w której ta relacja może była nieuświadomiona do końca. A czy z perspektywy tych dwudziestu trzech lat widzisz jakieś etapy rozwoju swojej wiary?

Oczywiście! Szczególnie w pierwszej części życia z Bogiem te etapy były dość jasno zarysowane. Są one bardzo podobne do rozwoju fizycznego dziecka. Najpierw jest okres niemowlęctwa, kiedy mało się wie i trzeba być systematycznie karmionym. Poza tym małe dziecko robi różne niekontrolowane głupie rzeczy.

Potem przychodzi czas odkrywania swojej tożsamości, dochodzenia do dorosłości, mierzenia się z różnymi wyzwaniami.

Ja jestem wdzięczny Bogu za to, że od samego początku, od pierwszego etapu mojego wzrastania, jestem w Kościele. Tak jak dziecko nie może wychowywać się samo, tak człowiek nie może sam wzrastać w wierze. Przy każdej ewangelizacji bardzo mocno podkreślamy to, że do wzrostu potrzebna jest wspólnota.

Dlatego uważam, że nie do końca dobre jest coraz bardziej popularne „internetowe chrześcijaństwo”, z którym mamy do czynienia wtedy, gdy człowiek, który czegoś doświadczył, jedyną wspólnotę ma w internecie.

Ogląda filmy na YouTubie, dyskutuje na forach itd. Moje doświadczenie jest inne. Od razu wszedłem do Odnowy w Duchu Świętym. Zresztą troszkę tam „rozrabiałem”. Ponieważ miałem jakieś swoje doświadczenie Boga, byłem bardzo ekspansywny. Mimo że jeszcze nie wszystko wiedziałem o wspólnocie, od samego początku chciałem ją zmieniać.

Może dlatego, że od razu pojawiło się we mnie ogromne pragnienie ewangelizacji. To ono właśnie przekierowało mnie do Szkoły Nowej Ewangelizacji w Gubinie, gdzie zajął się mną ks. Artur Godnarski, obecnie sekretarz Zespołu Konferencji Episkopatu Polski ds. Nowej Ewangelizacji. To jemu zawdzięczam swoją formację. Przeprowadził mnie przez kolejne etapy wzrastania, co trwało wiele lat. Kiedy więc założyliśmy własną wspólnotę, byłem już na tyle ugruntowany w wierze, że prowadząc innych ludzi do miejsca, w którym sam byłem, mogłem już samodzielnie się rozwijać. Bo trzeba powiedzieć, że towarzyszenie wzrostowi innych wymaga też, by samemu cały czas wzrastać. Czasem gorliwość ludzi, dla których jestem liderem – ludzi, którzy dopiero wkraczają na drogę duchowego rozwoju – jest dla mnie zawstydzająca. Także dla nich muszę się nieustannie nawracać.

Kiedy widzę ich posługę – czy to w ewangelizacji, czy uzdrowienia – czuję się naprawdę zawstydzony. Przecież jestem tyle lat przy Panu, że to przede wszystkim ja powinienem być dla nich przykładem, a nie oni dla mnie… Chcąc pełnić funkcję przewodnika, muszę żyć tak, jak głoszę. Żeby tak właśnie było, trzeba trwać we wspólnocie. Bez niej nie ma się punktu odniesienia, nie ma dla kogo się starać, by wciąż się rozwijać w posłudze… Wspólnota jest podstawą. Jest miejscem, gdzie można nieustannie służyć innym ludziom, a to właśnie służba ludziom zapewnia mi największy wzrost.

Generalnie tak jest z uczeniem i rozwijaniem się w każdej dziedzinie. Mówi się, że znacznie więcej człowiek zapamiętuje z tego, co sam przekazuje innym, niż z tego, co tylko czyta dla siebie albo nawet zapisuje. Masę rzeczy pamiętam, dlatego że musiałem je wielokrotnie tłumaczyć różnym osobom. Wiele spraw rozumiem naprawdę dogłębnie, bo musiałem je rozgryzać tysiące razy na tysiące sposobów, żeby móc je właściwie przedstawić innym. Właśnie przez tę służbę ludziom sam się rozwijam. I to jest piękne.

_________________________

W artykule zawarte są fragmenty książki: „Dotyk Boga. O uzdrowieniu i mocy, ewangelizacji oraz sukcesie w życiu chrześcijanina” Michał Świderski, wyd. eSPe. Sprawdź więcej: Zobacz

eSPe

CZYTAJ DALEJ

Misjonarka z Angoli dziękuje za pomoc w ramach akcji „COVID19 - POMOC. Nie zostawmy ich samotnie”

2020-07-11 17:35

[ TEMATY ]

misje

Afryka

www.salvatti.pl

Trwa kampania „COVID19 - POMOC. Nie zostawmy ich samotnie”, którą prowadzi Salezjański Ośrodek Misyjny. Dzięki wsparciu z Polski s. Maria Domalewska FMA z Luanda w Angoli będzie mogła zakupić żywność dla osób, które znalazły się w trudnej sytuacji z powodu pandemii.

Salezjanki posługują na misji w Luanda już 10 lat. - Powierzono nam Ośrodek Szkoleniowy, gdzie rozpoczęłyśmy kursy zawodowe i otworzyłyśmy szkołę dla dorosłych. Ponad 400 dorosłych osób uczy się pisać, czytać i w ciągu 3 lub 4 lat przerabiają program szkoły podstawowej - opisuje s. Domalewska na stronie www.misjesalezjanie.pl.

Wskazuje przy tym, że sytuacji epidemiczna w Angoli jest bardzo zagadkowa i oficjalne wiadomości nie są zbyt wiarygodne. - Miasto Luanda jest zamknięte, są w nim dwa osiedla pod kontrolą sanitarną i wojskową. Ludzie nie mogą z nich wychodzić, bo są w nich ogniska zakażeń. Brakuje im żywności i wody pitnej - relacjonuje.

Dodaje, że ludziom brakuje żywności, gdyż zamknięte zostały ich podstawowe źródła dochodu, a więc targi uliczne i otwarte targowiska. - Dużo ludzi, szczególnie matek i dzieci przychodzi i prosi o pomoc w postaci chleba, mąki czy czegokolwiek z żywności. Rząd zorganizował raz czy dwa pomoc humanitarną, ale już się skończyła. Parafie również poprzez grupy Caritas pomagają szczególnie starszym i chorym - opowiada misjonarka.

Ośrodek, który jest prowadzony na misji, utrzymuje się z czesnych uczniów, ale nie wiadomo jest czy będą mieli z czego je ponosić po ponownym otwarciu prowadzonych szkoleń. Dlatego tak dużym wsparciem okazała się pomoc z Polski.

- Bardzo się ucieszyłyśmy możliwością pomocy w zakupie żywności. Pomoc zaoferujemy dla dzielnicy bardziej ubogiej, gdzie ludzie mieszkają w domkach z blachy. Skąd mamy kilku uczniów i wiemy, że żyją w biedzie. Zakupimy produkty podstawowe i suche, których nie trzeba trzymać w lodówce. Bardzo potrzebne są również środki dezynfekcyjne - podkreśla s. Domalewska.

Więcej danych na temat sytuacji epidemicznej w krajach misyjnych, gdzie posługują salezjanie, i sposobów wsparcia kampanii „COVID19 - POMOC. Nie zostawmy ich samotnie” można znaleźć na stronie Zobacz.

Salezjański Ośrodek Misyjny powstał w 1981 r. w związku z posłaniem pierwszej grupy polskich misjonarzy salezjańskich do Zambii w ramach „Projektu Afryka”. Motywacją założycieli było stworzenie miejsca, do którego misjonarze mogliby wrócić i nabrać sił po trudach pracy misyjnej.

Z czasem placówka stała się nie tylko domem dla misjonarzy, ale także zapleczem na rozwijanie ich działalności misyjnej. W ramach działalności ośrodka prowadzonych jest wiele projektów, w tym „Adopcja na Odległość” czy ostatnio „COVID19 - POMOC. Nie zostawmy ich samotnie”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję