Reklama

Ks. dr Marek Kaczmarek (1965–2017)

Był dobrym człowiekiem

2017-11-29 10:28

Anna Skopińska
Edycja łódzka 49/2017, str. VI

http://padrejarek.pl/
Śp. ks. dr Marek Kaczmarek – zdjęcie zrobione 21 sierpnia br. w ogrodzie łódzkich bonifratrów

Człowieka poznajemy także przez opowieści czy wspomnienia o nim. Te o ks. Marku są bardzo świeże, bo przecież kilka dni temu jeszcze był. Dziś – słuchając tego, co mówią o nim ci, których Bóg postawił na jego drodze lata temu i ci, którzy zupełnie niedawno go poznali, można mieć pewność – to był dobry człowiek i wspaniały kapłan.

Tak się dziwnie – albo opatrznościowo – złożyło, że ostatnie 2 miesiące spędził w miejscu, w którym spotkały się ze sobą osoby znające go szmat czasu i jego nowi przyjaciele. I że znalazł tu rodzinę zakonną, która przyjęła go do siebie jak swojego. Kiedyś, parafrazując św. Augustyna, powiedział: „Powiedz mi, co myślisz o świecie, o życiu, o sobie, o swojej pracy, o swojej przyszłości, o swojej rodzinie, dzieciach, współmałżonku, może o Kościele, może czasami o Bogu, co gra ci w duszy, a ja powiem ci, jakim jesteś człowiekiem”.

Czy ze wspomnień o nim można wyczytać, co grało w duszy tego cichego, spokojnego i życzliwego każdemu człowiekowi kapłana? Czy można odkryć jego serce, wnętrze? Każdy – z kim rozmawiam – udowadnia, że tak.

Reklama

Ostatnie powołanie

Konwent i szpital bonifratrów. To ostatnie miejsce pracy, ale też życia ks. Marka. – Choć był tu tak krótko, to jednak wpisał się bardzo mocno w historię tego miejsca – podkreślają bracia Jonasz i Tymoteusz. – Był jednym z nas i nawet od jakiegoś czasu pytał, czy mógłby tu zostać na stałe. Uczył się i odkrywał bonifraterski charyzmat. Był przekonany, że mógłby tu nabrać sił i wzmocnić swoją wiarę – przekonują.

Mówił o niezwykłym – Bożym i maryjnym – promieniowaniu ze szpitalnego sanktuarium, które wycisza serce, myśli i wnętrze. Przypominają, jak ciekawe były wspólne rozmowy przy posiłkach, ile poruszanych tematów i spraw, ale też jego podejście do ludzi chorych. – Widać było, że ma w sobie wiele empatii i cierpliwości do chorych, także na tych trudnych oddziałach jak paliatywny – mówi pracujący w szpitalu św. Jana Bożego brat Tymoteusz.

Rozmawiał, sprawował Eucharystie w szpitalnym sanktuarium, głosił homilie, spowiadał. Z bonifratrami, ich współpracownikami, ale też pacjentami, dzielił się swoim doświadczeniem wiary. I prostymi słowami tłumaczył to, co trudne i od czego inni uciekają. Mówił o przemijaniu, sakramentach i robił to tak, że trafiał do serc. W tym byciu kapelanem odkrył kolejne swoje powołanie. Miał grono przyjaciół, ludzi, którzy go wspierali, odwiedzali w konwencie. Zresztą byli z nim w każdym z miejsc, do których był posyłany. Bo ciepła, łagodności i otwartości nie da się ominąć ot tak. One zostawiają ślad w tym, kto obok.

Ryt rzymski i przyjaźń

Wszyscy wiedzieli, że ks. Marek zbiera relikwiarze. Ściągał je z francuskich czy niemieckich antykwariatów razem z dokumentacją, potem wykorzystywał w adoracji, przy liturgii, w kaplicy. W ten sposób, jak mówi brat Jonasz, „ocalał je przed sprofanowaniem”. I przypomina o przywiązaniu księdza do tradycji, do liturgii.

Był pierwszym w archidiecezji łódzkiej duszpasterzem środowiska tradycji łacińskiej. W kościele pw. św. Józefa przy ul. Ogrodowej w Łodzi odprawiał Msze św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego. To tu poznał go Andrzej, który obecnie pracuje w bonifraterskiej aptece ziołoleczniczej. – To było wiele lat temu. Pamiętam nasze pierwsze rozmowy i spotkania, i jego słowa: „W imieniu Jezusa Chrystusa powołuję cię do roli ministranta. Nie mogłem odmówić – opowiada.

Zebrała się grupa osób, która bywała u księdza w mieszkaniu, dyskutowała, uczestniczyła w liturgii. Tak zrodziła się przyjaźń. I to ich przekonanie, że ks. Marek wiedział przed Kim stoi, Komu służy i co robi. Miał też pełną świadomość wiary i swojego kapłaństwa. I to osoby, które były wokół i przy nim, zawsze pociągało. Może dlatego ich oczy dziś są zaszklone? .

Także Krzysztof, farmaceuta „od bonifratrów”, poznał ks. Marka na Mszach św. w kościele św. Józefa. – Lubiłem przychodzić do niego, a jeszcze bardziej do jego mamy – pani Natalii, którą w chorobie się opiekował – mówi. Opowiada, że była bardzo ciepła, serdeczna. – Na pewno on, bardzo z mamą emocjonalnie związany, miał te cechy po niej – podkreśla. Mama zmarła 2 lata temu. To był trudny czas dla księdza. Bardzo przeżył jej odejście.

Jednak zawsze byli przy nim ludzie, których zjednywał swoją „miłością bliźniego” i autentyzmem. Był dobrze wykształcony i mądry, a jednocześnie bardzo skromny. I umiał słuchać. Każdego – starszych, schorowanych podczas odwiedzin w pierwsze piątki miesiąca, zwolenników tradycji, osoby, które przychodziły do konfesjonału, gdy w nim siadał. Przybiegali też do niego z takimi zwykłymi, ludzkimi sprawami. Zawsze pomagał. I dawał im poczucie spokoju, i taki pokój serca.

Chodzenie z Chrystusem

Jest jeszcze pani Maria, która razem z mamą przychodziła na Różaniec do księdza. Zresztą nie tylko ona. Wiele jest takich osób, rodzin, małżeństw. Tych, którzy dziś wspominają wrażliwość i serdeczność ks. Marka. Wszyscy bardzo go lubili. Na każdej z parafii, w której był. Ktoś wspomni, że go spowiadał, a ktoś inny, że ma tomik poezji, który kiedyś ksiądz mu podarował. Jego własnej.

Ks. Marek Kaczmarek był jeszcze założycielem pierwszego w archidiecezji wieczernika modlitw za kapłanów oraz twórcą i dyrektorem Studium Duchowości Chrześcijańskiej. Miał wiele talentów, zdolności i wiary, która pociągała innych. Miał też to coś, co sprawia, że o nienarzucającym się innym, spokojnym i cichym księdzu, mówią – to był KTOŚ, kto żył tym, co głosił i w co wierzył. Kto mówiąc – „Trzeba przylgnąć do Chrystusa całym sobą. Nie tylko przez racjonalne uznanie Jego istnienia i Bożej mocy, ale przez życie płynące z wiary, przez «chodzenie z Chrystusem» każdego dnia” – tak żył. I tego chodzenia z Chrystusem ich nauczył.

Tagi:
kapłan kapłan sylwetka

Kosmiczne zasilacze Polaka

2019-06-25 14:10

Witold Iwańczak
Niedziela Ogólnopolska 26/2019, str. 44-45

Żołnierz Armii Andersa i uczestnik bitwy o Monte Cassino, inżynier zatrudniony w NASA, twórca zasilaczy do urządzeń radiokomunikacyjnych i telewizyjnych misji Apollo oraz wahadłowców. Jego nazwisko zostało zapisane w Alei Zasłużonych nad Badaniami Kosmosu (Space Walk of Fame)

NASA
Amerykańskie Muzeum Kosmiczne: Space Walk of Fame, Titusville (Floryda)

Eugeniusz Lachocki urodził się 5 lipca 1921 r. w Prużanach na Polesiu. Jego rodzicami byli Franciszek Lachocki i Jadwiga Witkiewicz. Dziadek Eugeniusza, Tomasz Lachocki, był właścicielem dwu wsi i znacznego obszaru Puszczy Białowieskiej.

Polesie i wojenna tułaczka

Z czasem majątek topniał, ale przywiązanie do puszczy pozostawało w rodzinie. Dlatego Eugeniusz, chociaż marzył o studiach w dziedzinie elektrotechniki i elektroniki, po zdaniu matury w 1938 r. rozpoczął naukę w Szkole Gospodarki Leśnej w Łomży. Wyboru szkoły dokonał jego ojciec, który chciał, aby syn kontynuował tradycje rodzinne i pilnował majątku Lachockich. Kiedy wybuchła II wojna światowa, Prużany znalazły się na obszarze zajętym przez ZSRR. Franciszek Lachocki został przez Rosjan aresztowany, a w kwietniu 1940 r. rodzina Lachockich została wywieziona do Kazachstanu. W sowchozie Eugeniusz wypasał krowy, ale jego wykształcenie i zdolności w dziedzinie techniki sprawiły, że został traktorzystą, a następnie mechanikiem naprawy traktorów. Później został odpowiedzialnym za minielektrownię z generatorem napędzanym silnikiem spalinowym. Jednak warunki życia jego i rodziny były bardzo ciężkie, wprost nie do wyobrażenia. W 1941 r. jego ojciec Franciszek otrzymał ułaskawienie i z synami dołączył do Armii Andersa, z którą walczyli na Bliskim Wschodzie i pod Monte Cassino. Po zakończeniu wojny Eugeniusz podjął naukę w Technikum Elektronicznym w miejscowości Ferno we Włoszech.

Z Anglii do USA

Po krótkim pobycie we Włoszech Eugeniusz z grupą polskich żołnierzy wyjechał do Wielkiej Brytanii. Kontynuował naukę w polskim college’u w Millom, w hrabstwie Cumberland, gdzie uzyskał tzw. associate degree. Następnie studiował na uniwersytecie w Londynie, gdzie w 1951 r. zdobył tytuł inżyniera elektronika. W tym samym roku 1 września ożenił się z Gryzeldą Nizioł (również Kresowianką, wywiezioną na Sybir, a mieszkającą w Polsce w Martynówce nad Kanałem Ogińskiego, ok. 150 km od Prużan). Poznali się w Londynie, w zabawnych okolicznościach, w czasie ostatniego roku studiów. Eugeniusz mieszkał wtedy w jednym domu ze swoją siostrą. Pewnej niedzieli przyszły do niej koleżanki i tak świetnie i głośno się bawiły, że Eugeniusz, nie mogąc się uczyć, zszedł do pokoju siostry, aby zaapelować o odrobinę ciszy. Wtedy poznał Gryzeldę...

Eugeniusz Lachocki bardzo gorzko wspominał w jednej ze swoich książek stosunek Anglików do cudzoziemców w latach powojennych. Cytuję: „z sojuszników i towarzyszy broni przekształciliśmy się w obcych (...), w cudzoziemców (...), a ostatecznie w «cholernych cudzoziemców»” (w oryginale „bloody foreigners”). Dlatego starał się opuścić Anglię. W marcu 1952 r. znalazł się wraz z żoną w Stanach Zjednoczonych. Pierwszym miejscem zamieszkania Lachockich był Newark w stanie New Jersey. Tam Eugeniusz dostał pracę w firmie General Instruments. Gdy zaproponował wprowadzenie kilku ulepszeń do produktów firmy, jego szef je odrzucił, stwierdziwszy, że ich wprowadzenie wymagałoby dużych nakładów finansowych, na które firma nie może sobie pozwolić. Po pewnym czasie, gdy Lachocki pracował już w Radio Corporation of America (RCA), spotkał się na konwencji zawodowej ze swoimi dawnymi kolegami z General Instruments i dowiedział się od nich, że jego szef opatentował jego pomysły.

Sukcesy w RCA

W RCA Lachocki pracował przez 24 lata, aż do emerytury. Tam zrodziły się jego największe osiągnięcia zawodowe. Brał udział w wielu różnych ważnych i trudnych projektach. Dał się poznać jako zdolny i odpowiedzialny inżynier. W rezultacie został przydzielony do zespołu pracującego dla programu księżycowego Apollo. Był odpowiedzialny za opracowanie zasilaczy do urządzeń radiokomunikacyjnych i telewizyjnych. Trudność tego zadania polegała na tym, że zasilacze korzystały z nowych, nieznanych wówczas źródeł energii, którymi były ogniwa wodorowe. Do tego dochodziły, oczywiście, bardzo surowe wymagania dotyczące ciężaru, objętości, sprawności, warunków termicznych, niezawodności i... terminów. W czasie pierwszego lądowania na Księżycu w NASA Lachocki wraz z innymi kolegami odpowiedzialnymi za różne urządzenia wyprawy Apollo śledził uważnie „na żywo” przebieg misji. Od czasu do czasu ktoś głośno wyrażał swą radość, gdy miały miejsce działania, w których zaangażowane było „jego” urządzenie i gdy widoczne było, że sprawuje się ono prawidłowo. Lachocki się cieszył, gdyż jego „cegiełka” tkwiła w łączności z wyprawą i w łączności między astronautami na Księżycu i statkiem – i wszystko należycie funkcjonowało. Jednak w pewnym momencie kamera telewizyjna zainstalowana na lądowniku księżycowym przestała pracować i nie pokazała startu pojazdu z Księżyca. Nie spowodowało to żadnego niebezpieczeństwa dla wyprawy, jednak coś nie zafunkcjonowało. Lachocki z ogromnym niepokojem czekał na powrót statku na ziemię i na wyjaśnienie przyczyny uszkodzenia. Wszystkie obawy i niepokoje rozwiały się, gdy statek „Apollo 11” wylądował na Ziemi. Okazało się, że kamera przestała pracować, gdyż w czasie prób przed lotem na Księżyc zainstalowano w niej wyłącznik termiczny, na wszelki wypadek, aby zabezpieczyć ją przed ewentualnym przeciążeniem. Wyłącznik ten miał tam być tylko w czasie prób na Ziemi, jednak zapomniano go usunąć przed lotem. Gdy na Księżycu podgrzało go Słońce, wyłącznik zadziałał i kamera przestała pracować.

To był dopiero początek kosmicznej kariery zasilaczy Lachockiego – wszystkie następne wyprawy Apollo wyposażone były w jego zasilacze. Gdy program Apollo dojrzał do „samochodu księżycowego” LRV (Lunar Roving Vehicle), którego głównym konstruktorem był Mieczysław Bekker, opracowanie zasilaczy powierzono, oczywiście, Lachockiemu. Z zadania wywiązał się znakomicie. Jego zasilacze zainstalowane w LRV pracowały absolutnie niezawodnie. Po zakończeniu programu Apollo zlecono Lachockiemu opracowanie zasilaczy do urządzeń elektronicznych programu wahadłowców. Wszystkie egzemplarze promów wyposażone były w te zasilacze i pracowały bez komplikacji.

Eugeniusz Lachocki odszedł z RCA na emeryturę w 1986 r. Miał w swoim dorobku kilka publikacji naukowych i 3 patenty, a w uznaniu jego wkładu w realizację programów Apollo i Promu Kosmicznego został zapisany w Alei Zasłużonych nad Badaniami Kosmosu (Space Walk of Fame). Lachocki był również nauczycielem – uczył języka polskiego w New Smyrna Beach – i pisarzem, autorem kilku powieści historycznych: „Stracone Polesie”, „Bez powrotu”, „Pusta kołyska” i innych. Zmarł 27 października 2010 r., 5 listopada 2010 r. odbył się jego pogrzeb w Amerykańskiej Częstochowie. Miał 89 lat.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Trzeba jasno powiedzieć: Dość!

2019-07-16 11:47

Z abp. Stanisławem Gądeckim rozmawiał Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 29/2019, str. 10-13

Nie można dialogować ze środowiskami, które nie chcą dialogu, depczą świętości, bluźnią Bogu i deprawują człowieka. Ale Kościół otrzymał zadanie głoszenia Ewangelii wszystkim i nikt nie powinien być wyłączony z możliwości usłyszenia Dobrej Nowiny – mówi abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, w rozmowie z Arturem Stelmasiakiem

episkopat.pl
Abp Stanisław Gądecki

ARTUR STELMASIAK: – Napisał Ksiądz Arcybiskup bardzo mocny list w obronie wartości religijnych. Oczywistych powodów jest wiele, ale czy było jakieś szczególne wydarzenie, które przechyliło szalę goryczy, by zająć stanowisko w tej sprawie?

ABP STANISŁAW GĄDECKI: – Od dłuższego czasu mamy do czynienia z niezwykle intensywną dyskusją społeczną, której przedmiotem jest Kościół. Pojawia się wiele głosów nieprzychylnych, a nawet wrogich, wobec Kościoła i wartości religijnych. W ostatnich tygodniach miały jednak miejsce akty jawnej profanacji największych świętości, wobec których trzeba zdecydowanie zaprotestować. Mam tu na myśli przede wszystkim profanację jasnogórskiego wizerunku Matki Bożej, jak również akty bluźnierstwa, do których dochodzi podczas tzw. marszów środowisk gejów, lesbijek, biseksualistów i transseksualistów. Inicjatywy te cechują się swego rodzaju przewrotnością, bo pretekstem do ich organizowania jest rzekomo promocja większej tolerancji w społeczeństwie, tymczasem – o czym wspominałem w liście – stają się one miejscem jawnej nietolerancji, obscenicznych prezentacji oraz sposobnością do okazywania pogardy wobec chrześcijaństwa, w tym także do parodiowania liturgii Eucharystii, oraz do nawoływania do nienawiści w stosunku do Kościoła i osób duchownych. Do tego należy dodać napaści na świątynie i fizyczne ataki na księży. W ostatnim czasie zaistniało w społeczeństwie naprawdę wiele zła, które dotyka wspólnotę Kościoła i wprost uderza w Boga i Matkę Najświętszą. I w tym momencie trzeba jasno powiedzieć: „Dość!”.

– Pamiętam czasy, gdy Ksiądz Arcybiskup pełnił funkcję zastępcy przewodniczącego KEP, a przez media przetoczyła się fala nagonki na Kościół ws. lustracji. Teraz jako przewodniczący musi się Ksiądz Arcybiskup zmagać z falą krytyki ws. rozliczeń nadużyć seksualnych. Czy teraz KEP jest w trudniejszej sytuacji niż 10 lat temu?

– Trzeba wyraźnie rozgraniczyć: czym innym jest – jak pan redaktor to ujął – medialna nagonka antykościelna, a czym innym – dążenie do prawdy i zmaganie ze złem. Bardzo nam zależy na dojściu do prawdy i wewnętrznym oczyszczeniu Kościoła. Tak było przed dekadą, kiedy podejmowaliśmy konkretne działania umożliwiające przeprowadzenie lustracji w Kościele, tak jest i teraz. Trudno w naszym społeczeństwie znaleźć drugie takie środowisko, które podjęło aż tyle przedsięwzięć, inicjatyw i rozwiązań mających na celu rozliczenie przeszłości i prewencję na przyszłość. Zależy nam bowiem na naprawieniu krzywd wobec osób zranionych grzechem ludzi Kościoła. Zależy nam na dobru dzieci i młodzieży oraz na tym, aby Kościół był środowiskiem bezpiecznym i transparentnym.
Trudność dzisiejszej sytuacji polega na tym, że kwestia pedofilii stała się – już nie tylko w Polsce, ale niemal na całym świecie – dającym się łatwo wykorzystać tematem do ataków na Kościół, które mają na celu odebranie mu wiarygodności moralnej. Kościół jest bowiem ostatnim głosem w społeczeństwie, który nie idzie na kompromis ze współczesnymi prądami demoralizującymi, ale nie boi się mówić, że życie szczęśliwe to życie, w którym człowiek stawia sobie jasne wymagania. Siły libertyńskie chciałyby z pewnością ten głos uciszyć i wyeliminować.

– Ksiądz Arcybiskup wymienia w liście marsze środowisk gejów, lesbijek, biseksualistów i transseksualistów, które w nazwie mają tolerancję, a tak naprawdę ich uczestnicy pogardzają chrześcijaństwem. A może Kościół powinien nawiązać dialog ze środowiskami LGBT i iść do nich z Dobrą Nowiną?

– Nie można dialogować ze środowiskami, które nie chcą dialogu, depczą świętości, bluźnią Bogu i deprawują człowieka. Prawdą jest też to, że Kościół otrzymał zadanie głoszenia Ewangelii wszystkim, i nikt nie powinien być wyłączony z możliwości usłyszenia Dobrej Nowiny. Także osoby przynależące do wspomnianych środowisk mają to prawo. Dla nas osoby te nie są w pierwszym rzędzie gejami, lesbijkami, biseksualistami czy transseksualistami – one są przede wszystkim naszymi braćmi i siostrami, za których Chrystus oddał swoje życie i które chce On doprowadzić do zbawienia. W imię wierności naszemu Zbawicielowi i w imię miłości do naszych sióstr i braci musimy jednak głosić całą Ewangelię – nie unikając wymagań, które ona niesie, i nie przestając nazywać śmiertelnym grzechem tego, co nim w istocie jest. Gdybyśmy tak nie czynili, okradalibyśmy naszych bliźnich z prawdy, która także im się należy.


Pełna treść tego i pozostałych artykułów z NIEDZIELI 29/2019 w wersji drukowanej tygodnika lub w e-wydaniu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Mateusz Morawiecki i Jakub Błaszczykowski w Truskolasach

2019-07-22 18:17

PAP

– Moim marzeniem jest, żeby młodzież mogła trenować, żeby odciągnąć ją od głupstw – podkreślił premier Mateusz Morawiecki w Truskolasach, który w poniedziałek odwiedził Szkołę Podstawową im. Stanisława Ligonia, gdzie zainicjował budowę boiska sportowego.

Twitter.com

Morawiecki w Truskolasach spotkał się z piłkarzem, reprezentantem Polski, byłym zawodnikiem m.in. Borussi Dortmund, a obecnie Wisły Kraków, pochodzącym z Truskolasów Jakubem Błaszczykowskim.

Według premiera trzeba się zastanowić nad systemem szkolenia młodych piłkarzy i nowatorskim podejściem do piłki nożnej.

– Wielkim naszym pragnieniem, a moim marzeniem jest to, żeby dzieciaki, młodzież również z Truskolasów, z takiej ziemi jak ta, północna część woj. śląskiego, żeby mogły trenować, żeby chciało im się chcieć, żeby odciągnąć ich od tych głupstw, głupotek i większych jakiś chuligańskich wybryków, albo siedzenia z nosem w smartfonach – powiedział Morawiecki.

Premier oznajmił, że „droga do sukcesu jest usiana ciężką pracą”. – Nie wolno się załamywać. Trzeba podnosić głowę po drobnych i większych porażkach – oznajmił.

Jestem przekonany, że za 5-10 lat będziemy w stanie osiągać sukcesy w Lidze Mistrzów, w piłkarskich mistrzostwach świata i Europy – ocenił premier...

– Trzeba iść do przodu w ramach pewnej dyscypliny. Taką drogę przebył nasz piłkarz. Chciałem podziękować Kubie Błaszczykowskiemu za wspaniałą postawę, postawę patriotyczną i naukę patriotyzmu w praktyce – dodał.

Jakub Błaszczykowski stwierdził, że jest to dla niego „bardzo ważny dzień”. – Jak wspomniałem panu premierowi, od 2010 r. starałem się, żeby takie wydarzenie miało miejsce, żeby powstało boisko, akurat tu, bo tutaj wykonywałem pierwsze kroki – powiedział.

Budowa boiska w Truskolasach jest częścią finansowanego przez rząd Programu Certyfikacji Szkółek Piłkarskich PZPN.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem