Reklama

Porady dla duszpasterzy i parafian

Ksiądz po kolędzie

2018-01-03 12:37

Ks. Aleksander Radecki
Edycja wrocławska 1/2018, str. VI

baon / fotolia.com

Doroczne odwiedziny duszpasterskie zwane „kolędą”, wciąż należą do tych, które budzą pełne emocji dyskusje – zarówno po stronie wiernych, jak i duszpasterzy. I całe szczęście! Bo najwyraźniej widać, że chodzi o coś ważnego – więcej – o KOGOŚ najważniejszego. A ponieważ gwałtownie przybywa tych, którzy nie wiedzą, o co w kolędowych spotkaniach wiernych z kapłanami chodzi, lub mają na ten temat wiedzę niepewną, przyjrzyjmy się razem temu wydarzeniu, aby w tym roku spotkania nie zmarnować.

Tradycyjne określenie spotkań duchownych i wiernych terminem „kolęda” wiąże się z przeszłością i stylem życia rodaków, z których większość mieszkała poza miastami. Zima dawała wytchnienie ludziom pracującym na roli, a radosny klimat świętowania sprzyjał modlitwie o Boże błogosławieństwo w rodzinach.

Jakże inaczej wygląda obecnie styl naszego życia zarówno w miastach, jak i na wsiach! Nic dziwnego, że dotychczasowa praktyka kolędy każe szukać nowych rozwiązań, by najzwyczajniej w świecie ksiądz nie rozmijał się ze swoimi parafianami. Stąd kolędę ma zastąpić wizyta duszpasterska, która już w okresie Bożego Narodzenia się nie mieści (nawet, gdyby miał on trwać tradycyjnie od Bożego Narodzenia do 2 lutego, a nie do Niedzieli Chrztu Pańskiego).

Duszpasterz musi, czy chce odwiedzać swoich parafian?

Oto stosowny wymóg Kodeksu Prawa Kanonicznego: „Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestniczyć w troskach wiernych, zwłaszcza niepokojach i smutku, oraz umacniając ich w Panu, jak również – jeśli w czymś nie domagają – roztropnie ich korygując. Gorącą miłością wspiera chorych, zwłaszcza bliskich śmierci, wzmacniając ich troskliwie sakramentami i polecając ich dusze Bogu. Szczególną troską otacza biednych, cierpiących, samotnych, wygnańców oraz przeżywających szczególne trudności. Stara się wreszcie o to, by małżonkowie i rodzice otrzymali pomoc do wypełniania własnych obowiązków oraz popiera wzrost życia chrześcijańskiego w rodzinach” (kan. 529, § 1.).

Reklama

Aby duszpasterz mógł spełnić owocnie swoje posłannictwo, musi jak najlepiej poznać wiernych, powierzonych jego pieczy. Nie uda się tego dokonać ani z wysokości ambony, ani przy sprawowaniu sakramentów świętych, czy pogrzebów, ani nawet podczas oficjalnych spotkań w kancelarii czy zakrystii. Zatem…

Przyjrzyjmy się sobie z bliska!

Wierni mogą przy takiej okazji zadać księdzu nurtujące ich pytania, przedstawić własne propozycje, ale i duszpasterz jest zainteresowany stanem parafian. Chodzi przecież o to, by głoszone Słowo Boże i cała posługa duszpasterska były jak najlepiej dostosowane do potrzeb danej wspólnoty. Kolęda ujawnić powinna potrzeby duchowe i materialne osób starszych i schorowanych, ludzi z niepełnosprawnościami, potrzebujących wsparcia materialnego. Duszpasterzy zainteresują także postawy młodzieży, młodych małżeństw, ludzi zagubionych duchowo, gdyż wiele można im zaproponować. Będzie o czym rozmawiać!

Po co? Z czym? Do kogo?

Te trzy pytania warto rozważyć, by mądrze i owocnie wykorzystać duszpasterskie odwiedziny. I dotyczy to zarówno kapłanów, którzy musza pamiętać, po co idą do ludzi, jak i wiernych – trzeba mieć wiedzę po co odwiedza nas proboszcz, czy wikary z naszej parafii.

Pamiętajmy podczas kolędowego spotkania, że kapłan chce bezpośrednio spotkać się z parafianami, którym służy, chce ich poznać i chce być przez nich rozpoznawany.

Przychodzi w Imię Boże: niesie Jego błogosławieństwo, ogarnia modlitwą intencje każdej z rodzin, głosi Dobrą Nowinę o zbawieniu. Upomni się o religijnie zaniedbanych, chce zatroszczyć się o potrzebujących wielorakiej pomocy, będzie starał się zaktywizować wiernych dla doba całej wspólnoty parafialnej. Przedstawi aktualne problemy parafii, oczekując współpracy na miarę możliwości odwiedzanych ludzi. Duszpasterzowi zależy na wszystkich osobach zamieszkujących na terenie parafii, szanuje jednak ich wolność, stąd musi być do poszczególnych domów wyraźnie zaproszony.

Tor przeszkód dla parafian

Dostrzegają go wierni, którzy narzucony z góry termin spotkania z duszpasterzem mają wpisać w grafik swoich niezliczonych zajęć. Jaki dzień tygodnia, jaka godzina dnia pozwalałaby na „kolędową” wspólnotę razem wszystkich członków rodziny? Jak długo małe dzieci mogą oczekiwać na księdza, aby w odpowiedniej porze położono je spać? Ile czasu potrzeba odwiedzanym, by doszło do pobożnej modlitwy i prawdziwej rozmowy z kapłanem? Jak się zachować, gdy ktoś z rodziny nie potrafi ukryć swej wrogości do Kościoła, księży? Jak potraktować ministrantów podczas wizyty: trzymać ich w osobnym pomieszczeniu, wyprosić na schody? Co z ową, nieszczęsną, kopertą dla księdza…?

Tor przeszkód dla księdza

Nielekka jest także dola duszpasterza, ruszającego na kolędowe szlaki parafialne. W parafii obowiązuje zwykły rytm służby (w świątyni, w kancelarii, posługa chorym, zmarłym, sprawy gospodarcze, wymagające nieraz natychmiastowej interwencji, itp.). Księża katecheci po swoich zajęciach w szkołach nie zawsze tryskają entuzjazmem, zdolnym do zapalenia serc odwiedzanych ludzi. Kolęda – ze względu na porę roku – to idealna okazja do zachorowań, wywoływanych chociażby licznymi zmianami temperatur (w mieszkaniu +25, na dworze – różnie bywa).

Odwiedzenie wielu, tak różnych rodzin w krótkim czasie, wywołuje nie tylko wielkie zmęczenie, ale też stanowi poważny balast psychiczny, z którym trzeba sobie szybko i skutecznie radzić. Księżom nie ułatwia posługi świadomość, że kolęda obciążona jest wieloma negatywnymi ocenami, podejrzeniami ludzi wierzących i niewierzących, ryzykiem „spięć” z odwiedzanymi, gdy trzeba kogoś z parafian upomnieć o przestrzeganie Bożych praw. I dodatkowo: kto – poza duchownymi – doceni i zrozumie gorycz serca kapłańskiego, które przez wiele lat doświadcza bezowocności swych pasterskich wysiłków?

A jednak to szansa!

Niezadowolenie, rozczarowanie, poczucie niedosytu po kolędowych spotkaniach duszpasterskich to jednak doskonałe „materiały budowlane”, z których można zbudować coś piękniejszego. I warto się o to święte budowanie starać. Staranie musi jednak dotyczyć obydwu stron. Narzędzia? Szczery dialog świeckich i duchownych, zdrowa krytyka (nie mylić z krytykanctwem), przedstawianie nowych inicjatyw, ujawnienie talentów, jakimi zostali obdarzeni parafianie (i księża), zaangażowanie w życie wspólnoty parafialnej i… odwaga, by przełamać wciąż obecne, zachowawcze: „zawsze tak było”.

Ku ideałom…

Trudno spokojnie patrzeć, jak marnieje (w wielu ośrodkach parafialnych) znakomita tradycja i praktyka spotkań duszpasterskich. Stąd podpowiedzi, w punktach – chyba warte rozważenia:

1. Wydłużyć czas odwiedzin, czyli rozłożyć te wizyty niemal na cały rok.

2. Wierni, zapraszając indywidualnie kapłana, ustalają z nim dogodny dla siebie i księdza termin.

3. Ksiądz w poszczególne dni, biorąc pod uwagę swoje zajęcia duszpasterskie, odwiedza najwyżej kilka rodzin, poświęcając im więcej czasu.

4. Ministranci w takim układzie nie będą angażowani, gdyż pod wskazane do odwiedzin kilka adresów kapłan dotrze we własnym zakresie lub uzgodni transport z odwiedzaną rodziną.

5. Aby usunąć wiele niezręcznych sytuacji, miejscem składania dobrowolnych ofiar powinna stać się specjalnie oznakowana skarbona w świątyni parafialnej.

To nie żadne novum, są już w Polsce ośrodki parafialne, w których podobny projekt jest realizowany i chwalą go obydwie strony.

Grzechy kolędowe domowników

Księża, którzy odwiedzają parafian w ich domach często, niestety, spotykają się z postawami, które nie licują z tym, kim jesteśmy jako włączeni przez chrzest członkowie Kościoła. Doświadczają lekceważenia duchownych – przez celową nieobecność, chowanie się, złośliwość, odkrywają nieszczerość i nieprawdę w wypowiadanych oświadczeniach, uciekanie od najistotniejszych tematów, związanych z życiem religijnym i moralnym danej osoby, rodziny, albo dyskusje na tematy zastępcze. Dość często są świadkami obojętności wobec problemów wspólnoty parafialnej, albo krytykanctwa i stawiania wygórowanych wymagań bez osobistego zaangażowania się w cokolwiek. Mierzą się z zamkniętą postawą wobec zachęt i napomnień (np. w sprawie odwiedzin chorych w domach, albo zalegalizowanie małżeństwa). W najgorszych wypadkach – a i te się zdarzają – doświadczają upokorzenie przy okazji składanej ofiary, albo przez nieodpowiedni strój, słownictwo, albo choćby rzecz, wydawać by się mogło oczywistą, nie wyłączony telewizor podczas wspólnej modlitwy i spotkania.

Tagi:
kolęda

26. Międzynarodowy Festiwal Kolęd i Pastorałek

2019-11-20 16:42

Jarosław Ciszek, Biuro Prasowe Kurii Diecezji Sosnowieckiej / Będzin (KAI)

Jeszcze przez niemal tydzień, do 26 listopada, na stronie mfkip.pl można zapisać się do uczestnictwa w 26. edycji Międzynarodowego Festiwalu Kolęd i Pastorałek im. ks. K. Szwarlika w Będzinie. To największy przegląd kolęd i jeden z największych amatorskich festiwali muzycznych w Europie, gromadzący każdego roku kilkadziesiąt tysięcy osób na radosnym kolędowaniu!

Materiały prasowe

„Serdecznie zapraszamy wszystkich śpiewających kolędy! Pokażmy, że polska tradycja śpiewania ku czci przychodzącego na świat Boga jest ciągle żywa, a Święta to coś zdecydowanie więcej, niż tylko czas zakupów” – mówi ks. Piotr Pilśniak, dyrektor Festiwalu.

Eliminacje regionalne odbędą się w 34 miejscowościach w Polsce oraz w 5 miastach na Białorusi, Ukrainie i Litwie. Udział w Festiwalu jest bezpłatny. Festiwal przeznaczony jest dla amatorów (w tym uczniów i absolwentów szkół muzycznych I stopnia), którzy ukończyli 6 lat. Można śpiewać solo i w zespołach, z instrumentami lub podkładem z płyty.

Będziński finał Festiwalu, o udział w którym walczą uczestnicy eliminacji, odbędzie się w dniach 9-11 stycznia 2020 r., a Koncert Galowy z ogłoszeniem zwycięzców 12 stycznia 2020 r. Finał Festiwalu będzie transmitowany na żywo w Internecie.

Tegoroczny Festiwal to także konkurs plastyczny na indywidualne lub zbiorowe wykonanie gwiazdy kolędniczej. Najpiękniejsze zostaną nagrodzone i wykorzystane w dekoracji Koncertu Galowego Festiwalu. Szczegółowe informacje na stronie www.mfkip.pl.

Partnerem Strategicznym Festiwalu jest Polska Spółka Gazownictwa!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Pan Bóg wycenił mnie na Parkinsona

2019-04-30 09:16

Łukasz Krzysztofka
Edycja warszawska 18/2019, str. 6

Dobrze znają go ci, którzy poszukują odpowiedzi na kwestie praktyki wiary w życiu codziennym. Ks. Piotr Pawlukiewicz daje teraz swoim życiem odpowiedź na najtrudniejsze pytanie – o sens krzyża i cierpienia

Artur Stelmasiak
Ks. Piotr Pawlukiewicz wycofuje się z dotychczasowych form duszpasterzowania

Znany kaznodzieja i rekolekcjonista w rozmowie z Pawłem Kęską ze Stacji 7 swój krzyż nazwał wprost – pan Parkinson. – Zawitał w moim domu po cichu. Kiedy się o nim dowiedziałem, to już się trochę rozgościł. Na razie ta choroba da się jeszcze jakoś zepchnąć na bok, da się pracować – mówił kapłan, który o swojej chorobie dowiedział się w 2007 r. Nie poddaje się jej jednak.

Ks. Pawlukiewicz uważa, że krzyż od Jezusa jest pomocą w osiągnięciu nieba. – Pan Bóg wycenił mnie na Parkinsona i przyjąłem tę wycenę. Robię co mogę, co będzie, zobaczymy. Co tu się martwić jutrzejszym dniem, jeżeli dzisiejszy może się skończyć przed północą – powiedział rekolekcjonista. – Chrystus daje ci krzyż doważony do ciebie, lekarstwo na zamówienie.

Były duszpasterz parlamentarzystów przyznał, że obecnie robi dużo badań medycznych i wycofuje się ze sposobów duszpasterzowania, które prowadził, poszukując innych. – Chciałbym zmienić akcenty homiletyczne. Mówić o rzeczach, których kiedyś się bałem, o tym, kiedy człowiek jest bezradny, bezsilny, kiedy słyszy, że choroba jest nieuleczalna. Dopóki mnie ludzie rozumieją, dopóki rozumieją moje słowa, to w imię Chrystusa będę głosił Ewangelię – podkreśla.

Ks. Pawlukiewicz stara się teraz nie odprawiać Mszy św. publicznie, ponieważ choroba ma różne kaprysy. Eucharystię odprawia sam u siebie.

Choroba Parkinsona należy do najpoważniejszych schorzeń ośrodkowego układu nerwowego. Jej objawy to przede wszystkim ograniczenie ruchu oraz drżenie. Leczenie choroby Parkinsona jest możliwe, jednak nie da się wyleczyć jej całkowicie. Po pewnym czasie doprowadza do inwalidztwa. Zmagał się z nią św. Jan Paweł II.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Gwatemala: beatyfikacja brata szkolnego Jakuba A. Millera – męczennika

2019-12-06 19:13

kg (KAI) / Huehuetenango

W sobotę 7 grudnia w mieście Huehuetenango w zachodniej Gwatemali biskup diecezji David w Panamie kard. José Luis Lacunza Maestrojuán ogłosi błogosławionym brata Jakuba Alfreda Millera, który poniósł tam śmierć męczeńską w wieku 37 lat. Był on amerykańskim bratem szkolnym, który ponad 10 lat swego życia zakonnego spędził w Ameryce Środkowej, głównie w Nikaragui, potem w Gwatemali i tam zginął z rąk niewykrytych do dzisiaj sprawców.


Brat Santiago czyli Jakub Alfred Miller

Oto krótki życiorys nowego błogosławionego.

Jakub (James) Alfred Miller urodził się 21 września 1944 w miasteczku Stevens Point w amerykańskim stanie Wisconsin. Był wcześniakiem i zaraz po urodzeniu ważył zaledwie nieco ponad 1,8 kg, później jednak szybko się rozwijał i jako dorosły mierzył prawie 2 metry i ważył 100 kg. W dzieciństwie i wczesnej młodości był bardzo porywczy, a nawet niesforny i rubaszny, co nieraz budziło lęk w jego otoczeniu.

Wielki wpływ na zmianę jego zachowania i na całe późniejsze jego życie wywarła nauka w szkole średniej, prowadzonej przez braci szkolnych w mieście Winona w sąsiednim stanie Minnesota. W 1959, mając 15 lat, rozpoczął juniorat w tym zgromadzeniu zakonnym, w 3 lata potem został postulantem, a następnie nowicjuszem. Przyjął wówczas imiona zakonne Leo William, później jednak powrócił do swych imion chrzestnych i tylko ich używał.

Jeszcze przed złożeniem ślubów wieczystych w sierpniu 1969 zaczął pracować jako nauczyciel języków angielskiego i hiszpańskiego i jako katecheta w szkole średniej Cretin w St. Paul – stolicy Minnesoty; uprawiał też amerykański futbol i trenował drużynę szkolną.

Po ślubach władze zgromadzenia wysłały go do pracy w mieście Bluefields w południowo-wschodniej Nikaragui, skąd w 1974 przeniesiono go do Puerto Cabezas na północny wschód kraju. Pracował tam nie tylko jako nauczyciel, ale również przy rozbudowie miejscowego kompleksu przemysłowo-kościelnego, a szkoła na jego terenie pod jego kierunkiem rozrosła się z 300 do 800 uczniów. Aby bardziej zbliżyć się do miejscowej ludności, zaczął używać hiszpańskiej wersji swego imienia – Santiago (Jakub) i pod nim był powszechnie znany.

Tę pomyślnie rozwijającą się działalność przerwało w lipcu 1979 polecenie władz zakonnych, aby opuścił Nikaraguę, gdy zwyciężyło tam lewicowe ugrupowanie sandinistów. Brat Santiago pozostawał bowiem w dobrych i bliskich kontaktach z dotychczasowym dyktatorem Anastasio Somozą, widząc w tym szanse na wypełnienie przez rząd zobowiązań co do rozbudowy szkolnictwa w tym regionie, złożonych jego poprzednikowi i współbratu zakonnemu Francisowi Carrowi. Ale niektórzy miejscowi mieszkańcy uważali te więzi za zbyt bliskie i to zaniepokoiło przełożonych zakonnika, tym bardziej że nowe władze umieściły jego nazwisko na liście tych, których należy „sprzątnąć”.

Brat Santiago wrócił więc bardzo niechętnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie znów zaczął uczyć w swej pierwszej szkole w St. Paul, nie przestając jednak marzyć o powrocie do Ameryki Środkowej. Robił tak wiele dla tej placówki, że uczniowie nazwali go „Bratem Złotą Rączką”.

W styczniu 1981 znów znalazł się w Ameryce Środkowej, tym razem w Gwatemali – w Huehuetenango na zachodzie kraju i tam od pierwszej chwili zaangażował się jako nauczyciel zawodu w poprawę położenia ludności tubylczej, uciskanej przez panujący w tym kraju reżym. Działania te z jednej strony zyskały mu wielką sympatię miejscowych mieszkańców, z drugiej ściągnęły nań nie mniejszą wrogość rządzących wojskowych i bardzo szybko zaczął otrzymywać ostrzeżenia i pogróżki, których jednak nie uląkł się i nadal prowadził swą działalność na rzecz najuboższych.

Już w rok później – wieczorem 13 lutego 1983 do prowadzonej przez braci szkolnych Szkoły Indiańskiej im. De La Salle wdarło się trzech zamaskowanych i uzbrojonych mężczyzn, oddając serię strzałów do brata Millera, zajętego pracami budowlanymi. Zakonnik zginął na miejscu, zabójcy natomiast od razu odjechali, a wszelki ślad po nich zaginął. Do dziś pozostali niewykryci i nieukarani.

Amerykańska diecezja La Crosse, na której terenie urodził się przyszły błogosławiony, ustanowiła nagrodę jego imienia za działalność na rzecz sprawiedliwości społecznej, a po jego śmierci powstała także fundacja, również nosząca jego imię, w celu kontynuowania jego dzieła na rzecz biednych i uciskanych. Brat Santiago nazywany jest „męczennikiem edukacji”.

Jego proces beatyfikacyjny toczył się w Huehuetenango w latach 2009-10, a w Watykanie zakończył się podpisaniem przez Franciszka dekretu o męczeństwie 7 listopada 2018.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem