Reklama

Śląski Katyń

2018-02-21 10:32

Łukasz Krzysztofka
Niedziela Ogólnopolska 8/2018, str. 42-44

Łukasz Krzysztofka
Każdego dnia powinniśmy starać się budować taką Polskę, o jakiej marzyli żołnierze antykomunistycznego podziemia: silną, suwerenną, niezależną, dumną

Wojna nie skończyła się dla nich w 1945 r. Walczyli o Polskę. Wolną, niepodległą, wierzącą w Boga i oddaną Maryi. Mieli przeważnie po dwadzieścia parę lat. Zginęli z rąk sowieckich i ubeckich katów. Choć od momentu tej okrutnej zbrodni minęło już ponad 70 lat, nadal nie wiemy, gdzie spoczywają ich szczątki

Żołnierze walczący u boku Henryka Flamego ps. Bartek, którym nieobojętny był los niszczonej przez komunizm Polski, stanowili najliczniejszą i najaktywniejszą zbrojną formację antykomunistyczną na Podbeskidziu. 350 ludzi ukrywających się wokół Baraniej Góry stanowiło znaczącą siłę. Nie chcieli się podporządkować Sowietom. Uciekli do lasów, aby walczyć z agenturą UB. Dla komunistów byli praktycznie nieuchwytni.

Uciekł komunistom

Ich dowódca – Henryk Flame, urodzony we Frysztacie na Zaolziu, wychowany w katolickim i patriotycznym duchu, jako 18-latek na ochotnika wstąpił do Wojska Polskiego w Krakowie. Został pilotem. W kampanii wrześniowej bronił nieba nad Warszawą i został zestrzelony. Później zasilił szeregi Armii Krajowej. W 1945 r. wstąpił do Milicji Obywatelskiej w Czechowicach. Dostał broń. Nie przeszedł jednak na stronę komunistów. Uciekł i organizował w okolicznych lasach antykomunistyczną partyzantkę. Nawiązał kontakt z Narodowymi Siłami Zbrojnymi. Najgłośniejszą akcją oddziału „Bartka” było zajęcie 3 maja 1946 r. Wisły i zorganizowanie uroczystej defilady ulicami miasta. Takiego widoku nie mogła znieść władza ludowa.

Nadchodzi „Lawina”

Trzy miesiące później do „Bartka” trafia Henryk Wendrowski ps. Lawina, wysłannik VII Okręgu Narodowych Sił Zbrojnych w Gliwicach. W rzeczywistości był to pracownik UB, były żołnierz AK z Podlasia, który przeszedł na stronę komunistów i „wsławił się” likwidacją agenturalną oddziałów podziemia antykomunistycznego na Lubelszczyźnie. Obiecywał pomoc w przerzucie całego zgrupowania na Zachód, gdzie pod okiem Amerykanów partyzanci mieli przejść odpowiednie szkolenie i wrócić do kraju, aby prowadzić dalszą walkę z komuną. Na początku na jakiś czas mieli się zatrzymać na Ziemiach Odzyskanych. Flame przystał na tę propozycję.

Reklama

Ostatnia droga

Do skutku doszły trzy transporty. Pierwszy ruszył najprawdopodobniej z okolic Szczyrku ok. 6 września, drugi w połowie miesiąca. Miejscem docelowym okazały się okolice Starego Grodkowa na Opolszczyźnie. Tam zamordowano co najmniej kilkudziesięciu żołnierzy z oddziału „Bartka”.

Trzeci transport wyruszył ok. 25 września. Od strony Strzelec Opolskich wjechał do wsi Barut – leżącej dzisiaj na granicy województw opolskiego i śląskiego. Amerykańskie ciężarówki przykryte plandekami przejechały przez wioskę w stronę pobliskiego lasu. Koło miejscowej szkoły silnik jednej zgasł. – Wyszliśmy zobaczyć, co się stało, ale wyskoczyła ochrona z karabinami i nas przegoniła – wspomina Alfred Blimer, który dobrze pamięta tamten dzień. Na kilka sekund wskutek powiewu wiatru plandeka uniosła się w górę. Blimer zobaczył wówczas, że ciężarówka była załadowana ludźmi. Byli nieogoleni, ubrani w angielskie mundury – takie, jakie na Zachodzie nosili żołnierze gen. Andersa, tzw. battle-dress. Na rękach mieli naszywki „Poland”, a na głowach wojskowe czapki. Po chwili ciężarówki ruszyły w stronę polany Hubertus.

Zbrodnia

Następnego dnia rano okolicą wstrząsnął potężny wybuch. – Zaraz po wybuchu w lesie zaczęto strzelać z pepeszek, całymi seriami. Były też pojedyncze strzały – opowiada Alfred Blimer. Strzelali bardzo długo. Nikt z mieszkańców Barutu nie wiedział wtedy, co się stało w lesie. Teren wokoło był ogrodzony drutem kolczastym i pilnowany przez uzbrojonych mężczyzn. Kilkanaście godzin po wybuchu kilku osobom z okolicy udało się znaleźć w zaroślach w pobliżu polany Hubertus, gdzie znajdowała się wysadzona w powietrze stodoła. – Widzieliśmy mężczyzn ubranych w krótkie, brązowe bluzy wojskowe, takie, jakie nosili wówczas funkcjonariusze UB. Wrzucali do ogniska jakieś strzępy odzieży i fragmenty ciał – wspomina Stanisław Fariaszewski. Pamięta, że z ogniska unosił się mdły, charakterystyczny dla palonego ciała zapach.

Bali się mówić

Jeszcze kilka miesięcy po wybuchu mieszkańcy Barutu odnajdywali tam kawałki ciał, ludzkie kości, porozrywane ubrania. W latach 60. ubiegłego wieku na polanie Hubertus widywano szczątki butów. Wszystkie te dowody zbrodni zostały jednak skrzętnie pochowane, rozpadły się przez lata albo zaginęły. Kilka dni przed wybuchem do pobliskiego nadleśnictwa zadzwonił wojewoda śląski Aleksander Zawadzki, który nalegał, aby wydać okólnik zakazujący leśnikom wstępu do lasu, pod groźbą zastrzelenia bez ostrzeżeń. Wśród mieszkańców Barutu panowała już wtedy atmosfera strachu. Ludzie bali się mówić o tym, czego byli świadkami. Trwało to przez cały okres PRL i w latach 90. Jeszcze dzisiaj okoliczni mieszkańcy opowiadają o tym bardzo niechętnie.

Zacieranie śladów zbrodni

Co wydarzyło się w ostatnią niedzielę września 1946 r. w lesie w pobliżu Barutu? Zmęczonych podróżą spod Baraniej Góry ok. sześćdziesięciu partyzantów z oddziału „Bartka” zostało na noc w przygotowanej przez „łączników NSZ” kwaterze na polanie Hubertus – była to murowana stodoła. Poczęstowano ich obfitą kolacją, zakrapianą alkoholem wymieszanym ze środkami nasennymi, i rozbrojono. Nad ranem do dobrze zaminowanego pomieszczenia, w którym spali partyzanci, wrzucono wiązki granatów. Nastąpiła potężna eksplozja. Tych, którym udało się przeżyć, wyciągano z ruin i kazano im się rozebrać do naga, po czym prowadzono nad przygotowane doły śmierci. Tam zabijano strzałem w tył głowy. Wszystkie ciała wrzucono do masowej mogiły i spalono wraz ze wszelkimi ich rzeczami w taki sposób, aby po partyzantach nie został żaden ślad. Do dzisiaj – choć minęło już ponad 70 lat – nie udało się znaleźć mogiły zamordowanych w Barucie żołnierzy.

„Bartek”

Henryk Flame miał jechać kolejnym, czwartym transportem. Nie doszło do niego jednak, ponieważ dowódca dowiedział się o tym, co się stało z jego żołnierzami. Po pewnym czasie ujawnił się i wrócił w rodzinne strony. W 1947 r. został zastrzelony w restauracji w Zabrzegu pod Czechowicami przez miejscowego milicjanta Rudolfa Dadaka. Gdy wiadomość o śmierci „Bartka” dotarła do jego matki, powiedziała: „Przeczuwałam, że coś się stanie, bo Heniu zapomniał ryngrafu z Matką Boską, z którym nie rozstawał się przez cały okres walki z komuną”.

A jakie były losy Henryka Wendrowskiego? Po akcji „Lawina” szybko piął się po szczeblach kariery, pełnił wysokie funkcje w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. W 1968 r. przeszedł do dyplomacji. Był ambasadorem PRL w Kopenhadze. Zmarł w 1997 r.

Poszukiwania

– Ci, którzy mordowali, bardzo skutecznie zacierali ślady po tym, co uczynili. Porozrywane szczątki naszych bohaterów zostały z polany Hubertus dokądś zabrane. Po działaniach, które wykonaliśmy na terenie tej polany, jak również w jej pobliżu, gdy przekopaliśmy obszar do głębokości niekiedy dwóch metrów, możemy powiedzieć, że z pewnością nie ma tam tych ludzi – mówi „Niedzieli” prof. Krzysztof Szwagrzyk, wiceprezes IPN, kierujący poszukiwaniami. Oprawcy najprawdopodobniej załadowali te szczątki na samochód i wywieźli gdzieś w okoliczne lasy. Wspomnienia ludzi, którzy pamiętają tamte czasy, ograniczają się do samego wybuchu oraz do tego, że jeszcze długo po nim odnajdywano fragmenty mundurów, ludzkich szczątków, które spoczywały gdzieś na drzewach, niezauważone przez ubeków. Nikt jednak z mieszkańców Barutu nie był świadkiem, w którym miejscu ubecy grzebali ludzkie szczątki.

Zdaniem prof. Szwagrzyka, akcja „Lawina” była inspirowana z Moskwy, ponieważ w realiach 1946 r. ubecy w Polsce byli bez doświadczeń, które pozwalałyby im na przeprowadzenie tak skomplikowanej pod względem logistycznym akcji. – Mogli to zrobić tylko tacy ludzie, którzy doświadczenia w masowych mordach już mieli. Takimi osobami w Polsce byli sowieccy doradcy i inni Sowieci z sowieckich służb specjalnych. Ubecy byli wykonawcami lub wspomagali te działania – zauważa historyk.

Pamięć przetrwała

Mimo atmosfery strachu i gróźb okoliczni mieszkańcy nie zapomnieli przez dziesiątki lat o okrutnej zbrodni dokonanej na baruckiej polanie. W miejscu, gdzie stała stodoła, postawili metalowy krzyż. Przychodzili tam i palili znicze. – W latach 50. i 60. tym, co się wydarzyło w Barucie, zainteresowali się kombatanci, którzy walczyli w czasie II wojny światowej. Zaczęli zbierać materiały na ten temat. Nie bali się – mówi Wojciech Radomski, prezes Stowarzyszenia Pamięci Armii Krajowej. Jednak to dzięki pamięci mieszkańców okolicznych miejscowości wiedza o „śląskim Katyniu”, jak nazwano polanę śmierci, przetrwała i przekazywana była kolejnym pokoleniom. Dzisiaj do tego uświęconego krwią polskich żołnierzy miejsca przybywa coraz więcej osób. 27 września 2016 r. hołd Żołnierzom Niezłomnym z oddziału „Bartka” oddał w Barucie prezydent RP Andrzej Duda. Co roku w ostatnią sobotę września na polanie śmierci odprawiana jest Msza św. w intencji zamordowanych polskich bohaterów.

Potrzebna wskazówka

Czy jednak kiedyś się dowiemy, gdzie spoczywają żołnierze „Bartka” zamordowani w Barucie? – Liczę na to, że stanie się coś, być może przypadkowego, co spowoduje, że będziemy mogli wejść w obszar poszukiwań, chociażby przez wskazanie kierunku. Może będzie to jakaś prosta sytuacja, jakaś wichura, która pociągnie drzewo, a to z korzeniami odkryje nam ludzkie szczątki – mówi prof. Szwagrzyk.

Prace poszukiwawcze zostały wznowione w rejonie Starego Grodkowa. Na terenie dawnego niemieckiego majątku Scharfenberg w gminie Łambinowice odnaleziono ryngraf. To element żołnierskiego munduru ewidentnie wykorzystywany po wojnie przez antykomunistyczne oddziały partyzanckie. W czasie sprawdzania wykrywaczami metalu fundamentów starego dworu poszukiwacze z opolskiego stowarzyszenia Kryptonim T-IV, które pomaga IPN w poszukiwaniach, natknęli się na ludzką czaszkę. Wydobyto ją z zalanego wodą obetonowanego dołu. Czaszka jest uszkodzona w sposób, który wskazuje, że człowiek ten zginął od strzału w kark.

W starej pałacowej studni, która po wojnie została wysadzona w powietrze, a dół zasypany piaskiem, na głębokości ok. 10 m odnaleziono ludzką kość piszczelową. Prawdopodobnie funkcjonariusze UB ukryli ciała zamordowanych, wrzucając je do głębokiej studni, którą potem wysadzili w powietrze. Prace poszukiwawcze trwają.

Identyfikacja

Dzięki zaangażowaniu zespołu naukowców pod przewodnictwem prof. Krzysztofa Szwagrzyka, a także licznych wolontariuszy, tożsamość odzyskało kolejnych 22 polskich bohaterów, wśród których byli zamordowani w Starym Grodkowie żołnierze „Bartka”. 1 lutego br. w Pałacu Prezydenckim wręczono noty identyfikacyjne ich rodzinom. – Jakie mamy wobec nich zobowiązanie? Każdego dnia starać się budować taką Polskę, o jakiej oni marzyli: silną, suwerenną, niezależną, dumną – powiedział w czasie uroczystości prezydent Andrzej Duda. Wśród zidentyfikowanych ofiar zamordowanych w Starym Grodkowie są: Franciszek Konior ps. Rekin, bracia Józef Maślanka ps. Borsuk lub Karol Maślanka ps. Tygrys (na podstawie badań genetycznych nie można określić, do którego z braci Maślanków należą zidentyfikowane szczątki) i Michał Pajestka ps. Leszczyna.

Mimo wielu apeli ze strony IPN, także przez miejscowych księży, o jakąkolwiek informację miejsce masowej mogiły żołnierzy „Bartka” zamordowanych w Barucie pozostaje nieznane. Bez uzyskania pewnej konkretnej wskazówki nie jest możliwa praca na przestrzeni wielu hektarów lasu. Nikt z mieszkańców Barutu do tej pory nie wskazał jednak kierunku, w którym mogłyby być prowadzone poszukiwania.

Tagi:
Katyń żołnierze wyklęci zbrodnia katyńska

Chronić swoją historię

2019-09-17 14:31

Ewa Biedroń/diecezja tarnowska
Edycja małopolska 38/2019, str. 5

Ks. Marian Kostrzewa
Msze św. stanowią istotną część Spotkań Gurgaczowskich

Musimy zadbać o wydobywanie i przekazywanie na przyszłość całej prawdy historycznej – powiedział biskup tarnowski Andrzej Jeż. Na Hali Łabowskiej została odprawiona Msza św. za Kapelana Wyklętych i żołnierzy, którym posługiwał. 14 września minęła 70. rocznica śmierci ks. Władysława Gurgacza.

Bp Jeż mówił w homilii, że przez dziesięciolecia komunizmu w Polsce nie było należnej troski o historyczną prawdę. Co więcej, tę prawdę fałszowano i odmawiano należnego szacunku bohaterom, a gloryfikowano ich oprawców. Zdaniem biskupa, wiele wpływowych osób w Polsce podejmuje działania mające na celu usunięcie przejawów patriotyzmu i niszczenie historycznej pamięci narodowej, gdyż ich osobista historia życia nie wpisała się pozytywnie w dzieje naszego narodu.

Bp Andrzej Jeż powiedział też, że pod adresem Polaków wysuwa się fałszywe oskarżenia o szowinizm narodowy. – Przecież w imię historycznej prawdy trzeba uznać, że przez całe stulecia Polska, wierna swoim chrześcijańskim korzeniom, była państwem tolerancji i pokojowej współpracy zamieszkujących ją narodów, podczas gdy w tym samym czasie w krajach Europy Zachodniej szalała nietolerancja – podkreślił hierarcha. Ponadto przypomniał, że w czasie II wojny światowej co piąty ksiądz diecezjalny w Polsce został zamordowany. Biskup zwrócił uwagę, jak ważna jest pamięć o dziejach własnego narodu. – Czerpiąc z historii pamiętajmy, by chronić nasze korzenie, gdyż bez nich staniemy się bezbronni i słabi; nie oprzemy się nawałnicom, które przez dzieje powracają na nowo. Pamiętajmy też, by dbać o stan naszego ducha, o stan naszych wnętrz, gdyż tam rozgrywa się najpoważniejsza walka o naszą niepodległość, o naszą wolność – przekonywał.

Zdaniem biskupa, budowanie poczucia zdrowej dumy narodowej, opartej na dostrzeganiu i docenianiu własnej kultury i historii, bez popadania w nieuzasadnione kompleksy wobec innych krajów, to ważna droga do umacniania postawy patriotycznej, ale to również ważna droga do przyjmowania postawy otwartości wobec innych kultur. – Można z nimi nawiązać twórczy dialog jedynie wtedy, gdy ma się im coś własnego do zaoferowania – zaznaczył bp Jeż.

Spotkania Gurgaczowskie to już tradycja na Hali Łabowskiej. Pierwsza Msza św. odbyła się w 1998 r. Gromadzą się tam starsi i młodzi ze sztandarami i flagami. O historii przypomina obelisk upamiętniający Żołnierzy Wyklętych. Partyzanci mieli bowiem kryjówki w Beskidzie Sądeckim. Ks. Władysław Gurgacz zetknął się z podziemiem niepodległościowym najprawdopodobniej już podczas pobytu w Gorlicach, jednak dopiero na początku 1948 r., kiedy przebywał w Krynicy, nawiązał ściślejszą współpracę z jego członkami. Rozmawiał z żołnierzami, spowiadał ich, odprawiał Msze święte, ale też prowadził dla nich wykłady z filozofii, języka polskiego. Namawiał do ograniczenia do minimum akcji zbrojnych.

Kapelan Żołnierzy Wyklętych, mimo że miał okazję, by uciec, pozostał wierny swoim kolegom żołnierzom – chciał być z nimi do końca. Tej bezkompromisowej postawie pozostał wierny także w trakcie śledztwa i procesu. Komuniści za odprawianie polowych Mszy i nauczanie partyzantów życia zgodnego z nakazami katolickiej wiary skazali ks. Gurgacza na śmierć. Wyrok wykonano 14 września 1949 r. w Krakowie. Kapłan został pochowany na Cmentarzu Rakowickim.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Siła modlitwy

2019-10-01 13:55

Beata Pieczykura
Niedziela Ogólnopolska 40/2019, str. 10-11

Ma moc większą od bomby atomowej. Jest najpotężniejszą bronią znaną ludziom wszystkich czasów, także w XXI wieku. To nie slogan – mówią ci, którzy doświadczyli siły modlitwy różańcowej. Dzięki niej niektórzy wciąż żyją

stock.adobe.com

Chwycili za różaniec, a sam Bóg uczynił cud we właściwym czasie. Zaufali, są pewni, że On wie, co robi. Wojownicy Maryi opowiadają o cudownej ingerencji Boga w swoim życiu.

Ocalony i nawrócony

Wielkiej siły modlitwy różańcowej, która ratuje od samobójstwa i kompletnie zmienia życie, doświadczył Marcin. Przez 15 lat pił i zrobił w życiu wiele złych rzeczy. Któregoś dnia, w 1. rocznicę śmierci swojej ukochanej babci, postanowił pójść trzeźwy na jej grób. Pamiętał, że babcia przez całe życie odmawiała Różaniec, głównie w jego intencji, więc zabrał ze sobą ten sznurek paciorków.

– W drodze na cmentarz próbowałem odmawiać Różaniec, choć właściwie nie wiedziałem jak, bo zapomniałem po I Komunii św. – opowiada Marcin. – Miałem omamy, jakbym widział diabła, który namawiał mnie, żebym się powiesił. W tym amoku zwątpiłem we wszystko i poszedłem na pole. Wiedziałem, że tam jest takie miejsce, gdzie są schowane sznury. Szukałem gorączkowo powroza, ale nie mogłem go znaleźć. To mi uświadomiło, że ta modlitwa ma wielką moc. Jestem pewny, że dzięki Różańcowi nie odebrałem sobie życia. Oszołomiony wróciłem na cmentarz i modliłem się, jak umiałem. Wtedy postanowiłem świadomie i dobrowolnie iść na terapię odwykową. Najpierw przez 3 miesiące byłem na oddziale detoksykacyjnym, a potem na oddziale odwykowym. Tam, po 15 latach, przystąpiłem do spowiedzi generalnej. Spowiednik powiedział mi, jak odmawiać Różaniec. Po powrocie do normalnego życia było mi ciężko, ale najważniejsze było to, aby „nie popłynąć”. Moją siłą i pomocą stał się Różaniec. Tak pozostało do dziś. Otrzymałem tyle łask – nie piję już 10 lat, a od 2 lat odmawiam Nowennę Pompejańską, jedną za drugą, zwłaszcza za kapłanów. Wierzę, że we współczesnym świecie najskuteczniejszą bronią jest Różaniec.

54 dni do szczęścia

Niełatwe życie odebrało jej radość i pokój serca, wszystko przestało mieć sens. Pracowała po 12 godzin dziennie, także w soboty i niedziele. Zaczęło jej szwankować zdrowie, pojawiły się konflikty w niedawno zawartym małżeństwie. Nie miała czasu dla przyjaciół, więc powoli ich traciła. Nie widziała wyjścia z tej sytuacji, a z całego serca pragnęła zmiany. – Wtedy przyjaciółka powiedziała mi, że Różaniec ma moc zmienić to wszystko – wspomina Magdalena. – Pomyślałam sobie: czemu nie, i postanowiłam spróbować. Byłam tak zdesperowana, że zdecydowałam się odmawiać Nowennę Pompejańską – każdego dnia przez 54 dni nie rozstawałam się z różańcem. Walczyłam ze sobą, z czasem, ze zniechęceniem. Wytrwałam. Dziś wiem jedno – niezależnie od tego, co by się działo, Bóg zawsze wyciągnie rękę, bo nie odmawia Matce Jezusa. Jestem szczęśliwa, wszystko powoli wraca do normy. Różaniec totalnie odmienił moje życie.

Potężniejszy od kul

Zenon różaniec otrzymał w dniu I Komunii św. i nie rozstaje się z nim do dziś. Od wielu lat modli się na nim codziennie. O trudnych dniach i modlitwie wbrew nadziei tak dziś mówi:

– Pamiętam, jak wiosną 1945 r. pijany radziecki żołnierz chciał rozstrzelać mojego ojca Jana. Mama klęczała na podwórku, na śniegu, przy ul. Paderewskiego w Grudziądzu, płakała i głośno odmawiała Różaniec, a my, dzieci, razem z nią. Baliśmy się. Po chwili przyszedł pułkownik, przełożony żołnierza, który trzymał ojca pod bronią, i zażądał dokumentów. Wtedy okazało się, że ojciec nie jest Niemcem. Pułkownik oddał ojcu dokumenty i powiedział mu, że jest niewinny. Potem znowu rosyjscy żołnierze zabrali ojca na przesłuchanie i uwięzili w piwnicach jednego z domów w Owczarkach k. Grudziądza. Długo nie wracał. Mama i ja poszliśmy tam. Cudownym trafem ojca właśnie zwolnili. Po wyzwoleniu Grudziądza całą rodziną wróciliśmy do domu – był zniszczony, ale stał. Jestem pewny, że codzienna modlitwa różańcowa naszej wieloosobowej rodziny ocaliła ojca od czerwonego zniewolenia i śmierci. Dlatego pytam młodych: Czy odmówiłeś Różaniec choć jeden raz? Może teraz weźmiesz go do ręki i będziesz się na nim modlić... To piękna przygoda spotkać Boga w tajemnicach rozważanych we wspólnocie Kościoła lub osobiście w domu, szpitalu, drodze, gdziekolwiek jesteście...

* * *

Powiedzieli o Różańcu

„Czepił się chłop Różańca jak tonący liny. Ale czegóż dzisiaj uchwycić się można, kiedy wszystko tak szybko się zmienia, przemija? Czegóż uchwycić się można w tym świecie, gdzie tempo przemian i zmian oszałamia, onieśmiela, ogłupia? Różańca babci, matki, swojego Różańca. Tego samego Różańca, co wczoraj, dziś i jutro. Najprostszego, jak prosta jest miłość. Uchwycić jego rytm, wejść w ten rytm, żyć tym rytmem – to uratować i ocalić siebie” – o. Jan Góra OP

„Nie ma w życiu problemu, którego by nie można rozwiązać z pomocą Różańca” – s. Łucja z Fatimy

„Różaniec jest modlitwą maluczkich i pokornych, ale też modlitwą najwznioślejszych duchów w Kościele; jest modlitwą teologów, doktorów, myślicieli i świętych” – kard. Stefan Wyszyński

„Jesteśmy szczęściarzami. Bo mamy Różaniec. Bo się możemy uczepić tajemnic, które dokonały największych rewolucji w dziejach świata. Bo się możemy dać wciągnąć w te tajemnice. Zresztą, czy nie są to też nasze tajemnice? Pełne radości i bólu, światła i chwały. Może dlatego modlitwa różańcem staje się wciąż, tak jak niegdyś, początkiem wielu rewolucji, w naszym życiu i życiu całej ludzkości” – ks. Rafał J. Sorkowicz SChr

„Różaniec to nie wypracowanie teologiczne. Odmawiany w chorobie, w trudnej podróży, w oczekiwaniu na wyniki badań, przed drzwiami egzaminatora – jest najmądrzejszą modlitwą” – anonim z internetu

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Dziwisz: Jan Paweł II stawiał młodzieży wysoką poprzeczkę

2019-10-19 17:23

dab / Lublin (KAI)

Jan Paweł II wymagał i stawiał młodzieży wysoką poprzeczkę, tylko dlatego, że sam stawiał ją sobie jeszcze wyżej - powiedział kard. Stanisław Dziwisz. Sekretarz Papieża Polaka przewodniczył Eucharystii z okazji 25 rocznicy ukończenia budowy lubelskiego Domu Fundacji Jana Pawła II. Na co dzień w budynku mieszkają, uczą się i formują studenci oraz doktoranci, głównie z Europy Wschodniej.

Krzysztof Tadej

We wspólnej modlitwie wzięli udział także Prymas Senior i były nuncjusz apostolski w Polsce abp Józef Kowalczyk, metropolita lubelski Stanisław Budzik, sekretarz KEP bp Artur Miziński, lubelski biskup pomocniczy senior bp Ryszard Karpiński, bp Józef Staniewski z Białorusi oraz o. Krzysztof Wieliczko administrator Fundacji Jana Pawła II w Rzymie.

W swoim kazaniu kard. Dziwisz mówił o wpływie pontyfikatu Karola Wojtyły na dzieje świata. – Zostaliśmy uwolnieni od wielu zniewoleń i zagrożeń. Pojawiły się nowe szanse i możliwości. Jesteśmy bogatsi o doświadczenie tych kilkudziesięciu lat, w jakich wielką rolę odgrywał i nadal odgrywa Jan Paweł II – mówił były metropolita krakowski.

Hierarcha zauważył, że wśród wielu form działalności Jana Pawła II, szczególną troską otaczał młodzież. – Już od czasów krakowskich, młodzi zawsze byli w centrum jego uwagi. To doświadczenie potem zostało przeniesione na grunt Kościoła powszechnego. Już w dniu inauguracji nazwał ich swoją nadzieją. To doświadczenie jest kontynuowane przez następców, a owocem tego są Światowe Dni Młodzieży, które odmładzają i dynamizują wszystkich nas – powiedział kardynał.

Papieski sekretarz zauważył, że Święty Jan Paweł II imponował młodzieży autentycznością swojego życia i służby. - Wymagał i stawiał im wysoką poprzeczkę, tylko dlatego, że sam stawiał ją sobie jeszcze wyżej. Wybiegając myślami do przodu powołał fundację swojego imienia, bo widział, że kraje, które odzyskują niepodległość, będą potrzebować zdolnych i kompetentnych młodych chrześcijan – tłumaczył kard. Dziwisz.

Po Eucharystii, na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II odbyła się uroczystość wręczenia medali Jubileuszu 100-lecia KUL p. Ewie Bednarkiewicz, prezes Towarzystwa Przyjaciół Fundacji Jana Pawła II oraz ks. prof. Marianowi Radwanowi, twórcy programu stypendialnego. – Zasiana w naszych sercach przez Pana Boga miłość, została wzbudzona do działania przez Papieża Polaka. Fundamentem działania Fundacji Jana Pawła II jest miłość, którą on w nas zaszczepił – mówiła p. Bednarkiewicz.

Program stypendialny Fundacji Jana Pawła II jest skierowany do studentów i doktorantów z krajów byłego Związku Sowieckiego studiujących na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W obecnym roku akademickim przyznano 145 stypendiów, z czego ponad 100 studentów studiuje dziennie w Lublinie. Pochodzą oni z Ukrainy, Białorusi, Uzbekistanu, Rosji i Łotwy. Celem programu jest stworzenie w tych krajach elity intelektualnej kierującej się nauczaniem Jana Pawła II.

Lubelski Dom Fundacji powstał w latach 1992 – 1994. Aktu poświęcenia budynku dokonał abp Szczepan Wesoły, ówczesny Przewodniczący Rady Administracyjnej Fundacji. W akademiku znajduje się kaplica, biuro dyrektora i sekretariat, aula oraz pokoje, w których mieszkają stypendyści. Od początku istnienia, Domem opiekują się księża sercanie. Obecnym dyrektorem jest ks. Jan Strzałka SCJ.

Wśród byłych stypendystów Fundacji jest 3 profesorów, 83 doktorów, 110 licencjuszy i 565 magistrów. Dwóch wychowanków Fundacji otrzymało godności biskupie i pracują obecnie na Białorusi.

Większość absolwentów KUL korzystających z pomocy Fundacji wraca do swoich krajów rodzinnych i pracuje w różnych instytucjach państwowych i kościelnych. Wykładają na uniwersytetach państwowych i katolickich, w seminariach duchownych, katechizują w szkołach. Uczą języka polskiego, są tłumaczami w różnych firmach. Pracują w ambasadach, konsulatach, poradniach rodzinnych, prowadzą kursy przedmałżeńskie, są dziennikarzami w redakcjach czasopism religijnych i świeckich. Część prowadzi własną działalność gospodarczą.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem