Reklama

Trzeba mocno bić się w piersi

2018-03-14 11:04

Z Barbarą Bubulą rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 11/2018, str. 36-37

O nienormalności rynku medialnego w Polsce i kompetencjach medialnych polskiego społeczeństwa z poseł na Sejm RP Barbarą Bubulą rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Do wielu tropionych przez rządy dobrej zmiany zaniechań, nadużyć ekonomiczno-gospodarczych i politycznych oraz błędów lub po prostu głupot poczynionych przez elity rządzące III RP trzeba chyba pilnie dodać stworzenie nienormalnego, niezrównoważonego rynku medialnego. Czy nie od tego należałoby zacząć zmianę na lepsze, Pani Poseł? Obiektywne, dobre media to przecież warunek pomyślności każdego państwa...

BARBARA BUBULA: – To prawda. Jest to jedna z kluczowych spraw zaniedbanych na początku tzw. transformacji ustrojowej. Nie ulega wątpliwości, że pewne grupy nacisku robiły to z rozmysłem. Pozbawienie Polaków dobrego obiegu informacji było warunkiem powodzenia wszystkich złych dla kraju decyzji gospodarczych i politycznych, np. złodziejskiej prywatyzacji, niezabezpieczenia praw socjalnych obywateli, braku systemu odpowiednich zasiłków rodzinnych, co doprowadziło do ekonomicznego przymusu nieposiadania dzieci itp., itd. Te wszystkie patologie państwa powstałe w latach 90. ubiegłego wieku mogły tak długo funkcjonować właśnie dzięki temu, że zadbano z jednej strony o osłabienie i skomercjalizowanie mediów publicznych, a z drugiej – o powierzenie bardzo dużej części rynku medialnego bądź to podmiotom pochodzącym ze starego systemu – czyli elicie postkomunistycznej uwłaszczającej się na majątku narodowym – bądź międzynarodowym koncernom, głównie niemieckim, którym odsprzedano pokaźną część mediów drukowanych.

– To wszystko – jak niemal wszystko przez pierwsze dwie dekady III RP – odbywało się jednak bez najmniejszych protestów społecznych, rzec można nawet, że z pewnym przyzwoleniem. Czy to nie dziwne?

– Gdzie indziej rzeczywiście byłoby to dziwne, u nas niekoniecznie... Właśnie dlatego, że na samym początku III RP zablokowano możliwość rozwoju niezależnych mediów i prawdziwie niezależnego dziennikarstwa, z góry ograniczono pluralizm rynku medialnego.

– A przecież tak się cieszyliśmy, że nareszcie mamy wolne media, że nareszcie będziemy społeczeństwem dobrze poinformowanym!

– Nic bardziej złudnego! Te niby wolne media – po latach nazwane mediami głównego nurtu – przez cały czas prowadziły kampanię zohydzania wszelkich przejawów obrony polskiego majątku, wyciszały tematy sprzedaży kolejnych gałęzi naszej gospodarki, a z tych, którzy starali się ścigać korupcję, robiły chorych psychicznie. Najnowszym przykładem potwierdzającym tę regułę jest nieobecność w mediach głównego nurtu złodziejskiej „reprywatyzacji” w Warszawie i w innych dużych miastach, zwłaszcza sprawy tzw. czyścicieli kamienic i krzywdy lokatorów.

– Zastanawiająca jest zgoda na taki stan rzeczy ze strony tych środowisk dziennikarskich lat 90., które były dość jeszcze silnie związane z etosem solidarnościowym. Skąd ta bezradność i niemoc?

– Stąd, że cały proces odsprzedaży poszczególnych tytułów przeprowadzono z pewnym znieczuleniem, np. przez danie dziennikarzom możliwości zakupu akcji swojej redakcji. Można powiedzieć, że w ten sposób dość skutecznie wyciszono to środowisko. A bezradność brała się stąd, że wcześnie podjęto decyzję polityczną, iż nie będzie żadnych ustaw, które by blokowały wejście kapitału zagranicznego do naszych mediów, że nie będzie ustawy antykoncentracyjnej. Do tego trzeba dodać grzech pierworodny III RP w postaci uwłaszczenia postkomunistów na dużych koncesjach telewizyjnych, co spowodowało, że wszystkim innym pozostały tylko ochłapy i niemoc realnego oddziaływania na opinię społeczną... Radio Maryja musiało długo walczyć o częstotliwości, podczas gdy RMF FM i Radio Zet lekką ręką dostały ogólnopolskie duże nadajniki z dobrymi częstotliwościami.

– Gołym okiem widoczne były w tym zamysł i nacisk ideologiczny ze strony liberalno-lewicowej.

– Z pewnością, i to realizowane konsekwentnie, bo przecież jeszcze parę lat temu, kiedy przydzielano koncesje na multipleksie, dla Telewizji Trwam nie było miejsca – za to bez problemu dostały ją np. postkomunistyczne ZPR-y (niedawno ją odsprzedały) – i dopiero wielomilionowe demonstracje katolików wymusiły koncesję dla Telewizji Trwam. Niemniej jednak katolicka prawicowa część społeczeństwa też powinna się mocno bić w piersi za to, że reprezentujący ją decydenci w porę nie dostrzegli niebezpieczeństwa, a także dlatego, że zwykli jej członkowie nie potrafili, nie chcieli podejmować codziennych decyzji np. o niekupowaniu lub kupowaniu tej czy innej gazety.

– Po prostu nie wspierali swoich mediów lub robili to niedostatecznie?

– Tak. I ciągle mamy nieodrobioną lekcję zadaną nam jeszcze przed wojną przez św. Maksymiliana Kolbego – a był to człowiek, który rozumiał, o co chodzi w mediach – który mówił, że nie może być tak, żeby katolicy wspierali, finansowali wrogie katolicyzmowi media. Tego nie przemyśleliśmy, nie przerobiliśmy. I z tym się wiąże dzisiejszy bardzo duży problem tzw. niekompetencji medialnej naszego społeczeństwa.

– Wynikający wyłącznie z niewiedzy?

– W dużej mierze z kuszenia przez dominujące media, które przyciągają i mamią atrakcyjną formą, gdy tymczasem media prawicowe i katolickie musiały się zawsze ograniczać w wydatkach np. na dobrą szatę graficzną, na dobrych dziennikarzy. Powstał więc rodzaj błędnego koła, niestety, także za sprawą mało solidarnej w tej sprawie społeczności prawicowej... Wśród przeciętnych obywateli do dziś panuje np. przekonanie, że telewizja, gazeta zawsze utrzymują się same, że może powinny być za darmo... Dlatego po tej naszej prawicowo-katolickiej stronie wciąż nie mamy dobrych filmów, dobrych książek; nasi reżyserzy, pisarze, dziennikarze ledwie wiążą koniec z końcem. To bardzo przykre.

– Bierna i milcząca większość zgodziła się na bylejakość, niedostatecznie zadbała o dobrą promocję własnych wartości i przekonań...

– Po prostu zabrakło myślenia, że niezależność, wolność i nasze poglądy też kosztują, że trzeba się regularnie zrzucać na ich obronę choćby przez kupowanie katolickich gazet. Dlatego zabrakło nam konkurencyjnej siły przekazu naszych wartości, choć przecież praktykujących katolików jest w Polsce wielka rzesza.

– Jak doszło do takiego niemyślenia?

– Moim zdaniem, zabrakło zwykłej pracy u podstaw. Wstyd przyznać, ale nawet w czasach PRL-u, w latach 60., 70., a zwłaszcza w latach stanu wojennego istniał jednak pewien obieg kultury katolickiej, w parafiach tworzono np. kręgi dyskusyjne skupiające inteligencję, ludzi czytających. Było dążenie do wspierania niezależnej kultury, do doceniania podobnie myślących pisarzy, muzyków, aktorów. Po 1989 r. jako społeczność katolicka osiedliśmy na laurach. Spodziewaliśmy się, że tę rolę animowania kultury w jakiś sposób przejmie wreszcie „nasze” państwo, niestety, nie przejęło, ponieważ kolejne rządy miały tendencję raczej do osłabiania patriotyzmu, a zatem także polskiej kultury, zwłaszcza katolickiej.

– Państwo bywało raczej „teoretyczne”, a aktywne wcześniej środowiska opiniotwórcze się rozpadły. Można powiedzieć, że III RP wymusiła społeczną autodestrukcję, a w najlepszym razie uśpiła Polaków, a przede wszystkim elity?

– Mocno powiedziane, ale obawiam się, że do tego właśnie doszło, m.in. dlatego, że wartościowe wydawnictwa katolickie znikły z rynku szeroko rozumianych mediów (np. PAX) lub zdecydowanie ograniczyły swą katolickość (np. Znak). Nie powstała też żadna siła oddolna wspierająca kulturę katolicką, co jest sprzężeniem zwrotnym związanym z tą dzisiejszą niekompetencją medialną polskiego społeczeństwa. Nie ma życia kulturalnego konserwatywnego czy katolickiego, jeśli nie ma konserwatywnych czy katolickich mediów, które mogłyby konkurować z dominującymi lewicowo-liberalnymi. A nie ma ich także z powodu owej niekompetencji medialnej społeczeństwa. Tkwimy w błędnym kole.

– Dlaczego musiało do tego dojść?

– Dlatego, że w kulturze zabrakło klasy średniej. Nastąpiła pauperyzacja w tej akurat części społeczeństwa, konieczność wiązania końca z końcem nie sprzyjała działaniom na rzecz ogólniejszego dobra... Człowiek zmuszony do pracy po 80 godzin tygodniowo nawet nie ma już czasu ani siły na czytanie książek, a co dopiero na zorganizowane życie kulturalne w parafii czy w domu kultury.

– Chyba najwyższy czas to zmienić... Jak zacząć?

– Obchodzimy właśnie 100. rocznicę odzyskania niepodległości, można więc zacząć od wystosowania apelu przynajmniej do prawej części społeczeństwa, aby każdy z nas pomyślał, że działając na rzecz katolickich mediów, spełniamy niepodległościowy, patriotyczny dobry uczynek. Nasze codzienne decyzje o tym, czy kupimy dane czasopismo, czy obejrzymy wartościowy program w katolickiej telewizji, czy wejdziemy na portal internetowy bliski naszym poglądom, naprawdę mają wielkie znaczenie, bo w mediach opartych na technologii cyfrowej są skrupulatnie liczone. A im większa aktywność odbiorców, tym większe szanse naszego medium na godziwy zysk z reklam, co przekłada się bezpośrednio na jego jakość. Trzeba więc zacząć od tych drobiazgów, które po zliczeniu w miliony mogą mieć ogromne znaczenie światopoglądowe i kulturowe. Nie zapominajmy zatem o tym, że podstawowa walka w dzisiejszym świecie toczy się na polu kultury i mediów, a nie wyłącznie na polu czysto ekonomicznym, jak to próbuje się nam wmawiać.

– Nie zanosi się jednak na to, aby w krótkim czasie tym sposobem udało się osłabić media tzw. głównego nurtu...

– Tak, ale możemy wytworzyć pewną siłę społeczną – jak mawiał Feliks Koneczny – która będzie miała odpowiednią siłę sprawczą. Pokazuje to przykład Radia Maryja i Telewizji Trwam. Warto byłoby tę siłę pomnożyć. Mamy w Polsce tysiące parafii i na początek naprawdę wystarczyłoby, żeby jedna rodzina w każdej parafii zmieniła swoje przekonania co do mediów katolickich i zdecydowała się np. co tydzień kupić jakiś tygodnik katolicki – to już oznaczałoby skokowy wzrost owej wspólnej siły. Moim zdaniem, do polskich katolików wciąż za słabo dociera przekaz o powiązaniu wspierania mediów katolickich z konsekwencjami w sferze kultury, polityki, życia społecznego. Naprawdę moglibyśmy mieć swoje silne media katolickie, będące poważną konkurencją dla innych, pożyteczne dla ogółu społeczeństwa. Musimy zdać sobie wreszcie sprawę z tego, że dbałość o swoje media to działanie na rzecz suwerenności, że media są dodatkową armią broniącą naszej tożsamości, naszych granic i siły oddziaływania naszego narodu w świecie.

– Tymczasem Polacy mają wciąż problem z płaceniem abonamentu na media publiczne, mimo że jest obowiązkowy...

– I to jest koronny dowód na niekompetencję medialną społeczeństwa, które nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, czym mogłyby być media publiczne, gdyby nie musiały utrzymywać się z reklam.

– Wolimy jednak wierzyć, że możliwa jest radykalna naprawa polskich mediów przez wprowadzenie odpowiednich przepisów prawnych, np. przez uchwalenie ustawy dekoncentracyjnej, która osłabiłaby nieco media głównego nurtu, zwłaszcza te żyjące z obcego kapitału.

– Być może tak będzie, jednak ta ustawa z pewnością wywoła większą burzę w świecie niż ustawa o IPN i reforma polskiego sądownictwa razem wzięte, ponieważ będzie naruszała bardzo liczne i potężne interesy biznesowo-ideologiczne. Już pojawiają się rozmaite absurdalne zarzuty w rodzaju szykowanego przez PiS zamachu na wolność mediów. Ponieważ nasze społeczeństwo jest, niestety, podatne – właśnie za sprawą mediów głównego nurtu – na różnego rodzaju „wrzutki” informacyjne i manipulacje, tę zmianę musimy przeprowadzić rozważnie, dyplomatycznie, z mocnym uzasadnieniem – co ważne dla Komisji Europejskiej – że chodzi o zapewnienie w Polsce pluralizmu medialnego, pluralizmu idei.

– Kiedy zatem możemy się spodziewać następnej burzy z piorunami w tej kolejnej ważnej dla Polski sprawie?

– Wydaje się, że, niestety, na tę gruntowną strukturę polskiego rynku medialnego przyjdzie jeszcze trochę poczekać. Na razie państwo musi zadbać o wyhamowanie zachodzących właśnie groźnych procesów koncentracyjnych, jak np. połączenie amerykańskiego Discovery z TVN, co zagraża polskiej telewizji publicznej. Taka koncentracja wszystkich ogniw dystrybucji informacji może sprawić, że wkrótce będziemy musieli żyć w „nowym wspaniałym świecie” z jedną jedynie słuszną ideologią. Ponieważ na razie nie mamy innego wyjścia, jako odpowiedzialni obywatele, nie tracąc nadziei na systemowe rozwiązania, sami bierzmy sprawy w swoje ręce i choćby złotówką wspierajmy swoje media.

Barbara Bubula, polityk, nauczycielka, publicystka i samorządowiec; członkini Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (2007-10) i Rady Programowej TVP (2010); posłanka na Sejm V, VII i VIII kadencji.

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Betlejemskie Światło Pokoju we Wrocławiu

2019-12-15 21:33

Agnieszka Bugała

Komenda Dolnośląskiej Chorągwi ZHP, z hm. Dorotą Kołakowską, komendantką Chorągwi Dolnośląskiej na czele, przekazała Betlejemskie Światło Pokoju harcerzom z całego województwa.

Agnieszka Bugała
Zobacz zdjęcia: Betlejemskie Światło Pokoju dotarło do archidiecezji wrocławskiej

Jak co roku harcerze ze Związku Harcerstwa Polskiego przywieźli Betlejemskie Światło, które dziś rano (15.12.) w zakopiańskim sanktuarium na Krzeptówkach odebrali od skautów ze Słowacji. Przekazanie światła odbyło się w czasie Mszy św. we wrocławskiej katedrze, którą koncelebrował o. bp Jacek Kiciński CMF, on też wygłosił homilię. Najpierw od przywiezionego lampionu bp. Kiciński zapalił świecę w ceramicznej misie – to światło towarzyszyło celebracji Eucharystii – później od niego kapłani zapalali świece w lampionach hufców i przedstawicieli harcerskich stowarzyszeń. Gospodarzem uroczystości był proboszcz wrocławskiej katedry, ks. Paweł Cembrowicz. Z ramienia Dolnośląskiej Chorągwi ZHP w uroczystość przekazania Betlejemskie Światło Pokoju wprowadził hm. Krzysztof Stachów, zastępca Komendanta Chorągwi Dolnośląskiej ZHP.

- Przekazanie Betlejemskiego Światła jest wydarzeniem niezwykle ważnym, bo to przecież tam, w Betlejem, ponad dwa tysiące lat temu wszystko się zaczęło. Spotykamy się w szczególnej niedzieli Adwentu – to niedziela radości. Z jednej strony już widać Boże Narodzenie, ale jeszcze potrzeba do tych narodzin trochę czasu. Nasze życie to też Adwent, żyjemy po to, aby kiedyś spotkać się z Bogiem twarzą w twarz mówił bp Jacek.

- Przyjście Jezusa Chrystusa na świat, to przyjście Światłości w ciemnościach – mówi nam Słowo Boże. I na to Światło teraz czekamy. Bardzo ważne jest to, abyśmy umieli zaufać Panu Bogu, abyśmy umieli uwierzyć, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Jezus pokazuje nam, że wiara pomaga nam czynić cuda, a ona rodzi się ze słuchania Słowa Bożego, a nie słowa ludzkiego. Umacnia się na modlitwie, poprzez sakramenty a rozszerza się przez świadectwo naszego życia - mówił kaznodzieja.

Biskup odniósł się też do tych sytuacji w życiu człowieka, w których dochodzi do utraty wiary. Pytał zgromadzonych w katedrze harcerzy o przyczynę jej utraty i wskazał na zerwanie nici przyjaźni z Jezusem. – Wiara to przyjaźń z Jezusem, tak, jak przyjaźń z drugim człowiekiem. I co jest ważne w każdej przyjaźni? Trzy rzeczy – wskazał biskup – myślenie, rozmowa i spotkanie. Tak też jest z Jezusem. To z Nim rozmawiam na modlitwie, myślę o jego Słowie i spotykam się z Jezusem w sakramentach. Spotkanie z Jezusem sprawia, że moje serce zostaje zapalone ogniem Bożej miłości i musi natychmiast przekazać ten ogień dalej, dlatego, że miłość jest podzielna – mówił bp Jacek.

W tym roku przekazaniu światła towarzyszy hasło „Światło, które daje moc”. Jest zaczerpnięte z wystąpienia św. Jana Pawła II, które 10 czerwca 1979 r. wygłosił w Krakowie:

„Musicie być mocni, drodzy bracia i siostry, mocą tej wiary, nadziei i miłości świadomej, dojrzałej, odpowiedzialnej, która pomaga nam podejmować ów wielki dialog z człowiekiem i światem na naszym etapie dziejów – dialog z człowiekiem i światem, zakorzeniony w dialogu z Bogiem samym: z Ojcem przez Syna w Duchu Świętym – dialog zbawienia”.

- Przesłanie papieża Polaka niech będzie inspiracją dla nas – harcerek i harcerzy Związku Harcerstwa Polskiego przekazujących po raz 29. Betlejemskie Światło Pokoju – pisze w tegorocznym orędziu kapelan hm. Wojciech Jurkowski. Zachęca też, aby zanieść Betlejemskie Światło Pokoju do Prezydenta RP, Parlamentu i Rządu, do instytucji centralnych. Niech stanie się darem nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce. Przekażmy je w kościołach, szkołach, szpitalach i domach pomocy. Zadbajmy, by zapłonęło dzięki naszej harcerskiej sztafecie na każdym wigilijnym stole. BŚP niech przekroczy granice z Białorusią, Rosją i Ukrainą, niech drogą lądową i wodną dotrze tam gdzie jest oczekiwane.

Historia BŚP:

Harcerki i harcerze ze Związku Harcerstwa Polskiego już od 29 lat angażują się w sztafetę Betlejemskiego Światła Pokoju. Od 26 lat, czyli od początku Wigilijnego Dzieła Pomocy Dzieciom, ogólnopolskiej akcji współtworzonej przez Caritas Polska, Światło przekazywane jest właśnie na charytatywnych świecach. Na stronie Światła powstaje wielka internetowa mapa światła (swiatlo.zhp.pl/mapa-swiatla), na której zobaczyć można, gdzie odbywa się przekazanie światła oraz gdzie można przyjść, aby zapalić swoją świecę.

Betlejemskie Światło Pokoju zorganizowano po raz pierwszy w 1986 roku w Linz, w Austrii, jako część bożonarodzeniowych działań charytatywnych. Akcja nosiła nazwę „Światło w ciemności” i była propagowana przez Austriackie Radio i Telewizję (ORF). Rok później patronat nad akcją objęli skauci austriaccy.

Każdego roku dziewczynka lub chłopiec, wybrani przez ORF odbierają Światło z Groty Narodzenia Pańskiego w Betlejem. Następnie Światło transportowane jest do Wiednia za pośrednictwem Austrian Airlines. W Wiedniu ma miejsce ekumeniczna uroczystość, podczas której Płomień jest przekazywany mieszkańcom miasta i przedstawicielom organizacji skautowych z wielu krajów europejskich.

Związek Harcerstwa Polskiego organizuje Betlejemskie Światło Pokoju od 1991 r. Tradycją jest, iż ZHP otrzymuje Światło od słowackich skautów. Przekazanie Światła odbywa się naprzemiennie raz na Słowacji, raz w Polsce. Polska jest jednym z ogniw betlejemskiej sztafety. Harcerki i harcerze przekazują Światło dalej na wschód: do Rosji, Litwy, Ukrainy i Białorusi, na zachód do Niemiec, a także na północ – do Szwecji.

Betlejemskie Światło Pokoju co roku odpalane jest z Groty Narodzenia Pańskiego w Betlejem. W 29-letniej historii Betlejemskiego Światła Pokoju, w zmieniających się warunkach politycznych, nigdy nie zdarzyło się by Światło nie wyruszyło z Betlejem w swoją drogę. To czyni ze Światła znak pokoju, poświadczenie wzajemnego zrozumienia i symbol pojednania między narodami.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem