Reklama

Wprowadzenie relikwii

2018-03-21 09:42

Piotr Lorenc
Edycja sosnowiecka 12/2018, str. V

Piotr Lorenc
Bp Grzegorz Kaszak wprowadza relikwie św. Faustyny

Kult Miłosierdzia Bożego jest najszybciej rozwijającym się nabożeństwem nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Wszystko to oczywiście łaska Boża, ale i zasługa apostołki miłosierdzia – św. Siostry Faustyny i gorącego orędownika Miłosierdzia Bożego – św. Jana Pawła II

Do wielkiej rodziny wspólnot, w których żywy i rozwijany jest kult Miłosierdzia Bożego dołączyła parafia pw. św. Mateusza Apostoła w Czeladzi.

8 marca br. biskup diecezji sosnowieckiej Grzegorz Kaszak wprowadził do niej relikwie św. Faustyny. Zaś niespełna 4 tygodnie wcześniej, 11 lutego br., metropolita lwowski abp Mieczysław Mokrzycki wprowadził relikwie św. Jana Pawła II.

– Intronizacja relikwii św. Jana Pawła II i św. Siostry Faustyny jest dopełnieniem kultu, jaki rozwija się w naszej parafii od kilku lat. Trudno ustalić dokładną datę, ale ugruntowała go na pewno peregrynacja obrazu Miłosierdzia Bożego, która miała miejsce w 2012 r. w 20. rocznicę utworzenia diecezji sosnowieckiej – powiedział ks. Zbigniew Bigaj, proboszcz parafii pw. św. Mateusza Apostoła w Czeladzi. Doczesne szczątki świętych zostaną umieszczone w Nawie Miłosierdzia, znajdującej się po lewej stronie kościoła, w specjalnym relikwiarium. Będą więc stale dostępne dla wiernych. Ponadto, od kilku lat, w każdy 3. piątek miesiąca o godz. 15.00, sprawowana jest Msza św., odbywa się adoracja w ciszy, prowadzona jest Koronka do Miłosierdzia Bożego i wystawienie Najświętszego Sakramentu do godz. 18.00. – A w związku z tym, że mamy relikwie św. Jana Pawła II i św. Faustyny, w parzyste miesiące będzie odmawiana Litania do św. Jana Pawła II i oddanie czci przez ucałowanie. Natomiast w nieparzyste 3. piątki będziemy się modlić za przyczyną Apostołki Miłosierdzia i wierni będą mogli ucałować jej relikwie – tłumaczy ksiądz proboszcz. Podkreśla też, że jest pełen nadziei co do przyszłości kultu w parafii. – Wierni są bardzo zadowoleni z poczynionych działań duszpasterskich, a co najważniejsze – zwiększył się udział w nabożeństwach. Przychodzą nie tylko osoby starsze, ale i w średnim wieku oraz dzieci i młodzież, co szczególnie cieszy. Zbudowany jestem także tym, że tak cenne relikwie udało nam się bardzo szybko pozyskać. Prośbę o uzyskanie doczesnych szczątków św. Faustyny złożyłem w grudniu ub.r. do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Pozytywną odpowiedź otrzymałem już po miesiącu. Z relikwiami św. Jana Pawła II było podobnie, tylko prośbę trzeba było zaadresować do metropolity lwowskiego abp. Mieczysława Mokrzyckiego, wieloletniego sekretarza Ojca Świętego – wyjaśnia ks. Bigaj.

Reklama

W homilii bp Grzgorz Kaszak podkreślił, że od 8 marca współobywatelką Czeladzi została św. Siostra Faustyna Kowalska. – Warto uświadomić sobie, kogo mamy od dzisiaj w świątyni pw. św. Mateusza. Otóż pozostaje z nami kobieta niezwykła, kobieta, którą Pan Jezus wybrał na sekretarkę Bożego Miłosierdza – powiedział pasterz Kościoła sosnowieckiego. Zapewnił jednocześnie, że św. Faustyna miała za zadanie nie tylko głosić Miłosierdzie Boże, ale i dla całego świata je wypraszać. – Rzecz ciekawa, ona to czyniła nie tylko za życia, ale także i teraz. Kiedyś jedna z sióstr zakonnych prosiła Faustynę, by wyjednała jej potrzebną łaskę, a ona odpowiedziała, że jest przekonana, że po śmierci będzie mogła jeszcze więcej uczynić. Macie więc wśród siebie osobę, która was słucha, która za wami oręduje i która za wami wstawia się u Pana Boga – powiedział biskup. Sosnowiecki ordynariusz podał także sposoby wypraszania Bożego Miłosierdzia. – Dzięki przekazowi św. Faustyny mamy cudowny obraz Jezusa Miłosiernego. Mamy przekazaną przez samego Jezusa Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Modlitwa ta powinna być odmawiana w najtrudniejszej sytuacji naszego życia – kiedy człowiek umiera, kiedy dusza opuszcza ciało. Pan Jezus powiedział:

„Odmawiajcie Koronkę przy konającym”. Kolejna ważna rzecz, która jest dziedzictwem nauczania św. Faustyny to święto Miłosierdzia Bożego obchodzone w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Pan Jezus powiedział, że kto w tym dniu wyspowiada się, przyjmie Komunię św., to może otrzymać niezwykłe łaski. Mamy wiele konkretnych sposobów, musimy tylko chcieć z nich skorzystać. Do odmawiania Koronki zachęcam oczywiście każdego dnia. Niech ta modlitwa stanie się częścią naszego życia. Ale módlmy się nie tylko za siebie, ale i za dusze w czyśćcu cierpiące – podkreślił hierarcha.

Podczas liturgii bp Grzegorz Kaszak wyraził także ogromną wdzięczność i przekazał gratulacje dla parafian i ks. prob. Zbigniewa Bigaja. – Jestem pełen podziwu dla perełki, jaką stał się wasz kościół parafialny. Pamiętam, że byłem w tym kościele 7 czy 8 lat temu, gdy obejmowałem diecezję i przypominam sobie, jak świątynia wyglądała kiedyś. A dziś wchodząc do świątyni, ze zdumienia przecierałem oczy. Wykonaliście wiele wspaniałych dzieł, zmieniając, odnawiając i dodając nowe elementy do wystroju wnętrza – prezbiterium, ale i całej świątyni. Kościół jest pełen majestatu, ale jednocześnie nastraja do modlitwy. Gratuluję Księdzu Proboszczowi, ale wiem, że on sam tego ciężaru zmian nie byłby w stanie dokonać, gdyby nie wy, Drodzy Parafianie. Jestem ogromnie wdzięczny za waszą ofiarność, poświęcenie, ale i przywiązanie do tego szczególnego miejsca. Jeszcze raz powtórzę – jestem pełen podziwu i uznania za poczynione prace i z serca błogosławię na dalsze lata – powiedział hierarcha.

Tagi:
św. Faustyna

Sukces filmu o św. Faustynie w USA

2019-10-29 18:04

Kinga Polak - Gieroń

28 października odbyła się premiera filmu „Miłość i Miłosierdzie” w USA. W Nowym Jorku film grano przy pełnej widowni. Większość widzów stanowili Amerykanie.

APG Studio

Obecna na pokazie Kamila Kamińska, odtwarzająca rolę św. Faustyny, powiedziała, że była zaskoczona wyjątkowo ciepłą reakcją Nowojorczyków. - To niesamowite, jak życzliwa jest to publiczność. Podczas odtwarzania filmu kilka razy rozlegały się brawa. Większość gości mówiła, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty. Byłam naprawdę wzruszona- opowiadała aktorka korespondentowi Polskiego Radia.

Natomiast w Polsce film „Miłość i Miłosierdzie” na DVD wraz z książką dostępne już od 01 listopada. Wydanie na DVD zostało wzbogacone o niepublikowane świadectwa uzdrowień za wstawiennictwem Siostry Faustyny.

Tygodnik Katolicki "Niedziela" objął patronatem medialnym opisywane wydanie DVD filmu o św. Faustynie.

„Miłość i Miłosierdzie” to niezwykła opowieść o polskiej zakonnicy, siostrze Faustynie – uznanej za świętą przez papieża Jana Pawła II, mistyczce i wizjonerce, która w swoim życiu stanęła przed wykonaniem bardzo ważnej misji. Film pokaże nieznane do tej pory fakty i przybliży widzom narodziny niezwykłego kultu Bożego Miłosierdzia, który zyskał popularność na całym świecie. W tle fascynująca historia polskiego obrazu, który przedstawia wierny wizerunek Chrystusa oraz dowody naukowe na jego zgodność z całunem turyńskim i chustą z Oviedo.

Nie mniejszą rolę w objawieniu światu prawdy o Bożym Miłosierdziu odegrał bł. Ks. Michał Sopoćko, wybitny kapłan

i spowiednik wizjonerki. Był one bezpośrednio związany z tajemnicą objawień Jezusa Miłosiernego. Bóg wyznaczył dla niego niezwykle ważną rolę – realizację misji przekazanej siostrze Faustynie. Temu dziełu poświęcił on niemalże całe swe życie. Film zawiera nieznane lista ks. Michała Sopoćki.

Reżyser Michał Kondrat o filmie:

Jednym z fascynujących faktów jest historia wileńskiego obrazu, przedstawiającego objawiony wizerunek Chrystusa – tożsamy, jak się okazuje, z Całunem Turyńskim i sławną chustą z Oviedo. Obraz, przy którego malowaniu uczestniczyła Faustyna jest jednym z nielicznych źródeł wiedzy o tym jak wyglądał Zbawiciel. W filmie przedstawiamy badania naukowe na ten temat. Innym jest na przykład zaskakująca historia malarza pierwszego obrazu Jezusa Miłosiernego - Eugeniusza Kazimirowskiego. Również mało kto wie, że w przestrzeni publicznej obraz wileński możemy oglądać dopiero od 2003 roku. Film ukazuje to, co działo się z nim przez te wszystkie lata i co śmiało możemy nazwać historią detektywistyczną...

Producentem obrazu jest Fundacja Filmowa im. św. Maksymiliana Kolbe, oraz Telewizja Polska.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Shawn Carney: kobiety wybierające aborcję często czują, że nie mają żadnego wyboru

2019-11-10 18:03

Paulina Guzik / Warszawa (KAI)

- To nie jest tak, że kobiety przyjeżdżające do klinik aborcyjnych świętują tam swoją wolność. One są zwykle przerażone, szukają wyjścia. Czują, że nie mają żadnego wyboru – mówi Shawn Carney, działacz pro-life, który w 2004 r. zorganizował pierwszą akcję modlitewną 40 Days for Life (40 Dni dla Życia) przed kliniką aborcyjną, w której pracowała wówczas Abby Johnson, bohaterka głośnego filmu „Nieplanowane”. W rozmowie z Pauliną Guzik Shawn Carney przekonuje, że agresja nie jest dobrą metodą działań pro – life. Natomiast wiele można osiągnąć serdecznością, miłością i zwykłym okazywaniem człowieczeństwa. 40 Days for Life to dziś inicjatywa międzynarodowa, dzięki której ocalono ponad 16 tys. dzieci.

julijacernjaka/pl.fotolia.com

Publikujemy rozmowę wyemitowaną dziś w programie „Między Ziemią a Niebem” w TVP 1:

Paulina Guzik: Jak to się stało że trafiłeś do ruchu pro life?

Shawn Carney: Chodziłem do małej katolickiej szkoły w zachodnim Teksasie. Nie mieszkało tam zbyt wielu katolików. Ja byłem katolikiem i wciąż nim jestem. Mamy księży z Irlandii, bo jest to misyjna diecezja. To oni byli wspaniałym przykładem, jak żyć wiarą, nauczali o świętości życia. Wiele zawdzięczam Twojemu krajowi – to wy daliście światu Jana Pawła II. Kiedy byłem uczniem drugiej klasy liceum, miałem to szczęście, że pojechałem do Saint Louis na spotkanie z Janem Pawłem II. To całkowicie odmieniło moje życie. Rozważałem wstąpienie do seminarium, choć ostatecznie, jak wiesz, ożeniłem się. Ale jego życie stanowiło niezwykłą inspirację. Miał odwagę sprzeciwić się aborcji. I to w moim kraju, gdy wśród jego słuchaczy był nasz prezydent popierający aborcję. Jan Paweł II miał też wielki wpływ na wspaniałych księży w mojej szkole. Kiedy byłem już na uniwersytecie, poszedłem z moją dziewczyną Marilisą, którą później poślubiłem, aby pokojowo modlić się przed miejscową kliniką aborcyjną Planned Parenthood. To było w tym samym czasie, kiedy Abby Johnson rozpoczęła wolontariat w klinice Planned Parenthood po drugiej stronie ogrodzenia. W pewnym sensie dorastaliśmy razem. Byliśmy po przeciwnych stronach, pracowaliśmy i kierowaliśmy organizacjami o przeciwstawnych punktach widzenia, udzielaliśmy wywiadów krytykując swoje poglądy.

Jesienią 2004 roku zorganizowaliśmy pierwszą kampanię 40 Days for Life (40 Dni dla Życia) przed jej kliniką, która później przerodziła się w kampanię krajową, by w 2007 roku wyjść na arenę międzynarodową. W 2009 roku Abby była świadkiem aborcji. Po tym wydarzeniu przyszła prosto do mojego biura, które w tym czasie znajdowało tuż obok kliniki. Teraz w tym budynku mieści się centrala 40 Days for Life. Jednak wtedy byliśmy sąsiadami. Nigdy tego nie zapomnę.

PG: Skąd pomysł na akcję modlitewną której nazwa stała się nazwą całej waszej organizacji – 40 dni dla życia?

- Po pierwsze, gdy byliśmy na studiach widzieliśmy, że w Stanach wzrasta liczba aborcji. Więc spędzaliśmy godziny na modlitwie pytając Boga, co powinniśmy zrobić. Pomysł 40 Dni pojawił się z wiadomych względów. W Piśmie Świętym Bóg wykorzystuje 40 dni nie tylko do przemiany, ale także aby wezwać ludzi z powrotem do siebie. Dlatego pomyśleliśmy, że przez 40 dni zrobimy dla nienarodzonych co tylko możliwe. Postanowiliśmy modlić się, pościć, wyjść i prowadzić 24-godzinne czuwanie. To właśnie robiliśmy. Nigdy jednak nie przyszło nam do głowy, że 40 Days for Life wyjdzie poza nasze miasto. To inne miasta, a potem cały świat zapukał do naszych drzwi. Dlatego też ostatecznie podjęliśmy decyzję, aby w 2007 roku przeobrazić tę inicjatywę w międzynarodową kampanię.

PG: Feministki propagujące postawę pro-choice twierdzą, że udajemy się do klinik aborcyjnych z wyboru. Czy dostrzegałeś, że po drugiej stronie ogrodzenia mieliście do czynienia z takim życiowym wyborem?

- Europa powtarza te godne pożałowania stare argumenty za aborcją, które są popularne w Ameryce. Chodzi o pogląd, że kobiety przyjeżdżają do klinik aborcyjnych, parkują samochody, wysiadają i domagają się swoich reprodukcyjnych praw. A potem biegną, poddają się aborcji i wychodzą z wysoko podniesioną głową świętując swoją wolność. To naturalnie zwykła kpina. Nikt nie chce aborcji, żadna z osób przyjeżdżających do kliniki nie dba o czyjeś poglądy polityczne, czy nawet religijne. Szukają wyjścia. Czują, że są pozbawione wolności, że nie maja żadnego wyboru i zwykle są przerażone.

PG: Jak wspominasz tamte chwile, kiedy staliście przed ogrodzeniem? Co widziałeś po drugiej stronie?

- Czuć było smutek. Czuć było samotność. Można powiedzieć, że nikt nie chciał być po drugiej stronie ogrodzenia. Nikt nie chciał poddać się aborcji. I nikt nie stawia sobie za cel, że zostanie pracownikiem czy lekarzem w klinice aborcyjnej. Zawsze dzieje się to, gdyż dana osoba tam po prostu jakoś trafia. Już w pierwszej chwili zauważyłem, że tak naprawdę tylko my chcieliśmy być w tym właśnie miejscu. Zauważyłem też, że jak na ironię, że to u nas panowała radość. Pośród ciemności, pośród smutku, my czuliśmy spokój. Według mnie film świetnie to wszystko ukazuje. Po drugiej stronie jest wszystko, z czego może skorzystać szatan: niepokój, frustracja, pragnienie, żeby wejść i wyjść. W przemyśle aborcyjnym panuje konspiracja. Jest to oczywiste dla wszystkich uczestniczących w debacie na temat życia.

PG: Jak pamiętasz moment kiedy ktoś zapukał do waszych drzwi i gdy je otworzyłeś stała tam zapłakana Abby Johnson - przez 8 lat dyrektorka kliniki aborcyjnej, pod którą się modliliście…?

- Znałem Abby od ośmiu lat i to była wielka łaska. Wielu ludzi pytało mnie, jak mogę jej wierzyć. Uważali, że mnie nabiera. Jednak ja jej wierzyłem, bo ją znałem. Wiedziałem, że mówi prawdę. Pamiętam, że pierwsze co zrobiłem, to posadziłem ją w wygodnym miejscu, żeby mogła się uspokoić. Chciałem, żeby wiedziała, że za drzwiami, do których zapukała, są przyjaciele i że chcemy jej pomóc ze wszystkich sił. Nie tylko słowami, ale też czynami. Chciałem przede wszystkim, żeby się uspokoiła. W filmie ta scena jest szybka, ale w rzeczywistości trwało to znacznie dłużej. Opowiedziała swoją historię cały czas płacząc. Nigdy nie zapomnę, jak po twarzy spływał jej tusz do rzęs spadając na jej kartę z kliniki Planned Parenthood, gdzie widać było logo, jej zdjęcie i stanowisko. Dotarło do mnie z całą mocą, że to naprawdę się dzieje. Nigdy tego nie zapomnę.

PG: W którym momencie przyszło Ci do głowy, że jest to rezultat modlitwy?

- Pomyślałem o tym, kiedy tylko zaczęła opowiadać. Każdy powinien zdać sobie sprawę, że przemysł aborcyjny opiera się na kłamstwie. Istnieją dwa obozy. Mamy tych naiwnych, którzy uważają, że pomagają kobietom. Po tej stronie była Abby. Po drugiej stronie są ludzie, którzy wiedzą, czym jest aborcja i dokonują aborcji bez poczucia winy, bez skrupułów. Kiedy słuchałem Abby opowiadającą o aborcji, to wydawało mi się to wszystko takie oczywiste, bo przecież wszyscy wiedzą, jak to się odbywa: dochodzi do rozczłonkowania dziecka, wszędzie jest krew, jest to koszmarny widok. Jednak słuchając Abby zdałem sobie sprawę, jak bardzo trzeba być zagubionym, oszukanym i naiwnym, żeby w tym tkwić, i że jest to wielkie obciążenie. Jej słowa zachęciły mnie do działania, bo takich osób jest więcej.

40 Days for Life pomogło 191 pracownikom klinik aborcyjnych. Nie powinniśmy się wahać. Nie ma znaczenia, od kiedy aborcja jest dozwolona w danym kraju. My po prostu bronimy życia, bronimy go z rozsądku i z powodu wiary. Jest to bardzo potężne, bo świat zagubił się, ludzie nie są tak mądrzy, jak im się wydaje.

PG: Ile ludzkich istnień udało się wam uratować dzięki modlitwie i dzięki temu, że stoicie przy ogrodzeniu?

- Na tę chwilę mamy ponad 16 500 dzieci, o których wiemy. Bóg w swojej łasce pozwolił mi wziąć w ramiona niektóre z tych dzieci. Mamy zdjęcie dzieci, które rozpoczynają szkołę, dzieci niesionych do chrztu, dzieci przystępujących do I komunii świętej. Jest to coś niezwykłego. Niektóre dzieci noszą imiona lokalnych liderów 40 Days for Life, którzy pomogli uratować te dzieci. Niektórzy liderzy są rodzicami chrzestnymi. Jest to prawdziwa rodzina. Nieważne, czy mieszkasz w Polsce, Teksasie, czy Nigerii, wszyscy jesteśmy częścią wielkiej ludzkiej rodziny. Dlatego też aborcja jest największym atakiem na tę rodzinę. Cudownie jest patrzeć na te dzieci. W filmie świetnie jest ukazane coś, co Abby powiedziała mi, kiedy opuściła klinikę. Powiedziała, że liczba osób wahających się sięga 75 proc. Kiedy ludzie modlą się przed kliniką, jest to coś fantastycznego. Wiesz, że nie marnujesz czasu.

PG: Czy któraś z sytuacji pod ogrodzeniem Planned Parenthood szczególnie utkwiła ci w pamięci?

- Najbardziej utkwiła mi w pamięci rozmowa z mężczyzną, z mężem. Był to Koreańczyk. Nie mówił zbyt dobrze po angielsku. Domagał się, żebym wszedł do kliniki aborcyjnej i wyciągnął jego żonę. Jego żona poddawała się aborcji, a mieli już trójkę dzieci. Miał przy sobie te małe dzieci. Krzyczał do mnie, że kocha dzieci, błagał, żebym wyciągnął jego żonę, prosił, żebym coś zrobił. Powiedziałem mu, że ja nie mogę wejść i wyprowadzić jego żony, ale że on może to zrobić. Pracownicy kliniki kazali mu jednak wyjść, bo jego żona nie chciała go przy sobie. Nawet on nie mógł tam wejść. To atak na rodzinę, która musi na to patrzeć. Tutaj mieliśmy Koreańczyka, który był w innym kraju, prawdopodobnie studiował bądź pracował, mówił bardzo słabo po angielsku, stał przed kliniką aborcyjną, jego żona była w środku, a on był bezradny. Ześlizgnął się po prętach, usiadł na ziemi z trójką dzieci, szlochał powtarzając, że kocha dzieci. Zupełnie się załamał. Nigdy tego nie zapomnę. Myślę o tym mężczyźnie i o tym wydarzeniu. To było to samo ogrodzenie, zza którego wyszła Abby Johnson, które zbudowała klinika Planned Parenthood, a które my zburzyliśmy, kiedy nabyliśmy budynek. Wszystko to oznacza, że musimy ufać Bogu. On może nie tylko przemienić serca i dusze, co możemy dostrzec na przestrzeni wieków, ale też przemienić naszą kulturę. Wierzę, że to właśnie robi.

PG: Jak wygląda ta zmiana w Stanach Zjednoczonych. Czy wskaźniki spadają?

- Niestety to Stany Zjednoczone rozpowszechniły aborcję w wielu miejscach na świecie, w krajach Ameryki Łacińskiej i Afryki. Jednak szerzymy też rozwiązanie i to jest prawdziwe błogosławieństwo. Kiedy widzimy inne kraje prowadzące kampanię 40 Days for Life zdajemy sobie sprawę, że przecież to nasza wina, że pojawiła się u nich aborcja. Ktoś powiedział, że kiedy Stany Zjednoczone zakażą aborcji, wówczas podąży za nimi cały świat. W Stanach mamy też wielki ruch nawróconych. Mamy tutaj kobiety, które poddały się aborcji, mężczyzn, którzy zapłacili za aborcję, pracowników klinik takich jak Abby, którzy zmienili swoje nastawienie, czy lekarzy takich jak dr Haywood Robinson, który przeprowadzał aborcję, a teraz jest w naszym zespole. Brama dla nawróconych otwiera się tylko w jednym kierunku.

PG: W filmie wyraźnie widać, że nikogo nie potępiacie, jesteście mili i ludzcy – to jest strategia, która działa najlepiej?

- Nie można wrzeszczeć na kogoś, kto się zagubił, bo ta osoba ucieknie. Albo wejdzie do kliniki i zrobi nam na przekór. Musimy być przystępni. Czasem może nawet pomaga nam reputacja agresywnego, pobożnego amerykańskiego szaleńca, bo osoby przyjeżdżające do kliniki wyobrażają sobie, że spotkają wariatów i są zaskoczeni widząc, że nie jesteśmy tacy źli i że witamy się z nimi. To naprawdę się dzieje. Przychodzi do mnie wiele osób, zwłaszcza po ukazaniu się filmu, i pytają mnie, co powiedzieć osobie, która idzie dokonać aborcji. Moja odpowiedź brzmi: „Powiedz jej: dzień dobry”. Wydaje mi się, że ci ludzie poszukują człowieczeństwa, bo za chwilę zniszczą część swojego człowieczeństwa. Dlatego jeśli pokażemy im ludzką twarz, jeśli prawdziwie jesteśmy „stopami i dłońmi Chrystusa”, jak mawiała Siostra Teresa, to może ich zainteresujemy. A On potrafi sobą zarazić. Przecież nikt nie chce wejść do kliniki aborcyjnej. Musimy po prostu zaufać.

PG: Jak zareagowałbyś, gdyby ktoś powiedział Ci piętnaście lat temu, że Abby Johnson odejdzie z przemysłu aborcyjnego, a ty będziesz bohaterem filmu?

- Posądzałbym ją o nadużywanie alkoholu (śmiech). To zabawne. Dotarło to do mnie podczas pierwszego Bożego Narodzenia po odejściu Abby z kliniki. Przysłała nam kartę świąteczną. Napisała: „Kto by pomyślał, że Abby Johnson będzie życzyć Shawnowi i Marilisie wesołych świąt”. To było co niezwykłego. Nigdy nie przyszłoby mi to do głowy. Zadałaś genialne pytanie. To przemawia do serca Ewangelii. Dla Abby i dla wszystkich pracowników jest to trudna i długa droga. Nie jest łatwo tak siebie pokazać. Nie musiała robić tego filmu. Nawet ja byłem zaskoczony, jak wiele ujawniła w tej produkcji, mimo że znam Abby i jej historię. Film nie jest łatwy w odbiorze. Ale wyobraźcie sobie Abby i Douga oglądających ten film wiedząc, że ich dzieci też to zobaczą. To przecież bardzo trudne! Wydaje mi się, że nie została wystarczająco doceniona za to, że pokazała całą siebie w filmie. Bo jest to niezwykle osobista historia.

PG: Co dalej z 40 Days for Life? Jakie macie plany na przyszłość? Może rozwinie się działalność w Polsce?

- Nigdy nie byłem w Twoim kraju, ale jak już wspomniałem, jestem wielkim miłośnikiem Jana Pawła II. Chcemy się rozwijać, a inicjatywa rozrasta się zwłaszcza w innych krajach. Na tę chwilę jesteśmy obecni w 855 miastach w 61 krajach, i jest nas coraz więcej. Właśnie ukończyłem książkę, która pojawi się na półkach w okresie Wielkiego Postu. Opowiada o tym, jak powinno wyglądać nasze życie rodzinne, społeczne, i w jaki sposób może to ocalić drugiego człowieka. Mamy wiele nowych projektów. Przeprowadziliśmy wiele szkoleń za granicą, m.in. w Kolumbii, w Sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe w Meksyku. Co roku organizujemy konferencję w Londynie. Kolejna odbędzie się w 2021 roku. Potrzebujemy więcej polskich liderów, bo ci z Chorwacji próbują przejąć cały świat (śmiech). Mają dobrą passę, po prostu szaleją, są świetni. 40 Days for Life rozprzestrzeniła się na ponad 30 chorwackich miast, gdzie prowadzimy naszą kampanię. Zorganizowaliście wspaniałe ŚDM w Krakowie. Chcę podziękować wszystkich Polakom za Waszą wiarę. I za Europę, w której Polska pozostała wierna. Zdaję sobie sprawę, że jest to trudne, ale nadal trwacie w wierze, w przeciwieństwie do innych krajów europejskich. Stanowice inspirację dla innych. Cała moja rodzina ma irlandzkie korzenie, ale pojawia się też polski akcent. Oczywiście Polacy w rodzinie byli księżmi i śmiejemy się, że stanowili najbardziej religijną część rodziny. Byli kuzynami mojej babci. Mam więc odrobinę polskich genów. Polska to wspaniały kraj.

PG: Bardzo dziękuję, że znalazłeś czas na rozmowę, Shawn.

- Dziękuję i szczęść Boże.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Służymy Niepodległej

2019-11-11 19:10

ks. Wojciech Kania

ks. Wojciech Kania

Podobnie jak w 34 miastach w całej Polsce w Sandomierzu odbył się piknik „Służymy Niepodległej”.

Przez kilka godzin na terenie jednostki 3 Sandomierskiego Batalionu Radiotechnicznego na odwiedzających czekały liczne atrakcję. Można było obejrzeć wystawę stateczną sprzętu wojskowego, nie tylko ten którym dysponuje jednostka w Sandomierzu, ale również z Kielc i Niska. Na placu apelowym przygotowane zostały stoiska informacyjne m.in. Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych z Kielc, Żandarmeria Wojskowa, 3. Batalion Inżynieryjny z Niska oraz 10. Świętokrzyska Brygada Obrony Terytorialnej. - Mimo padającego deszczu wielu chętnych odwiedziło jednostkę wojskową w Sandomierzu. Dużym zainteresowaniem cieszyły się samochody wojskowe. Niektórzy pokonali wiele kilometrów, aby wziąć udział w pikniku. – Mimo deszczu dopisali pasjonaci wojskowości. Mamy występny artystyczne młodzieży z Sandomierza i Kielc. Można oglądać sprzęt wojskowy. Począwszy od stacji radiolokacyjnej, przygotowaną przez 3 Sandomierski Batalion Radiotechniczny. Mamy broń strzelecką, pojazdy transportowe, inżynieryjne. Przygotowany został także symulator strzelań, gdzie każdy może spróbować swoich sił – mówił kapitan Tomasz Wermiński.

O godzinie 15 została odśpiewana pieśń reprezentacyjna Wojska Polskiego. Jak mówi kapitan Tomasz Wermiński: - Pieśń Wojska Polskiego powstała na bazie marszu Pierwszej Brygady. Od roku 2007 została uznana za pieśń reprezentacyjną Wojska Polskiego. Śpiewana jest podczas uroczystości wojskowych, patriotycznych oraz apeli i zbiórek.

Na terenie jednostki wojskowej nie zabrakło również przedstawicieli Straży Pożarnej czy Ratowników Medycznych. Na pikniku do wstąpienia w swoje szeregi zapraszali żołnierze 102.batalionu lekkiej piechoty 10 Świętokrzyskiej Brygady Obrony Terytorialnej. Na swoim stoisku prezentowali broń, quada, a dzieci miały możliwość wykonania kamuflażu. Zainteresowani mogli zabrać materiały informacyjne dotyczące rekrutacji do WOT.

- Jest o nas takie ładne określenie: wiedza w głowie, broń w ręku, patriotyzm w sercu. Myślę, że ten patriotyzm jest w sercu każdego Polaka, zwłaszcza teraz, gdy świętujemy rocznicę odzyskania niepodległości - powiedziała szeregowy Marta Korzynek ze 102. Batalionu ŚBOT.

Po godzinie 17 rozpoczął się uroczysty capstrzyk dla Niepodległej, który rozpoczął uroczysty przemarsz na cmentarz pod pomnik 2 Pułku Piechoty Legionów i 4 Pułku Saperów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem