Reklama

Wymarzone krzesło

2018-10-03 08:01

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 40/2018, str. 36-37

Archiwum Mateusza Kieryłły
Zapotrzebowanie na specjalne krzesło biurowe jest w świecie wprost gigantyczne

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Kolejne polskie rządy deklarują wspieranie rodzimej przedsiębiorczości i innowacyjności, tymczasem Pańska mała firma wciąż trafia na mur nie do pokonania. Nie do wiary, że to, co niemal wszyscy chcieliby mieć, czyli specjalne krzesło bardzo skutecznie odciążające kręgosłup – choroby kręgosłupa są wszak plagą naszej „siedzącej” cywilizacji – nie może się pojawić na polskim rynku. Dlaczego?

ANDRZEJ KIERYŁŁO: – Nie znam odpowiedzi na to pytanie, choć właśnie mija sześć lat naszych zmagań i utrapień. Na początku wszystko wyglądało bardzo optymistycznie; w rodzinnej firmie projektowej, którą tworzymy z synem, powstał wynalazek, naszym zdaniem, o ogromnym potencjale. Połączyliśmy nasze doświadczenia i umiejętności – ja jestem projektantem, kiedyś miałem fabrykę mebli biurowych, syn jest również projektantem po ASP. Kilka lat temu postanowiliśmy znaleźć jakąś konkretną odpowiedź na problemy ludzi zmuszonych do siedzącego trybu życia.

– Na czym polega wyjątkowość tego projektu?

– Na rynku mamy obecnie wiele modeli krzeseł. Pozycja siedząca niweluje lordozę, naturalną krzywiznę kręgosłupa w części lędźwiowej, lepsze krzesła próbują się temu przeciwstawiać przez wypychanie części lędźwiowej do przodu, ale niewiele to daje, stąd klasyczna pozycja siedząca de facto prowadzi do niefizjologicznych skrzywień kręgosłupa, do przesuwania się kręgów, do zwyrodnień, pęknięć dysków międzykręgowych itd. Z tego właśnie powodu szwedzcy ortopedzi już dawno temu za najbardziej odpowiedni dla kręgosłupa osób zmuszonych do długotrwałej pracy w pozycji siedzącej uznali tzw. klękosiad. Pojawiło się wiele tego rodzaju krzeseł, jednakże w praktyce okazało się, że stała i długotrwała pozycja klękosiadowa nie zapewnia komfortu pracy, jest zbyt męcząca. Skrupulatnie zbadaliśmy ten temat i przekonaliśmy się, że jeszcze nikomu na świecie nie udało się zrobić dobrego krzesła w pełni dostosowanego do różnych warunków pracy, krzesła, na którym można by siedzieć w dwóch pozycjach naprzemiennie. Głównym i nierozwiązanym problemem była niemożliwość przekształcania pozycji klękosiadowej w zwyczajną. Dla nas to było wyzwanie. Stworzyliśmy zatem specjalne krzesło podobne do zwykłego krzesła biurowego, lecz z mechanizmem umożliwiającym prostą zmianę pozycji ze zwykłej do klękosiadowej i odwrotnie. Prace nad samym mechanizmem trwały trzy lata, ale się udało, mechanizm otrzymał rangę wynalazku. Rzecz jasna, opatentowaliśmy to rozwiązanie – w Europie, USA, nawet w Chinach, chociaż Chińczycy robili wszystko, żeby nam tego patentu nie przyznać.

– Powstał projekt krzesła. Co dalej?

– Naszym krzesłem zainteresowała się PwC (międzynarodowa firma świadcząca m.in. doradztwo biznesowe), która swoimi badaniami utwierdziła nas w przekonaniu, że zapotrzebowanie na takie krzesło jest w świecie wprost gigantyczne. Okazuje się, że 57 proc. osób pracujących w pozycji siedzącej narzeka na poważne bóle kręgosłupa. Z badań wynika, że na bóle kręgosłupa częściej narzekają mężczyźni młodsi (20-35-letni) niż starsi. A to znaczy, że mamy do czynienia z nadchodzącym pokoleniem mniej wysportowanym, a bardziej zapatrzonym w komputery. A zatem wyglądało na to, że nasze krzesło może być wkrótce produktem pierwszej potrzeby...

– Rozsądek by podpowiadał, że natychmiast powinna ruszyć masowa produkcja. Dlaczego nie ruszyła?

– Naprawdę trudno mi zrozumieć to, co się działo, dlaczego nie podzielano naszego entuzjazmu. Nasz kłopot polegał na tym, że nasza mała firma już na sam prototyp musiała się zapożyczyć . Dostaliśmy wprawdzie wsparcie z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości na patenty, ale dalece niewystarczające. W poszukiwaniu inwestorów zwracaliśmy się do tzw. aniołów biznesu, jednak zawsze okazywało się, że mamy do czynienia nie z aniołami, lecz z sępami biznesu...

– ...w dodatku krótkowzrocznymi i niemądrymi...

– Niestety, tak to wygląda. Odnoszę nawet wrażenie, że od czasów biznesu „stadionowego” i „chodnikowego” sprzed ćwierćwiecza w mentalności polskich biznesmenów niewiele się zmieniło. Nadal liczą się przede wszystkim szybki zysk na byle czym i jak najmniejsze zaangażowanie. Najlepszą propozycją, jaką nam zaoferowano, było pół miliona złotych pożyczki pod hipotekę domu z oprocentowaniem 20 proc.! A wszystkie inne oferty polegały po prostu na niemal całkowitym zawłaszczeniu naszego pomysłu.

– Jednak prototyp krzesła w końcu powstał!

– Tylko dlatego, że wzięliśmy pożyczkę z banku pod hipotekę domu na... 7 proc. Dzięki niej mogliśmy pracować nad prototypem w czteroosobowym zespole. Kiedy już można było pokazać, że nasze krzesło dobrze działa, należało zrobić następny krok, czyli znaleźć możliwości produkcji. Wtedy niejako przypadkowo zainteresowała się nami właśnie PwC, która znalazła nam partnera inwestycyjnego – brytyjską firmę Senator. Rozmowy były na tyle zaawansowane, że można było mówić nawet o udostępnieniu licencji produkcji naszych krzeseł w wielu krajach całego świata. Brytyjczycy zapalili się do projektu, odnieśliśmy wrażenie, że tym razem nasz inwestor był wyjątkowo zainteresowany naszym pomysłem – bo przecież nisza rynkowa na świecie była wyceniona na 100 mln dol. rocznie – ale chciałby go sobie przywłaszczyć za bezcen. W każdym razie zgasła w nas wiara w to, że ten wspólny interes będzie prosty i uczciwy.

– Stracił Pan nadzieję, pozostała pożyczka do spłacenia?

– Jakiś cień nadziei jednak pozostał, bo akurat z Polski od nowego rządu nadeszła duchowa otucha; premier Mateusz Morawiecki deklarował pełne wsparcie dla innowacji... Cóż, powiedzieliśmy Anglikom, że musimy się jeszcze zastanowić, i wróciliśmy do Polski, by szukać możliwości zbudowania fabryki krzeseł w oparciu o dotacje unijne. Pojawił się jednak jeden gigantyczny problem: z punktu widzenia przepisów związanych z wynalazczością i innowacjami sprawa okazała się nie do przebrnięcia, bo nie mieliśmy przecież odpowiedniego tzw. wkładu własnego wymaganego przy wykorzystywaniu dotacji unijnych. Mając patent wyceniony na 10 mln dol., według urzędników i przepisów, nie mieliśmy nic... Nasz innowacyjny wynalazek nie mógł być liczony jako wkład własny! W ten sposób po raz kolejny zostaliśmy z niczym.

– Z jednym prototypowym krzesłem...

– Przyznaję, że byliśmy bezradni, zupełnie nie wiedzieliśmy, jak spowodować, żeby to nasze krzesło – uznane przez ekspertów i potencjalnych producentów za znakomite – mogło jakimś cudem odmienić życie milionów ludzi cierpiących z powodu konieczności długotrwałego siedzenia. Niby wszyscy rozumieli ten problem, ale czuło się pewną niechęć...

– Rząd Mateusza Morawieckiego proponuje rozmaite mechanizmy wsparcia dla innowacyjności polskich przedsiębiorców. Dlaczego Panu nie udaje się z nich skorzystać?

– Muszę przyznać, że naszym projektem zainteresowała się pani minister Jadwiga Emilewicz, zaprosiła nas na spotkanie do ówczesnego Ministerstwa Rozwoju i zapoznawszy się z problemem, odesłała nas do funduszu inwestycyjnego, który z założenia ma wspierać tego rodzaju pomysły. Wiceprezes tegoż funduszu przyznał patetycznie, że to fantastyczny projekt, że w takie projekty trzeba wierzyć... Powiedział też, że gdyby to krzesło było już na rynku, to natychmiast zakupiłby je dla wszystkich członków swojej rodziny. Niestety, oświadczył, że na tym etapie nie może nam w żaden sposób pomóc, bo fundusz może się włączyć dopiero na etapie już uruchomionej produkcji i sprzedaży... Rozłożył bezradnie ręce.

– Co na to pani minister?

– Na nasze szczęście – tak nam się wtedy wydawało – nie odpuszczała tematu. Znalazła firmę, która – jej zdaniem – mogłaby z nami podjąć sensowną współpracę. Był to Przemysłowy Instytut Maszyn Budowlanych w Kobyłce, funkcjonujący jako spółka państwowa, która sama ledwie podniosła się z upadłości po sprzedaży należących do niej gruntów. Jakieś pieniądze miała, lecz jak się miało okazać, wolała je przejadać niż inwestować w innowacje. Na początku układało nam się całkiem nieźle; prezes znający się co nieco na przemyśle meblarskim był zainteresowany produkcją krzesła. Niestety, gdy wkrótce zastąpił go prezes znający się na wyrobie czekolady, nasze nadzieje ponownie się rozwiały...

– Konkretnie dlaczego?

– Nowy prezes zaczął, w moim przekonaniu, wykonywać tylko pozorne gesty, które miały zaświadczyć o jego zainteresowaniu naszym projektem, zapewne spowodowane li tylko oczekiwaniami pani minister. Siedział na tym krześle, rozkładał je na wszystkie możliwe sposoby, ale już było widać, że jakakolwiek kooperacja z nami była mu nie w smak. W końcu stwierdził, że produkcja będzie zbyt droga i zanadto skomplikowana. A gdy udowodniliśmy, że jednak tak nie będzie – bo przecież nie posługujemy się już starymi i kosztownymi technologiami sprzed rewolucji cyfrowej – to oświadczył nam, że „mechanizm nie ma prawa działać, bo ma konflikt” .

– Skąd się wzięło to nadzwyczajne odkrycie?

– Stąd, że wybitni specjaliści tego instytutu dostali mechanizm wirtualny – rozłożywszy ten mechanizm w celach poznawczych, gdy go ponownie składali, poprzesuwali części... Z moich doświadczeń wynika, że tego rodzaju postawa niepodejmowania ryzyka, ociężałe umysły, urzędowe wygodnictwo i wciąż jeszcze zabetonowana stara mentalność są w stanie – nie przesadzam! – poważnie ograniczyć budowanie w świecie polskiej marki. Bo przecież to nasze krzesło miałoby szansę zawojować świat.

– A ma ono jeszcze szansę przebić się przez polską niemoc?

– Mimo coraz to nowych przeszkód nie tracimy nadziei. W 2017 r. na horyzoncie pojawiła się polska firma, z którą współpracowaliśmy przy pierwszym prototypie, a która nie bała się wyzwań. Wzajemne uzgodnienia były już bardzo zaawansowane, zaczęliśmy przygotowania do budowy fabryki, ale wszystko nagle się rozsypało, ponieważ fundusz inwestycyjny mający wspierać naszego wspólnika w jego biznesie nagle się wycofał; wspólnik musiał się skupić na własnych problemach, a my wpadliśmy w kolejne kłopoty. I końca nie widać. Wszyscy chcieliby mieć takie krzesło, codziennie dopytują o nie zainteresowani klienci, niektórzy wręcz błagają, bo cierpią z bólu. A ZUS codziennie wypłaca gigantyczne kwoty za zwolnienia lekarskie, gdyż bóle kręgosłupa to pierwsza przyczyna zwolnień. Kilkudniowa kwota tych wypłat zapewne pokryłaby koszty budowy fabryki, ale pieniądze są w innej kieszeni i żadna siła tego nie zmieni. Pozostaje więc ból – ból milionów ludzi, którzy marzą o tym, by ktoś im w końcu pomógł. Dzisiaj jednak zamiast foteli możemy jedynie przekazać im słowa – słowa wsparcia jak w piosence „Warto żyć”, którą napisałem kiedyś dla Krzysztofa Krawczyka.

Andrzej Kieryłło
Polski projektant i wynalazca, w czasach komuny również studencki bard. Autor tekstów piosenek, m.in. „Nasz dom” i „Warto żyć” Krzysztofa Krawczyka

Tagi:
wynalazca

Polski chemik i ekrany LCD

2018-03-21 09:42

Witold Iwańczak
Niedziela Ogólnopolska 12/2018, str. 44-45

Polak, żołnierz, chemik i naukowiec, filantrop i wielki patriota. Lucian Barton, bo tak nazywał się po przyjęciu amerykańskiego obywatelstwa, to człowiek, który przyczynił się do tego, że dzisiaj mamy telewizory i monitory LCD

Wikipedia

Ciekłe kryształy to częściowo uporządkowane ciecze tworzone przez anizometryczne molekuły. Inaczej te substancje można określić jako organiczne i organometaliczne związki chemiczne. Stan ten wyróżnia unikalne wprost połączenie typowej cechy cieczy, którą jest płynność, z uporządkowaniem typowym dla struktur krystalicznych.

Chemia i LCD

Stan ciekłokrystaliczny występuje w charakterystycznym dla danej substancji przedziale temperatur, ale w zakresie od –5°C do 55°C. W niższej temperaturze substancja przechodzi w stan krystaliczny, natomiast w wyższej – jest w stanie ciekłym. Rozróżniamy trzy zasadnicze typy substancji ciekłokrystalicznych: nematyczny, smektyczny, cholesteryczny. Ciekłe kryształy najczęściej stosuje się w postaci cienkiej warstwy umieszczonej między dwiema elektrodami. Grupa naukowców w firmie Radio Corporation of America, którą kierował Barton, zajmowała się możliwościami obniżenia temperatury topnienia znanych nematyków przez dodawanie do nich niewielkich ilości różnych substancji organicznych. To właśnie te prace zakończyły się sukcesem i cały zespół badawczy pod kierunkiem George’a Heilmeiera stworzył w 1968 r. pierwszy wyświetlacz LCD.

Dzieciństwo w Polsce i wojna

Lucjan Antoni Bartoszewicz urodził się w Wilnie 27 marca 1921 r. jako syn Wacława Bartoszewicza i Jadwigi z domu Wirpsza. Miał młodszego brata Zbigniewa. Po agresji sowieckiej na Polskę w 1939 r. został zesłany na Syberię i uwięziony w sowieckim obozie pracy przymusowej w Workucie, na północ od koła podbiegunowego. Po ataku Niemiec na ZSRR w 1941 r. Bartoszewicz został zwolniony z obozu i dołączył do 2. Korpusu Polskiego. Z Armią Polską gen. Władysława Andersa przeszedł szlak na Bliski Wschód. W tym czasie ukończył szkolenie podoficerskie. Walczył w Afryce Północnej oraz we Włoszech, m.in. pod Monte Cassino, za co został odznaczony Krzyżem Walecznych. Po wojnie pozostał we Włoszech, gdzie w latach 1946-51 studiował inżynierię chemiczną na politechnice w Turynie. Podczas studiów poznał swoją przyszłą żonę – Włoszkę, Carolinę Salerano, którą poślubił w 1949 r. W grudniu 1951 r. wraz z córką Eleną Bartoszewiczowie wyemigrowali do USA, gdzie przyjęli nazwisko Barton.

Praca naukowa w USA

W 1952 r. Lucian rozpoczął pracę w Thiokol Chemical Corporation, a w 1955 r. przeszedł do laboratorium badawczego Radio Corporation of America (RCA) w Princeton w New Jersey, gdzie przepracował 25 lat. Zajmował się fotoprzewodnikami i kineskopami telewizyjnymi oraz substancjami ciekłokrystalicznymi. Równocześnie studiował na Wydziale Chemicznym Uniwersytetu Rutgersa w Nowym Brunszwiku (New Jersey), który ukończył w 1957 r. W latach 60. ubiegłego wieku wszedł w skład zespołu pracującego nad praktycznym wykorzystaniem substancji o właściwościach nematycznych, czyli ciekłych kryształów. Do zespołu należeli również: George Heilmeier, Louis Zanoni, Joel Goldmacher i Joseph Castellano. Prace prowadzone były w dwóch kierunkach. Grupa Heilmeiera, szefa całego zespołu, poszukiwała nematyków syntetycznych zachowujących swoje parametry w temperaturze pokojowej, jednak to grupie kierowanej przez Bartona udało się osiągnąć pożądany efekt i już 28 maja 1968 r. w Rockefeller Center w Nowym Jorku firma RCA zaprezentowała kilka urządzeń, w których zastosowano wyświetlacz LCD. Były to zegar elektroniczny oraz niewielki, płaski ekran, na którym wyświetlono fragment obrazu telewizyjnego. W relacjach z tego wydarzenia prasa przewidywała, iż „zastosowanie tego wynalazku sprawi, że pojawią się cienkie ekrany telewizyjne, które będzie można wieszać na ścianie jak obrazy”.

Barton był autorem lub współautorem wielu publikacji naukowych o dużym znaczeniu dla rozwoju technologii pamięci holograficznych oraz wyświetlaczy ciekłokrystalicznych. Samodzielnie uzyskał przynajmniej 6 amerykańskich patentów. Za swoją pracę badawczą był wielokrotnie honorowany. Najważniejsze z tych nagród są jednak dwie. Pierwsza z nich to otrzymana w 1969 r. zespołowa nagroda David Sarnoff Outstanding Team Award in Science, przyznana za „badania podstawowe ciekłych kryształów oraz określenie sposobu ich wykorzystania do budowy wyświetlaczy”. W 2006 r., wspólnie z Heilmeierem i Zanonim, uzyskał Milestone Award, przyznawaną przez Institute of Electrical and Electronic Engineers (IEEE), za wkład w opracowanie technologii wyświetlacza ciekłokrystalicznego LCD.

Emerytura i rodzina

Barton bardzo tęsknił za ojczyzną i starał się utrzymywać kontakt ze swoją rodziną. Po zakończeniu wojny najpierw musiał ją jednak odnaleźć. W Polsce zamieszkał jego brat Zbigniew Bartoszewicz z rodziną, natomiast w Stanach Zjednoczonych, w Kentucky, osiedlił się jego kuzyn Andrzej Czerwiński z rodziną. Córka Elena z mężem Donaldem i dziećmi – Marisą i Josephem mieszkają w Charlottesville w Wirginii. W 1980 r., po przejściu na emeryturę, Lucian wraz z żoną Caroliną przenieśli się na Florydę i zamieszkali na wyspie Sanibel, gdzie cieszyły ich wspólne długie spacery po plaży. Barton do późnych lat uprawiał pływanie i jazdę na rowerze. Był zapalonym wędkarzem. Po śmierci żony w 1997 r. przeniósł się do Fort Myers, również na Florydzie. Mieszkał tam przez 12 lat, a pod koniec życia zamieszkał u córki w Charlottesville. Lucian Barton (Bartoszewicz) zmarł 15 czerwca 2009 r. w miejscowym szpitalu w wieku 88 lat. Był wielkim propagatorem wyjątkowej roli Polski w dziejach świata, a jego osobiste oszczędności pozwoliły mu być hojnym dla wielu ludzi. Nie lubił rozgłosu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Narodzenie św. Jana Chrzciciela

Ks. Dariusz Gronowski
Edycja zielonogórsko-gorzowska 25/2004

Bożena Sztajner
Miejsce narodzenia św. Jana Chrzciciela w Ain Karem

Św. Jan Chrzciciel to jeden z najbardziej znanych świętych. Nowy Testament poświęca mu niemal tyle miejsca, co samej Najświętszej Maryi Pannie. Wspomnienie jego narodzin obchodzimy w liturgii w randze uroczystości 24 czerwca, a oprócz tego 29 sierpnia wspominamy jego śmierć męczeńską.

Imię Jan znaczy „Bóg jest łaskawy”. Narodzenie Jana, syna kapłana Zachariasza i Elżbiety, archanioł Gabriel zwiastował Zachariaszowi; powołał się również na nie podczas zwiastowania Najświętszej Maryi Pannie. W istocie poprzez swoją matkę Elżbietę Jan był krewnym Pana Jezusa. To jego Bóg powołał, by przygotował drogę na przyjście Mesjasza.

Św. Jan Chrzciciel czczony jest m.in. w Łagowie Lubuskim, który bierze swój początek od rycerskiego Zakonu św. Jana Chrzciciela, czyli joannitów. Oni to wznieśli zamek, stojący tam po dziś dzień, wokół niego zaś rozwinęła się osada. Obecnie stojący tam kościół parafialny pw. św. Jana Chrzciciela został wzniesiony na miejscu kaplicy przyzamkowej w 1726 r., a przebudowany i rozbudowany o wieżę i transept w 1867 r. Ponieważ przez wieki świątynia była użytkowana przez ewangelików, została poświęcona po wojnie, po osiedleniu się ludności polskiej 28 października 1945 r. Od 1951 r. jest to kościół parafialny. Św. Jana Chrzciciela zobaczymy w nim na witrażu po prawej stronie prezbiterium. Natomiast stary ołtarz z tego kościoła obecnie znajduje się w osiemnastowiecznym kościele filialnym pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Jemiołowie. Na obrazie w centrum ołtarza widzimy młodego Jana z barankiem. Jest to ilustracja ewangelicznego zdania św. Łukasza: „Dziecię rosło i umacniało się w duchu i przebywało na miejscach pustynnych aż do czasu ukazania się swego w Izraelu” (por. Łk 1, 80).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wręczono medale zasłużonym dla Archidiecezji Warszawskiej

2019-06-24 22:37

Łukasz Krzysztofka

40 osób świeckich i jedna siostra zakonna zostało nagrodzonych medalami "Za zasługi dla Archidiecezji Warszawskiej", które w archikatedrze warszawskiej, w jej święto patronalne św. Jana Chrzciciela, wręczył metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz.

Łukasz Krzysztofka
Odznaczeni medalem "Za zasługi dla Archidiecezji Warszawskiej" z kard. Kazimierzem Nyczem, metropolitą warszawskim

Uhonorowanie medalami odbyło się przed uroczystą Mszą św. odpustową, którą z metropolitą warszawskim koncelebrowali proboszczowie parafii nagrodzonych osób.

- Najbardziej cenię sobie to, że wszyscy odznaczeni w sposób szczególny potrafią praktykować swoje powołanie na mocy powołania chrzcielnego, które jest u podstaw wszystkich powołań – powiedział w homilii podczas Mszy św. metropolita warszawski. Kard. Nycz przywołał słowa papieża Franciszka, który uczy, że u podstaw wszystkich szczegółowych powołań stoi miłość. - Jeśli nie ma miłości u podstaw, będzie się tylko krążyć wokół spraw własnych – nawiązywał do słów Ojca św. metropolita warszawski.

Pasterz Kościoła warszawskiego podkreślił również, że przyznane dzisiaj odznaczenia, do których kandydatów zgłaszali proboszczowie ich parafii, są dowodem na mocną współpracę duchownych ze świeckimi i ich odpowiedzialność za Kościół lokalny. – Za tę współpracę bardzo wam dziękuję i proszę Boga, żeby nigdy nie zabrakło takich katolików świeckich, przez których Słowo Chrystusa jest obecne wszędzie tam, gdzie są posłani ludzie – powiedział na zakończenie homilii kard. Nycz.

Wśród uhonorowanych medalem „Za zasługi dla Archidiecezji Warszawskiej” znalazł się m.in. prof. Włodzimierz Kluciński – wieloletni rektor Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, należący od lat do Komitetu Promocyjnego Budowy Świątyni Opatrzności Bożej oraz jego małżonka Jadwiga Klucińska, z zawodu ekonomistka, zaangażowana m.in. w budowę kościoła oraz wolontariat Caritas w parafii Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie.

Jedyna w gronie odznaczonych siostra zakonna – s. Leonia Maria Kalandyk ze Zgromadzenia Córek Matki Bożej Bolesnej od 20 lat pracuje w parafii Najświętszego Zbawiciela w Warszawie. Była katechetką w szkole podstawowej i gimnazjum. Założyła wspólnotę Kręgu Biblijnego RUAH, ponadto pracuje jako kancelistka, przygotowuje młodzież i dorosłych do przyjęcia sakramentów.

Z sylwetkami wszystkich nagrodzonych osób można zapoznać się na stronie archidiecezji warszawskiej:

http://archidiecezja.warszawa.pl/aktualnosci/zaangazowani-swieccy-z-medalami-za-zaslugi-dla-archidiecezji-warszawskiej/

Medale „Za zasługi dla Archidiecezji Warszawskiej” przyznawane są dwa razy w roku: w uroczystość Objawienia Pańskiego – 6 stycznia i uroczystość patronalną stołecznej archikatedry św. Jana Chrzciciela – 24 czerwca. Otrzymują je przede wszystkim świeccy zaangażowani w prace na rzecz diecezji lub parafii.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem