Reklama

Wymarzone krzesło

2018-10-03 08:01

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 40/2018, str. 36-37

Archiwum Mateusza Kieryłły
Zapotrzebowanie na specjalne krzesło biurowe jest w świecie wprost gigantyczne

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Kolejne polskie rządy deklarują wspieranie rodzimej przedsiębiorczości i innowacyjności, tymczasem Pańska mała firma wciąż trafia na mur nie do pokonania. Nie do wiary, że to, co niemal wszyscy chcieliby mieć, czyli specjalne krzesło bardzo skutecznie odciążające kręgosłup – choroby kręgosłupa są wszak plagą naszej „siedzącej” cywilizacji – nie może się pojawić na polskim rynku. Dlaczego?

ANDRZEJ KIERYŁŁO: – Nie znam odpowiedzi na to pytanie, choć właśnie mija sześć lat naszych zmagań i utrapień. Na początku wszystko wyglądało bardzo optymistycznie; w rodzinnej firmie projektowej, którą tworzymy z synem, powstał wynalazek, naszym zdaniem, o ogromnym potencjale. Połączyliśmy nasze doświadczenia i umiejętności – ja jestem projektantem, kiedyś miałem fabrykę mebli biurowych, syn jest również projektantem po ASP. Kilka lat temu postanowiliśmy znaleźć jakąś konkretną odpowiedź na problemy ludzi zmuszonych do siedzącego trybu życia.

– Na czym polega wyjątkowość tego projektu?

– Na rynku mamy obecnie wiele modeli krzeseł. Pozycja siedząca niweluje lordozę, naturalną krzywiznę kręgosłupa w części lędźwiowej, lepsze krzesła próbują się temu przeciwstawiać przez wypychanie części lędźwiowej do przodu, ale niewiele to daje, stąd klasyczna pozycja siedząca de facto prowadzi do niefizjologicznych skrzywień kręgosłupa, do przesuwania się kręgów, do zwyrodnień, pęknięć dysków międzykręgowych itd. Z tego właśnie powodu szwedzcy ortopedzi już dawno temu za najbardziej odpowiedni dla kręgosłupa osób zmuszonych do długotrwałej pracy w pozycji siedzącej uznali tzw. klękosiad. Pojawiło się wiele tego rodzaju krzeseł, jednakże w praktyce okazało się, że stała i długotrwała pozycja klękosiadowa nie zapewnia komfortu pracy, jest zbyt męcząca. Skrupulatnie zbadaliśmy ten temat i przekonaliśmy się, że jeszcze nikomu na świecie nie udało się zrobić dobrego krzesła w pełni dostosowanego do różnych warunków pracy, krzesła, na którym można by siedzieć w dwóch pozycjach naprzemiennie. Głównym i nierozwiązanym problemem była niemożliwość przekształcania pozycji klękosiadowej w zwyczajną. Dla nas to było wyzwanie. Stworzyliśmy zatem specjalne krzesło podobne do zwykłego krzesła biurowego, lecz z mechanizmem umożliwiającym prostą zmianę pozycji ze zwykłej do klękosiadowej i odwrotnie. Prace nad samym mechanizmem trwały trzy lata, ale się udało, mechanizm otrzymał rangę wynalazku. Rzecz jasna, opatentowaliśmy to rozwiązanie – w Europie, USA, nawet w Chinach, chociaż Chińczycy robili wszystko, żeby nam tego patentu nie przyznać.

– Powstał projekt krzesła. Co dalej?

– Naszym krzesłem zainteresowała się PwC (międzynarodowa firma świadcząca m.in. doradztwo biznesowe), która swoimi badaniami utwierdziła nas w przekonaniu, że zapotrzebowanie na takie krzesło jest w świecie wprost gigantyczne. Okazuje się, że 57 proc. osób pracujących w pozycji siedzącej narzeka na poważne bóle kręgosłupa. Z badań wynika, że na bóle kręgosłupa częściej narzekają mężczyźni młodsi (20-35-letni) niż starsi. A to znaczy, że mamy do czynienia z nadchodzącym pokoleniem mniej wysportowanym, a bardziej zapatrzonym w komputery. A zatem wyglądało na to, że nasze krzesło może być wkrótce produktem pierwszej potrzeby...

– Rozsądek by podpowiadał, że natychmiast powinna ruszyć masowa produkcja. Dlaczego nie ruszyła?

– Naprawdę trudno mi zrozumieć to, co się działo, dlaczego nie podzielano naszego entuzjazmu. Nasz kłopot polegał na tym, że nasza mała firma już na sam prototyp musiała się zapożyczyć . Dostaliśmy wprawdzie wsparcie z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości na patenty, ale dalece niewystarczające. W poszukiwaniu inwestorów zwracaliśmy się do tzw. aniołów biznesu, jednak zawsze okazywało się, że mamy do czynienia nie z aniołami, lecz z sępami biznesu...

– ...w dodatku krótkowzrocznymi i niemądrymi...

– Niestety, tak to wygląda. Odnoszę nawet wrażenie, że od czasów biznesu „stadionowego” i „chodnikowego” sprzed ćwierćwiecza w mentalności polskich biznesmenów niewiele się zmieniło. Nadal liczą się przede wszystkim szybki zysk na byle czym i jak najmniejsze zaangażowanie. Najlepszą propozycją, jaką nam zaoferowano, było pół miliona złotych pożyczki pod hipotekę domu z oprocentowaniem 20 proc.! A wszystkie inne oferty polegały po prostu na niemal całkowitym zawłaszczeniu naszego pomysłu.

– Jednak prototyp krzesła w końcu powstał!

– Tylko dlatego, że wzięliśmy pożyczkę z banku pod hipotekę domu na... 7 proc. Dzięki niej mogliśmy pracować nad prototypem w czteroosobowym zespole. Kiedy już można było pokazać, że nasze krzesło dobrze działa, należało zrobić następny krok, czyli znaleźć możliwości produkcji. Wtedy niejako przypadkowo zainteresowała się nami właśnie PwC, która znalazła nam partnera inwestycyjnego – brytyjską firmę Senator. Rozmowy były na tyle zaawansowane, że można było mówić nawet o udostępnieniu licencji produkcji naszych krzeseł w wielu krajach całego świata. Brytyjczycy zapalili się do projektu, odnieśliśmy wrażenie, że tym razem nasz inwestor był wyjątkowo zainteresowany naszym pomysłem – bo przecież nisza rynkowa na świecie była wyceniona na 100 mln dol. rocznie – ale chciałby go sobie przywłaszczyć za bezcen. W każdym razie zgasła w nas wiara w to, że ten wspólny interes będzie prosty i uczciwy.

– Stracił Pan nadzieję, pozostała pożyczka do spłacenia?

– Jakiś cień nadziei jednak pozostał, bo akurat z Polski od nowego rządu nadeszła duchowa otucha; premier Mateusz Morawiecki deklarował pełne wsparcie dla innowacji... Cóż, powiedzieliśmy Anglikom, że musimy się jeszcze zastanowić, i wróciliśmy do Polski, by szukać możliwości zbudowania fabryki krzeseł w oparciu o dotacje unijne. Pojawił się jednak jeden gigantyczny problem: z punktu widzenia przepisów związanych z wynalazczością i innowacjami sprawa okazała się nie do przebrnięcia, bo nie mieliśmy przecież odpowiedniego tzw. wkładu własnego wymaganego przy wykorzystywaniu dotacji unijnych. Mając patent wyceniony na 10 mln dol., według urzędników i przepisów, nie mieliśmy nic... Nasz innowacyjny wynalazek nie mógł być liczony jako wkład własny! W ten sposób po raz kolejny zostaliśmy z niczym.

– Z jednym prototypowym krzesłem...

– Przyznaję, że byliśmy bezradni, zupełnie nie wiedzieliśmy, jak spowodować, żeby to nasze krzesło – uznane przez ekspertów i potencjalnych producentów za znakomite – mogło jakimś cudem odmienić życie milionów ludzi cierpiących z powodu konieczności długotrwałego siedzenia. Niby wszyscy rozumieli ten problem, ale czuło się pewną niechęć...

– Rząd Mateusza Morawieckiego proponuje rozmaite mechanizmy wsparcia dla innowacyjności polskich przedsiębiorców. Dlaczego Panu nie udaje się z nich skorzystać?

– Muszę przyznać, że naszym projektem zainteresowała się pani minister Jadwiga Emilewicz, zaprosiła nas na spotkanie do ówczesnego Ministerstwa Rozwoju i zapoznawszy się z problemem, odesłała nas do funduszu inwestycyjnego, który z założenia ma wspierać tego rodzaju pomysły. Wiceprezes tegoż funduszu przyznał patetycznie, że to fantastyczny projekt, że w takie projekty trzeba wierzyć... Powiedział też, że gdyby to krzesło było już na rynku, to natychmiast zakupiłby je dla wszystkich członków swojej rodziny. Niestety, oświadczył, że na tym etapie nie może nam w żaden sposób pomóc, bo fundusz może się włączyć dopiero na etapie już uruchomionej produkcji i sprzedaży... Rozłożył bezradnie ręce.

– Co na to pani minister?

– Na nasze szczęście – tak nam się wtedy wydawało – nie odpuszczała tematu. Znalazła firmę, która – jej zdaniem – mogłaby z nami podjąć sensowną współpracę. Był to Przemysłowy Instytut Maszyn Budowlanych w Kobyłce, funkcjonujący jako spółka państwowa, która sama ledwie podniosła się z upadłości po sprzedaży należących do niej gruntów. Jakieś pieniądze miała, lecz jak się miało okazać, wolała je przejadać niż inwestować w innowacje. Na początku układało nam się całkiem nieźle; prezes znający się co nieco na przemyśle meblarskim był zainteresowany produkcją krzesła. Niestety, gdy wkrótce zastąpił go prezes znający się na wyrobie czekolady, nasze nadzieje ponownie się rozwiały...

– Konkretnie dlaczego?

– Nowy prezes zaczął, w moim przekonaniu, wykonywać tylko pozorne gesty, które miały zaświadczyć o jego zainteresowaniu naszym projektem, zapewne spowodowane li tylko oczekiwaniami pani minister. Siedział na tym krześle, rozkładał je na wszystkie możliwe sposoby, ale już było widać, że jakakolwiek kooperacja z nami była mu nie w smak. W końcu stwierdził, że produkcja będzie zbyt droga i zanadto skomplikowana. A gdy udowodniliśmy, że jednak tak nie będzie – bo przecież nie posługujemy się już starymi i kosztownymi technologiami sprzed rewolucji cyfrowej – to oświadczył nam, że „mechanizm nie ma prawa działać, bo ma konflikt” .

– Skąd się wzięło to nadzwyczajne odkrycie?

– Stąd, że wybitni specjaliści tego instytutu dostali mechanizm wirtualny – rozłożywszy ten mechanizm w celach poznawczych, gdy go ponownie składali, poprzesuwali części... Z moich doświadczeń wynika, że tego rodzaju postawa niepodejmowania ryzyka, ociężałe umysły, urzędowe wygodnictwo i wciąż jeszcze zabetonowana stara mentalność są w stanie – nie przesadzam! – poważnie ograniczyć budowanie w świecie polskiej marki. Bo przecież to nasze krzesło miałoby szansę zawojować świat.

– A ma ono jeszcze szansę przebić się przez polską niemoc?

– Mimo coraz to nowych przeszkód nie tracimy nadziei. W 2017 r. na horyzoncie pojawiła się polska firma, z którą współpracowaliśmy przy pierwszym prototypie, a która nie bała się wyzwań. Wzajemne uzgodnienia były już bardzo zaawansowane, zaczęliśmy przygotowania do budowy fabryki, ale wszystko nagle się rozsypało, ponieważ fundusz inwestycyjny mający wspierać naszego wspólnika w jego biznesie nagle się wycofał; wspólnik musiał się skupić na własnych problemach, a my wpadliśmy w kolejne kłopoty. I końca nie widać. Wszyscy chcieliby mieć takie krzesło, codziennie dopytują o nie zainteresowani klienci, niektórzy wręcz błagają, bo cierpią z bólu. A ZUS codziennie wypłaca gigantyczne kwoty za zwolnienia lekarskie, gdyż bóle kręgosłupa to pierwsza przyczyna zwolnień. Kilkudniowa kwota tych wypłat zapewne pokryłaby koszty budowy fabryki, ale pieniądze są w innej kieszeni i żadna siła tego nie zmieni. Pozostaje więc ból – ból milionów ludzi, którzy marzą o tym, by ktoś im w końcu pomógł. Dzisiaj jednak zamiast foteli możemy jedynie przekazać im słowa – słowa wsparcia jak w piosence „Warto żyć”, którą napisałem kiedyś dla Krzysztofa Krawczyka.

Andrzej Kieryłło
Polski projektant i wynalazca, w czasach komuny również studencki bard. Autor tekstów piosenek, m.in. „Nasz dom” i „Warto żyć” Krzysztofa Krawczyka

Tagi:
wynalazca

Reklama

Polski chemik i ekrany LCD

2018-03-21 09:42

Witold Iwańczak
Niedziela Ogólnopolska 12/2018, str. 44-45

Polak, żołnierz, chemik i naukowiec, filantrop i wielki patriota. Lucian Barton, bo tak nazywał się po przyjęciu amerykańskiego obywatelstwa, to człowiek, który przyczynił się do tego, że dzisiaj mamy telewizory i monitory LCD

Wikipedia

Ciekłe kryształy to częściowo uporządkowane ciecze tworzone przez anizometryczne molekuły. Inaczej te substancje można określić jako organiczne i organometaliczne związki chemiczne. Stan ten wyróżnia unikalne wprost połączenie typowej cechy cieczy, którą jest płynność, z uporządkowaniem typowym dla struktur krystalicznych.

Chemia i LCD

Stan ciekłokrystaliczny występuje w charakterystycznym dla danej substancji przedziale temperatur, ale w zakresie od –5°C do 55°C. W niższej temperaturze substancja przechodzi w stan krystaliczny, natomiast w wyższej – jest w stanie ciekłym. Rozróżniamy trzy zasadnicze typy substancji ciekłokrystalicznych: nematyczny, smektyczny, cholesteryczny. Ciekłe kryształy najczęściej stosuje się w postaci cienkiej warstwy umieszczonej między dwiema elektrodami. Grupa naukowców w firmie Radio Corporation of America, którą kierował Barton, zajmowała się możliwościami obniżenia temperatury topnienia znanych nematyków przez dodawanie do nich niewielkich ilości różnych substancji organicznych. To właśnie te prace zakończyły się sukcesem i cały zespół badawczy pod kierunkiem George’a Heilmeiera stworzył w 1968 r. pierwszy wyświetlacz LCD.

Dzieciństwo w Polsce i wojna

Lucjan Antoni Bartoszewicz urodził się w Wilnie 27 marca 1921 r. jako syn Wacława Bartoszewicza i Jadwigi z domu Wirpsza. Miał młodszego brata Zbigniewa. Po agresji sowieckiej na Polskę w 1939 r. został zesłany na Syberię i uwięziony w sowieckim obozie pracy przymusowej w Workucie, na północ od koła podbiegunowego. Po ataku Niemiec na ZSRR w 1941 r. Bartoszewicz został zwolniony z obozu i dołączył do 2. Korpusu Polskiego. Z Armią Polską gen. Władysława Andersa przeszedł szlak na Bliski Wschód. W tym czasie ukończył szkolenie podoficerskie. Walczył w Afryce Północnej oraz we Włoszech, m.in. pod Monte Cassino, za co został odznaczony Krzyżem Walecznych. Po wojnie pozostał we Włoszech, gdzie w latach 1946-51 studiował inżynierię chemiczną na politechnice w Turynie. Podczas studiów poznał swoją przyszłą żonę – Włoszkę, Carolinę Salerano, którą poślubił w 1949 r. W grudniu 1951 r. wraz z córką Eleną Bartoszewiczowie wyemigrowali do USA, gdzie przyjęli nazwisko Barton.

Praca naukowa w USA

W 1952 r. Lucian rozpoczął pracę w Thiokol Chemical Corporation, a w 1955 r. przeszedł do laboratorium badawczego Radio Corporation of America (RCA) w Princeton w New Jersey, gdzie przepracował 25 lat. Zajmował się fotoprzewodnikami i kineskopami telewizyjnymi oraz substancjami ciekłokrystalicznymi. Równocześnie studiował na Wydziale Chemicznym Uniwersytetu Rutgersa w Nowym Brunszwiku (New Jersey), który ukończył w 1957 r. W latach 60. ubiegłego wieku wszedł w skład zespołu pracującego nad praktycznym wykorzystaniem substancji o właściwościach nematycznych, czyli ciekłych kryształów. Do zespołu należeli również: George Heilmeier, Louis Zanoni, Joel Goldmacher i Joseph Castellano. Prace prowadzone były w dwóch kierunkach. Grupa Heilmeiera, szefa całego zespołu, poszukiwała nematyków syntetycznych zachowujących swoje parametry w temperaturze pokojowej, jednak to grupie kierowanej przez Bartona udało się osiągnąć pożądany efekt i już 28 maja 1968 r. w Rockefeller Center w Nowym Jorku firma RCA zaprezentowała kilka urządzeń, w których zastosowano wyświetlacz LCD. Były to zegar elektroniczny oraz niewielki, płaski ekran, na którym wyświetlono fragment obrazu telewizyjnego. W relacjach z tego wydarzenia prasa przewidywała, iż „zastosowanie tego wynalazku sprawi, że pojawią się cienkie ekrany telewizyjne, które będzie można wieszać na ścianie jak obrazy”.

Barton był autorem lub współautorem wielu publikacji naukowych o dużym znaczeniu dla rozwoju technologii pamięci holograficznych oraz wyświetlaczy ciekłokrystalicznych. Samodzielnie uzyskał przynajmniej 6 amerykańskich patentów. Za swoją pracę badawczą był wielokrotnie honorowany. Najważniejsze z tych nagród są jednak dwie. Pierwsza z nich to otrzymana w 1969 r. zespołowa nagroda David Sarnoff Outstanding Team Award in Science, przyznana za „badania podstawowe ciekłych kryształów oraz określenie sposobu ich wykorzystania do budowy wyświetlaczy”. W 2006 r., wspólnie z Heilmeierem i Zanonim, uzyskał Milestone Award, przyznawaną przez Institute of Electrical and Electronic Engineers (IEEE), za wkład w opracowanie technologii wyświetlacza ciekłokrystalicznego LCD.

Emerytura i rodzina

Barton bardzo tęsknił za ojczyzną i starał się utrzymywać kontakt ze swoją rodziną. Po zakończeniu wojny najpierw musiał ją jednak odnaleźć. W Polsce zamieszkał jego brat Zbigniew Bartoszewicz z rodziną, natomiast w Stanach Zjednoczonych, w Kentucky, osiedlił się jego kuzyn Andrzej Czerwiński z rodziną. Córka Elena z mężem Donaldem i dziećmi – Marisą i Josephem mieszkają w Charlottesville w Wirginii. W 1980 r., po przejściu na emeryturę, Lucian wraz z żoną Caroliną przenieśli się na Florydę i zamieszkali na wyspie Sanibel, gdzie cieszyły ich wspólne długie spacery po plaży. Barton do późnych lat uprawiał pływanie i jazdę na rowerze. Był zapalonym wędkarzem. Po śmierci żony w 1997 r. przeniósł się do Fort Myers, również na Florydzie. Mieszkał tam przez 12 lat, a pod koniec życia zamieszkał u córki w Charlottesville. Lucian Barton (Bartoszewicz) zmarł 15 czerwca 2009 r. w miejscowym szpitalu w wieku 88 lat. Był wielkim propagatorem wyjątkowej roli Polski w dziejach świata, a jego osobiste oszczędności pozwoliły mu być hojnym dla wielu ludzi. Nie lubił rozgłosu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Mobilnie albo na telefon

2019-10-16 12:28

Jolanta Kobojek
Niedziela Ogólnopolska 42/2019, str. 38-39

O mobilnym konfesjonale usłyszała w „Teleexpressie”. Postanowiła, że jeśli zobaczy go na własne oczy, uzna, iż to znak, że ma wrócić do Boga. Zobaczyła i po 50 latach przystąpiła pierwszy raz do spowiedzi, i wróciła do Kościoła

Archiwum prywatne Valentiny Alazraki
Ks. Rafał Jarosiewicz w mobilnym konfesjonale

Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. I ani słowa o tym, że odpuszczanie grzechów ma się odbywać wyłącznie w świątyni i w określonych godzinach. Z takiego założenia wychodzi wielu kapłanów. Ileż godzin przeznaczają na spowiedź księża posługujący podczas pieszej pielgrzymki na Jasną Górę? Albo w iluż parafiach, szczególnie w okresie Wielkiego Postu, odbywają się Noce Konfesjonałów? To wszystko jest wyjściem poza schematy. Określone czasy i określone warunki życia niejako wymuszają odpowiedź na realne potrzeby. Jeśli chodzi o sakrament pokuty i pojednania, w sytuacji, gdy wiele osób porzuca regularne praktyki religijne, papież Franciszek zachęca, żeby ksiądz nie był jak lekarz, który czeka, aż mu przyniosą pacjenta do szpitala, ale by sam wychodził opatrywać rannych tam, gdzie oni są.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

X Międzynarodowy Festiwal Chóralnej Pieśni Maryjnej rozstrzygnięty

2019-10-20 23:14

Maciej Orman

Chór Powiatowego Młodzieżowego Domu Kultury i Sportu w Wieluniu zwyciężył w X Międzynarodowym Festiwalu Chóralnej Pieśni Maryjnej Częstochowa-Koziegłowy 2019. Honorowy dyplom dla najlepszego dyrygenta festiwalu odebrał dyrygent wieluńskiego chóru Jakub Jurdziński. Nagrody przyznano w niedzielę 20 października podczas koncertu galowego w Bazylice Jasnogórskiej

Maciej Orman

– Gromadzimy się w tym szczególnym miejscu, gdzie od ponad 600 lat muzyka jest częścią liturgii sprawowanej na chwałę Boga i Matki Najświętszej. Jest to miejsce, gdzie muzyka rozbrzmiewała najpiękniej dzięki działalności kapeli jasnogórskiej, która przez ponad 400 lat była jedynym miejscem edukacji artystycznej w Częstochowie. Cieszymy się, że te tradycje od kilku lat kontynuuje Jasnogórska Szkoła Muzyczna – powiedział na początku koncertu finałowego o. Nikodem Kilnar, paulin, krajowy duszpasterz muzyków kościelnych.

– Mamy znakomite chóry amatorskie. Amatorskie muzykowanie jest nieodzowną częścią życia artystycznego w każdym kraju. To dla nas ogromna satysfakcja, że mogliśmy słuchać prezentacji tych ośmiu chórów i uczestniczyć w tym wyjątkowym święcie muzyki – przyznała Beata Młynarczyk, przewodnicząca jury.

Do konkursu zakwalifikowało się 8 chórów amatorskich: 1 z Łotwy, 2 z Białorusi i 5 z Polski. Przesłuchania odbywały się w sobotę 19 października w kościele pw. św. Marii Magdaleny w Koziegłowach. Jeszcze tego samego dnia chóry wystąpiły z repertuarem rozrywkowym na rynku w Olsztynie k. Częstochowy. W niedzielę muzycy śpiewali podczas Mszy św. w wybranych kościołach archidiecezji częstochowskiej, a następnie spotkali się na koncercie finałowym w Bazylice Jasnogórskiej.

II nagrodę jury przyznało chórowi „Majowy Kwiat” z Mińska, a wyróżnienia trafiły do: chóru „Hosanna” z Witebska – za dobór repertuaru, chóru „Jutrzenka” z łotewskiej miejscowości Rezekne – za ekspresję, i do chóru „Cantabile” z Kędzierzyna-Koźla – za zaangażowanie i muzykalność.

Głównymi organizatorami jubileuszowego festiwalu było Stowarzyszenie Śpiewacze „Pochodnia” przy Rzemiośle Częstochowskim oraz gmina i miasto Koziegłowy. Bardzo duży wkład wniosła również gmina Olsztyn.

– Wszystko zaczęło się w 2007 r. Głównym inicjatorem Międzynarodowego Festiwalu Chóralnej Pieśni Maryjnej był mój nieżyjący już dzisiaj ojciec Jerzy Wojtal, który chciał zorganizować takie wydarzenie właśnie w Częstochowie ze względu na jej maryjny charakter. Finał odbywa się w Bazylice Jasnogórskiej, ponieważ jest to magnes, który przyciąga chóry. Nie każdemu udaje się tu wystąpić – powiedział „Niedzieli” prezes „Pochodni” i dyrektor festiwalu Marek Wojtal. – Od 2012 r. współpracujemy również z Koziegłowami. Gmina i miasto wyciągnęły do nas pomocną dłoń i co roku współpraca układa się wzorowo – dodał.

Zdaniem dyrektora festiwalu, ranga wydarzenia rośnie z roku na rok. – Być może do finału kolejnego festiwalu uda nam się zaprosić 10-12 zespołów – powiedział Marek Wojtal.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem