Reklama

Bakteria, która zjada człowieka

2019-01-23 11:27

Kazimierz Szałata
Niedziela Ogólnopolska 4/2019, str. 12-13

Kazimierz Szałata

Historia walki z trądem to jedna z najpiękniejszych kart charytatywnego dzieła Kościoła katolickiego. Przez całe stulecia chorzy na trąd, których często traktowano jak umarłych za życia, najczęściej znajdowali schronienie przy kościołach i katedrach, tam bowiem powstawały pierwsze leprozoria, w których pracowali często ludzie święci, siostry zakonne, kapłani gotowi poświęcić swoje zdrowie i życie dla tych nieszczęśników, którzy musieli opuścić swoje domy

Kto raz widział twarz człowieka trędowatego, może zrozumieć powszechny paniczny lęk przed zarażeniem się tą straszną chorobą, na którą się nie umiera, ale powoli gnije i kona. Trzeba zaznaczyć, że ta najstarsza choroba, jaką zna ludzkość, była do naszych czasów nieuleczalna. Nie oznacza to jednak wcale, że chorym na trąd nie można było pomóc. Mimo swojej choroby trędowaci potrzebowali schronienia, pożywienia, pielęgnacji, a nade wszystko ludzkiego traktowania. Dobrze o tym wiedzieli ludzie święci – pamiętali, że sam Pan Jezus ulitował się nad trędowatym, oczyszczając go z choroby.

Spotkać Boga w trędowatym

Spotkanie z trędowatym stało się niesłychanie ważnym momentem w drodze do świętości św. Franciszka z Asyżu. Cesare Vaiani w książce „Święty Franciszek z Asyżu” tak opisuje tamto zdarzenie:

„Był to jeden z owych dni, kiedy Franciszek odczuwał szczególną potrzebę skupienia, dlatego jak zwykle udał się na pola. Po szalonym galopie uspokoił się, zsiadł z konia i wędrował zatopiony w myślach, ogarniając wzrokiem i sercem przestrzeń, aż po odległy horyzont.

Reklama

W pewnej chwili jakiś odgłos, a zwłaszcza straszny smród, sprowadziły go na ziemię. Tuż przed nim stał trędowaty, którego widok i zapach były odpychające. Franciszek od dawna czuł obrzydzenie do fetoru, który wydzielali chorzy na trąd.

Pierwszym, instynktownym odruchem Franciszka była ucieczka. Potem niespodziewanie pojawiła się myśl: oto tajemniczy Pan ze snu daje odpowiedź na jego niespokojne poszukiwania! Bóg dał mu odpowiedź. W sposób nieoczekiwany i wstrząsający, ale jednak dał mu odpowiedź!

Wahając się, Franciszek podszedł do owego człowieka i pokonując wstręt i reakcję żołądka, pocałował go. Dał mu także jałmużnę i równocześnie zaczął pojmować, że sam otrzymał jeszcze większy dar, gdyż w tym pocałunku spotkał Boga, doświadczył radości, zrozumiał, że można żyć Ewangelią, a jego serce zaczęła wypełniać niewysłowiona słodycz. Ów pocałunek przemienił życie Franciszka!

W drodze powrotnej do domu wszystko wydawało mu się odmienione. Ujrzał twarz Chrystusa, która objawiła mu się w twarzy brata. Od tej pory zaczął odwiedzać przytułki dla trędowatych, aby ofiarować im pomoc: żywność, opiekę, jałmużnę, ale przede wszystkim, aby znów spotkać swego Pana”.

Bogaty świat o nich zapomniał

Gest św. Franciszka znalazł swych naśladowców, którzy potrafili w zdeformowanych trądem twarzach dostrzec oblicze cierpiącego Chrystusa. Jednym z niezwykłych przykładów był żyjący w IV wieku biskup Tours – św. Marcin. Jak mówi legenda, leczył trędowatych właśnie pocałunkiem, który był wyrazem miłości do cierpiącego Chrystusa. Ten gest, być może dla medycyny niemający znaczenia, stanowi esencję miłosierdzia i pokazuje do dziś istotę pomocy tym, których najchętniej chcielibyśmy ominąć z daleka. Przecież od trzydziestu lat trąd jest uleczalny! Sam zestaw antybiotyków potrzebnych do skutecznej terapii to kwestia kilkunastu dolarów. A wciąż ludzie cierpią z powodu tej strasznej choroby, o której bogaty świat dawno zapomniał. Trąd jest wciąż groźny tam, gdzie nie ma żadnych struktur medycznych, gdzie dzieci umierają z głodu i braku dostępu do czystej wody, gdzie ludzie mogą liczyć często tylko na pomoc najodważniejszych misjonarzy. Współczesna medycyna dysponuje wszelkimi środkami, by wyeliminować trąd, ale najpierw świat musi uwolnić się od innego trądu – trądu egoizmu, który jest równie groźny jak bakteria Hansena. Obchodzony w Kościele na całym świecie Światowy Dzień Trędowatych to, jak mówił jego inicjator Raoul Follereau, dzień walki z trądem w każdej jego postaci, również w postaci naszych wad moralnych. To dzień modlitwy za chorych, ale też za tych, którzy się nimi opiekują. Dzień modlitwy za nas samych, bo każdemu z nas grożą podstępne trądy moralne, które niszczą w nas to, co najistotniejsze. Niszczą otwartość na drugiego człowieka i przez egoizm i zachłanność skazują nas na pełne lęku piekło egoistycznej, smutnej samotności. Wśród osób niosących pomoc ludziom chorym na trąd są polscy misjonarze i misjonarki. Mamy w tym względzie piękną tradycję. O. Jan Beyzym, jezuita z Wołynia, który jest wciąż żywą legendą nie tylko w założonym przez niego ośrodku Marana, ale na całym Madagaskarze. Ks. Adam Wiśniewski ze Zgromadzenia Księży Pallotynów, werbista o. Marian Żelazek z ośrodka Jeevodaya w Indiach, dr Wanda Błeńska – legendarna opiekunka trędowatych w Ugandzie – to tylko najbardziej znane postacie polskich misjonarzy pracujących wśród najbiedniejszych z biednych. Ich pracę kontynuują dziś m.in.: s. Róża Gąsior ze Zgromadzenia Misyjnego Służebnic Ducha Świętego (Angola), s. Marcela Deptuła ze Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny (Zambia), s. Noemi Świeboda ze Zgromadzenia Sióstr św. Józefa czy dr Helena Pyz (Indie).

Same leki nie wystarczą

Mimo wysiłków wielu instytucji, międzynarodowych programów profilaktycznych, badań naukowych i zaangażowania wielu osób pracujących wśród chorych na trąd od kilkunastu lat sytuacja epidemiologiczna pozostaje bez zmian. Wciąż nie wiemy, ilu jest trędowatych, bo żyją oni w niedostępnych rejonach, gdzie nie ma wystarczających struktur sanitarnych. Wiemy natomiast dokładnie, ilu chorych trafia każdego roku na leczenie. A ta liczba pozostaje od mniej więcej 10 lat na tym samym poziomie – 200 tys. W niektórych krajach notuje się lekki spadek, w innych, niestety, wzrost liczby chorych. Na dodatek na skutek masowego napływu uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu od kilku lat znów mamy do czynienia z trądem w Europie. Nie są to wielkie liczby, ale zważywszy na fakt, że mamy do czynienia z chorobą zakaźną, niebezpieczeństwa rozwoju trądu u naszych bliskich sąsiadów nie można lekceważyć. Z pewnością walka z trądem byłaby skuteczniejsza, gdybyśmy dysponowali odpowiednią szczepionką. Niestety, mimo wieloletnich badań naukowych i eksperymentów nie udało się dotąd takiej stworzyć.

Ulcere de Buruli

Kiedy mówimy o chorych na trąd, najbardziej poruszający jest los dzieci dotkniętych tą straszną chorobą. W ubiegłym roku odwiedziłem nowy szpital w mieście Divo na Wybrzeżu Kości Słoniowej, przeznaczony dla dzieci dotkniętych najbardziej zjadliwą i oporną w leczeniu odmianą trądu – ulcere de Buruli. Tych dzieci nie przytulą najbliżsi z powodu panicznego lęku przed zarażeniem się. Nie przyjmą ich szpitale, nawet te przeznaczone dla trędowatych. Wymagają one specjalnej troski, specjalnych form terapii, z radykalną chirurgią włącznie. Ostatnio byłem tam 5 lat temu, gdy rozpoczęto kopanie fundamentów. Dziś leczy się tu kilkudziesięciu młodych pacjentów, którzy bez specjalistycznej opieki byliby skazani na straszliwe cierpienia. Bakteria ulcere de Buruli „zjada” skórę i tkankę podskórną, atakuje układ nerwowy i powoli dewastuje ciało. Ale tam, gdzie są dzieci, są życie i radość z każdego dnia. Tak jest w Divo. Czymś, co mnie uderzyło, jest wiek personelu. Zwykle trędowatymi zajmują się starzy misjonarze, sędziwi lekarze. W Divo pracują młodzi ludzie, którzy w codziennych kontaktach z chorymi dziećmi nie stosują rękawiczek ochronnych. Owszem, rękawiczki są obowiązkowe podczas czyszczenia nigdy niegojących się ran i przy zabiegach chirurgicznych, niestety również przy amputacjach, które często okazują się jedyną formą pomocy medycznej.

Kiedy pojawiłem się w ogrodzie szpitala, spotkałem ok. 6-letniego chłopca z zabandażowaną, okropnie spuchniętą rączką. Gdy chciałem się do niego zbliżyć, zaczął się cofać, chowając za siebie rączki. Kiedy wyciągnąłem do niego ręce, w jego oczach pojawiła się niesamowita radość. Już nie chował swojej na wpół obumarłej ręki, ale wprost przeciwnie, uśmiechając się, pokazywał mi ją, jakby chciał mnie ostrzec: OK, możemy się „zakumplować”, ale zobacz, ja jestem trędowaty. Jeszcze raz zrozumiałem, co to znaczy chorować na trąd i mieć świadomość „bycia trędowatym”. Jest to tym bardziej przykre, gdy dotyczy małego dziecka, świadomego swojej sytuacji.

Spojrzenie w przyszłość

Do tej pory przy okazji kolejnych sesji naukowych organizowanych w związku ze Światowym Dniem Trędowatych roztaczano wizje całkowitej likwidacji trądu na świecie. Padały nawet konkretne daty. Miał to być rok 2000, pierwsze dziesięciolecie XXI wieku, no może rok 2015. Dziś dobrze wiemy, że wizja szybkiego uwolnienia ludzkości od trądu wcale nie jest bliska. Zrozumiałem to, gdy podróżowałem ze światowej sławy epidemiologiem prof. Christianem Johnsonem po bezdrożach Wybrzeża Kości Słoniowej. By zlikwidować trąd, trzeba najpierw zlikwidować skrajną biedę na świecie i poprawić warunki sanitarne, a nade wszystko zapewnić ludziom dostęp do czystej wody. Przecież Europa uwolniła się od trądu, zanim jeszcze pojawiły się antybiotyki stanowiące podstawę skutecznej terapii. Uświadomiłem sobie, jakim błogosławieństwem dla nas jest mroźna zima, podczas której ginie większość bakterii. Tymczasem, dla przykładu, w nigdy niewysychających bagnach laguny Abidżanu przez cały rok, w dzień i w nocy, panuje temperatura optymalna dla rozwoju najbardziej zjadliwych szczepów bakterii. Dopóki ludzie będą pić podskórną wodę z płytkich studni lub jeziorek, będą dziesiątkowani przez wszystkie znane choroby. Co prawda trąd, na który dotąd nie ma szczepionki, nie przenosi się przez wodę, ale za to atakuje organizmy osłabione przez inne choroby i niedożywienie. Dlatego w strategię walki z trądem wpisują się działania na rzecz dostępu do czystej wody. Strategię tę realizuje m.in. Fundacja Polska Raoula Follereau.

Tagi:
trąd

Lekarze na misjach

2019-07-24 11:33

Ks. Mieczysław Puzewicz
Edycja lubelska 30/2019, str. 5

Archiwum Centrum Wolontariatu
Anna Żuławska w kenijskim szpitalu

Dojeżdżamy do Drug. Przerażający widok. Kolonia dla 100 osób mieści się na uboczu wioski, tuż obok ogromnego miejskiego wysypiska śmieci. Mieszkania to maleńkie lepianki z gliny, w powietrzu aż gęsto od much. Po placu biegają małe, brudne i niedożywione dzieciaki. Znają już dr Helenę i resztę zespołu. Proszą o poradę lekarską. Siadamy pod drzewem na jedynych w kolonii metalowych krzesłach. Zaczynamy badanie i wydawanie leków. Dzieci nie mają trądu, ale ich rodzice przeszli to doświadczenie i pozostały im zniekształcenia kończyn – tak opisywała swoje doświadczenie na misjach pierwsza medyczna wolontariuszka z Lublina.

W Indiach

Magdalena Rojek, lekarka z Lublina, wyjechała do Jeevodaya we wschodnich Indiach w 2001 r. Jej kilkumiesięczna wyprawa zapoczątkowała serię pięknych dzieł misyjnych podejmowanych przez różne środowiska duszpasterskie w naszej archidiecezji. Jej posługę zorganizowało i wspierało lubelskie Centrum Wolontariatu.

Jeevodaya („Świt życia”) to ośrodek obejmujący jednocześnie szpital dla trędowatych, przychodnię lekarską, ale także przedszkole, szkołę i kościół; założone dokładnie 50 lat temu przez polskiego pallotyna i lekarza o. Adama Wiśniewskiego. Przez ostatnie 30 lat kieruje nim Helena Pyz, doktor medycyny z Warszawy, sama poruszająca się przy pomocy kul lub wózka inwalidzkiego. Ośrodek utrzymuje się z ofiarności ludzi, głównie polskiej emigracji z USA. W Lublinie promotorem pomocy dla Jeevodaya była nieżyjąca już prof. Elżbieta Krukowska z KUL, pierwsza prezes polskiego Towarzystwa Przyjaciół Trędowatych. Pod jej wpływem do Indii pojechała wspomniana lekarka, a potem jeszcze dwie inne wolontariuszki: Dominka Puacz ze Świdnika oraz Edyta Masternak, wychowawczyni ze Schroniska dla Nieletnich w Dominowie.

Praca na misjach przynosiła mocne doświadczenia. Magda wspominała: – Ilustracją ubóstwa naszych pacjentów niech będzie ta historia: Przyszła młoda kobieta z 4-miesięczną dziewczynką, w domu ma jedną starszą córkę, troje dzieci zmarło. Gdy karmiła małą, okazało się, że podaje jej mleko w butelce po olejku do włosów, nie stać jej było na zwykłą, plastikową butlę. Mleko było bardzo rozwodnione. Dr Helena dała kobiecie i butelkę, i mleko w proszku.

W Afryce

Na podobnej placówce, z tym że na Madagaskarze, pracował jako wolontariusz dr Stefan Ciszewski, emerytowany chirurg z Lublina i dawny ordynator szpitala przy ul. Staszica. – Zawsze myślałem, że gdy skończę pracować zawodowo, będę sobie po prostu odpoczywał w moim domku pod Lublinem. Ale gdy patrzyłem, jak odchodził od nas Jan Paweł II, zrozumiałem, że ja jeszcze mogę coś z siebie innym dać, tak jak to do końca życia robił nasz Papież – mówił w jednym z wywiadów. Dr Ciszewski pracował w szpitalu dla trędowatych w Maranie, osadzie, którą założył ponad 100 lat temu słynny apostoł trędowatych, jezuita bł. o. Jan Beyzym. Lubelski lekarz, pomimo chirurgicznej specjalizacji, podczas misji bywał na zmianę kardiologiem, ginekologiem i farmaceutą. Kolejnymi krajami jego posługi były Kongo i Rwanda.

W niezwykłej misji 8 lat temu uczestniczyła Anna Żuławska z Centrum Wolontariatu, początkująca wówczas lekarka z Lublina. „Jamhuri ya Afya – Republika Zdrowia” to projekt zrealizowany w szpitalu Cottolengo w wiosce Chaaria w Kenii. Przez ponad trzy miesiące wolontariuszka sprawowała codzienną opiekę nad pacjentami, często asystowała przy zabiegach lub operacjach. Odwiedzała także przychodnię w pobliskiej wiosce Mukothima. – Cottolengo jest szpitalem, gdzie miesza się mnóstwo problemów, nie tylko zdrowotnych. Głód, choroby i łzy cierpienia mieszają się z codziennym uśmiechem, życzliwością i optymizmem. Często pojawiają się łzy i to nie tylko ze strony pacjentów, ale także ze strony bezsilnych wolontariuszy, kiedy umiera kolejna osoba, a pewne jest, że gdybyśmy byli w Europie, udałoby się jej pomóc – mówiła lekarka.

W tę tradycję od kilku lat włącza się lubelska fundacja AfricaMed, założona przez młodych lekarzy wysyłających wolontariuszy do pracy w szpitalach w Afryce. W tym roku służyć będą m.in. w szpitalu misyjnym w tanzańskim Muganie. Lekarze podejmujący posługę wśród chorych i ubogich w różnych miejscach na świecie są znakomitymi ambasadorami polskości i naszej archidiecezji.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

45 mln dziewczynek ofiarami selektywnej aborcji

2019-10-11 17:07

vaticannews.va / Lozanna (KAI)

Dziewczynki na świecie wciąż padają ofiarą przemocy, a ich życie ma „mniejszą wartość” niż przychodzącego na świat chłopca. Ta dyskryminująca praktyka jest obecna nie tylko w Indiach. Wciąż praktykuje się też haniebny proceder okaleczania seksualnego kobiet, którego ofiarą pada rocznie 3 mln dziewczynek.

Vatican News
45 mln dziewczynek ofiarami selektywnej aborcji

Międzynarodowe dzieło pomocy dzieciom „Terre des Hommes” opublikowało właśnie swój najnowszy raport na temat sytuacji dziewczynek na świecie. Nosi on tytuł „Bezbronne” i podkreśla, że choć sytuacja ulega pewnej poprawie, to rocznie 12 mln dziewcząt poniżej 18. roku życia zmuszanych jest do przedwczesnych małżeństw i zachodzenia w niechcianą ciążę. Szacuje się, że aż 2 mln dziewcząt nie mających 15 lat zostaje matkami.

Organizacja alarmuje też w sprawie powszechnego w wielu krajach procederu selektywnych aborcji, w wyniku którego w latach 1970-2017 nie urodziło się na świecie aż 45 mln dziewcząt. Poważnym wyzwaniem pozostaje wciąż walka z obrzezywaniem małych dziewczynek. Szacuje się, że od teraz do 2030 r. ta praktyka trwale okaleczy 68 mln kobiet. Problemem jest też wyłączenie dziewczynek z edukacji i wysyłanie do szkół jedynie chłopców.

„Sytuacja ulega powolnej poprawie. Jeszcze dekadę temu co czwarta dziewczynka zmuszana była do przedwczesnego małżeństwa i zajścia w ciążę, obecnie mowa o co piątej” – podkreśla Federica Gianotta z organizacji „Terre des Hommes”. Wskazuje zarazem, że walka o równe prawa dziewczynek to wciąż długa droga.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wielcy, czy mali? Jakimi jesteśmy w oczach Boga?

2019-10-14 08:14

Anna Majowicz

Homilia arcybiskupa lwowskiego, abp Mieczysława Mokrzyckiego wygłoszona podczas odpustu św. Jadwigi na wrocławskim Kozanowie:

Anna Majowicz
Sumie odpustowej przewodniczył abp Mieczysław Mokrzycki

Każda uroczystość odpustowa pozwala nam na naszej drodze życia spotkać świętość zwykłej, a zarazem niezwykłej osoby. Dzisiaj spotykamy św. Jadwigę, o której we Wrocławiu powiedział św. Jan Paweł II, że ,,wyraziła się w jej życiu, jakby cała pełnia powołania chrześcijańskiego".

Jadwiga żyła miłością Boga tak, jak głosi pierwsze przykazanie Ewangelii. W małżeństwie, jako żona i matka, a kiedy owdowiała z łatwością dostrzegła, że ta ogromna miłość do Boga może stać się miłością wyłączną boskiego oblubieńca. I poszła za tym powołaniem.

Dopełnieniem tej charakterystyki niech będą słowa nieznanego autora, który w XIV w. napisał: ,,Chrystus nie ma innych rąk, tylko nasze ręce, aby wykonywać dzisiaj swą pracę. Nie ma innych nóg, tylko nasze nogi, aby ludzi prowadzić po swojej drodze. Chrystus nie ma innych ust, tylko nasze usta, aby ludziom opowiadać o sobie. Nie ma innej pomocy, tylko naszą pomoc, aby ludzi sprowadzać na swoją stronę. My jesteśmy jedyną biblią, którą jeszcze czytają współcześni. Jesteśmy Boga ostatnią nowiną, zapisaną w czynach i słowach”.

Zatem świętość Jadwigi, to droga realizacji przykazań, zaufanie Bogu tak w chwilach pełnych radości i szczęścia, jak i w chwilach pełnych cierpienia, kiedy trzeba wziąć krzyż i pójść za Chrystusem. Jej świętością była rodzina, której pozostała wierna. Jej świętością było życie sakramentalne, a szczególnie zrozumienie wartości sakramentu małżeństwa będącego fundamentem rodziny. Jej świętością było także poznanie wartości modlitwy i ofiarowanie swych rąk, nóg, głosu i życia, by móc działać z Chrystusem i dla Chrystusa.

Moi kochani upłynęło tyle wieków od śmierci św. Jadwigi, a droga jej świętości nie straciła na aktualności. W naszym kraju kroczącym od przeszło tysiąca lat drogą chrześcijańskich wartości, nadal musimy uczyć zachowania drogi Bożych przykazań, które pogubione i bardzo często lekceważone, są nadal prawem Boga i nigdy nie przestaną nim być.

A przecież Jezus powiedział do swoich uczniów: "Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem, powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim".

Zatem od wypełnienia prawa zależy wielkość lub małość człowieka. Rozumiała to doskonale św. Jadwiga i osiągnęła zbawienie. A ja i ty? Gdybyśmy dzisiaj umarli i stanęli przed Bogiem z prawdą swego życia, to jakimi bylibyśmy w oczach Boga? Wielkimi czy małymi?

Spoglądając na św. Jadwigę możemy stwierdzić stanowczo, że bardzo ważnym etapem drogi jej świętości była rodzina, rozumiana jako związek mężczyzny i kobiety połączony sakramentem i pobłogosławiony przez kapłanów. To o takiej drodze do świętości napisze św. Jan Paweł II: ,,dawanie świadectwa bezcennej wartości nierozerwalności i wierności małżeńskiej jest jednym z najcenniejszych i najpilniejszych zadań małżonków chrześcijańskich naszych czasów”.

I znów pytanie, czy taka jest Twoja droga do świętości, w rodzinie silnej Bogiem i zjednoczonej wokół prawdy słowa Bożego? Droga św. Jadwigi taka właśnie była, co oznacza, że jest ona możliwa do przejścia. To dlatego Kościół, jako wspólnota ludzi wierzących zawsze widział, widzi i będzie widział w rodzinie obraz nieustannej komunii z Chrystusem, której źródłem jest miłość oddająca się całkowicie i niecofająca się nawet przed krzyżem.

Zobacz zdjęcia: Odpust ku czci św. Jadwigi na wrocławskim Kozanowie

Św. Jan Paweł II napisał również że ,,rodzina chrześcijańska jest wezwana i zobowiązana do dialogu z Bogiem poprzez życie sakramentalne, ofiarę życia i modlitwę. Poza modlitwą poranną i wieczorną należy polecić lekturę i rozważanie słowa Bożego, przygotowanie do sakramentu, nabożeństwo i poświęcenie sercu Jezusowemu”.

Zatem pytam ciebie współczesna matko, czy uczysz swoje dzieci modlitwy chrześcijańskiej? Czy przygotowujesz je w łączności z kapłanami do sakramentu spowiedzi, komunii św. i bierzmowania? Czy odmawiasz różaniec w rodzinie? Te pytania nasuwają się tutaj, gdy patrzymy na św. Jadwigę, która nigdy nie zaniechała troski o zachowanie religijnego życia w swojej rodzinie. A czasy, w których żyła były trudniejsze od naszych pod każdym względem. W tym wszystkim jednak nie była sama. U jej boku był mąż, wspierający swą żonę i biorący odpowiedzialność za swój dom. Dlatego i ciebie mężu i ojcze pytam: jaka jest Twoja odpowiedzialność za rodzinę? Czy umiesz modlić się ze swoimi dziećmi, żoną i całą wspólnotą domową? Czy wypływającym z tej wiary postępowaniem dajesz dobry przykład dojrzałego chrześcijaństwa? Czy jesteś autorytetem prawdy, uczciwej miłości i szacunku wobec Boga i ludzi? Te pytania nabierają powagi dzisiaj, gdy stajemy wobec świętości kobiety, która dawała i daje jednoznaczną odpowiedź - nie zaniedbałam, nie zwątpiłam, wytrwałam, dlatego, że Bóg w moich uczynkach, pragnieniach i modlitwie był drogą mojego życia.

Moi drodzy spotkaliśmy dzisiaj na drodze naszego życia kobietę dzielną, która nie lękała się opowiedzieć po stronie prawdy, wolności i szacunku wobec każdego człowieka. Dlatego dziękujemy za jej święte życie i prośmy, by kroczyła z nami po drogach wiary, jako dobra przewodniczka w niebie. Naśladujmy jej drogę miłości, kierując swoje uczucie i działanie w stronę Boga, bliźniego a nawet nieprzyjaciela.

Święta Jadwigo prosimy wstawiaj się za nami, abyśmy stali się takimi, jakich pragnie mieć nas Bóg. Nasza święta patronko wspieraj nas w trosce o zachowanie pokoju, aby nikt i nic nie zagrażało szczęśliwemu i błogosławionemu życiu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem