Reklama

Chwila w raju

2019-02-13 07:43

Maciej Kaczor
Niedziela Ogólnopolska 7/2019, str. 18-19

Archiwum Magdaleny Wolińskiej-Riedi
Parze Polaków, którzy wzięli ślub w Monagrillo, jako prezent podarowano sesję zdjęciową w tradycyjnych panamskich strojach. Sam wianek panny młodej ma wartość 14 tys. dolarów, a kapelusz pana młodego – 500 dolarów

Tłum wiernych zgromadzonych w kaplicy lotniska Okęcie powoli kierował się ku pozostawionym przed wejściem w nieładzie walizkom i plecakom. Pielgrzymi po zakończonej Eucharystii udawali się do stanowisk linii lotniczych, aby odprawić bagaż i rozpocząć długą podróż. Był poranek 14 stycznia. Za mniej więcej 24 godziny dotrą do celu – diecezji Chitré, aby uczestniczyć w Dniach w Diecezjach, poprzedzających główne wydarzenia Światowych Dni Młodzieży w Panamie

Panama nazywana jest przez swoich mieszkańców „Mostem Ameryk” i „Sercem wszechświata”. To pierwsze określenie odnosi się do niewielkiego przesmyku, który zajmuje ten kraj, a który jest łącznikiem między ogromnymi połaciami terenu Ameryk Północnej i Południowej. Drugie zaś wynika z historii naszej planety, bo jak z pełnym przekonaniem donoszą Panamczycy, to wtedy, gdy z wody wynurzył się ich kraj, zmieniły się prądy morskie, a tym samym klimat całej Ziemi.

Różnice pogodowe natomiast między Polską a Panamą były równie zaskakujące dla Polaków i dla Panamczyków. – Naprawdę u was teraz jest śnieg? Jak on wygląda? Jest miękki, twardy?  – pytali z niedowierzaniem. Jednym z marzeń ludzi mieszkających w kraju o tropikalnym klimacie, w którym średnia temperatura to +25°C, jest na własnej skórze poczuć biały puch.

Polska ziemia w Ameryce

Chłód w kraju naszych gospodarzy nie utrzymałby się długo, bo ich serca momentalnie stopiłyby każdy lód. W relacjach pielgrzymów przybyłych do Chitré powtarzają się zachwyty nad gościnnością miejscowej ludności. – Uderza wielka otwartość Panamczyków. Od powitania, przez otwarcie swoich domów, serwowane posiłki (w takich ilościach, że na pewno wróciłam z Panamy z małym nadbagażem), uśmiech i ciekawość poznania nas, Polaków, i naszych tradycji – opowiada Kasia, która na ŚDM udała się ze wspólnotą karmelitańską. – Jest to naród dumny ze swojej kultury, pełen wiary. Rodzina, która przyjęła mnie w Chitré, mieszka skromnie, ale gościnność jej członków może niejednokrotnie zawstydzić naszą polską. Od samego początku traktowali mnie jak swoją córkę – dodaje.

Reklama

Dni w Diecezjach to okazja do poznania życia codziennego i tradycji lokalnej ludności. Obok tego, że śpiewaliśmy pieśni uwielbienia po hiszpańsku, mieliśmy okazję obejrzeć całą paletę panamskich tradycyjnych tańców – od najbardziej reprezentatywnego el punto, przez la espinę, mającą na celu przyciągnięcie uwagi kobiety, po baile diabolico, czyli ukazanie walki dobra ze złem, tańczone na Boże Ciało. Oprócz tego słuchaliśmy improwizacji w stylu torente, w którym śpiewak na bieżąco wymyśla tekst do podkładu gitarowego. W naszym przypadku wychwalał piękno ŚDM w Panamie.

Polacy nie pozostali dłużni w promowaniu własnej kultury. – Ja poprowadziłam poloneza w domu gospodarzy, pokazałam też filmy z krakowiakiem oraz tańcem góralskim. Największe wrażenie zrobiły jednak energiczne pieśni lednickie – wspomina Kasia z grupy karmelitańskiej. Panamczyków zaskoczyły także nasze zwyczaje związane z wiarą: – Zdziwiło mnie, że nie jecie mięsa w piątki. My czynimy tak tylko w Wielkim Poście – przyznaje Oris, gospodyni przyjmująca pielgrzymów. Dużo radości sprawiała też nauka podstaw języka polskiego, niezwykle wymagającego dla Panamczyków. – Gdy mówicie między sobą, nie mamy pojęcia, o co chodzi! Słychać tylko jakieś „sz” i „cz” – śmieje się Dario de Gracia, mąż Oris. Dużym sukcesem było nauczenie gospodarzy słowa „smaczne”, odnoszącego się do przygotowanych dla nas dań. Mała Keyrin, u której w domu także mieszkali pielgrzymi, od tej chwili używa tego zwrotu przy rodzinnych posiłkach. – Byłam bardzo szczęśliwa, że przyjechał do nas papież Franciszek i nas błogosławił. Ze Światowych Dni Młodzieży zapamiętam przepiękny hymn – dodaje 6-latka, która z zainteresowaniem słuchała także polskiej wersji tej pieśni.

Wspomnienia z Chitré to przede wszystkim lawina dobra, którą zostali zasypani Polacy. – To najlepiej spędzony czas w moim życiu. Mnóstwo nowych przyjaciół, wspólnych zabaw, śpiewów – mówi Tomasz, inżynier mechaniki, który pielgrzymował z grupą z archidiecezji warszawskiej. – Poznaliśmy wspaniałą osobę, Anę, która codziennie spędzała z nami czas, chciała cieszyć się tym świętem. To dla mnie typowa przedstawicielka panamskiej społeczności: wesołe oczy, hart ducha i wspaniałe serce, które okazywała nam każdego dnia. Gdy wyjeżdżaliśmy z Chitré, niektórzy płakali – tak byliśmy zżyci.

Jednym z najbardziej wzruszających momentów była adoracja Najświętszego Sakramentu w kościele w Monagrillo. Chór śpiewający w dwóch językach i prawdziwa obecność Jezusa, którą nagradzano oklaskami, potęgowały przeżycia. Na wielu twarzach łzy wzruszenia pojawiły się także po pięknym geście ze strony polskich pielgrzymów, którzy przeprowadzili zrzutkę dla wolontariuszy z Chitré, bo nie stać ich było na wyjazd na główne obchody. – Niech pieniądze nigdy nie będą problemem dla spotkania z Bogiem!  – nawoływali polscy księża. Proboszcz tamtejszej parafii, żegnając nas, z mocą podkreślał, że ziemia Monagrillo to teraz także nasza ziemia.

Rzeczywistość nie istnieje

W stolicy kraju można było doświadczyć Kościoła globalnego, którego każdy z nas jest częścią. – Kościół naprawdę jest powszechny. Chciałbym, by młodzi w Polsce wystrzegali się jakichkolwiek uprzedzeń w stosunku do innych nacji. Każdy człowiek to niesamowita historia i jako ludzie jesteśmy sobie bardzo bliscy – przekonuje Maciej, 24-letni student z Warszawy. – Nie bójcie się wyjść do świata i zanieść Jezusa tam, gdzie żyjecie. Po ŚDM jestem przekonany, że drzemie w nas ogromna siła. Trzeba tylko przestać się bać i żyć Ewangelią na 100 procent – dodaje.

Na ulicach Panama City nieustannie słyszeliśmy klaksony samochodów. Nie oznaczało to jednak, że zaburzaliśmy ruch uliczny – po prostu w taki sposób panamscy kierowcy wyrażali radość z widoku spacerujących z flagami pielgrzymów z całego świata. W Panamie można było odkryć inną radość od tej, którą znamy z naszych stron. – Na własne oczy mogłem zaobserwować, jak pięknie uwielbia się Boga w Ameryce Łacińskiej. Masa energii, śpiew i tańce do białego rana przy dźwiękach gitary czy bębnów to tutaj codzienność. Do tego dochodzą niewiarygodna otwartość i życzliwość ludzi gotowych dzielić się swoimi doświadczeniami związanymi z wiarą i wysłuchać, co w tej kwestii do powiedzenia mamy my. W takich okolicznościach zdecydowanie łatwiej się otworzyć i pozwolić Duchowi Świętemu wlać radość, by potem przekazywać ją innym ludziom – tłumaczy Jan, student prawa z Warszawy.

Święto młodych to okazja do zawarcia nie tylko nowych znajomości. My spotkaliśmy się z Justinem z RPA, którego poznaliśmy na ŚDM w Krakowie. Od jego znajomych usłyszeliśmy doniesienia, jakoby następne po Lizbonie dni młodych miały się odbyć w Durbanie w RPA, gdzie organizuje się na razie Mini-ŚDM dla Afryki. Bo każdy chciałby gościć ten festiwal miłości u siebie. Panamczycy z żalem żegnali się ze swoją rolą. – Dziękuję za bycie od teraz częścią Panamy i za przybycie do naszego malutkiego kraju na spotkanie z Ojcem Świętym – mówi wzruszony David, wolontariusz. Nathalie, także wolontariuszka, dodaje: – Wy, pielgrzymi, daliście mi mnóstwo miłości i radości, pogłębiłam swoją wiarę. To, co pozostanie po ŚDM, to pewność, że Chrystus jest w moim sercu, i że poznałam wiele osób, o których zawsze będę pamiętała.

Podczas tego święta rzeczywistość została jakby zachwiana. Nie ma barier, granic, języków. Jeden z dziennikarzy opowiadał, że spotkał chłopaka, który nie rozumiał hiszpańskiego, a mimo to twierdził: – Wystarczy, że spojrzę w twarz Papieża i już odczytuję ten spokój, który chce przekazać!

Zgodnie potwierdzają to inni. – Nie liczył się czas ani trud. Cieszyliśmy się tym wszystkim, jakbyśmy byli przez chwilę w raju – przekonuje Tomasz. I dodaje dla niezdecydowanych na kolejne edycje ŚDM: – Jeśli ktoś szuka Boga lub podważa Jego istnienie, to musi przeżyć COŚ TAKIEGO. Nie da się przejść obojętnie przez Światowe Dni Młodzieży!

Tagi:
reportaż Panama

Reklama

Gdy chcesz głosić Chrystusa, nie myślisz o niebezpieczeństwach

2019-01-08 11:58

Grzegorz Polak
Niedziela Ogólnopolska 2/2019, str. 18-20

Trzech księży diecezjalnych, cztery siostry zakonne, jeden kapłan zakonny, brat zakonny i jedna osoba świecka przygotowują się w warszawskim Centrum Formacji Misyjnej do wyjazdu na misje. Między najmłodszym i najstarszym kandydatem jest 40 lat różnicy

Archiwum Centrum Formacji Misyjnej
S. Amadeusza Sowińska i s. Karola Matyjaszczyk akompaniują na gitarach podczas Mszy św. w kaplicy Centrum Formacji Misyjnej

Większość z nich powołanie misyjne odkryło bardzo wcześnie. Przypadek s. Janiny Samolewicz ze Zgromadzenia Sióstr Służebnic Jezusa w Eucharystii, zwanych popularnie eucharystkami, świadczy o tym, że na posługę misyjną nigdy nie jest za późno. Bóg może się upomnieć o człowieka nawet wówczas, gdy zbliża się on do emerytury albo nawet zaczyna korzystać z jej dobrodziejstw. Tak było w przypadku ks. Józefa Zyzaka z diecezji tarnowskiej, który nazywa siebie „misjonarzem ostatniej godziny”, bo wyjechał do Boliwii w wieku 72 lat.

Na Kubę, do ludzi głodnych Boga

S. Janina Samolewicz wie, co to znaczy być z dala od ojczyzny. Siostra, która jest w zgromadzeniu eucharystek od 1967 r., pracowała bowiem na Syberii i w Wilnie.

O misjach na Kubie zaczęła myśleć stosunkowo niedawno. Na pytanie, skąd się wzięło u niej powołanie misyjne, odpowiada: – A skąd może pochodzić, jak nie z Ducha Świętego? I dodaje: – Z mojej strony była to tylko odpowiedź „tak” na potrzeby Kościoła.

Te potrzeby s. Janina dostrzegła na dalekiej Kubie. W 2012 r. uczestniczyła w zjeździe referentów misyjnych w Niepokalanowie. Jej uwagę zwrócił obecny tam ksiądz „z innej niż nasza kultury”, którym okazał się dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych na Kubie ks. Castor José Alvarez Devesa. Opowiadał on o wspaniałym kapłanie z Polski, który porwał ludzi ku Matce Bożej. Ks. Devesa przekazał też prośbę kubańskich biskupów o misjonarzy. – Od tego czasu byłam modlitwą na Kubie, zawierzałam Panu Bogu pracę misyjną w tym kraju – wspomina s. Janina.

Pięć lat później eucharystka uczestniczyła w podobnym zjeździe. Dowiedziała się wówczas, że byli w Polsce biskupi z Kuby z prośbą o misjonarzy, w tym o siostry zakonne z Polski. Argumentowali, że Polacy najlepiej rozumieją Kubańczyków, gdyż sami przeszli doświadczenie ateizacji.

– To podziałało jak ocknienie, choć wydawało się nierealne. Misja na Kubie nie jest w możliwości naszego małego zgromadzenia, żadna z nas nie mówi po hiszpańsku, a ja dobiegam do siedemdziesiątki. Ale cóż mogę powiedzieć, skoro Pan Jezus mnie dotknął, a u Boga nie ma nic niemożliwego. Toteż kiedy podczas Mszy św. poczułam łaskę Bożą, odpowiedziałam: „jestem do dyspozycji” – wyznaje s. Janina.

Jednak żeby zostać kandydatem do wyjazdu na misje, trzeba było pokonać wiele trudności. – Jak to siostra widzi? Bo ja nie widzę – powiedziała szczerze matka generalna, kiedy s. Samolewicz rozmawiała z nią o gotowości wyjazdu na Kubę. Sprawa ta stanęła jednak na zarządzie. Radna generalna skontaktowała się z ks. Maciejem Będzińskim, sekretarzem krajowym Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary, który z kolei skierował ją do ks. Jana Fecki, dyrektora Centrum Formacji Misyjnej. Po rozmowie z ks. Fecką dwie eucharystki – s. Janina Samolewicz i s. Magdalena Odolińska wykonały badania medyczne w Gdańsku, które dały pozytywny wynik, a ponadto – także z wynikiem pozytywnym – ukończyły czteromiesięczny kurs języka hiszpańskiego w Instytucie Cervantesa.

S. Janina, w porozumieniu ze swoją przełożoną generalną, nawiązała korespondencję z ordynariuszem diecezji Santa Clara bp. Marcelem Arturem Gonzálezem Amadorem. Przekazał on dwa listy od proboszcza z parafii świętych Piotra i Pawła w Corralillo, który prosił o żeńską wspólnotę zakonną oraz ukazywał potrzeby „ludzi głodnych Boga, którym nie ma kto Go przybliżać”.

Kiedy s. Janina poinformowała bp. Artura o zgodzie przełożonej generalnej na podjęcie przez obie siostry przygotowania w CFM do wyjazdu na Kubę, nie zdążyła zamknąć komputera, gdy nadeszła odpowiedź. Biskup Santa Clara wyraził wielką radość w nadziei przyjazdu polskich sióstr i dziękował za to Jezusowi ukrytemu w Eucharystii.

Rzeczywistość zmienia się modlitwą

Ks. Paweł Dąbrowa, pochodzący z parafii Najświętszej Maryi Panny Szkaplerznej w Dąbrowie Tarnowskiej, już gdy wstępował do seminarium, wiedział, że będzie misjonarzem. Jako kilkunastoletni chłopak interesował się misjami. Z zaciekawieniem słuchał opowieści misjonarzy, w tym pracującego kiedyś w jego rodzinnej parafii ks. Mieczysława Pająka, który posługiwał w Republice Środkowoafrykańskiej. W seminarium to zainteresowanie się pogłębiło. Wstąpił do kleryckiego Ogniska Misyjnego, a po drugim roku seminarium wyjechał z dwoma kolegami na staż misyjny do Republiki Środkowoafrykańskiej i Kamerunu, pod kierunkiem obecnego ojca duchownego tarnowskich misjonarzy ks. Stanisława Wojdaka. Przyglądali się posłudze księży z diecezji tarnowskiej, pomagali im w pracach fizycznych. To wówczas w kleryku Pawle zrodziło się pragnienie, żeby zostać misjonarzem w Afryce. – Afryka ma to do siebie, że jak się tam już raz było, to chce się wrócić – opowiada ks. Dąbrowa.

Kandydat na misjonarza zdaje sobie sprawę, że RŚA to niebezpieczny kraj, targany bez przerwy rebeliami. Nie myśli jednak o niebezpieczeństwach. Chce tam pracować bez względu na to, czy będzie tam wojna, czy pokój. Jego zdaniem, nie ma sensu rozmyślać o czymś, na co się teraz nie ma wpływu.

– Wszystko jest w ręku Boga, a rzeczywistość najlepiej zmienia się modlitwą – podkreśla ks. Dąbrowa.

Wzorem misjonarza dla ks. Pawła jest zamordowany w 1998 r. w Loulombo w Republice Konga fideidonista z diecezji tarnowskiej ks. Jan Czuba. – Chciałbym być taki jak on – deklaruje ks. Dąbrowa.

Po ukończeniu Centrum Formacji Misyjnej czeka go dwuletni kurs językowy i duszpasterski we Francji.

Jeden z Legionu Misyjnego

Przykład kolegi kursowego ks. Pawła Dąbrowy – ks. Tomasza Kaczora pokazuje, jak kapitalne znaczenie ma animacja misyjna. Po trzeciej klasie gimnazjum Tomasz (przypadkiem?) w zastępstwie kolegi pojechał na „Misyjne wakacje z Bogiem”, prowadzone przez ks. Waldemara Sosnowskiego. Jeszcze podczas tych samych wakacji trafił pod skrzydła ks. Andrzeja Augustyna, który prowadził Szkołę Animacji Misyjnej. Z tej inicjatywy zrodziło się Stowarzyszenie Inicjatywa Młodzi Misjom, które prowadzi animację misyjną na terenie diecezji oraz organizuje różne akcje mające na celu pomoc tarnowskim misjonarzom. Umożliwia także młodzieży wyjazdy na staże misyjne. To był początek powołania misyjnego chłopca z parafii Wielogłowy.

Ks. Kaczor wspomina, że „od razu go wciągnęło”. I tematyka, i fajni ludzie, którzy – tak jak on – zaczęli sobie uświadamiać, jak ważnym zadaniem dla Kościoła są misje.

Kiedy Tomasz wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie, od razu zaangażował się w działalność kleryckiego Ogniska Misyjnego. Zapisał się na lektorat języka hiszpańskiego, bo postanowił, że jako misjonarz będzie pracował w kraju, gdzie ten język jest w użyciu. W 2011 r. odbył staż misyjny w Ekwadorze. Dziś podkreśla ważność tej inicjatywy: dzięki stażom blisko dwudziestu młodych kapłanów z diecezji tarnowskiej wyjechało na misje.

Kleryk Kaczor cały czas intensywnie uczył się języka. Raz nawet bp Leszek Leszkiewicz, były misjonarz w Ekwadorze, skwitował to słowami, że Tomek w seminarium uczył się tylko hiszpańskiego. Oczywiście, kandydat na misjonarza wiedział, że to tylko żart. Faktem jest, że wykorzystywał każdą okazję, aby pogłębiać znajomość języka, jak np. pielgrzymka do Santiago de Compostela czy kolejny staż misyjny, na który wraz z klerykami udał się do Peru w 2015 r., półtora miesiąca po przyjęciu święceń kapłańskich. Już jako kapłan dwukrotnie zastępował księdza z diecezji tarnowskiej pracującego w Hiszpanii. Wiele razy wyjeżdżał do krajów języka hiszpańskiego.

Ks. Kaczor, podobnie jak ks. Dąbrowa, należy do Legionu Misyjnego, nieformalnego stowarzyszenia przyjaciół misji – duchownych i świeckich – powołanego przez ks. Stanisława Wojdaka oraz seminarzystów WSD w Tarnowie. Spotykają się raz w miesiącu. Efektem ich działalności jest wzrost powołań misyjnych w diecezji tarnowskiej – kilka osób z tego grona ukończyło Centrum Formacji Misyjnej.

Ks. Tomasz Kaczor przygotowuje się do wyjazdu do Ameryki Południowej. Krajem jego posługi będzie najprawdopodobniej Boliwia.

Najważniejsze są sakramenty

O. Elizeusz Czwerenko OFM od młodości miał predyspozycje na misjonarza. – Byłem wagabundą, lubiłem się wałęsać, nie stanowiło dla mnie problemu, aby gdzieś wyjechać „tak jak stoję” – wspomina kandydat do wyjazdu do Boliwii.

Jako chłopak Krzysztof (Elizeusz to jego imię zakonne), pochodzący ze Sztumu k. Malborka, czytał książki podróżnicze, fascynował się Indianami.

Z misjami zetknął się w nowicjacie, gdzie słuchał opowieści franciszkańskich misjonarzy. Nie czuł jakiegoś szczególnego impulsu, ale pod koniec nowicjatu zadał sobie pytanie: „A może jechać?”. Gdy wstępował do Wyższego Seminarium Duchownego Zakonu Braci Mniejszych w Panewnikach, postanowił uczyć się hiszpańskiego, bo już wiedział, że chce pracować w Boliwii. Dlaczego tam? Bo w Ameryce Łacińskiej tylko w Boliwii polska prowincja Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny Zakonu Braci Mniejszych ma misjonarzy. – To było praktyczne podejście, choć, oczywiście, mogę jechać gdzie indziej, jeśli taka będzie wola przełożonych – mówi brodaty franciszkanin.

O. Elizeusz jest przygotowany na wszystko. Nie wie, dokąd zostanie posłany: w góry, na niziny czy do dżungli. – Oczywiście, najlepiej byłoby pracować gdzieś na nizinie, bo nad jeziorem Titicaca leżącym na wysokości prawie 4 tys. m n.p.m. nawet Boliwijczycy nie wytrzymują zbyt długo, a co dopiero Europejczycy – zauważa franciszkanin.

W jakiej roli widzi się na misjach? – Będę robił to, co będzie trzeba. Jednak najważniejsza jest posługa sakramentalna. Boliwia to kraj, który potrzebuje kapłanów do odprawiania Mszy św. Nieraz trzeba przedzierać się prawie 200 km przez dżunglę, aby odprawić Mszę św. dla ludzi, którzy czekają na kapłana – mówi o. Elizeusz.

W Boliwii w ostatnich kilku latach zginęło tragicznie troje młodych polskich misjonarzy. Na pytanie, czy jest tego świadomy, franciszkanin odpowiada, że zginąć tragicznie można wszędzie, także w Polsce. – W Boliwii od kilkudziesięciu lat żyją Polacy, którym nic się nie stało, choć mówi się o Ameryce Południowej jako o beczce prochu z tykającym zegarem. Najbardziej przeraża nas to, co jest nieznane – uważa o. Elizeusz.

Wzorem są dla niego misjonarze, którzy nie uciekają pod wpływem grożącego niebezpieczeństwa. Tak – bohatersko – zachowali się jego konfratrzy, polscy franciszkanie z misji w Republice Środkowoafrykańskiej, których napadli muzułmańscy rebelianci. – Oni nie opuścili ludzi, bo wiedzieli, że jak to zrobią, miejscowa ludność pozostanie całkowicie bez jakiejkolwiek ochrony i nadziei na przyszłość – twierdzi o. Elizeusz.

Marzenie o Chinach

Do wyjazdu do Boliwii szykuje się też jedyna osoba świecka, Barbara Kubicka. Co może robić na misjach 25-letnia dziewczyna z tytułem magistra obojga praw? Życie pokaże, ale możliwości jest wiele, np. praca wychowawczyni w internacie dla dziewcząt.

Fascynacja misjami zrodziła się u małej Basi w rodzinnej parafii w Lublińcu, prowadzonej przez misjonarzy oblatów. Pierwsze marzenie o wyjeździe na misje pojawiło się w tamtejszym liceum o profilu geograficzno-językowym.

Na studiach na UKSW w Warszawie myśl o misjach przycichła. Barbarę pochłonęły formacja w duchu nowej ewangelizacji i prowadzenie rekolekcji kerygmatycznych w ramach projektu ewangelizacyjnego Młodzi – Młodym.

Podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie w ramach Międzynarodowego Centrum Ewangelizacji, wraz ze Wspólnotą św. Tymoteusza, przemierzała miasto wzdłuż i wszerz. – Od pierwszego dnia Pan Bóg zaczął się o mnie upominać: Co jest dla ciebie najważniejsze? Jakie jest twoje powołanie? Odebrałam to jako wezwanie do tego, bym przestała się kurczowo trzymać swoich pomysłów i planów i pozwoliła działać Bogu – wspomina Barbara.

Wówczas powróciła myśl o misjach. Po ŚDM do Lublińca przyjechali studenci z Chin. Barbara gościła u siebie w domu zakonnika – oblata i chłopaka – lidera wspólnoty młodzieżowej. Z pasją dyskutowali o życiu duchowym: jak prowadzić spotkania formacyjne, jak przeżywać wiarę w warunkach prześladowania Kościoła. Zaraz po wyjeździe gości Barbara pomyślała o przygotowaniu dla nich rekolekcji. No, ale jak tu wyjechać do Chin?

Na przełomie września i października 2016 r. wspólnota Basi prowadziła rekolekcje w Górznie, w diecezji siedleckiej. Dołączył do nich tamtejszy wikariusz, opiekun KSM, ks. Paweł Wysokiński.

Dwa miesiące po tych rekolekcjach w jednej z rozmów Basia opowiedziała ks. Pawłowi o jeszcze większej chęci głoszenia Ewangelii, o nowej ewangelizacji, o gościach z Chin i o myślach związanych z przygotowaniem rekolekcji dla nich. Ks. Paweł opowiedział też o swoich marzeniach i pomysłach, które miał w sercu, i na koniec powiedział: – Basia, jedziemy do Chin! Bez żadnego namysłu odparła: – Tak. Ochłonęli nieco i po 10 minutach dziewczyna zapytała: – Czy Ksiądz sobie zdaje sprawę z tego, co powiedział?

Doszli do wniosku, że można połączyć pracę misyjną z nową ewangelizacją, ale w miejscu, gdzie jest to obecnie możliwe.

– Zaczęliśmy się o to modlić i pytać Boga, jak to zrealizować. Po jakimś czasie pojawiła się perspektywa wyjazdu do Boliwii. Oprócz mnie do wyjazdu zgłosiły się jeszcze dwie dziewczyny z mojej wspólnoty. Wszyscy chcemy głosić Chrystusa i – wzorem św. Pawła – tak formować grupy, aby one, gdy będą gotowe, mogły robić to samo – tłumaczy Barbara Kubicka.

W październiku 2018 r. ks. Paweł Wysokiński wyleciał do Boliwii. W tym roku dołączy do niego Barbara, a następnie wspomniane dwie dziewczyny.

– Nie wykluczam jednak, że polecę do Chin. Pan Bóg ma przecież duże poczucie humoru – przekonuje Barbara Kubicka.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Orzech świętuje 80-tkę!

2019-11-10 17:16

Agata Pieszko

Nasz kochany kapłan, ks. Stanisław Orzechowski, obchodził swoje 80. urodziny w czwartek, 7 listopada. Wtedy w Duszpasterstwie Akademickim „Wawrzyny” odprawiono Mszę św. w jego intencji. Dziś także sprawowano jubileuszową Eucharystię, ale już w obecności samego Orzecha!

Agata Pieszko

Wawrzynowa kaplica znów wypełniła się po brzegi studentami i absolwentami duszpasterstwa, którzy przyjechali nie tylko z Wrocławia, a z różny miast Polski, a nawet zagranicy, by świętować razem ze swoim wychowawcą.

– Większość z Was rozpoznaję, niektórych trzymałem nawet do chrztu! – zauważył jubilat.

Eucharystię koncelebrował o. Piotr Bęza, Prowincjał Polskiej Prowincji Misjonarzy Klaretynów, który przez 6 lat był prawą ręką Orzecha w sprawach duszpasterskich, a także ks. Stanisław Araszczuk, proboszcz Parafii św. Judy Tadeusza w Legnicy, będący jednym z pierwszych powołań rodzących się przy Orzechu oraz ks. Aleksander Radecki, wieloletni przyjaciel pasterza. To właśnie on wygłosił uroczysta homilię. Po Eucharystii do świętowania dołączył także ks. Wojciech Zięba.

Na początku głoszenia słowa, ks. Radecki zadał wiernym pytanie, o największą trudność, z jaką mierzymy się w trakcie wszystkich spotkań z Jezusem.

– Trudność jest jedna – usłyszeć, co mówi do nas Chrystus i odpowiedzieć na Jego wołanie. Nie mam wątpliwości, że wielu ludzi rezygnuje z tych spotkań. Świadczą o tym statystyki – powiedział pasterz.

Niedzielna Liturgia Słowa mówiła o Zmartwychwstaniu. Kaznodzieja zadał więc kolejne pytanie – czy my, ludzie wierzący, wierzymy w życie po śmierci? My, którzy przychodzimy na niedzielną Eucharystię?

– Prawda wiary o Zmartwychwstaniu nie ma powszechnego uznania wśród wierzących w Chrystusa. Chciałbym zaproponować odważnym osobom, które nie boją się lektury Pisma Świętego, by przeanalizowały spotkanie Jezusa z uczniami po Jego Zmartwychwstaniu. To był jeden wielki ciąg niepewności i wątpliwości. Nie wierzyli, choć Pan Jezus z nimi jadł, dawał się dotknąć… Zmartwychwstanie ciała nie znajduje potwierdzenia wśród wierzących ludzi! Dlaczego? Bo skoro uzna się cud Zmartwychwstania, trzeba będzie przyjąć całą naukę Chrystusa – podkreślał ks. Radecki.

Po odniesieniu się do czytania z Księgi Machabejskiej, ks. Radecki przytoczył także przykład św. Jan Marii Vianneya, który niczego nie pragnął dla siebie, a wszystkiego pragnął dla kapłaństwa.

– Trudno dzisiaj, patrząc na Orzecha, nie pytać, jaki jest ideał kapłaństwa. Orzechu Jubilacie, nie będziesz drugim proboszczem z Ars, ani św. o. Pio, ani św. Maksymilianem, ani błogosławionym Popiełuszką, ani św. Janem Pawłem II. Poznawaj i podpatruj ich drogi do świętości, ale szukaj i buduj własną, a twój ideał niech będzie tylko jeden – życzył jubilatowi jego młodszy brat w kapłaństwie.

Ks. Radecki życzył Orzechowi, by Jezus był jego jedynym wzorem, i by jeszcze bardziej rozkochiwał się w kapłaństwie, które powinno być źródłem radości w trudnościach, dodając mu otuchy słowami: "Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenie! Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy, a nie trać równowagi w czasie utrapienia! (...) Bo w ogniu doświadcza się złoto, a ludzi miłych Bogu - w piecu utrapienia. Bądź Mu wierny, a On zajmie się tobą, prostuj swe drogi i Jemu zaufaj!" (Syr 2, 1-6).

– Orzechu, czeka ciebie, i nas wszystkich, powołanych, wielki, niekończący się życiowy egzamin z wierności w trudnościach. On prowadzi także przez sale szpitalne, ale na szczęście znamy słowa Psalmu 27: "Pan moim światłem i zbawieniem moim, kogo miałbym się lękać? Pan obrońcą mego życia, przed kim miałbym czuć trwogę?” To sam Pan Jezus będzie stał za nami, kapłanami, we wszystkich kapłańskich poczynaniach – dodał na zakończenie ks. Radecki.

Po przyjęciu komunii, jubilat został obdarowany wieloma ciepłymi słowami. Dziękowali studenci, absolwenci, poszczególne grupy duszpasterskie oraz księża. Z ambony przytoczono wiele zabawnych historii, dziękowano także za dar życia Orzecha, włączając w to dziękczynienie rodziców. Dziękowano mu za stanowcze wychowywanie na odpowiedzialnych ludzi, za naukę dystansu do siebie, czy dobre przygotowanie do małżeństwa.

Niezwykły prezent

Na urodziny nie wypada przyjść z pustymi rękami, ale czym tu obdarować duszpasterza akademickiego na służbie od 52 lat, Honorowego Obywatela Wrocławia i Honorowego Obywatela Dolnego Śląska w jednym?

– Gdy w rodzinie świętuje się 80. urodziny, zazwyczaj dziadka, to przygotowuje się album wspominkowy, wyjmuje się zdjęcia, tworzy drzewo genealogiczne. Gdybyśmy my chcieli przygotować nasze drzewo, żeby złożyć prezent na 80.urodziny, nie dalibyśmy rady – mówiła Agnieszka Bugała, szefowa wrocławskiej edycji Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

Redakcja wrocławskiej "Niedzieli" postanowiła więc podarować Orzechowi coś, co będzie trwalsze, niż wszystkie kwiaty i nieco prostsze do wykonania, niż drzewo genealogiczne kilku pokoleń. Agnieszka Bugała, tłumacząc prezent, mówiła, że w przestrzeni miasta ważne osoby są honorowane uśmiechniętymi, małymi przyjaciółmi – krasnalami, i że dobrzy by było, gdyby w takim momencie, w jakim jest Kościół, wpleść w rzeczywistość miasta kapłana w sutannie.

– Artyści nie chcą robić krasnali w mieście, mówią, że to kicz. Chcieliśmy to trochę zmienić. Orzech uczył nas zmieniać rzeczywistość, stąd taki odważny pomysł – dodaje szefowa wrocławskiej „Niedzieli”.

Jak Orzech zareagował na projekt miejskiego krasnala z jego podobizną?

– Dobrze, ale żadnej czapki na głowie. Mam zbyt pięknie sklepione czoło!

Krasnal, który stanął dziś u wejścia kaplicy na ul. Bujwida będzie więc jedynym krasnalem w mieście bez czapki! Po niecałych trzech miesiącach pracy, w którą była zaangażowana redakcja Niedzieli wrocławskiej, na czele z szefową edycji, Agnieszką Bugałą, a także Grzegorz Niemyjski, artysta, który wyrzeźbił Orzecha w brązie, Krasnal Orzech stanął przy wejściu do kaplicy na ul. Bujwida. Po odsłonięciu rzeźby, w tłumie dało się słyszeć głosy: „super!”, naprawdę podobny!, „Orzechu, to Ty!”. Sam Jubilat był bardzo poruszony. Wspólne świętowanie przydłużyła agapa z pysznym, orzechowym tortem w tle!

Orzech po wszystkim był bardzo zmęczony, ale i bardzo szczęśliwy. W trakcie Eucharystii niewielu dostrzegło, kiedy 80-letni kapłan wpatrzony w Ciało Chrystusa wzruszył się i ocierał schorowanymi dłońmi łzy. To dla niego wielkie przeżycie. Pewnie marzył o odprawieniu Mszy św. od kilku miesięcy, które spędził w szpitalu…

Prosimy o modlitwę za naszego dobrego, kochanego kapłana!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Włochy: zakończyła się diecezjalna faza procesu beatyfikacyjnego Chiary Lubich

2019-11-12 14:11

pb (KAI/vidanuevadigital.com) / Frascati

We włoskim mieście Frascati koło Rzymu zakończyła się diecezjalna faza procesu beatyfikacyjnego Chiary Lubich, założycielki ruchu Focolari. Zmarła ona w 2008 r. w wieku 88 lat, a jej proces beatyfikacyjny rozpoczął się pięć lat później.

CSC Audiovisini

Uroczystości w katedrze diecezji, na której terenie - w Rocca di Papa - znajduje się międzynarodowa siedziba ruchu, przewodniczył 10 listopada ordynariusz Frascati bp Raffaello Martinelli. Opieczętowane akta procesu zostaną teraz przekazane do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Watykanie. W 75 pudłach zawierają one 35 tys. dokumentów na temat życia, cnót i opinii świętości kandydatki na ołtarze.

Przewodnicząca ruchu Focolari Maria Voce powiedziała, że pragnie on ofiarować Kościołowi „dar, jakim była Chiara”.

W wywiadzie dla dziennika „Avvenire” wicepostulator procesu Waldery Hilgeman z Holandii zaznaczył, że Lubich była nadzwyczajna „w radykalizmie swego życia, w swej codziennej wierności, biorąc na siebie bóle ludzkości poprzez duchowość Jezusa opuszczonego na krzyżu”, chcąc przyczynić się do wypełnienia modlitwy Jezusa: „aby stanowili jedno”.

Silvia Lubich urodziła się 22 lutego 1920 r. w Trydencie. Już jako nastolatka wraz ze swymi koleżankami postanowiła całe swoje życie opierać na Ewangelii. Połączyła je wiara w Boga, który jest miłością, oraz doświadczenie, że On kocha każdego i że miłość wzajemna, przeżywana zgodnie z Ewangelią, prowadzi do jedności, w której obecny jest Jezus.

W bombardowanym Trydencie 23-letnia Silvia, pracująca jako nauczycielka, i jej towarzyszki zaczęły pomagać najuboższym mieszkańcom miasta dając świadectwo, że możliwy jest świat solidarności i jedności, całkowicie inny od rzeczywistości wojny. W ich życiu osobistym i wspólnotowym zrodziła się nowa duchowość: „duchowość jedności”.

Od tej pory myślą przewodnią całego życia Silvii stała się modlitwa Jezusa: „Aby wszyscy byli jedno”. Postanowiła ona występować na rzecz jedności wszędzie tam, gdzie ujawniały się podziały. Wiara przeżywana we wspólnocie pozwoliła jej na rozwijanie duchowej jedności z innymi. Nie została żoną ani zakonnicą, ale wybrała nową drogę: budowania „ogniska domowego” (focolare) – małych wspólnot naśladujących Rodzinę z Nazaretu. 7 grudnia 1943 r. Silvia przyrzekła Bogu, że oddaje mu się na zawsze i zmieniła swe imię na Chiara, ku czci św. Klary z Asyżu.

Wokół wspólnoty młodych kobiet z Trydentu ukształtował się znany dziś na całym świecie ruch odnowy duchowej, zwany Focolari. Początkowo rozprzestrzenił się on we Włoszech, a później w Europie i na świecie. Jego charyzmatem jest wprowadzanie jedności wszędzie tam, gdzie jej brakuje, także poprzez angażowanie się w działalność ekumeniczną, w dialog z wyznawcami innych religii oraz we współpracę z wszystkimi ludźmi dobrej woli. Drogą realizacji tego zadania jest życie w miłości, które prowadzi do jedności – w rodzinach, społeczeństwie, między przedstawicielami różnych kultur i wyznań. Stanowi to zarazem skuteczne świadectwo o Chrystusie, które przekonuje, że życie zgodne z przykazaniami Jezusa nie jest utopią, lecz otwiera przed ludźmi lepszą przyszłość.

Oprócz żeńskich i męskich wspólnot życia konsekrowanego, w Ruchu wyodrębniły się również inne powołania: księża fokolarini – kapłani diecezjalni, tworzący wspólnoty na wzór focolare; wolontariusze – świeccy żyjący duchowością Dzieła Maryi, angażujący się we wszystkie dziedziny życia społecznego, aby przepoić je Ewangelią: GEN, czyli nowe pokolenie Ruchu – dzieci i młodzież, którzy jeszcze odkrywają swoje powołanie, już stawiając Boga na pierwszym miejscu w swoim życiu i angażując się w budowę lepszego, bardziej zjednoczonego świata. Oprócz nich działają tzw. ruchy szerokiego oddziaływania: Nowe Rodziny, gromadzące małżeństwa, które pragną budować swoją rodzinę na fundamencie Bożej Miłości; Nowa Ludzkość, stawiająca sobie za cel ewangeliczną odnowę wszystkich dziedzin ludzkiego życia; Młodzież dla Zjednoczonego Świata, w którym młodzi dążą do uwrażliwienia swoich rówieśników na potrzebę budowania bardziej zjednoczonego świata, podejmując różnorodne inicjatywy na rzecz najbardziej potrzebujących; Nowe Parafie, które pomagają parafiom, by coraz bardziej stawały się Kościołem-komunią.

Duchowe impulsy wynikające z duchowości ruchu Focolari dotyczą nie tylko życia osobistego, ale oddziałują również na rodzinę, gospodarkę, politykę, sztukę i życie Kościołów. Działa też 19 osiedli, zwanych Mariapoli – modeli nowego społeczeństwa (pierwsze i najbardziej znane z nich znajduje się w Loppiano koło Florencji), 27 domów wydawniczych, wydających czasopisma w 38 językach.

Ruch Focolare prowadzi ponad tysiąc dzieł społecznych w różnych krajach i środowiskach. Dynamicznie rozwija się tzw. ekonomia komunii, sformułowana w 1991 r. przez Chiarę podczas jej pobytu w Brazylii. Zaproponowała ona wówczas nowy sposób wykorzystania zysków przedsiębiorstw, uwzględniający potrzeby najuboższych. Właściciele firm biorących udział w projekcie ekonomii komunii decydują dobrowolnie dzielić wypracowane zyski na trzy części: na rozwój firmy, pomoc dla ubogich i wspieranie struktur Dzieła formujących ludzi do „kultury dawania”, bez której niemożliwe jest rozwijanie projektu. Według tych zasad działa ok. 700 przedsiębiorstw w kilkunastu krajach, w tym kilka w Polsce (w sektorze handlu i usług). Do Polski Dzieło Maryi dotarło w latach 60. W 1996 r. w Trzciance k. Wilgi pod Warszawą powstało Mariapoli. Ściślejszy kontakt z Dziełem w Polsce utrzymuje ok. 4,5 tys. osób.

Wieloletnie zaangażowanie Chiary Lubich na rzecz jedności zostało docenione. Uhonorowana została m.in. przyznaną przez Radę Europy Nagroda Praw Człowieka, Pokojową Nagrodą UNESCO i Nagrodą Templetona. Z okazji 80. urodzin władze Rzymu przyznały jej honorowe obywatelstwo Wiecznego Miasta. Nadano jej kilkanaście doktoratów honoris causa, m.in. Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego w 1996 r. W 2001 r. władze jej rodzinnego Trydentu zgłosiły jej kandydaturę do Pokojowej Nagrody Nobla.

Napisała ponad 30 książek przetłumaczonych na ponad 20 języków, w tym kilkanaście po polsku, m.in. „Tylko jedno” (1986), „Klucz do jedności” (1989), „Pisać Ewangelię życiem” (1998), „Krzyk opuszczenia (2001), „Każda chwila jest darem” (2002), „Duchowość jedności nową drogą” (2004) i „Charyzmat jedności” (2007). Chiara Lubich zmarła 14 marca 2008 r. w międzynarodowym ośrodku ruchu Focolari w Rocca di Papa pod Rzymem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem