Reklama

Kościół

Dotyk nieba

Pan Bóg ciągle i na różne sposoby okazuje nam swoje miłosierdzie. Czasem jesteśmy tym zaskoczeni, jak mogli to odczuć uczestnicy uroczystości odpustowej 23 lutego br. w sanktuarium Dzieci Fatimskich w Szczecinie, gdyż był z nimi chłopiec o imieniu Nicolas, który dostąpił łaski uzdrowienia

Niedziela Ogólnopolska 11/2019, str. 20-21

[ TEMATY ]

uzdrowienie

Ks. Zbigniew Sobolewski

Arcybiskup szczecińsko-kamieński Andrzej Dzięga i ksiądz kustosz Marek Maciążek z rodziną Nicolasa (w czerwonej kurtce)

Uroczystości odpustowe poprzedziła nowenna do Dzieci Fatimskich. Kustosz sanktuarium – ks. kan. Marek Maciążek powiadomił, że w ramach przygotowań 300 parafian podjęło post, i zapowiedział szczególną intencję Mszy św. – modlitwę dziękczynną za łaskę zdrowia, której dostąpił Nicolas.

Msza św. odpustowa

Eucharystii przewodniczył abp Andrzej Dzięga, pasterz szczecińsko-kamieński. W homilii zwrócił uwagę, że musimy się na nowo nauczyć słuchać głosu z nieba, jak dzieci z Fatimy. – My bardziej nauczyliśmy się mówić, często krzyczeć, kłócić się o siebie, a to trzeba jak Samuel, pouczony przez swego mądrego przewodnika, powiedzieć: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha”. Tak słuchała Maryja, tak słuchał Józef, tak słuchali wszyscy święci, którzy chcieli się wspiąć na wyżyny świętości, i Dzieci Fatimskie, bo chciały słuchać – powiedział ksiądz arcybiskup. Zachęcał do kontynuowania posłania z Fatimy, do modlitwy różańcowej za grzeszników i przykładu chrześcijańskiego życia. – Idź na drogi życia, nie lękaj się świata. Świat tęskni za Bogiem i potrzebni są ludzie, którzy o tym będą mówić innym – zachęcał.

Msza św. zakończyła się indywidualnym błogosławieństwem, udzielonym najpierw licznie obecnym dzieciom, a potem także pozostałym uczestnikom uroczystości.

Reklama

Wersja księdza

Po Eucharystii ks. Maciążek poprosił do ołtarza Nicolasa i opowiedział o uzdrowieniu chłopca.

– Kiedy budowaliśmy nasz kościół, szukałem w Internecie firmy, która przewiezie zamówiony przez nas w Portugalii kamień na budowę tej świątyni – wspominał ks. Maciążek. – Było wiele propozycji, ale jedna z nich najbardziej rzuciła mi się w oczy. Była to spedycja pani Małgosi spod Konina, z Tuliszkowa. Pani Małgorzata z radością zgodziła się przyjąć moje zamówienie. I oto w tej znanej mi już rodzinie w ubiegłym roku doszło do wypadku, któremu uległ Nicolas – 8-letni syn pani Małgorzaty. Został on potrącony przez autobus. Lekarze nie dawali dużych szans na wyzdrowienie chłopca. Mama Nicolasa skontaktowała się ze mną i poprosiła o modlitwę i Mszę św. w sanktuarium w jego intencji. Akurat tego dnia mieliśmy wolną intencję mszalną. Od razu więc wieczorem włączyliśmy Nicolasa do omadlanych przez nas osób. Dziś widzicie go wśród nas, zdrowego, chodzącego samodzielnie – powiedział ks. Marek.

Wersja mamy Nicolasa

– Mój syn we wrześniu wpadł pod jadący autobus i uległ bardzo poważnemu wypadkowi. Lekarz stwierdził m.in. uszkodzenie mózgu. Nicolas został przetransportowany helikopterem do Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Jego stan był krytyczny. Miał liczne uszkodzenia wewnętrzne, także uszkodzenia czaszki, ręki, nogi. Ale w tym wszystkim, mogę powiedzieć, pierwsi ludzie, którzy pojawili się po wypadku, to byli jakby aniołowie. To się stało przy cmentarzu. Kiedy mój syn był reanimowany w karetce, ja klęczałam tam i się modliłam, prosząc o wstawiennictwo tych zmarłych. I wtedy zaczęli się pojawiać ludzie, jakby prowadzeni ręką Jezusa, jakby On sam chciał Nicolasa uratować od początku. Jako pierwsza np. pojawiła się lekarka, która na tym cmentarzu odwiedzała akurat grób swoich bliskich i pierwsza ratowała mojemu dziecku życie. Potem – ten bardzo odpowiedzialny lekarz z pogotowia, który od razu zadecydował o wezwaniu helikoptera. Gdyby jednej z tych osób czy też takich podjętych decyzji zabrakło, dziś pewnie stan mojego syna byłby inny – powiedziała pełna emocji matka, wróciwszy myślą do tamtych wydarzeń. – Później dowiedzieliśmy się też, że na dyżurze w szpitalu w Łodzi był akurat profesor, najlepszy chirurg ręki, który od razu operował Nicolasa. To były takie obrazy, które jeszcze wtedy do mnie nie docierały, dopiero potem ułożyły się w pewną całość. Cały czas żarliwie się modliliśmy. Kiedy syn był jeszcze w karetce i nie wiedziałam, co robić, zadzwoniłam do znajomej i poprosiłam o modlitwę. Jak się później dowiedziałam, ona podała tę wiadomość dalej i tak powstały łańcuszki modlitewne. Wypadek miał miejsce ok. godz. 14, a od godz. 15 – Godziny Bożego Miłosierdzia – popłynęły modlitwy różańcowe w różnych miejscach. Kolejne dni to intensywna walka lekarzy o życie będącego w stanie śpiączki chłopca, a zarazem ciągle ufny, płynący z różnych miejsc modlitewny szturm nieba...

Epizod szpitalny

Pani Małgorzata jest też bardzo wdzięczna księdzu kapelanowi z Centrum Zdrowia Matki Polki, gdzie posługę pełnią ojcowie kamilianie.

Gdy przywieziono jej syna, kapelan natychmiast udzielił mu sakramentu namaszczenia chorych, a potem poświęcił swój czas na rozmowę z rodziną.

– W tym czasie otworzyłam pierwszy z brzegu tygodnik katolicki. Była to „Niedziela”. Gdy ją przeglądałam, trafiłam na artykuł zapowiadający rocznicę poświęcenia sanktuarium Dzieci Fatimskich w Szczecinie w dniu 9 września 2018 r. A mój syn miał wypadek 5 września. Przeczytałam artykuł i zobaczyłam zdjęcie ks. Marka. Uświadomiłam sobie, że przecież znam tego księdza, że nawet mam jego numer gdzieś w telefonie. Postanowiłam do niego zadzwonić. Czułam, że to jakiś znak, że powinnam to zrobić. Ale z drugiej strony pomyślałam: ma święto, jest zajęty, to może tylko napiszę SMS-a. W końcu jednak doszłam do wniosku, że może nie wypada, ksiądz ma za dużo pracy, żeby mu przeszkadzać.

Po tygodniu znów trafiłam do kapelana i mój wzrok od razu padł na okładkę kolejnego numeru „Niedzieli”. A tam – Lucas, chłopiec, który był gościem uroczystości w Szczecinie, i on „patrzy” na mnie! Wtedy pomyślałam sobie, że to nie jest przypadkowe, że to musi być jakiś znak. Wyjęłam telefon i napisałam do ks. Marka SMS-a z prośbą o modlitwę. Za parę chwil oddzwonił, a ja powiedziałam mu, co się stało. Od razu zapewnił, że tego dnia – a był to piątek 14 września – odprawi Mszę św. w intencji Nicolasa. Zapamiętałam ten dzień, bo był przełomowy w stanie zdrowia mojego syna. Było źle. Nie wiedzieliśmy, co robić, bo niby już miało być lepiej, a było gorzej. Kiedy odprawiana była Msza św. w sanktuarium, wszyscy uczestniczyliśmy w niej w domu, dzięki transmisji on-line z kościoła. Z wielką gorliwością modliliśmy się, aby ulżyć dziecku w jego cierpieniu. Okazało się, że po tej Mszy św. nastąpił zupełny przełom. Tak to wyglądało, że dziecko właśnie tej Mszy św. potrzebowało...

Ty powinieneś się dużo modlić

...Potem stan zdrowia Nicolasa poprawił się na tyle, że wypisano go do domu – po 12 dniach od wypadku. Jeszcze przez pewien czas jeździł na wózku, ale przyszedł dzień, kiedy wstał.

Dziś żaden z lekarzy, z którymi spotyka się rodzina na badaniach kontrolnych, nie może uwierzyć, że to ten sam chłopiec, który uległ groźnemu wypadkowi. Patrzą to na dziecko, to na wypis, a ostatni z lekarzy zwrócił się do chłopca wprost: – Ty powinieneś się dużo modlić, bo to chyba jakiś cud.

– Wiem, że niektórym osobom trudno będzie w to uwierzyć, ale taka jest prawda. To wszystko działo się na naszych oczach – podkreśliła mama Nicolasa. – Nigdy wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, jak dużo mogą zrobić ludzie swoim zaangażowaniem, głęboką wiarą, modlitwą – i ta pomoc jest w tym momencie najważniejsza, wtedy ogarnia człowieka przekonanie, że wszystko jest w rękach Boga. Ciągle powtarzałam: „Jezu, ufam Tobie”. S. Faustyna była mi w tym momencie bardzo bliska. Miałam przekonanie, że wszystko będzie dobrze. Uważam, że jest to dla nas wielkie błogosławieństwo. Dziękuję Bogu za wszystko, co dostałam. Za każdego człowieka, którego postawił na naszej drodze...

To właśnie z tą rodziną: Małgorzatą, Włodzimierzem i ich synami Nicolasem i Olivierem mogli się spotkać i modlić uczestnicy szczecińskiej uroczystości, aby się przekonać, że naprawdę Niebo jest blisko nas.

2019-03-13 10:56

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Jezus wskrzesił moje dziecko!

Niedziela Ogólnopolska 48/2019, str. 18-19

[ TEMATY ]

uzdrowienie

Zdjęcia: archiwum prywatne

Bonnie Engstrom z synem Jamesem Fultonem

Bonnie i Travis Engstrom dowiadują się, że kolejny raz zostaną rodzicami. W trakcie oczekiwania na dziecko odkrywają kazania abp. Fultona Sheena. Jednomyślnie postanawiają nadać dziecku imię na cześć arcybiskupa. Nie wiedzą jeszcze wtedy, że to jego wstawiennictwo uratuje życie ich maleństwa...
Jeśli nie wierzysz, że Bóg żyje, działa i czyni cuda – przeczytaj historię Jamesa Fultona, chłopca, który urodził się martwy.
Z Bonnie Engstrom, mamą wskrzeszonego chłopca i autorką książki „61 minut do cudu”, rozmawia Agnieszka Bugała

AGNIESZKA BUGAŁA:

Bonnie, jesteś chyba jedyną żyjącą mamą na świecie, której dziecko urodziło się martwe, a teraz żyje, ma 9 lat i dobrze się rozwija. W dodatku Kościół uznał to wydarzenie za cud. To brzmi niewiarygodnie!

BONNIE ENGSTROM: – Ja i mąż wciąż jesteśmy bardzo wdzięczni za dar tego cudu. To dla nas wielka radość, że James żyje i czuje się dobrze! Każde dziecko to cud, wielki dar, ale życie Jamesa to dla nas podwójny dar.

– Jak przebiegały wydarzenia w szpitalu w dniu narodzin Jamesa? Jego serce zaczęło bić dopiero po 61 minutach od przyjścia na świat... Wiem, że prosiliście o modlitwę w mediach społecznościowych i odzew był ogromny. O pomoc prosiłaś też abp. Sheena...

– Jeszcze w czasie ciąży zaplanowaliśmy, że nadamy naszemu dziecku imiona James Fulton. Ciąża przebiegała bez zarzutu, ale i tak przez cały czas prosiliśmy abp. Sheena, by modlił się za Jamesem. W trakcie tych straszliwych 61 minut mój mąż, który cały czas był obecny przy naszym dziecku, wzywał pomocy arcybiskupa. Robił to także wtedy, gdy wodą chrzcił małego Jamesa niedającego oznak życia. Pamiętam te szepty, ciche modlitwy. Tamte minuty, później godziny, dni, tygodnie i miesiące, gdy James wracał do zdrowia. Wypełnialiśmy je modlitwą o łaskę uzdrowienia dla naszego syna za wstawiennictwem abp. Sheena. Wiemy, że wraz z nami modlili się ludzie w wielu innych krajach świata.

– W jaki sposób ta niezwykła interwencja Boga wpłynęła na Wasze małżeństwo?

– Na pewno pomogła i nadal pomaga mnie i Travisowi zachować Boga w centrum naszego życia rodzinnego. Ten cud pomaga nam do dzisiaj trwać w modlitwie dziękczynienia i w uwielbianiu Boga. Jesteśmy słabymi ludźmi, grzeszymy, a ten piękny dar pozwala nam stawać się lepszymi każdego dnia.

– Mówisz w swojej książce: „To Jezus Chrystus wskrzesił Jamesa Fultona”. Ty i Twój mąż byliście świadkami cudu. Ale nie wszyscy dostępują takiej łaski... Co poradziłabyś rodzicom, którzy żarliwie modlą się o zdrowie dla swoich dzieci, a jednak nie zostają wysłuchani?

– To, o co pytasz, jest bardzo trudne. James faktycznie został uzdrowiony, ale moje pierwsze dziecko poroniłam. To było 12 lat temu. Gdy zaczęłam krwawić, żarliwie modliłam się do Boga, by ocalił moje dziecko. Tak się jednak nie stało, Bóg pozwolił mu umrzeć. Po 12 latach nadal czuję smutek z powodu tamtej straty. Przeżyć śmierć swojego dziecka to chyba jedna z najgorszych rzeczy, które mogą się przytrafić człowiekowi. Nie wiem, dlaczego Bóg nie przyszedł mi wtedy z pomocą, ale wiem jedno – uzdrowienie, o które się modlimy, a uzdrowienie, które otrzymujemy, to nierzadko dwie różne rzeczy. Cierpienie także może nas oczyścić, stanowić dla nas dar w perspektywie wieczności. Wierzę głęboko, że kto zaufał Bogu, otrzymuje od Niego właśnie to, co w danej chwili jest dobre.

Wiem, że Bóg może wyprowadzić rzeczy piękne z naszego cierpienia. Dlatego każdego dnia się modlę: „Jezu, ufam Tobie!”
.

– A skąd zaufanie do abp. Sheena i duchowa przyjaźń z nim?

– To rodziło się powoli, ale i ja, i mąż daliśmy się porwać nauczaniu arcybiskupa, jego cudownym konferencjom, które można znaleźć na YouTube. Ujęło nas jego poczucie humoru, ale też wielkie ciepło, wrażliwość i prostolinijność. Fulton Sheen potrafił łączyć wielki intelekt i głębię myśli z prostotą przekazu. To jest rzadka umiejętność. W dodatku emanowało z niego to, że żył Ewangelią, że nie bał się ciężko pracować w służbie Bogu. Słuchając go, nie możesz się pozbyć wrażenia, że największą pasją jego życia był nasz Pan Eucharystyczny.

– Czy od 2010 r. abp Sheen interweniował jeszcze w życiu Waszej rodziny? Czy doświadczacie jego wstawiennictwa?

– Wierzę, że czuwa nad nami nieustannie. Codziennie proszę o jego wstawiennictwo. Przed narodzinami Jamesa również robiłam to regularnie. Prosiłam, by wspierał mnie w trudach rodzicielstwa. Nie chcę, żeby to brzmiało patetycznie i wzniośle, ale po prostu rozmawiam z arcybiskupem jak z najlepszym przyjacielem. To naprawdę chyba najlepszy przyjaciel naszej rodziny! Regularnie czytamy jego książki, słuchamy konferencji. On był nie tylko świetnym kaznodzieją, ale też wielkim prorokiem naszych czasów. Lubimy też o nim rozmawiać i często to robimy, staramy się odkrywać go na nowo w naszym życiu. No i mamy w domu kilka jego obrazów, jeden jest nawet przyczepiony do lodówki.

– Jak wygląda codzienność rodziny, w której Bóg zadziałał z taką mocą?

– Zwyczajnie – nasz dom jest bardzo głośny i pełen życia. Latem często chodzimy pływać albo pracujemy wszyscy w ogródku. Wieczorami bawimy się z tyłu domu. To są piękne chwile, kiedy jesteśmy razem. Teraz jest zima, dlatego więcej czasu spędzamy w domu. Oglądamy wspólnie filmy, rozpalamy w kominku i dużo ze sobą rozmawiamy. Dzieciaki rozpiera energia, więc w piwnicy śmigają na rolkach. Bardzo ważne są dla nas spotkania z bliskimi i przyjaciółmi. Nasze dzieci bardzo często widują swoich dziadków, spędzają z nim dużo czasu. To ważne, ponieważ oni dzielą się z nimi taką mądrością, której my nie mamy.

– A w jaki sposób pielęgnujecie wiarę Waszych dzieci?

– Przede wszystkim przez wspólną modlitwę. Trudno jest nauczyć dzieci modlić się, jeśli sami nie damy im przykładu. Chcesz, żeby twoje dziecko klękało codziennie do modlitwy? Sposób jest prosty: klękaj codziennie do modlitwy. Najczęściej modlimy się Litanią do Wszystkich Świętych, staramy się też bardzo często brać udział we Mszy św. i adorować Najświętszy Sakrament. Ważna jest też codzienna lektura Pisma Świętego.

– Msza św. beatyfikacyjna abp. Sheena jest zaplanowana na 21 grudnia. Czy – zgodnie ze zwyczajem – to James Fulton poniesie relikwiarz?

– Tak, James ma nieść relikwiarz arcybiskupa. Będziemy mu w tym towarzyszyć. James bardzo chce, by w tym momencie byli przy nim rodzice.

– Beatyfikacja arcybiskupa oznacza, że Wasz syn – i wraz z nim cała rodzina – będzie w centrum uwagi Kościoła i mediów na całym świecie. To będzie wyzwanie! Czy Wasz syn wie, jak wyglądał początek jego życia?

– James wie, w jak dramatycznych okolicznościach przychodził na świat. Dzisiaj jest całkowicie normalnym chłopcem. Uwielbia „Gwiezdne wojny”, bawi się z rodzeństwem i przyjaciółmi, potrafi ugotować ulubione kiełbaski na śniadanie. Jest trochę nieśmiały, dlatego nie lubi być w centrum zainteresowania. W ostatnich miesiącach zainteresowanie nim faktycznie wzrasta, w końcu jego uzdrowienie zostało uznane za cud beatyfikacyjny. James bardzo chce, byśmy razem z Travisem towarzyszyli mu w różnych niełatwych dla niego sytuacjach. Nie lubi być fotografowany, dlatego na zdjęciach jest z nim cała rodzina. Nie postrzegamy Jamesa jako jakiegoś wyjątkowego „żywego cudu”. Każde dziecko jest przecież cudem. Bóg jest dobry, że podarował Jamesowi życie, ale on jest normalnym chłopcem.

– A plany Bonnie Engstrom po beatyfikacji? Przed Wami pierwsze święta Bożego Narodzenia z błogosławionym abp. Sheenem!

– Mam swój plan na te święta: będę się cieszyć wraz z całą rodziną z narodzenia naszego Pana i wreszcie utnę sobie w ciągu dnia naprawdę długą drzemkę!

Książkę Bonnie L. Engstrom pt. „61 minut do cudu” wydało w Polsce wydawnictwo Esprit.

Razem z Travisem odwiedziliśmy Polskę w 2005 r. Byliśmy wtedy na Światowych Dniach Młodzieży w niemieckiej Kolonii i przy okazji odwiedziliśmy sąsiedni kraj. Moje wspomnienia? Pokochaliśmy Wasz kraj. Jest piękny! Byliśmy w Łagiewnikach, przed obrazem Jezusa Miłosiernego, podróżowaliśmy też śladami Jana Pawła II, no i zwiedziliśmy Kraków. Z pięknych miejsc pamiętam też kopalnię soli w Wieliczce. Zrobiła na nas ogromne wrażenie. To było wspaniałe! Oczywiście, musiałam też spróbować słynnych kremówek, no i obowiązkowo pierogów! Duże wrażenie zrobili też na mnie sami Polacy. Jesteście bardzo mili, otwarci i serdeczni. To Wasze najmocniejsze strony. Ale wiesz, co jest u Was najcudowniejsze? Małe kapliczki przy drogach, przed którymi można stanąć i zmówić modlitwę. Z Waszego kraju aż bije miłość do Boga!

CZYTAJ DALEJ

O. Bartoszewski o szczegółach procesu beatyfikacyjnego kard. Stefana Wyszyńskiego

2020-02-18 14:38

[ TEMATY ]

kard. Stefan Wyszyński

kard. Wyszyński

Archiwum Instytutu Prymasa Wyszyńskiego

„Miłość jest niejako dowodem osobistym naszego pochodzenia z Boga-Miłości, jest znakiem rozpoznawczym naszego synostwa Bożego” – kard. Stefan Wyszyński

Dokładną historię oraz kulisy procesu beatyfikacyjnego Prymasa Tysiąclecia, który będzie wyniesiony na ołtarze w Warszawie 7 czerwca - prezentuje w wywiadzie dla KAI o. Gabriel Bartoszewski OFMCap, promotor sprawiedliwości a następnie wicepostulator w procesie beatyfikacyjnym kard. Stefana Wyszyńskiego.

Tomasz Królak, Marcin Przeciszewski (KAI): Co to jest i jak przebiega proces beatyfikacyjny? Proszę nam wyjaśnić bliższe szczegóły rozpoczęcia procesu dotyczącego Prymasa Tysiąclecia?

O. Gabriel Bartoszewski: Proces beatyfikacyjny jest to dochodzenie prawno-kanoniczne nad życiem chrześcijanina, który przeżywał pełne cnót życie nacechowane heroizmem, co utrwaliło się w pamięci otoczenia. Chodzi tu o chrześcijańskie cnoty: wiary, nadziei, miłości, męstwa, itd. Dochodzenie to musi przebiegać w oparciu o wszystkie przepisy prawa kanonizacyjnego. Zatem jeśli w środowisku zjawi się taki świątobliwy chrześcijanin, i trwa o nim opinia, że zmarł w opinii świętości a wierni mają o tym głębokie przekonanie, to po jego śmierci, zgodnie z przepisami prawa kanonizacyjnego, mogą się zwrócić do biskupa z prośbą o rozpoczęcie procesu.
Jesienią 1988 roku prymas Józef Glemp jako arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski podjął działania administracyjne w sprawie rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego swego poprzednika. 12 października 1988 r. postulatorem procesu Stefana Wyszyńskiego minował ks. Jerzego Mrówczyńskiego CR, postulatora generalnego spraw polskich w Rzymie. Jego zastępcą, czyli wicepostulatorem 15 października 1988 r. mianował ks. Bronisława Piaseckiego, b. kapelana zmarłego Prymasa. Ks. Jerzy Mrówczyński wkrótce opuścił Rzym i przestał funkcjonować jako postulator. Jego funkcję w tym procesie przejął wice postulator ks. Bronisław Piasecki, były kapelan zmarłego Prymasa.
Wcześniej kard. Glemp uzyskał pozytywną opinię w tej sprawie ze strony Konferencji Episkopatu Polski. Konferencja obradująca na Jasnej Górze dnia 2-3 maja 1988 r. w odpowiedzi na prośbę Prymasa Polski, wyraziła pozytywną opinię o stosowności rozpoczęcia procesu kard. Wyszyńskiego.
Po otrzymaniu opinii pozytywnej Episkopatu, kard. Glemp jako arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski w marcu 1988 r. zwrócił się do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych z prośbą o otrzymanie „nulla osta” na rozpoczęcie procesu na szczeblu diecezjalnym. Chodzi tu o potwierdzenie Stolicy Apostolskiej, że nic nie stoi na przeszkodzie do rozpoczęcia procesu. W praktyce, Kongregacja po otrzymaniu takiego pisma przeprowadza dochodzenie w Kurii Rzymskiej związane z pozyskaniem informacji o zmarłym. Jeśli był biskupem to pytania są kierowane do Kongregacji ds. Biskupów, jeśli kapłanem, do Kongregacji ds. Duchowieństwa, a w każdym przypadku do Kongregacji Nauki Wiary. Taki pozytywny dekret „nulla osta” podpisany przez kard. Angelo Felici Prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych został wydany 26 kwietnia 1989 r.
Po załatwieniu wymaganych formalności kard. Glemp rozpoczął proces diecezjalny w archidiecezji warszawskiej o życiu, sławie świętości i heroiczności cnót sługi Bożego oraz łaskach w ogólności. Dekretem z 14 maja 1989 r. mianował Trybunał beatyfikacyjny. W jego skład weszli jako delegaci: bp Stanisław Kędziora, biskup pomocniczy warszawski; ks. Grzegorz Kalwarczyk, kanclerz Kurii Metropolitalnej; ks. dr Andrzej Gałka, profesor warszawskiego seminarium. Zadaniem delegata jest przesłuchiwanie świadków na okoliczność ustalonych pytań.
Z kolei do moich obowiązków jako promotora sprawiedliwości należało opracowanie pytań o życiu, sławie, świętości i heroiczności cnót teologalnych (wiara, nadzieja, miłość Boga i bliźniego, roztropność, sprawiedliwość, męstwo i powściągliwość) oraz moralnych (czystość, ubóstwo posłuszeństwo i pokora). Całość pytań obejmowała 28 stron maszynopisu. Według tych pytań przesłuchiwani byli świadkowie.
Notariuszem głównym procesu został ks. Andrzej Tokarski, a notariuszami pomocniczymi ks. Tadeusz Balewski i Aniela Michalska.

- Co jest głównym zadaniem Trybunału beatyfikacyjnego?

- Przeprowadzenie procesu polegającego na zbadaniu życia kandydata na ołtarze oraz zbadanie heroiczności cnót teologicznych i moralnych lub męczeńskiej śmierci sługi Bożego. Jako promotor sprawiedliwości przedłożyłem zestaw obszernych, licznych pytań dla świadków.

- Kto decyduje powołaniu kogoś na świadka? Ilu świadków powołano?

- Ich wyłonienie należy do postulatora. Pożądany jest szeroki przekrój tego grona, żeby ich relacjom nie groziła jakaś jednostronność, uwzględnienie tylko niektórych aspektów życia. Podstawowym kryterium doboru świadków jest wiedza, jaką dysponują. Fakt bycia osobą niewierzącą nie wyklucza z możliwości składania zeznań.
Wicepostulator wraz z pismem proszącym o rozpoczęcie procesu przedłożył listę 55 świadków którzy osobiście znali Sługę Bożego. Grono to stanowili członkowie rodziny (4 osoby), biskupi (9), domownicy i pracownicy Sekretariatu Prymasa Polski (5), księża (16 osób); członkinie Instytutu Maryi Matki Kościoła (4), siostry zakonne (4), współwięźniowie (2) oraz świeccy (12).
Do tej grupy, zgodnie z przepisami, delegat biskupa na mocy własnej decyzji wyznacza cztery osoby jako świadków z urzędu. W sumie ich liczba na dalszym etapie powiększa o się 4 świadków „ex officio”. Następnie przesłuchiwanymi świadkami są biegli Komisji Historycznej.

- A kiedy miała miejsce pierwsza sesja procesu?

- Pierwsza główna i publiczna sesja procesowa z udziałem wiernych odbyła się 20 maja 1989 r. o godz. 16-tej w warszawskiej archikatedrze św. Jana. Arcybiskup metropolita kard. Glemp, jako przewodniczący Trybunału dokonał wprowadzenia, złożył przysięgę o zachowaniu tajemnicy w sprawie pytań i odpowiedzi świadków oraz złożył podpis. Podobną przysięgę złożyli następnie wszyscy członkowie Trybunału oraz wicepostulator, po czym ją podpisali.
A skoro sesja była publiczna i odbywała się w języku łacińskim, to za zgodą przewodniczącego kard. Glempa objaśniałem wiernym po polsku treści dekretów i przebieg uroczystości w jej poszczególnych fragmentach.
Z chwilą zakończenia pierwszej sesji „bohaterowi” procesu przysługuje tytuł Sługa Boży, który nie dopuszcza jednak oddawania mu publicznego kultu religijnego.
12 czerwca 1989 r. odbyła się druga sesja i przesłuchanie kolejnych świadków.

- Na czym polega przesłuchiwanie świadków w procesie beatyfikacyjnym?

- Świadek jest wzywany urzędowym pismem tzw. cytacją z określeniem dnia, godziny i miejsca składania zeznań. Pierwszym świadkiem składającym zeznania był ks. Zdzisław Peszkowski.
Po rozpoczęciu sesji delegat sprawdza tożsamość świadka i przyjmuje przysięgę. Dokonuje się to w obecności promotora sprawiedliwości i notariusza. Świadek składa przysięgę według zamieszczonego tekstu, zobowiązuje się zeznać informacje zgodne z prawdą i zachować tajemnicę, oraz podpisuje protokół sporządzony „ad hoc” na tę okazję. Po czym następuje otworzenie pliku akt. Natomiast członkowie trybunału nie składają przysięgli podczas kolejnych sesji, gdyż złożyli ją podczas pierwszej.
Delegat otwiera zamkniętą kopertę z pytaniami promotora sprawiedliwości i według nich przesłuchuje świadków. Odpowiedzi głośno dyktuje notariuszowi do zapisania w protokole. Sesje przesłuchań są poufne, odbywają się w lokalu kościelnym, np. w kurii biskupiej lub w sądzie biskupim. Także promotor sprawiedliwości podczas przesłuchana może zadawać pytania, może dopytać o coś, co go zaniepokoiło, może też zasugerować, żeby powołać kolejnych świadków.
Na zakończenie sesji notariusz odczytuje treść zeznań. Świadek może wnieść korektę a jeżeli nie ma wątpliwości – podpisuje. Protokół podpisują także delegat biskupa, promotor sprawiedliwości, notariusz. Na zakończenie sesji akta są zamykane i przechowywane do następnej sesji.
Do spisywania zeznań służą specjalne formularze. Bywa, że jedna osoba jest przesłuchiwana podczas kilku sesji, wówczas cała procedura jest powtarzana. Natomiast postulator nie może uczestniczyć w sesji przesłuchania świadka.

- Czy w przypadku kard. Wyszyńskiego powołano – tak to było np. w sprawie Karola Wojtyły – Trybunał Rogatoryjny czyli pomocniczy?

- Tak, w archidiecezjach gnieźnieńskiej oraz paryskiej. Wicepostultor sprawy zgłosił pięciu świadków z archidiecezji gnieźnieńskiej i prosił o zorganizowanie procesu rogatoryjnego w tej archidiecezji. 17 listopada 1989 r kard. Glemp ustanowił więc Trybunał diecezjalny w Gnieźnie, którego członkami zostali: ks. Tadeusz Hanelt, delegat biskupa; ks. Stefan Fiutak, promotor sprawiedliwości; ks. Andrzej Szczepaniak, notariusz aktuariusz; ks. Andrzej Błaszczak notariusz adiunkt i br. Marian Markiewicz, kursor.

- Świadkami byli tam: bp Jan Czerniak, ks. Edmund Palewodziński, ks. Wadysław Zientarski, ks. Stefan Ciechanowski i s. Kaliksta Sołtysiak, elżbietanka. Przesłuchanie świadków odbyło się podczas osiemnastu sesji procesu rogatoryjnego w Gnieźnie, od 17 listopada 1989 r. (sesja 21) do 22 września 1992 (sesja 219). Akta zostały przekazane do Warszawy i zgodnie z procedurą włączone do głównego procesu.

- Podobny proces rogatoryjny, zgodnie z powyższą procedurą, został ustanowiony w archidiecezji paryskiej i pracował od 25 stycznia 1990 do 2 października 1990 (sesje 134 i 137). Podczas procesu złożył zeznania ks. prałat Antoni Banaszak, rektor Seminarium polskiego w Paryżu. Akta procesu też przesłano do Warszawy i włączono do procesu głównego.

- W procesie Jana Pawła II mówiło się o takich nieoczywistych świadkach jak np. Lech Wałęsa, gen. Wojciech Jaruzelski czy prezydent Aleksander Kwaśniewski. Czy w przypadku procesu kard. Wyszyńskiego przesłuchiwane były także takie nietypowe osoby?

- Raczej tego nie kojarzę. Chodzi przecież o to, by byli to ludzie kompetentni, co do których prawdziwości zeznań istnieje moralna pewność.

- Czym zajmowała się komisja historyczna, powołana na kolejnym etapie procesu?

- Kardynał Józef Glemp powołał Komisję 1 października 1993 r. W jej skład wchodzili księża z różnych diecezji: ks. Andrzej Santorski i ks. Janusz Strojny z Warszawy, ks. Bronisław Kaczmarek z Gniezna, ks. Janusz Kania z Lublina i ks. Ireneusz Borawski z Łomży.
Komisja zajmowała się przebadaniem wszelkich niezbędnych dokumentów zgromadzonych w procesie. Po wykonaniu tej pracy jej członkowie złożyli przysięgę, że dokumenty mają pełną wartość historyczną, czyli że nie były zmieniane, podrabiane, czy fałszowane.

- Jednym z wymogów procesu jest stwierdzenie braku kultu publicznego Sługi Bożego?

- Tak. Poświęcona temu była 246 sesja, która obyła się 27 maja 2000 r. Przesłuchano dwóch świadków: ks. Jerzego Zalewskiego, proboszcza parafii archikatedralnej w Warszawie i ks. Andrzeja Wrotniaka, rezydenta w domu parafialnym. Biskup delegat Stanisław Kędziora podczas sesji wraz promotorem sprawiedliwości i notariuszem zwiedzili miejsca gdzie żył, pracował na co dzień i umarł (pałac arcybiskupów, kuria metropolitalna przy ul. Miodowej, archikatedra św. Jana) i inne pomieszczenia.
Chodziło o urzędowe stwierdzenie czy nie ma czegokolwiek, co świadczyłoby o oddawaniu zmarłemu opinii niedozwolonego kultu publicznego. Podczas tej sesji delegat biskupa ks. Grzegorz Kalwarczyk ogłosił i podpisał 27 maja 2000 roku urzędową Deklarację o braku takiego kultu.
Ponadto, podczas tej sesji obydwaj świadkowie potwierdzili miejsce pochowania doczesnych szczątków Sługi Bożego kard. Wyszyńskiego.

- A jak była badana pod kątem zgodności z nauczaniem Kościoła olbrzymia spuścizna pisana, jaką pozostawił po sobie Prymas Tysiąclecia?

- W świetle obowiązującej procedury każde pismo kandydata na ołtarze, szczególnie pisma wydane drukiem, musi przeczytać dwóch cenzorów niezależnie od siebie, i to obojętne czy zostały wydane przed czy po śmierci Sługi Bożego. 12 maja 1989 r. kard. Józef Glemp mianował dwunastu cenzorów teologów, po dwóch dla każdej pozycji.
Cenzorzy przygotowują opinię na piśmie niezależnie od siebie. Każdy z nich wydaje ocenę teologiczną pod kątem katolickiej ortodoksji. Cenzor zobowiązany był wydać opinię obiektywną i uzasadnioną faktami, czy pisma są zgodne z wiarą i moralnością chrześcijańską. W ocenie pism wyłania się wątpliwa kwestia odnośnie do poddawania cenzurze pism niedrukowanych. W praktyce przeważyła opinia, że pisma niedrukowane należy również poddać ocenie teologicznej. Jeśli chodzi o pisma niedrukowane, to w procesie Sługi Bożego Stefana Wyszyńskiego trzeba było przestudiować i ocenić nie tylko jego kazania i przemówienia w maszynopisie, także zapiski odręczne, które sporządzał codziennie przez większość swego życia tzw. „pro memoria” i liczną korespondencję.
W pracy wyznaczonych teologów badana jest nie tylko „strona negatywna”, czy przypadkiem nie tam jakiś błędów doktrynalnych, ale także treść pozytywna, czyli co Sługa Boży wniósł do nauczania i życia Kościoła, do teologii, itd. Ta praca ze względu na ogrom spuścizny pozostawionej przez kard. Wyszyńskiego trwała dosyć długo. Opinie teologów o pismach Sługi Bożego w znajdują się w druku w trzecim tomie „Positio super vita, virtutibus et fama sanctitatis”.

- Czy cenzorzy napotkali na jakieś problemy, mieli jakieś uwagi, czy wszystko przebiegło bez żadnych wątpliwości?

- – W toku prac nad pismami cenzorzy pism kard. Wyszyńskiego nie stwierdzili żadnych zasadniczych wątpliwości czy zastrzeżeń, przeciwnie stwierdzili absolutną pewność moralną.

- Jak długo trwał proces kard. Stefana Wyszyńskiego na etapie diecezjalnym?

- Dwanaście lat od 20 maja 1989 r. do 6 lutego 2001 r. Podczas procesu odbyło się 289 sesji. 6 lutego 2001 r. miała miejsce 289. ostatnia publiczna sesja zamknięcia procesu przez kard. Glempa w archikatedrze warszawskiej. Na widok publiczny w prezbiterium została wówczas wyłożona olbrzymia ilość teczek zawierających akta procesu, publikacje książkowe i inne materiały. Osobą upoważnioną do przewiezienia akt procesu do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych został wyznaczony i zaprzysiężony postulator diecezjalny ks. Stefan Kośnik.

- A kiedy akta procesu złożono w Kongregacja spraw Kanonizacyjnych?

- Nastąpiło to 27 kwietnia 2001. Kolejnym etapem było sprawdzenie czy proces został przeprowadzony zgodnie z przepisami prawa kanonizacyjnego. 7 czerwca 2001 r. nastąpiło w Kongregacji otwarcie akt procesu.

- A co z tego wielkiego zasobu zostało przetłumaczone na język włoski?

- Przetłumaczono wszystkie zeznania świadków, oceny teologów oraz najważniejsze spośród innych dokumentów. Wszelka inna dokumentacja, włącznie z książkami oraz tekstami kazań została przekazana w języku polskim w dwóch egzemplarzach. Jest ona zdeponowana w archiwum Kongregacji, aby były do wglądu w razie potrzeby.

- Jak dalej proces przebiegał w Kongregacji?

- Najpierw Kongregacja zbadała czy w toku procesu procedura kanoniczna została zachowana. Zgodnie z przepisami, 8 lutego 2002 r. został wydany dekret o ważności procesu na etapie diecezjalnym. Świadczy to, że zgromadzona dokumentacja była materiałem wiarygodnym i wystarczającym do prowadzenia dalszych prac nad udowodnieniem heroiczności cnót.
Wówczas oprawiane zostały akta zeznań procesu, w tym przypadku było ich 38 tomów. Mają one białą oprawę i stanowię tzw. Kopię Publiczną. Osobno zostały załączone książki i inne materiały. Jeden egzemplarz każdego z tomów pozostał w archiwum Kongregacji. Drugi egzemplarz Kopii Publicznej otrzymał postulator do pracy nad heroicznością cnót, pod kierunkiem relatora Kongregacji.

- A kto został postulatorem procesu w Rzymie?

- Pierwszym postulatorem rzymskim 13 marca 2001 został mianowany ks. dr Marian Rola, rektor Kolegium Polskiego w Rzymie. Jego następcą został 6 września 2003 ks. dr Marek Stępień, również rektor Kolegium. A relatorem w procesie Kongregacja mianowała 3 marca 2002 ks. Hieronima Fokcińskiego SI.
Gdy 1 kwietnia 2007 abp Kazimierz Nycz został metropolitą warszawskim, odpowiedzialnym za proces Stefana Wyszyńskiego, podjął liczne działania mające na celu przyspieszenia prac z nim związanych a toczących się w Rzymie. Z jego inicjatywy 24 listopada 2010 funkcję postulatora przejął o. Zbigniew Suchecki OFMconv, profesor prawa kanonicznego Papieskiego Fakultetu św. Bonawentury „Seraphicum” w Rzymie. Mnie mianował wicepostulatorem.
Z kolei po przejściu ks. Fokcińskiego SI na emeryturę, 15 marca 2007 r. Kongregacja mianowała kolejnym relatorem o. Daniela Olsa OP. A po zrzeczeniu się przez niego tego obowiązku, 24 listopada 2010 relatorem został mianowany przez prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych (na wniosek kard. Nycza) o. prof. Zdzisław Kijas, OFMConv - dziekan rzymskiej uczelni „Seraficum”. I to on doprowadził proces kard. Wyszyńskiego do końca.

- Co – na etapie procesu w Kongregacji - jest zadaniem postulatora a co relatora?

- Głównym zadaniem postulatora jest praca nad opracowaniem „Positio super vita, virtutibus et fama sanctitatis” (Dokumentacja o heroiczności cnót) sługi Bożego. Jest to kilkusetstronicowe opracowanie prezentujące życiorys, dokonania a przede wszystkim dowodzące heroiczności cnót danego sługi Bożego.
Natomiast zadaniem relatora jest towarzyszenie pracy postulatora i jego współpracowników, kontrola przebiegu przedłożonych prac: czy są właściwe, czy wymagają jeszcze dalszego uzupełnienia oraz czuwanie nad ścisłym przestrzeganiem obowiązujących procedur. Relator wydaje opinię, czy zebrano całość wymaganej dokumentacji, czy jest wiarygodna, czy została dobrze zredagowana. Po wnikliwym przestudiowaniu zebranego materiału przygotowuje wprowadzenie w którym wyraża aprobatę, że dokumentacja procesu może być przekazana Komisji teologów, których zadaniem jest ocena świętości i heroiczności cnót kandydata na ołtarze.

- A na czym polegała praca Ojca, jako wicepostulatora rezydującego w Warszawie?

- Moim obowiązkiem od 2009 r. była bezpośrednia pomoc rzymskiemu postulatorowi w opracowaniu „Positio super vita, virtutibus et fama sanctitatis”. Konkretnie chodziło o pracę nad dokumentacją dotyczącą heroiczności cnót kard. Wyszyńskiego. Pracowałem więc nad zbieraniem i opracowywaniem olbrzymiej ilości dokumentów. Pomagał mi w tym świetny teolog ks. prof. Piotr Nitecki, specjalizujący się w katolickiej nauce społecznej i historii Kościoła w Polsce. Ale na nieszczęście, w grudniu 2011 r. zginął on w wypadku samochodowym na Dolnym Śląsku.
Po śmierci ks. Niteckiego został zaangażowany pan Piotr Marian Romaniuk, biograf kard. Wyszyńskiego. Współpracowała też od samego rozpoczęcia procesu pani Aniela Michalska. Nasze prace prowadziliśmy pod kierunkiem relatora o. Kijasa z Rzymu, który dokonywał korekty opracowań i je aprobował.

- Wśród materiałów które były opracowywane, na pewno uwzględnialiście też materiały zebrane przez komunistyczne służby. Na ile teczki gromadzone przez bezpiekę przydały się w waszej pracy?

- Te materiały były pomocne bo dostarczały informacji o niezłomności kard. Wyszyńskiego, który nigdy nie dał się złamać czy zastraszyć. Nie można było ich pominąć, ale czy wykorzystaliśmy wszystko? Trudno powiedzieć, bo tego jest bardzo wiele. Zresztą wiele z nich się powtarzało, bo przecież jeśli każdy pierwszy sekretarz partii otrzymywał raport, to kopii sporządzano 8-9 i wędrowały one do różnych jednostek partyjnych i rządowych, w tym do Urzędu ds. Wyznań. Ale, w gruncie rzeczy materiały te zostały zebrane i ocenione. Podobnie jak dokumenty z Archiwum Watykańskiego, z których skopiowano dokumenty, które przydały się nam przy opracowywaniu kwestii heroiczności cnót Prymasa.
W sumie owocem naszej pracy było opracowanie i przygotowaniem do druku w języku włoskim - po uprzedniej aprobacie relatora sprawy – trzech tomów „Positio super vita, virtutibus et fama sanctitatis”. Tom pierwszy liczy 514 stron; drugi – 748 a trzeci – 725. Łącznie 1900.

- Potężne opracowanie...

- Owszem, nad tymi trzema tomami o heroiczności cnót mocno się napracowaliśmy. Materiały te zawiózł do Watykanu osobiście kard. Nycz i 24 listopada 2015 r. wręczył je prefektowi Kongregacji ds. Kanonizacyjnych kard. Angelo Amato, który po zapoznaniu się z ich treścią podjął decyzję o mianowaniu komisji złożonej z ośmiu teologów. Doszło do tego w grudniu 2015 r. Na podstawie lektury „Positio” każdy z teologów przygotował własną opinię na piśmie. 26 kwietnia 2016 r. odbyło się plenarne posiedzenie całego gremium (kongres teologów konsultorów), na którym orzeczono heroiczność cnót jednomyślnie. Opinie teologów wydane drukiem: „Relatio et Vota”, Roma 2017 mają 146 stron.
Kolejna Komisja, kardynałów i biskupów, która jest ostatnim gremium oceny heroiczności cnót Sługi Bożego odbyła się 12 grudnia 2017 r. pod przewodnictwem kardynała Amato.
Decyzję o stwierdzeniu heroiczności cnót Ojciec Święty Franciszek podpisał 19 grudnia 2017 r. i polecił zredagowanie i opublikowanie Dekretu o heroiczności cnót Stefana kardynała Wyszyńskiego, którego ostatnia sentencja brzmi: „Jest pewność co do praktykowania cnót teologalnych – Wiary, Nadziei i Miłości zarówno w stosunku do Boga jak i do bliźniego, a także co do praktykowania cnót kardynalnych - Roztropności, Sprawiedliwości, Umiarkowania i Męstwa, oraz cnót z nimi związanych, przez Sługę Bożego Stefana Wyszyńskiego, Świętego Kościoła Rzymskiego Kardynała, Arcybiskupa Metropolitę Gnieźnieńskiego i Warszawskiego, Prymasa Polski, w danym przypadku i w odniesieniu do skutku, o który chodzi”.

- Czy na rzymskim etapie procesu także przesłuchiwani są świadkowie czy już nie?

- Jeżeli zaistnieje potrzeba, to tak. I w tym wypadku tak właśnie było. Czasami trzeba po prostu wyjaśnić pewne sprawy.

- Oprócz zatwierdzenia dekretu o heroiczności cnót do beatyfikacji niezbędne jest uznanie cudu dokonanego za wstawiennictwem kandydata na ołtarze, Sługi Bożego Stefana kardynała Wyszyńskiego. A z tym związana była odrębna procedura? – Tak. Na przełomie 14-15 marca 1989 r. wydarzył się cud uzdrowienia 19-letniej, nowicjuszki ze zgromadzenia Sióstr Uczennic Krzyża, której zagrażała śmierć. Zgromadzenie zakonne do którego wstąpiła s. Nulla zostało założone w roku 1982 przez nazaretankę, s. Christianę Mickiewicz. Celem zgromadzenia jest modlitwa i ofiara za tych, którzy są daleko od Boga. W początkach formacji nowego zgromadzenia s. Christiana zetknęła się z Ruchem Pomocników Matki Kościoła zainicjowanym przez Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Dzięki zawartemu tam przesłaniu charyzmat zgromadzenia został pogłębiony o całkowite zawierzenie się Maryi, dzięki której Ks. Prymas ratował wiarę w Polsce. Podczas jego pogrzebu s. Christiana błagała Boga o to żeby mogła wprowadzić w życie dziedzictwo tego, który wszystko postawił na Maryję.

- Wkrótce potem siostry zaczęły otrzymywać różne łaski przez przyczynę Sługi Bożego Prymasa Wyszyńskiego w realizacji swego powołania. Kobieta wstąpiła do Wspólnoty Sióstr Uczennic Krzyża w roku 1986, a jej choroba ujawniła się w roku 1988. W jednej ze szczecińskich klinik stwierdzono u niej raka tarczycy z przerzutami. 17 lutego 1988 r. wykonano w Szczecinie rozległą operację usuwając zmiany nowotworowe oraz dotknięte przerzutami węzły chłonne.
Ponieważ choroba się rozwijała, w 1989 r. jej leczenie przejęło Centrum Onkologii w Gliwicach, stosując m.in. jod-radioaktywny I-131. Terapia nie przynosiła jednak skutku. W międzyczasie w gardle wytworzył się pięciocentymetrowy guz, który młodą osobę uciskał i dusił. Później sama zainteresowana zeznała w toku procesu, że jej stan był tak ciężki, iż każdy oddech mógł być ostatnim.
Założycielka nowego zgromadzenia s. Mickiewicz zmobilizowała współsiostry, mamę chorej i kilka innych osób do modlitwy o uzdrowienie chorej za przyczyną sługi Bożego Stefana kard. Wyszyńskiego. Abp Majdański, na prośbę przełożonej, na wypadek śmierci, pozwolił nowicjuszce na wcześniejsze złożenie ślubów. Podczas Eucharystii sprawowanej przez bp. Stefanka siostra złożyła śluby przed wyjazdem do Gliwic dnia 28 stycznia 1989. Trwała żarliwa modlitwa. Jak wskazuje historia choroby, w dniach 14 i 15 marca sytuacja była już bardzo groźna – chorej groziła śmierć. I właśnie tej nocy nastąpił przełom, guz zaczął się „wycofywać”. W trzy tygodnie po uzdrowieniu kobieta opuściła szpital. Odbyła przewidziany prawem nowicjat, złożyła śluby. Co jakiś czas gliwickie Centrum Onkologii wzywało byłą pacjentkę na badania. Od chwili uzdrowienia po każdym badaniu nie stwierdzano istnienia markerów nowotworowych. Siostra żyje i pracuje w zgromadzeniu do dziś, ma teraz około 50 lat.

- Niezwykłemu uzdrowieniu nie nadano jednak wtedy rozgłosu.

- Arcybiskup Majdański mobilizował siostry, żeby zainteresowały się tą sprawą, ale nie zdołały podjąć działań. I tak minęło 20 lat, aż do 2011 r. Wtedy kiedy zwróciły się do mnie z prośbą o pomoc w przygotowaniu konstytucji dla nowego zgromadzenia Sióstr Uczennic Krzyża. Podjąłem się tej pracy i w ciągu roku je opracowałem. Kiedy zakończyliśmy prace i żegnaliśmy się, siostry zapytały o postępy w procesie beatyfikacyjnym kard. Wyszyńskiego. Odpowiedziałem, że sprawa się toczy, ale nie ma cudu. Wtedy opowiedziały mi o ciekawym przypadku uzdrowienia, jaki wydarzył się w ich wspólnocie. Poprosiłem o kontakt z uzdrowioną, a zainteresowana siostra pomogła mi uzyskać dokumentację choroby ze szpitali w Szczecinie i w Gliwicach.
Następnie jako wicepostulator procesu skontaktowałem się z obecnym metropolitą szczecińskim abp Andrzejem Dzięgą.
Na jego ręce złożyłem prośbę o rozpoczęcie w Kurii diecezjalnej procesu o zbadanie domniemanego uzdrowienia siostry. W ramach tych procedur poprosiłem dwóch lekarzy o wstępne zbadanie czy sprawa zasługuje na rozpoczęcie procesu o domniemanym uzdrowieniu chorej. Po otrzymaniu opinii pozytywnych, zwróciłem się do Arcybiskupa Metropolity o powołanie trybunału. W skład Trybunału powołanego 27 marca 2012 r. weszli: ks. Aleksander Ziejewski jako delegat biskupa, ks. Ryszard Ziomek, promotor sprawiedliwości i dwaj notariusze. W trakcie procesu przesłuchano 11 świadków wraz z uzdrowioną siostrą. Zostało też powołanych dwóch lekarzy „ab inspectione”, w celu zbadania aktualnego stanu zdrowia osoby uzdrowionej, chodziło o określenie, jaki był stan zdrowia 20 lat temu a jak jest obecnie w toku procesu. Proces zakończył się 28 maja 2013 r. podczas uroczystej sesji w katedrze św. Jana Chrzciciela w Szczecinie.
Akta sprawy przygotowane zgodnie z przepisami w języku polskim i włoskim zostały wysłane do Rzymu. Sprawa domniemanego cudu została przebadana przez grupę biegłych lekarzy pracujących na zlecenie Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. 29 listopada 2018 r. sześcioosobowe konsylium lekarskie uznało to zdarzenie za niewytłumaczalne z medycznego punktu widzenia i jednogłośnie orzekło, że chora została w sposób cudowny ocalona przed uduszeniem.
Następnie ośmioosobowa komisja biegłych teologów 21 marca 2019 wydała osąd pozytywny, orzekając, że uzdrowienie nastąpiło po modlitwie za wstawiennictwem Sługi Bożego Stefana Wyszyńskiego. Z kolei 24 września 2019 r. zebrała się komisja kardynałów i biskupów, która potwierdziła autentyczność uzdrowienia za wstawiennictwem kardynała Stefana Wyszyńskiego i zaopiniowała pozytywnie papieżowi sprawę beatyfikacji.
2 października 2019 r. podczas audiencji dla obecnego prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kard. Giovanni Angelo Becciu, papież Franciszek upoważnił Kongregację do ogłoszenia dekretu o cudownym uzdrowieniu. Końcowa sentencja Kongregacji brzmi: „Udowodniono cudowne uzdrowienie przez Boga za wstawiennictwem Sługi Bożego Stefana kardynała Wyszyńskiego Metropolity Gnieźnieńskiego i Warszawskiego, Prymasa Polski kardynała świętego Kościoła Rzymskiego, siostry z powodu ostrego zagrożenia przed uduszeniem; nagłe, ostre, trwałe, kompletne ocalenie życia i naukowo niewyjaśnione co do sposobu”.
Zatwierdzenie cudu przez Ojca świętego Franciszka zakończyło proces beatyfikacyjny Sługi Bożego i otworzyło drogę do jego Beatyfikacji.

- Dziękujemy za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Policja odwołała Child Alert. 10-letni Ibrahim pozostaje pod opieką ojca

2020-02-18 20:15

[ TEMATY ]

dziecko

fsHH/pixabay.com

Służby belgijskie oficjalnie poinformowały, że życiu i zdrowiu Ibrahima nie zagraża niebezpieczeństwo. Chłopiec pozostaje w Belgii pod opieką ojca, a kolejne czynności może podejmować sąd. Child Alert został odwołany - poinformowała we wtorek polska policja.

Policjanci ogłosili Child Alert w poniedziałek o godz. 6.45. Zaginięcie 10-letniego Ibrahima zgłosiła jego rodzina, m.in. matka. Chłopca zabrał i wywiózł do Belgii były partner kobiety. Matka dziecka twierdziła, że mężczyzna ten jest pozbawiony praw do opieki.

We wtorek Child Alert został odwołany.

W godzinach wieczornych służby belgijskie poinformowały, że życiu i zdrowiu Ibrahima na chwilę obecną nie zagraża niebezpieczeństwo. Dziecko pozostaje w Belgii pod opieką ojca. Kolejne czynności dotyczące sprawowania opieki nad dzieckiem pozostają w kompetencji sądów — przekazała w komunikacie Komenda Główna Policji.

Jak zapewniono, od momentu zgłoszenia przez matkę uprowadzenia 10-latka jego odnalezienie traktowała priorytetowo.

Poszukiwania były prowadzone nie tylko w Polsce, ale i za granicą — zaznaczyła KGP. Na Twitterze funkcjonariusze podziękowali obywatelom za zaangażowanie i pomoc.

W rozmowie z PAP rzecznik KGP insp. Mariusz Ciarka poinformował, że polska policja cały czas prowadzi czynności w związku z zawiadomieniem o przestępstwie złożonym przez matkę 10-letniego chłopca.

W poniedziałek wieczorem Polsat News podał, że „z informacji prokuratury w Antwerpii wynika, że to matka Ibrahima złamała prawo, wywożąc go do Polski. Belgijski sąd rodzinny w październiku 2018 r. wydał wyrok, na mocy którego dziecko miało zostać w Belgii z ojcem, a nie z matką w Polsce”.

Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik poinformował we wtorek PAP, że rano wysłał pismo do ministra sprawiedliwości Belgii z prośbą o pomoc dotyczącą ustalenia stanu prawnego 10-letniego Ibrahima. Prokuratura Krajowa - podał wiceminister Wójcik - wystąpiła natomiast o przekazanie informacji o wszystkich orzeczeniach w tej sprawie, którymi dysponuje belgijska prokuratura.

Prokuratura Rejonowa w Gdyni, prowadząca śledztwo w sprawie uprowadzenia chłopca, zapowiedziała, że będzie ustalać sytuację prawną dziecka. Jak wyjaśniała rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Gdańsku Grażyna Wawryniuk, śledczy dysponują dokumentem, przedłożonym przez matkę, z którego wynika, że belgijski sąd w lipcu 2017 roku opiekę rodzicielską na dzieckiem przyznał wyłącznie kobiecie.

Matka chłopca we wtorek przed południem stawiła się na policji w Antwerpii.

Policjanci powiedzieli mi, że nie będą zajmować się sprawą, bo według ostatniego wyroku z października 2018 r. władza rodzicielska jest przy obu rodzicach, ale sąd ustalił stały adres Ibrahima przy ojcu — powiedziała PAP kobieta.

Po informacjach o drugim orzeczeniu Prokuratura Okręgowa w Gdańsku skierowała wniosek do prokuratury w Antwerpii o wszczęcie postępowania na terytorium Belgii celem niezwłocznego zabezpieczenia dobra dziecka. Jednocześnie, zwróciła się o zweryfikowanie stanu prawnego, celem wyjaśnienia, któremu z rodziców przysługuje władza rodzicielska nad dzieckiem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję