Reklama

Boży zapaleniec

2019-05-08 08:12

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 19/2019, str. 16-19

Archiwum Salwatorianów
Ks. Andrzej Urbański SDS

Z Matką Teresą z Kalkuty organizował misje w Indiach, przez 13 lat zarządzał Zgromadzeniem Salwatorianów, którzy posługują w 42 krajach świata, znał biegle kilka języków, a przy tym był skromnym, niezwykle lubianym człowiekiem. Przyjaźnił się z prezydentem Tanzanii i rodziną Kamila Stocha. Ks. Andrzej Urbański SDS odszedł nagle w marcu 2019 r. podczas pobytu w Tanzanii

Urodził się w Rajczy k. Żywca. Wzrastał w patriotycznej, bardzo religijnej rodzinie i góralskiej tradycji Podbeskidzia. W Rajczy mieszkali jego dziadkowie ze strony matki – Jeleśniańscy.

– Ojciec Andrzeja był krawcem i w spółdzielni pracy uczył zawodu inwalidów wojennych – wspomina krewna Antonina Jeleśniańska. – Nie miał zbyt wiele czasu, by zajmować się chłopcem. Dlatego Andrzej przylgnął do dziadka, człowieka niezwykle pobożnego, który zabierał go w góry i dużo z nim rozmawiał. Chłopiec od najmłodszych lat marzył, aby zostać misjonarzem. – Pewnego razu – opowiada p. Antonina – gdy ich odwiedziłam, Andrzejek siedział z książką i oglądał obrazki. Ręką wskazał, abym się nachyliła, i szepnął: – Ciociu, zobacz, to są Murzyni, oni nie znają Boga. Gdy dorosnę, zostanę księdzem i będę ich chrzcił – powiedział z przekonaniem. Wielki wpływ na duchowość chłopca miała też babcia ze strony ojca, która zabierała go do sanktuarium w Trzebini na wieczory fatimskie. W ten sposób trafił do Towarzystwa Boskiego Zbawiciela, czyli salwatorianów, którzy do dziś prowadzą tę parafię. Wstąpił do nowicjatu w Bagnie na Dolnym Śląsku. W 1970 r. złożył profesję wieczystą, a 3 lata później przyjął święcenia kapłańskie.

Praca w Afryce

Jeszcze w czasie formacji seminaryjnej Andrzej zadeklarował chęć wyjazdu na misje. Przez cały czas studiów, a nawet w przerwie na przymusową służbę wojskową dla kleryków, pilnie uczył się języków: angielskiego i niemieckiego. W 1975 r. wyjechał do Tanzanii. „Ten piękny kraj – napisał w liście do rodziny – stał się dla mnie «Ojczyzną z wyboru»”. Ukochał ten „prosty, pełen autentycznej dobroci, gościnny lud”. Młody misjonarz zderzył się tam z wieloma problemami nie tylko natury religijnej. – Praca na misjach – wyjaśnia ks. Mieczysław Kijaczek SDS, przez wiele lat misjonarz w Tanzanii – odbywa się na dwóch płaszczyznach: duchowej i materialnej. Misjonarz nie tylko dba o ewangelizację, nauczanie, ale też pomaga organizować ludziom codzienne życie, udziela porad zdrowotnych, prowadzi punkty naprawy, przedszkola dla dzieci, a także pomaga budować zbiorniki wodne. Bez wody nie da się żyć, a w okresie suchym w Tanzanii wody brakuje. Ks. Urbański był bardzo gorliwy. „Moto-moto” – tak o nim mówili współbracia w Afryce (w języku suahili „moto” znaczy ogień, moto-moto – zapaleniec). Jego żarliwość apostolską współbracia przyrównują do ognia, który zaprószony nie daje się ugasić. Jak się zapalił do jakiejś idei, to nic nie mogło mu stanąć na przeszkodzie. – Gdy był proboszczem w Lionja (1976 r., druga jego placówka), miał do dyspozycji motocykl – wspomina ks. Kijaczek. – Budował wówczas kaplicę w jednej ze stacji misyjnych. Ludzie pomogli mu zrobić cegły i je wypalić, a on przewoził je w plecaku na budowę. Wyobraźcie sobie, ile razy musiał przemierzać tę trasę, aby wybudować kaplicę.

Reklama

Troska o powołania

W 1977 r. ks. Urbański został przełożonym nowicjatu w Namiungo. Powierzono mu zadanie przyjmowania nowych, rodzimych powołań i formowania ich do zgromadzenia. To się wiązało z budową domu formacyjnego. – Wcześniej dwa razy podejmowano próbę stworzenia takiego domu – opowiada ks. Kijaczek – ale dopiero ks. Andrzejowi się to udało. Odwiedziłem go na początku lat 80. – wspomina misjonarz. – Mieszkał wówczas w lepiance, do której garnęły się węże i skorpiony, zwłaszcza w porze deszczowej, szukając schronienia przed deszczem. W porze suchej brakowało wody, nie było studni. W tych warunkach Andrzej zaczął zdobywać fundusze i budować dom formacyjny. Dziś jest to duży kompleks, składający się z kilku budynków. „Wielu z tych młodych tanzańskich salwatorianów (w Namiungo) – napisał ks. Urbański w 1992 r. w jednym z listów do rodziny – to bracia zakonni, którzy uczą się w szkołach zawodowych lub zakończyli już swoje nauki. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że przez swoją wiedzę fachową włączają się całym sercem w walkę przeciw zacofaniu, biedzie, korupcji na tamtejszym kontynencie”.

Uczelnia w Morogoro

Dowodem ogromnego zaangażowania ks. Urbańskiego w rozwój misji na Czarnym Lądzie oraz zaufania ze strony współbraci była decyzja mianowania go w 1981 r. przełożonym misji w Tanzanii. Pełnił tę odpowiedzialną funkcję przez 3 kolejne kadencje, dzięki jego ofiarnej pracy salwatorianie rozpoczęli posługę misyjną w diecezjach Dar es Salaam oraz Morogoro. Wkrótce z inicjatywy ks. Andrzeja została podjęta decyzja o stworzeniu seminarium salwatoriańskiego dla rodzimych powołań. – W Tanzanii jest 36 diecezji, ale tylko 3 seminaria duchowne – opowiada ks. Kijaczek. – Dostać się do seminarium to wielkie szczęście. Zastanawialiśmy się, gdzie kształcić kleryków. Wysyłać ich na studia do Europy? To duże koszty. Padł pomysł stworzenia własnego seminarium. Ks. Andrzej tak się zapalił do tego konceptu, że wszystkich do niego przekonał. Na 28 misjonarzy tylko 1 był przeciwny – wspomina mój rozmówca.

Na miejsce budowy wybrano Morogoro – duże miasto w środkowo-wschodniej części kraju. Salwatorianie porozumieli się z misjonarzami z innych zgromadzeń i powstał Instytut Filozoficzno-Teologiczny – pierwsza międzyzakonna uczelnia dla rodzimych powołań Tanzanii oraz krajów sąsiednich. 10 lat temu uczelnia przekształciła się w uniwersytet (Jordan University College), w którym naukę pobiera dziś prawie 2,5 tys. studentów – nie tylko przyszłych kapłanów, ale także świeckich, którzy tam studiują nauki socjalne, polityczne i ekonomiczne. Wydział filozoficzny i teologiczny uczelni jest afiliowany do Urbanianum w Rzymie.

Uczelnia była oczkiem w głowie ks. Andrzeja. Nie tylko doglądał budowy, ale też wszędzie zabiegał o fundusze. „Podczas 3-tygodniowego pobytu w Szwajcarii głosiłem kazania po niemiecku, prosząc o pomoc na budowę naszego seminarium w Morogoro” – poinformował w jednym z listów do rodziny. Pisał liczne artykuły do zachodnich czasopism i w ten sposób zdobywał środki. Sam też zabiegał o kadrę profesorską, zachęcał znajomych naukowców. – Nie zrażał się odmową i nie chował urazy – wspomina ks. Józef Tarnówka SDS, który ze względu na stan zdrowia, a także liczne zobowiązania nie podjął zaproszenia.

Wszystkie te wysiłki zostały docenione przez władze zarówno kościelne, jak i świeckie Tanzanii. Kard. Polycarp Pengo podczas wizyty w Polsce zapewniał: – Uznaję powstanie naszego ośrodka seminaryjnego za jeden z najcenniejszych darów, które otrzymał Kościół w Tanzanii. Wyrazem uznania dla zasług ks. Andrzeja Urbańskiego dla duchowego rozwoju tego afrykańskiego kraju były dwie wizyty prezydenta Tanzanii Beniamina Mkapy na Podbeskidziu, w rodzinnych stronach misjonarza.

Spotkania z Matką Teresą

– Indie – opowiada ks. Kijaczek – to był pierwszy kraj, do którego w 1890 r. nasz założyciel – o. Jordan posłał misjonarzy. Misja tam trwała tylko 25 lat, do I wojny światowej, ale że byli to głównie księża mówiący po niemiecku, zostali deportowani przez Anglików. W 100-lecie rozpoczęcia działalności w Indiach ks. Urbański jako przełożony misji podjął próbę odtworzenia placówki. Powstał dom zakonny Salwatorianów w Bangalore. Dziś jest tam 38 rodzimych kapłanów, 10 kleryków. Ks. Urbański wizytował tę placówkę kilka razy. W Kalkucie spotkał się z Matką Teresą. W liście do rodziny tak wspominał to spotkanie: „25 marca odprawiliśmy Mszę św. w Domu Macierzystym Sióstr Miłosierdzia, czyli Sióstr Matki Teresy. Uczestniczyło w tej Mszy św. ok. 200 nowicjuszek i duża liczba młodych sióstr z różnych krajów. Po Mszy św. Matka Teresa, która niedawno miała operację serca, przyszła do zakrystii, aby nas przywitać, i rozmawiała z nami prawie 20 minut. Po raz drugi w życiu miałem okazję wpatrywać się w oblicze tej świętej naszych czasów. Powiedziała mi, że jej siostry pracują w 104 krajach świata i że ostatnio otrzymała zaproszenie do pracy nawet w Chinach. Wręczyłem jej krzyżyk hebanowy, który przywiozłem z Tanzanii, a ona mi dała swoje modlitwy na dwóch kartkach, które własnoręcznie podpisała. (...) Prostota, dobroć i bezpośredniość Matki Teresy są ujmujące, a rozmowa z nią była dla mnie duchową rozkoszą”. Ks. Andrzej udostępnił siostrom miłosierdzia zakupiony przez zgromadzenie dom. „Ponieważ dwa lata temu zaczęliśmy przyjmować młodzieńców hinduskich i mamy dopiero jednego tubylczego księdza i 6 młodych kleryków, nie jesteśmy w stanie tego domu używać. Zaprosiliśmy więc siostry Matki Teresy z Calcutty (pisownia oryginalna), aby go zamieszkały razem z ułomnymi dziećmi na dwa lata” – napisał. Siostry zostały w nim 15 lat.

Obywatel świata

Ogromna pracowitość oraz prawdziwy duch misyjny i apostolski ks. Andrzeja zostały dostrzeżone przez współbraci z wielu prowincji rozsianych po całym świecie, dlatego w 1993 r. został on wybrany na urząd wikariusza generalnego Salwatorianów i sekretarza generalnego ds. misji. Opuścił Afrykę i zamieszkał w domu Salwatorianów w Rzymie. Teraz troszczył się o rozwój misji już nie tylko w Tanzanii, Kongo czy Indiach, lecz na całym świecie. Przyczynił się do założenia nowej fundacji na Filipinach czy na Komorach. Z wielkim zaangażowaniem uczestniczył w zakładaniu ośrodków duszpasterskich w krajach byłego bloku wschodniego, w Albanii, na Węgrzech. – To był prawdziwy charyzmatyk. On doskonale rozeznał charyzmat naszego zgromadzenia, żył nim i go pielęgnował dla dobra misji i salwatorianów. Bardzo dużo wymagał – najpierw od siebie. Miał dyscyplinę wewnętrzną i jasno określony cel. Wiedział, co jest ważne, a czym sobie głowy nie zawracać – wspomina ks. Ignacy Pawlus SDS, przez wiele lat misjonarz na Syberii, zapytany o przyczyny sukcesu ks. Urbańskiego. W 1999 r. ks. Andrzej został przełożonym generalnym Salwatorianów. Był drugim Polakiem na tym zaszczytnym stanowisku. Urząd ten pełnił przez 2 kadencje, do 2013 r. W tym czasie podejmował wiele inicjatyw służących rozwojowi Towarzystwa Boskiego Zbawiciela. – Wielu uważało – mówi ks. Józef Tarnówka SDS – że ks. Urbański jako jedyny po naszym założycielu, o. Jordanie, miał wizję, w jakim kierunku zgromadzenie ma iść. I próbował natchnąć tym duchem ludzi. On nie tylko miał wizję, ale też potrafił ją realizować.

Jako przełożony generalny jeździł po całym świecie. – On kochał Kościół, bo kochał ludzi – zauważa ks. Tarnówka. – Umiał z nimi rozmawiać, dostrzec w nich dobro. To przyciągało do niego zarówno ludzi prostych, jak i tych z pierwszych stron gazet. Do jego przyjaciół należy m.in. rodzina Stochów. Cenili ks. Andrzeja. Błogosławił związek małżeński Ewy i Kamila Stochów. Widziałem go w różnych sytuacjach, zwyczajnych i bardzo oficjalnych. Zawsze był sobą. Miał specyficzne poczucie humoru, potrafił żartować z siebie. Pamiętam, jak zszokował współbraci, częstując małymi czarnymi cukiereczkami. Później okazało się, że to pieczone termity... – wspomina ks. Tarnówka.

Po zakończeniu posługi w Rzymie ks. Andrzej Urbański powrócił do Polski. W ostatnim czasie mieszkał w salwatoriańskiej parafii pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w Bielsku-Białej. Pomagał w duszpasterstwie, służył jako spowiednik, udzielał się także w hospicjum. Zmarł nagle 15 marca 2019 r. w Bagamoyo w Tanzanii, gdzie przebywał na uroczystościach srebrnego jubileuszu Jordan University College w Morogoro. Jego pogrzeb odbył się 27 marca w bazylice mniejszej pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Trzebini. Został pochowany w miejscowym grobowcu zakonnym.

* * *

Świadectwa

Ks. Krzysztof Wons SDS – dyrektor Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów na Zakrzówku w Krakowie:
Gdy w różnych sprawach przyjeżdżałem do Rzymu, ks. Andrzej, choć pełnił tak eksponowaną funkcję, zawsze znajdował czas, żeby porozmawiać. To nie były rozmowy na korytarzu, co tam słychać. Siadaliśmy, wsłuchiwał się w to, co się mówiło. Interesował się powstawaniem Centrum Formacji Duchowej na Zakrzówku w Krakowie – był przekonany, że to jedno z najważniejszych dzieł zgromadzenia. Dodawał mi otuchy, okazywał zrozumienie, wspierał. Miałem świadomość, że po takim spotkaniu swoje obowiązki będzie nadrabiał do nocy, bo to był tytan pracy. Ale on po prostu potrafił z człowiekiem pobyć. Zawsze pytał o moją mamę, pozdrawiał ją. Miał ogromną odwagę działania, by zakładać nowe fundacje i dzieła – to wynikało z jego wiary. Był bardzo odpowiedzialny.

Sylwia Kajdana – pracownik Wydawnictwa SALWATOR:
Brałam udział w jubileuszowej pielgrzymce wydawnictwa do Rzymu. W tym czasie obowiązki generała zakonu pełnił ks. Andrzej Urbański. Byliśmy zachwyceni jego osobą od pierwszych chwil naszego pobytu w domu generalnym w Rzymie. Przywitał nas skromny, pełen pokory i ciepła człowiek. Pomógł nam w przeniesieniu walizek, zaprosił do pokoju i zwyczajnie z nami rozmawiał o codziennym życiu, o naszych rodzinach, problemach. Pamiętam też posiłki podczas naszej pielgrzymki. Ks. Andrzej nie czekał, aż stół będzie gotowy. Pomagał w jego nakryciu, czuwał, czy komuś czegoś nie brakuje, donosił, zawsze z uśmiechem.

Tagi:
powołanie

Reklama

Dla Pana Boga

2019-07-10 09:42

Katarzyna Krawcewicz
Edycja zielonogórsko-gorzowska 28/2019, str. IV

Maciej Krawcewicz
W maju tego roku przybyło w naszej diecezji trzech nowych diakonów

Mała liczba alumnów w naszym seminarium duchownym jest rzeczywistością, z którą jako diecezja musimy się zmierzyć. Warto zastanowić się nie tylko nad przyczynami takiej sytuacji, ale również pomyśleć, czy jako wierzący mamy jakiś wpływ na zmianę? A może aktualny stan rzeczy to już sygnał, że trzeba zacząć się bać o powołania? – Jako ludzie wierzący nie powinniśmy oczywiście panikować, co nie znaczy, że nie mamy podejść do tej sprawy poważnie i dojrzale. Trzeba stawiać pytania, analizować i zastanawiać się. Wszyscy musimy pomyśleć nad tym, jaka jest nasza troska o powołania. Jaka w ogóle jest nasza świadomość różnych powołań w Kościele – mówi ks. Tadeusz Kuźmicki.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Sarah sprzeciwia się przeciwstawianiu go papieżowi

2019-07-19 21:00

pb (KAI/romereports.com) / Watykan

Jestem wierny papieżowi, choć niektórzy próbują nas sobie przeciwstawić - mówi kard. Robert Sarah. Prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów 20 lipca obchodzi 50. rocznicę przyjęcia święceń kapłańskich.

Bożena Sztajner/Niedziela

W rozmowie z portalem Rome Reports pochodzący z Gwinei hierarcha wspomina, że jego powołanie zaczęło się, gdy zobaczył misjonarzy modlących się jeszcze przed świtem.

- Gdy byłem małym chłopcem pytałem sam siebie: „Co ci ludzie robią w ciszy, w ciemnościach?”, bo w mojej wiosce nie było elektryczności. Myślałem: „Na pewno mówią do kogoś, kogo widzą i znają”. A kiedy jeden z nich zapytał mnie: „Czy chcesz pójść do seminarium”, nie wiedziałem, co to jest. Zapytałem: „Co tam robicie?”. Powiedział: „Idziesz tam, żeby stać się taki, jak my”. Zgodziłem się. Chciałem spotkać tę Osobę, którą widzieli w ciszy i ciemnościach kaplicy - opowiada kard. Sarah.

Choć minęło tyle lat, wciąż pamięta oddanie tych misjonarzy, którzy przyjechali do Afryki. - Przyjechali nie po to, żeby coś zyskać, ale żeby nam służyć, żeby nas zbawić, tak jak Chrystus nie przyszedł, żeby zyskać, ale żeby oddać swe życie. Oddali swoje życie, a niektórzy umarli bardzo młodo. Dla mnie bycie księdzem jest naśladowaniem tych misjonarzy, którzy przekazali mi swą wiarę. Chcę być taki, jak oni - podkreśla prefekt watykańskiej kongregacji, zajmującej się kwestiami liturgicznymi.

W Watykanie pracuje on od 2001 r. u boku Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka. Smutkiem napawa go to, że bywa przedstawiany jako oponent obecnego papieża. - Zachowuję spokój, bo jestem lojalny wobec papieża. Nie mogą zacytować słowa, zdania, gestu, którym sprzeciwiam się papieżowi. To niedorzeczne. Służę Kościołowi, Ojcu Świętemu, Bogu. To wystarczy - zapewnia afrykański purpurat.

Przestrzega, że są ludzie, którzy „piszą takie rzeczy, żeby wykreować opozycję przeciwko Ojcu Świętemu wśród biskupów albo kardynałów”. - Nie możemy wpaść w tę pułapkę - mówi kard. Sarah.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem