Reklama

Anioły chodzą po ulicach

2019-05-21 13:10

Z Janem Stolarskim rozmawiał Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 21/2019, str. 42-44

Krzysztof Tadej
Jan Stolarski – piłkarz, trener i założyciel klubu Rozwój Warszawa

Wszystko trwało zaledwie kilka sekund. Zderzenie, ból i krzyk. Od tego momentu radykalnie zmieniło się życie niespełna 21-letniego piłkarza
Z Janem Stolarskim o dramatycznych chwilach na piłkarskim boisku, walce o powrót do zdrowia i wierze w Boga rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP

KRZYSZTOF TADEJ: – Dramat rozpoczął się cztery lata temu – 28 lutego 2015 r., w sobotę po południu.

JAN STOLARSKI: – Byłem na testach w drużynie KS Łomianki. Szukałem drużyny, w której mógłbym grać, rozwijać się. Rozgrywaliśmy sparing z warszawskim zespołem z Ursynowa. Byłem środkowym pomocnikiem. Nieźle dla mnie układał się ten mecz. W 30. minucie minąłem dwóch zawodników i zbyt mocno wypuściłem piłkę. Chciałem wślizgiem ją zatrzymać, bo zbliżała się do bocznej linii boiska. Nie zauważyłem, że obrońca przeciwników również zrobił wślizg. Doszło do zderzenia.

– Sytuacja, jakich wiele na piłkarskim boisku.

– Niestety, nie w tym przypadku. Zawodnik kolanem trafił mnie w piszczel. Krzyknąłem, poczułem ogromny ból. Od razu spuchła mi noga. Po chwili próbowałem wstać, ale nie mogłem. Nikt mi nie pomógł. Nie było opieki medycznej. Pomyślałem, że muszę dojść do szatni, żeby tam się położyć. Ani trener, ani kierownik drużyny nie wezwali karetki. Machnęli ręką. Potem nikt się mną nie interesował. Z największym trudem dotarłem do szatni, a sparing trwał.

– A później? Po meczu?

– Trener spytał, czy będę z nimi grał w kolejnych meczach. „Nie wiem, czy dam radę, bo nie wiem, jak poważny jest uraz” – odpowiedziałem. Mówiłem, że bardzo boli mnie noga i nie jestem w stanie pójść na autobus, żeby pojechać do domu. Kierownik drużyny podwiózł mnie pod mój blok. Z największym trudem dotarłem na trzecie piętro. Położyłem się, ale w nocy ból był nie do wytrzymania. Z mamą i bratem pojechaliśmy na ostry dyżur do szpitala.

– I zaczął się kolejny horror...

– Lekarz dyżurujący chciał mi od razu wstawić nogę w gips, bez prześwietlenia. Nie zgodziłem się. Dali mi środek przeciwbólowy i odesłali do domu.

– A gdybyś się zgodził, to...

– Już bym nie miał nogi. Tak mówili później lekarze. Po powrocie do domu czułem się fatalnie. Mdlałem. Postanowiliśmy pojechać na dyżur lekarzy sportowych do prywatnej kliniki. Jak dojechaliśmy, to lekarz niemal złapał się za głowę. Powiedział, że mam krwiaka, ciśnienie krwi w nodze jest krytyczne, robi się zakrzep i natychmiast trzeba mnie operować. Ale dodał, że musimy zapłacić. Doszliśmy do kasy i okazało się, że trzeba wpłacić aż 13 tys. zł. Nie mieliśmy pieniędzy.

– Ktoś pojechał do domu po oszczędności?

– W domu ani na kontach także nie mieliśmy takiej sumy. Pochodzę z niezamożnej rodziny. Z mamą i bratem Karolem mieszkaliśmy w malutkiej, 19-metrowej kawalerce na warszawskiej Woli. W najstarszym, przedwojennym bloku. Było tak ciasno, że wannę mieliśmy w kuchni, a jak rozłożyliśmy wieczorem łóżko i fotele, to praktycznie nie było wolnego miejsca. Mieszkaliśmy bez taty. Nigdy go nie poznałem. Po prostu opuścił mamę, gdy się dowiedział, że jest w ciąży. Nieraz w dzieciństwie było ciężko. Jak dorośliśmy z bratem, to zaczęliśmy dorabiać. W swoim życiu byłem już kucharzem, kelnerem, układałem chodniki na budowie, roznosiłem ulotki. Nie miałem oszczędności, żeby zapłacić za operację.

– Co się stało później?

– Postanowiliśmy wrócić do państwowego szpitala. Poprosiliśmy lekarza prywatnej kliniki, żeby wypisał skierowanie. Na czerwono podkreślił konieczność natychmiastowej operacji. Gdy stamtąd wyjeżdżaliśmy, to pomyślałem sobie, jak straszny jest dzisiejszy świat. Kto nie ma pieniędzy, to w prywatnej przychodni czy szpitalu nie uzyska pomocy. Po prostu zostawią cię z problemem. Możesz stracić nogę, umrzeć, bo liczą się tylko pieniądze.

– Dojechaliście do szpitala i...

– Na dyżurze był inny lekarz. Zrobił kolejne badania. Powiedział, że to skandal, iż jego kolega wypuścił mnie w takim stanie. Zarządził natychmiastową operację. Minuty decydowały o tym, czy uratuje mi nogę, czy będzie musiał ją amputować. Wszystko działo się w błyskawicznym tempie. Na sali operacyjnej nie było czasu na podanie leków przeciwbólowych. Dostałem wacik w usta, żebym nie odgryzł sobie języka. Nacięto mi nogę. Krwiak wypłynął. Poczułem ulgę.

– Po powrocie na salę... umierałeś.

– Podczas operacji przecięto mi naczynia krwionośne. Kiedy przywieziono mnie na salę, krew lała się na podłogę. Sytuacja była krytyczna. Traciłem przytomność. Ludzie po operacjach, którzy leżeli obok, krzyczeli, żeby natychmiast przyszli lekarz i pielęgniarki. Ale oni zniknęli. Po prostu gdzieś sobie poszli.

– Horror.

– Tak poznałem warunki panujące w polskim szpitalu. Kiedy wreszcie pojawił się lekarz, od razu zdecydował, że zabiera mnie na kolejną operację. Tym razem zszyli mi naczynia krwionośne. Kiedy to się zakończyło, wróciłem na salę i zacząłem odzyskiwać siły. Wróciło mi życie, ale wkrótce przeżyłem kolejne trudne chwile.

– To znaczy?

– Zapytałem lekarza, kiedy będę mógł wrócić na boisko. Spojrzał na mnie zdziwiony i powiedział, że w piłkę to będę mógł co najwyżej pograć sobie na komputerze. Byłem zdruzgotany. Przecież całe życie marzyłem o graniu...

– Co Ci wtedy pomogło?

– Mocny charakter i wiara w Boga. Powiedziałem sobie, że wrócę na boisko bez względu na to, w której będę grał lidze. Na sali modliłem się po swojemu. Prosiłem Boga o pomoc. Gdyby nie wiara, tobym nic nie osiągnął. Nie miałbym odwagi wstać i walczyć dalej.

– Kiedyś powiedziałeś: „Bóg miał dla mnie plan”.

– Postanowiłem, że jak wyzdrowieję, to będę pomagał innym. Wiedziałem, że wielu chłopaków chce grać w piłkę, ale nie może się przebić do żadnego klubu. Tak jak w moim przypadku – nie mieli pomocy trenerskiej ani menadżerskiej. Potrzebowali kogoś, kto by ich zachęcił, wskazał im drogę, doprowadził do sukcesu. Poczułem, że Bóg chce, bym pomagał chłopakom, którzy w życiu popełnili jakieś błędy, chcą wyjść na prostą i grać w piłkę.

– Ale wcześniej sam musiałeś powrócić do zdrowia.

– Spotkałem ludzi, którzy mi pomogli. Okazuje się, że anioły, dobrzy ludzie, chodzą po ulicach. Można ich spotkać w codziennym życiu. Dla mnie taką osobą okazał się Jacek Magiera – były piłkarz i trener Legii Warszawa, obecnie trener piłkarskiej reprezentacji Polski do lat 20. Poznał go przez przypadek mój brat Karol, który też jest piłkarzem. Wiedział z gazet, kim jest, i po prostu podszedł do niego w tramwaju. Zapytał, czy może przyjść na testy do Legii. Wymienili się telefonami. To wydarzyło się przed moją kontuzją. Po wyjściu ze szpitala zadzwoniliśmy do Jacka i to właśnie on mi pomógł. Bezinteresownie! Dzięki niemu mogłem rozpocząć rehabilitację w Legii Warszawa, a potem treningi.

– Ale również tam przeżyłeś moment załamania...

– Któregoś dnia po rehabilitacji w szatni zobaczyłem zawodników w moim wieku. Byli uśmiechnięci, pełni sił, mieli kontakty. Pomyślałem o swoim życiu. Kontuzja, groźba amputacji nogi, powolne dochodzenie do sprawności... Przyszło mi do głowy, że tak naprawdę, jeśli wrócę na boisko, to będę mógł grać najwyżej w okręgówce. Rozpłakałem się. Zobaczył to Jacek Magiera. Zapytał, dlaczego płaczę. A potem powiedział, że w swojej karierze widział może 3-4 płaczących piłkarzy. „I wiesz co się później stało?” – spytał. Okazało się, że wszyscy zagrali w reprezentacji Polski. Odpowiednio mnie zmotywował i znowu zacząłem walczyć.

– W jednym z wywiadów przypomniałeś również powiedzenie: „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”.

– Przed kontuzją miałem dużo kolegów i znajomych. O niektórych myślałem, że są przyjaciółmi. Jak doznałem kontuzji, to nikt się nie odzywał. Pustka. Od czasu do czasu ktoś o coś zapytał na Facebooku. Ale pojawili się ludzie, o których mogę dzisiaj powiedzieć, że są prawdziwymi przyjaciółmi. Oni mi pomagali. Tak samo jak moja rodzina. Dlatego przetrwałem najcięższe chwile.

– Po rehabilitacji dochodziłeś do pełnej sprawności. I zacząłeś pomagać innym...

– Wróciłem na boisko. Zacząłem grać w drużynie OKS Start Otwock w III lidze. Był to dla mnie wielki sukces, bo przecież przed kontuzją grałem w lidze okręgowej. Jednocześnie marzyłem o założeniu klubu piłkarskiego. Przekonałem do tego kilku kolegów. Na Facebooku zaprosiliśmy zainteresowanych na pierwszy trening. Przyszło ponad 50 osób! Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Tak powstał klub Rozwój Warszawa. Zgłosiliśmy się do rozgrywek i zaczęliśmy grać w ostatniej lidze.

– Mieliście sprzęt, sponsorów, boisko?

– Nie, kompletnie nic. Tylko marzenia i zapał do gry. Do dzisiaj nie mamy swojego boiska i wynajmujemy je, gdy mamy grać „u siebie”. Startowaliśmy bez zaplecza, sponsorów. Treningi odbywały się na łąkach, na orlikach, gdzie nie było wymiarowych bramek, i na zapomnianych boiskach. Obok jednego z nich była stajnia. Właściciel pozwolił nam się tam przebierać. Ponieważ na boisku nie było żadnego oświetlenia, jeden z kolegów przywiózł z budowy lampy ledowe. Przejeżdżający na rowerach ludzie zatrzymywali się i nie dowierzali, że drużyna, która występuje w rozgrywkach, może trenować w takich warunkach. Ale szło nam nieźle. Po pierwszym sezonie awansowaliśmy do wyższej ligi.

– A jak jest obecnie?

– Gramy w klasie A. Zajmujemy jedno z czołowych miejsc. Marzymy, żeby awansować do wyższej klasy. Chcielibyśmy, żeby ktoś nam pomógł w rozwoju klubu. To jest bardzo trudne, ale moje doświadczenie pokazało, że nigdy nie można się poddawać. Lekarze twierdzili, że już nigdy nie wybiegnę na boisko, a stało się inaczej. Wielu ludzi pukało się w czoło, gdy zakładałem klub piłkarski, a teraz nieźle sobie radzimy. O sukcesie decydują pasja, marzenia, determinacja i chęć osiągnięcia sukcesu.

– Czego jeszcze nauczyło Cię to doświadczenie?

– Inaczej patrzę na świat i ludzi. Bardziej doceniam drugiego człowieka. Wiem, że często sukcesy rodzą się w bólach. Trzeba pokonywać trudności i się nie załamywać. I nieraz cierpieć, żeby osiągnąć coś wartościowego. Często powtarzam maksymę: „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”. A także słowa słynnego piłkarza – Pelégo: „Sukces to nie przypadek. To ciężka praca, wytrwałość, nauka, analiza, poświęcenie, a przede wszystkim miłość do tego, co robisz”. Po tym, co mnie spotkało, wiem, że życie w ciągu kilku chwil może się radykalnie zmienić. Ale wtedy trzeba walczyć i nigdy się nie poddawać.

Tagi:
rozmowa

Poprawność polityczna rządzi światem

2019-07-16 11:47

Rozmawia Włodzimierz Rędzioch
Niedziela Ogólnopolska 29/2019, str. 38-39

magna-carta.it
Eugenio Capozzi

Czym jest poprawność polityczna, dlaczego wyklucza się jej przeciwników i dlaczego nienawidzi ona chrześcijaństwa. Na pytania Włodzimierza Rędziocha odpowiada prof. Eugenio Capozzi

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – Jak zdefiniowałby Pan Profesor poprawność polityczną?

PROF. EUGENIO CAPOZZI: – Jako „katechizm cywilny”, sumę nakazów, zakazów, cenzur, które są wyrazem bardzo precyzyjnej ideologii – możemy ją nazwać neoprogresywizmem, ideologią „Innego”, „utopią różnorodności”. Chodzi o ideologię, która w całości potępia kulturę zachodnioeuropejską jako imperialistyczną i dyskryminującą i planuje zmienić mentalność ludzkości – zastąpić ją radykalnym relatywizmem kulturowym i etycznym.

– Neoprogresywizm został narzucony przez rewolucję 1968 r. i inne ruchy młodzieżowe. Do czego dążyli młodzi ludzie?

– Celem buntu młodych „baby boomers” (ludzie z powojennego wyżu demograficznego – przyp. W. R.) na Zachodzie było nie tylko ustanowienie wolności, równości czy sprawiedliwości za pomocą środków ekonomicznych lub politycznych, ale przede wszystkim usunięcie „korzeni” dominacji z historii zachodniej kultury przez radykalną zmianę sposobu myślenia, pojęć i języka. To cel, który w rzeczywistości reprezentował „ojcobójstwo”, prawdziwe zresetowanie zachodnich korzeni kulturowych. Jeśli człowiek zachodni był w historii wcieleniem przemocy, represji, imperializmu – musi zostać ponownie „uformowany”, z zaakceptowaniem wszystkich modeli kulturowych i wszystkich grup mniejszościowych, które podporządkowywał w przeszłości, aby w ten sposób się odnowić i zregenerować. „Inny”, sprowadzony do abstrakcyjnej koncepcji, staje się „odkupicielem” złej historii i fundamentem nowej i tolerancyjnej cywilizacji, w której znikną konflikty, gdy zostanie wyeliminowany „grzech pierworodny” dominacji i hierarchii.

– Jak to się stało, że ideologii poprawności politycznej udało się zastąpić tradycyjne ideologie liberalno-demokratyczne?

– Silna hegemonia „narracji różnorodności” wkradła się w dialektykę społeczeństw liberalno-demokratycznych; zdestabilizowała i zniszczyła jej filozoficzne podstawy – ten „najniższy wspólny mianownik” kulturowy, który przez wieki określał wspólną koncepcję świętości osoby ludzkiej, faktycznie wprowadził prawdziwą dyktaturę relatywizmu. Dyktaturę, przeciwko której prawie niemożliwe jest zbuntowanie się – grozi to ośmieszeniem społecznym i marginalizacją, ponieważ już w końcu XX wieku poprawność polityczna stała się charakterystyczną cechą elit politycznych, intelektualnych, medialnych i przemysłu rozrywkowego, uzyskała monopol na język i etykę publiczną.

– Wspomniał Pan Profesor o postawie „ojcobójstwa”. Papież Benedykt XVI, jeszcze jako kardynał, mówił natomiast o Zachodzie, który nienawidzi siebie...

– To prawda, ponieważ jeśli Zachód jest korzeniem zła, „zbawienie” może przyjść tylko w procesie „odzachodnienia” świata. Jeśli „my” jesteśmy winni zła na świecie, musimy odpokutować za nasze grzechy, wyrzekając się naszej tożsamości, „rozpuścić się” w wielkiej magmie świata o płynnych tożsamościach. Krótko mówiąc, wszystko, co należy do zachodniego kanonu, jest złe. „Inny” jest zawsze na wyższym poziomie i jest lepszy etycznie. A zatem – kultury pozaeuropejskie, religie niechrześcijańskie, islam i środowiska LGBTQ są etycznie lepsze. W tym sensie możemy również mówić o „autofobii” (autofobia to lęk przed samym sobą – przyp. W. R.).

– Jakie są założenia tego, co nazwał Pan Profesor „katechizmem cywilnym”?

– W skrócie można powiedzieć, że zasadza się on na czterech dogmatach. Pierwszym z nich jest relatywizm kulturowy, co oznacza, że wszystkie kultury, tradycje i religie mają jednakową wartość i muszą być traktowane na tym samym poziomie. Drugi dogmat to równoważność pragnień i praw. W tej perspektywie każde pragnienie jest uzasadnione, a nawet święte, a każdy rodzaj represji jest niewłaściwy (zabrania się zabraniać). To hedonistyczna i radykalna interpretacja Freuda, a także Marcusego. Podmiot ludzki jest zredukowany do czystego popędu i pragnień. Tendencje te przekładają się na eksplozję konfliktów, ponieważ nie ma ograniczeń dla pragnień, ich sprzeczności i ciągłej zmienności. Trzecim dogmatem jest przekonanie, że człowiek dla świata nie jest konieczny. Człowiek jest jednym z wielu elementów równowagi w środowisku, ale nie jest głównym celem. Czwarty dogmat to powiązanie tożsamości z samostanowieniem. Prawa są oparte nie na powszechnie podzielanej koncepcji człowieka, ale na przynależności do grup i stylów życia, które jako takie muszą być chronione. Warunki te nie są uważane za naturalne, ale są wynikiem subiektywnego wyboru. Ten ostatni dogmat można podsumować wyrażeniem: „Chcę, więc jestem”.

– Jak to się stało, że ideologia poprawności politycznej odniosła sukces w podboju środowisk politycznych, gospodarczych, kulturowych i dziennikarskich, dzięki czemu ma hegemonię medialną?

– Aby to zrozumieć, należy spojrzeć na jej ekonomiczne korzenie. Poprawność polityczna wyraża interesy klasowe „burżuazji wiedzy”, którą stanowią ludzie z wyżu demograficznego. Nie jest to już burżuazja związana z tradycyjnym przemysłem ani własnością ziemi. Trzeba przywołać na myśl branżę hi-tech i ludzi takich jak Steve Jobs, Bill Gates czy Mark Zuckerberg, którzy mogą być uważani za spadkobierców „baby boomers” i „kontrkultury”. Ta burżuazja odgrywa wiodącą rolę w organizacjach międzynarodowych i w zglobalizowanym systemie mediów, a szczególnie mediów społecznościowych. Stąd wynika ich monopolistyczna rola w świecie kultury, mediów i uniwersytetów. Do tej burżuazji należy, oczywiście, większość przedstawicieli zachodnich elit politycznych, zwłaszcza w ostatnich trzydziestu latach.

– To wyjaśnia ogólnoświatową propagandę i rozpowszechnianie ideologii poprawności politycznej. Zastanawiam się jednak, dlaczego przeciwnicy tej ideologii są tak bezwzględnie i systematycznie zwalczani.

– Musimy wyjść od założenia, że dla zwolenników poprawności politycznej „prawda” tkwiąca w tej doktrynie musi być zaakceptowana przez wszystkich. Z tego powodu tych, którzy jej nie akceptują, trzeba demonizować, zepchnąć do przestrzeni całkowitego wykluczenia bez jakiejkolwiek możliwości poprawnej dyskusji, napiętnować jako szerzycieli nienawiści i dyskryminacji. Dlatego przeciwnik poprawności politycznej musi być ukazywany jako rasistowski, nietolerancyjny, seksistowski, homofobiczny, islamofobiczny itd.

– Dlaczego Kościół katolicki jest postrzegany jako główny wróg ideologii poprawności politycznej?

– Progresywizm „różnorodności” jest ze swej natury radykalnym relatywizmem, który odrzuca etyczno-polityczne podstawy Zachodu. Z tego powodu postrzega chrześcijaństwo jako najgorszego wroga. W szczególności identyfikuje jako wroga Kościół katolicki, który dziś jest praktycznie ostatnią filozoficzną barierą dla relatywizmu. Jednak wszystkie totalitarne ideologie nienawidziły chrześcijaństwa, ponieważ opierają się na gnostyckim twierdzeniu, że budują niebo na ziemi i nowego człowieka.

– Jak możemy przeciwdziałać dyktaturze poprawności politycznej?

– Należy ukazywać to zjawisko w kontekście historycznym – próbowałem to zrobić na swój sposób w mojej książce – aby pokazać, że miało ono konkretne przyczyny, jest związane z ewolucją pewnych uwarunkowań ekonomicznych, społecznych, politycznych i kulturowych – i dlatego nie jest ani wieczne, ani nieuniknione. A z tego wynika, że może ewoluować lub się skończyć – jak każde zjawisko, którego twórcami są ludzie – gdy zmieni się konkretny kontekst historyczny.

– W jaki sposób zatem powinien się zmienić kontekst historyczny, aby skończyła się dyktatura ideologii poprawności politycznej?

– Hiperrelatywistyczna ideologia „Innego” i nakazy poprawności politycznej były wyrazem hegemonii określonej klasy społecznej, zglobalizowanej „burżuazji wiedzy”, zachodniej elity „płynnej nowoczesności”, która przez tę ideologię narzuciła ludziom swoją wizję świata. Ale proces ten przypuszczalnie się skończy, gdy ta klasa zacznie tracić swoją centralną rolę. Nic dziwnego, że narracja poprawności politycznej zaczęła pokazywać pierwsze poważne pęknięcia, kiedy – począwszy od wielkiego kryzysu gospodarczego i finansowego w 2008 r. – ta dominująca klasa zaczęła przeżywać kryzys i była kontestowana przez ludzi, którzy „przegrali” na globalizacji, i kiedy uaktywniły się ruchy domagające się suwerenności i tożsamości lub ruchy neonacjonalistyczne.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Krajewski o spowiedzi: Bóg zawsze daje mi szansę!

2019-08-20 09:37

xpk / Łódź (KAI)

- Kiedy się spowiadam, to świat staje się lepszy! – To nie znaczy, że jak wyjdę z tego kościoła, to Drużbice będą lepsze. To ja będę inaczej patrzeć na świat! Będę patrzył oczyma czystymi! Będę patrzył na nowo! Bóg zawsze daje mi szanse! Idź i nie grzesz więcej! Idź i bądź piękny! Bądź jak ja przebaczaj wszystkim! – mówił do pielgrzymów kardynał Konrad Krajewski.

Archidiecezja Łódzka

Wczoraj po porannej Mszy świętej 353 pielgrzymów wyruszyło z Pabianic w 551. Pieszej Pielgrzymce na Jasną Górę. Przez pięć dni pątnicy pokonają 133 km i staną przed szczytem tronu Królowej Polski.

W pierwszym dniu pątniczego trudu, wieczorem tuż przed jego zakończeniem, miało miejsce nabożeństwo pokutne, w czasie którego była okazja do rachunku sumienia oraz wyznania grzechów w sakramencie pokuty i pojednania.

W tym roku – po raz pierwszy - to nabożeństwo odbyło się w parafii pw. Św. Rocha w Drużbicach, a przewodniczył mu ksiądz kardynał Konrad Krajewski. W homilii wygłoszonej do pielgrzymów - opierając się o tekst ewangelii - jałmużnik papieski wskazał na – grzech, który choć dokonywany jest w samotności - bo nikt o nim nie wie, lub wydaje mi się, że o nim nikt nie wie - jest zawsze grzechem społecznym! – zauważył kardynał Krajewski. - Bo jeżeli ja jestem człowiekiem słabym i grzesznym, to grzech oddziałuje zawsze na innych. Dlatego ta wspólnotowa celebracja sakramentu pokuty jest bardzo pomocna. Wszyscy jesteśmy grzeszni, ale wszyscy całkowicie ufamy Jezusowi, bo tylko całkowite zaufanie Jemu, może nas poprowadzić do całkowitego piękna! Wtedy zaczyna działać Jezus, a nie ja! – podkreślił.

- Grzech na początku może się wydawać całkiem fajny, i tak się zaczyna na ogół! Grzech może być na początku całkiem sympatyczny, bo jest pięknie opakowany tak, jak prezent! Ale potem zostajemy jak szmaty, potem on nas niszczy. On potem powoduje że człowiek odchodzi smutny. Czy ja po grzechu, gdy nie podobam się Panu Bogu, jestem smutny? Czy jest mi przykro, nie tyle z powodu grzechu, ale dlatego, że obraziłem Boga? – pytał kardynał z Łodzi.

- To dzisiejsze nabożeństwo jest po to, byśmy po nim zaczęli patrzeć na świat tak, jak patrzy na niego Jezus. By nasze serce biło w rytm Jego serca - uczyń serce moje według serca Twego! Trzeba nam wyjść stąd pełnym łaski, pięknym, odnowionym. Wyjść tak – jak mówi Ojciec Święty Franciszek – by nie bać się niczego, by mieć zawsze przy sobie Jezusa! - tłumaczył kardynał.

Jałmużnik papieski zaapelował do pielgrzymów – proszę was, kiedy dziś uklękniecie przy konfesjonale powiedzcie Jezusowi o tym, że Go kochacie! Jezu, ja Cię naprawdę kocham! A te grzechy są tylko po to, bym wyszedł dziś z tej świątyni piękny, pełen nadziei. Ja też dziś przy mojej spowiedzi powiem Jezusowi – kocham Cię! Kocham mimo moich grzechów, moich upadków, moich słabości, mimo, że zmęczony jestem także moim ciałem – kocham Cię Jezu! – tłumaczył kaznodzieja.

Nabożeństwo pokutne połączone ze spowiedzią świętą zakończyło pierwszy dzień pabianickiego pielgrzymowania do Częstochowy. Przed pątnikami jeszcze 4 dni pielgrzymowania na uroczystości odpustowe Matki Boskiej Częstochowskiej – 26 sierpnia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wyszogród: wizyta Flisa Obojga Narodów w rocznicę Unii Lubelskiej

2019-08-20 21:13

eg / Wyszogród (KAI)

Flis Obojga Narodów, czyli 80-metrowa tratwa, płynąca po Polsce w 450. rocznicę Unii Lubelskiej, gościł w Wyszogrodzie w diecezji płockiej. Flisacy wykonali flisacką pieśń i strzał ze specjalnej armaty. Płyną historycznym szlakiem, łączącym Litwę i Polskę.

festiwalwisly.pl

Flis Obojga Narodów, to 80-metrowa tratwa, wykonana z 56 metrów sześciennych drewna, a dokładnie z 13-metrowych bali podsychających świerków, specjalnie na ten cel wybieranych w Puszczy Knyszyńskiej. Drewniane bele wiązane są tradycyjnymi sposobami.

Współcześni flisacy, pod kierunkiem retmana Mieczysława Łabęckiego, wyruszyli z Goniądza, aby dopłynąć do Torunia, przez: Warszawę, Nowy Dwór Mazowiecki, Czerwińsk nad Wisłą, Wyszogród, Włocławek, Ciechocinek. Tratwa płynie przez trzy rzeki: Biebrzę, Narew i Wisłę.

Trasa nie była przypadkowa: jest to szlak łączący Polskę z Litwą, służący do spławiania drewna z Polesia. Tratwa płynie więc historycznym szlakiem, łączącym Litwę i Polskę, w 450. rocznicę powstania Unii Lubelskiej, czyli Powstania Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

W Wyszogrodzie flisacy zaśpiewali pieśń i oddali strzał ze specjalnej armaty. Wyjaśnili, że chcą tym spływem przybliżyć wszystkim dawną tradycję spławiania drewna.

1 lipca 1569 r. w Lublinie dwa suwerenne narody Litwy i Polski wolą swoich przedstawicieli w niezawisłych sejmach utworzyły Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Ogromne, największe państwo ówczesnej Europy rozwijało się wzbogacając przenikaniem wzajemnym kultur Litwy i Polski oraz wszechstronną współpracą gospodarczą. Dużą rolę w łatwej i taniej wymianie towarowej spełniały rzeki. Transportowano nimi płody rolne i leśne, głównie zboża i drewno. Spławiane wodą drewno, jako niezbędny budulec domów i statków, wiązane w tratwach było częstym widokiem rzecznych pejzaży. Flis Obojga Narodów został pomyślany jako ekspedycja, która przypomina zanikłą zupełnie tradycję flisacką spławu drewna rzekami.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem