Reklama

Bez Boga żyć nie chcą

2019-07-03 08:40

Urszula Buglewicz
Edycja lubelska 27/2019, str. VI

Paweł Wysoki
Pamięć o wydarzeniach z 1959 r. jednoczy mieszkańców miasta

60 lat temu, 26 czerwca 1959 r., mieszkańcy Kraśnika Fabrycznego stanęli w obronie krzyża. W skali kraju był to pierwszy taki przypadek, kiedy ludzie upomnieli się o krzyż i kościół, zdecydowanie sprzeciwili się władzy komunistycznej i programowej laicyzacji. Zapłacili za to wysoką cenę

Robotnicza dzielnica Kraśnika, wyrosła wokół powstałej w 1938 r. fabryki łożysk tocznych, w powojennej Polsce miała być wzorcowym osiedlem komunistycznym, w którym nie było miejsca dla Boga. Zamiast kościoła zbudowano centrum kultury, które miało sprostać duchowym potrzebom mieszkańców. Jednak ludzie nie wyobrażali sobie życia bez modlitwy, bez sakramentów, bez kościoła. Nie chcieli i nie potrafili żyć bez wiary, a do kościołów w starej części Kraśnika lub w Urzędowie było dość daleko. Ponieważ władze nie zgadzały się na budowę nowej świątyni, miejscem modlitwy, osobistej jak i wspólnotowej, stał się drewniany krzyż, usytuowany na „słonecznej polanie”. Tam w czerwcu 1957 r. aż 200 dzieci po raz pierwszy przystąpiło do Komunii św. Niestety, 2 lata później władze PRL w brutalny sposób rozprawiły się z tymi, którzy bez Boga żyć nie mogli.

W obronie krzyża

Dramatyczne sceny rozegrały się 26 czerwca 1959 r. Na rozkaz władzy ludowej ze „słonecznej polany” zniknął ołtarz polowy, a przedmioty kultu religijnego zostały zdeponowane w gmachu Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Kraśniku Fabrycznym. Gdy zauważono poczynania władzy, wokół budynku zaczął gromadzić się tłum, który żądał zwrócenia zabranych rzeczy. Jak wspominają świadkowie, śpiew pieśni religijnych przerywały okrzyki „oddajcie, co wzięliście”. Wieczorem doszło do poważnych zamieszek; w celu spacyfikowania ludności do Kraśnika zostały ściągnięte specjalne oddziały ZOMO z Lublina. Wiele osób zostało zatrzymanych i skazanych nawet na kilka lat więzienia. Inni stracili pracę lub zostali wprost zmuszeni do opuszczenia miasta. Represje dotknęły również członków komitetu budowy kościoła, którzy nie ustawali w działaniach zmierzających do budowy świątyni.

Bóg wybrał miejsce

Kraśnik poniósł karę za bunt. – Uczestników protestu nazywano bandytami i chuliganami, zamykano ich w więzieniach lub nakładano na nich kolegia wielokrotnie przekraczające ich dochody, wypędzano z miasta. Kolejną karą było zniszczenie wszystkich emblematów religijnych. Jedynym znakiem religijnym w Kraśniku Fabrycznym były ludzkie serca, wypełnione tęsknotą za Bogiem, za Ewangelią, za kościołem, za życiem sakramentalnym – mówi ks. Janusz Stefanek, proboszcz parafii pw. św. Józefa Robotnika w Kraśniku Fabrycznym. Dziś kościół w robotniczej dzielnicy miasta stoi w miejscu, na którym niegdyś zniszczono krzyż. – Ostatni krzyż, zabrany z terenu stacji benzynowej, został przewieziony właśnie tutaj, i zniszczony. Owocem tamtych wydarzeń jest nasz kościół, który rodził się w tęsknotach, pragnieniach i bólu osób represjonowanych. Jakby Bóg sam wybrał dla siebie miejsce – podkreśla duszpasterz. Musiało jednak minąć wiele lat, zanim pośród ulic znaczonych nazwiskami komunistycznych zbrodniarzy stanął dom Boży.

Reklama

Po stronie wiary

3 lipca 1949 r. miał miejsce cud łez w katedrze lubelskiej. Matka Boża upomniała się o swoje dzieci, cierpiące i upokarzane na Zamku lubelskim i w katowniach UB, czy wywożone na Sybir. 10 lat później, w Kraśniku, tutejsi mieszkańcy upomnieli się o krzyż niszczony przez milicję, przed którym wiele osób modliło się; upomnieli się o wartości i miejsce Boga w życiu osobistym i społecznym. Odpowiedź człowieka to dopełnienie cudu lubelskiego – mówił podczas rocznicowych uroczystości ks. Janusz Stefanek. 26 czerwca w kościele pw. św. Józefa Robotnika została odprawiona Msza św. w intencji tych, którzy przed laty cierpieli i walczyli w obronie krzyża. Przy ołtarzu wraz z abp. Stanisławem Budzikiem stanęli proboszczowie kraśnickich parafii; w tym nowych, powstałych już w czasach wolnej Polski. Lata komuny nie wyrwały z ludzkich serc Boga, ale rozbudziły w nich jeszcze większą tęsknotę. Świątynię wypełnili wierni, wśród nich dzieci z Publicznej Szkoły Podstawowej nr 5, które pod kierunkiem s. Zenobii przygotowały montaż słowno-muzyczny pt. „W obronie Krzyża”. Wraz z uczestnikami wydarzeń sprzed 60 lat modlili się przedstawiciele władz różnego szczebla, m.in. marszałek województwa lubelskiego Jarosław Stawiarski, burmistrz miasta Kraśnik Wojciech Wilk i starosta kraśnicki Andrzej Rolla. – Módlmy się w intencji ówczesnych bohaterów i budowniczych kościoła, ale też o to, abyśmy zawsze troszczyli się o dobro pozostawione przez naszych ojców, o świątynię i wiarę – mówił Ksiądz Proboszcz.

Nowe dobro

Wspominając wydarzenia sprzed 60 lat, abp Stanisław Budzik wskazał na piękne owoce zrodzone z ofiary i cierpienia wiernych domagających się właściwego miejsca dla Boga w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym. Próba likwidacji miejsc kultu religijnego, brak zgody na budowę kościoła, a nawet liczne i dotkliwe represje, były niczym ziarno rzucone w ziemię, które obumiera po to, by przynieść nowe dobro. Jest nim nie tylko upragniony przez wiernych kościół, ale przede wszystkim świadomość odpowiedzialności za przekaz wiary kolejnym pokoleniom. – Niech ta historia przypomina nam nasze powołanie do dawania świadectwa wierze, do pełnienia dzieł miłosierdzia, do mężnego trwania w wierze i nadziei, do odważnego bronienia wiary i chrześcijańskich wartości – apelował Ksiądz Arcybiskup.

Tagi:
protest

Francja: biskup w żółtej kamizelce

2019-05-04 16:28

vaticannews / Montauban (KAI)

Kościół powinien być pośród żółtych kamizelek. To są nasze peryferie – uważa bp Bernard Ginoux, który regularnie spotyka się z uczestnikami antysystemowych manifestacji, które co sobotę wychodzą na ulicę francuskich miast. Dziś protestują już po raz 25.

wikipedia.org

Jak podkreśla bp Ginoux, za tymi protestami skrywa się realna bieda ogromnych rzeszy francuskiego społeczeństwa. Ci ludzie nie są całkowicie pozbawieni środków do życia. W odróżnieniu od migrantów nie mogą więc liczyć na pomoc państwa. Jednakże środki, którymi dysponują nie pozwalają im na godne życie – mówi ordynariusz diecezji Montauban na południu Francji. Tytułem przykładu wspomina o matce samotnie wychowującej dwoje dzieci, która pracując na kasie w supermarkecie zarabia tysiąc euro i często musi pracować również w niedziele. W trudnej sytuacji są też ludzie w wieku przedemerytalnym, którzy utrzymują się z dorywczej pracy i są świadomi, że nie wypracowali sobie dobrej emerytury. Nie wiedzą z czego będą żyć na starość. Nie są to ludzie mobilni, bo ich skromny dom czy mieszkanie na uboczu to jedyny majątek, którego nie mogą opuścić, by szukać szans w innym regionie.

Zdaniem bp. Ginoux są to kategorie ludzi, których rządzący nie brali w ostatnich latach pod uwagę. Byli niewidoczni, teraz się odezwali i nie ustąpią. Widzą, że w sąsiednich Niemczech sytuacja jest o wiele lepsza, co pokazuje, że polityka socjalna również we Francji mogła wyglądać inaczej.

Francuski biskup przyznaje, że na początku jego obecność wśród żółtych kamizelek była przyjmowana dość nieufnie. „Teraz są mi wdzięczni. Czują, że nie są pariasami” – mówi bp Ginoux. Okazało się ponadto, że ich problemy są nie tylko natury materialnej. Wśród żółtych kamizelek spotkał się również z zapotrzebowaniem na wsparcie czysto duchowe. Wielu prosiło go o modlitwę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jak reżyseruje się „marsze równości”

2019-08-13 12:55

Rozmawia Włodzimierz Rędzioch
Niedziela Ogólnopolska 33/2019, str. 38-39

W Polsce marsze środowisk LGBT nazywane są „marszami równości”. Na całym świecie te same parady znane są jako „Gay Prides”, co wskazuje na ich zasadniczy cel – ukazanie dumy z bycia homoseksualistami.
W Polsce próbuje się przedstawić „marsze równości” jako spontaniczne inicjatywy ludzi, którzy twierdzą, że są dyskryminowani i walczą o należne im prawa. Ale, oczywiście, tak nie jest. Na całym świecie wszystkie „Gay Prides” mają podobną scenografię i tę samą „reżyserię”, co wskazuje na to, że służą one tym samym celom wyznaczonym przez ideologów LGBT.
O próbę przeanalizowania tego zjawiska poprosiłem prof. Tommasa Scandroglia – dawnego wykładowcę Uniwersytetu Europejskiego w Rzymie.

vitaumanainternazionale.org
Prof. Tommaso Scandroglio

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – Badał Pan Profesor zjawisko parad homoseksualnych, zwanych „Gay Pride”. Co je charakteryzuje?

PROF. TOMMASO SCANDROGLIO: – Wszystkie „Gay Prides”, parady dumy gejowskiej, mają pewne wspólne cechy, które starałem się przeanalizować. Przede wszystkim cechuje je duch protestu. Parady te mają w sobie coś z ducha demonstracji 1968 r. (rewolucja studencka), które w roszczeniach dla pewnych grup społecznych (robotników, studentów, kobiet) nie proponowały postaw obronnych, ochrony danej kategorii, ale uciekały się do atakowania tych, których przedstawiano jako wrogów: pracodawców/kapitalistów przeciwstawiano robotnikom, nauczycieli/rodziców – uczniom, mężczyzn/rodziny/dzieci – kobietom. W analogiczny sposób w „Gay Prides” maszeruje się nie na rzecz osób homoseksualnych, ale zawsze przeciwko komuś. Przede wszystkim przeciwko Kościołowi, przeciwko tym, którzy twierdzą, że akty homoseksuale są nieuporządkowane, przeciwko partiom prawicowym, przeciwko ludziom o tradycyjnych poglądach itd. Krótko mówiąc – charakterystyczną cechą tych parad jest duch antagonistyczny, który zaprzecza hasłom o niedyskryminacji, integracji, otwartości na to, co różne, wykrzykiwanym podczas tych samych manifestacji. Innymi słowy – środowiska homoseksualne domagają się dialogu, otwarcia, bycia przyjaznymi, ale same przyjmują całkowicie odwrotną postawę: postawę wrogości, wojowniczości, niezdolność do dialogu.

– Dlaczego znaczna część uczestników tych parad manifestuje półnaga?

– To prawda, że „Gay Prides” to parada półnagich ciał (kostium kąpielowy jest najbardziej popularny), a to z kilku ważnych powodów. Pierwszy – to prowokacja. Zgodnie z agresywnym, wojowniczym duchem, o którym wspomniałem, konieczne jest sprowokowanie „wroga”, zmuszenie go do niekontrolowanej reakcji, by następnie oskarżać go o bigoterię, niewrażliwość i homofobię. Drugi powód – to krytyka. Nagość jest wykorzystywana jako obraza stereotypów, normalności, naturalności relacji. Kryje się za tym rewolucyjne przesłanie: obalić porządek ustanowiony przez Boga, który chciał, by mężczyzna czuł pociąg do kobiety i vice versa, a w szczególności obalić znaczenie czystości i wstydliwości, postrzeganych już nie jako cnoty, ale tabu, które trzeba przełamać, wrogie indywidualnej wolności i pełnemu wyrażaniu siebie. Trzeci powód to transgresja. Półnagie ciało osoby homoseksualnej jest wyrazem pragnienia przekroczenia wszystkich ograniczeń w sferze seksualnej. Pierwszym takim ograniczeniem jest, oczywiście, heteroseksualizm – rozpusta jest rozumiana jako wyzwalająca siła własnych popędów. Czwarty powód to przeciwstawienie „fizyczności” „wewnętrzności” – nagość świadczy o tym, że związek homoseksualny często koncentruje się na erosie, a wymiar afektywny (który jest również chaotyczny, ponieważ pochodzi z orientacji homoseksualnej, która jest nieuporządkowana, jak naucza katechizm), to aspekt drugorzędny. To właśnie fizyczność jest często źródłem stosunków homoseksualnych. Innym powodem jest narcyzm ich uczestników, dla których parada może być sceną do popisu w nadziei, że zostaną zauważeni i docenieni.

– Parady te organizowane są wszędzie i na szeroką skalę, nawet w krajach i miejscach, w których osób o skłonnościach homoseksualnych jest bardzo mało – tak jakby ktoś chciał „narzucić” społeczeństwu temat homoseksualizmu, aby przyzwyczajać ludzi do tego zjawiska...

– To prawda, ponieważ jednym z celów tych parad jest przyczynienie się do uznania zjawiska homoseksualizmu i transseksualizmu za normalne w świadomości zbiorowej, do pozbawienia zwykłych ludzi wrodzonego impulsu krytycznego. Rozpowszechnienie parad na całym świecie sprawiło, że stały się one zjawiskiem obyczajowym, już nawet nie tak nieprzyzwoitym, co w oczywisty sposób pomogło w podejmowaniu wielu innych działań mających na celu „normalizację” homoseksualizmu. Historycznie „Gay Prides” były pierwszą publiczną inicjatywą, która miała na celu akceptację homoseksualizmu w społeczeństwie.

– W Polsce, podobnie jak w innych krajach, „marszom równości” towarzyszą bluźniercze gesty. Dlaczego tak się dzieje?

– Jednym z ich wyróżników jest bluźnierczy charakter i bezczeszczenie Kościoła oraz ducha religijnego. Wspomniałem wcześniej o antagonistycznym wymiarze parad, a pierwszym wrogiem, którego należy zniszczyć, jest Kościół. Dlatego jest w nich tak wiele wulgarności, obelg i bluźnierczych przedstawień przeciwko Bogu, Matce Bożej i świętym. W tych gestach pełnych przemocy nie chodzi tylko o zamiar bezczeszczenia, modny od 1968 r. aż do chwili obecnej, ale jest to przejaw prawdziwej nienawiści do „sacrum”, tak jakby Kościół i święci byli wyrzutem sumienia dla sumienia tych ludzi.

– W większości krajów istnieją prawa uznające bluźnierstwo i oczernianie religii za przestępstwa, które podlegają karze. Dlaczego nikt nie karze homoseksualistów, którzy dopuszczają się takich przestępstw, podczas gdy ludzie przeciwni „marszom równości” są piętnowani lub wprost prześladowani?

– Z jednej strony – ludzie, którzy ośmielają się krytykować bluźniercze gesty i słowa uczestników „Gay Prides”, uważani są za homofobicznych, nieliberalnych, dyskryminujących, średniowiecznych, ponieważ rzekomo cenzurują wolność wypowiedzi. A z drugiej – ludzie, którzy obrażają uczucia religijne całego ludu, korzystają tylko z prawa do wolności słowa! Tak więc są dwie miary oceny: jeśli gej obraża Madonnę, to ta obraza jest wyrazem wolności słowa, a jeśli wierzący krytykuje homoseksualistę, który obraża Maryję, to zasługuje na pójście do więzienia za zniesławienie. Jest to skutek masowej kampanii kulturowej, która zmieniła zbiorowe postrzeganie zjawiska homoseksualizmu i sprawiła, że zwykli ludzie wierzą – z jednej strony – że działacze gejowscy są zawsze ofiarami, które należy bronić, a z drugiej – że katolik jest zawsze „katem” i dlatego zasługuje na pozbawienie wolności słowa, by nie mógł dyskryminować. Ta nierówność traktowania, a raczej otwarta dyskryminacja ludzi wierzących, wywiera w konsekwencji wpływ również na sędziów, którzy w tych sprawach przychylają się do dominujących, mainstreamowych opinii.

– Na stronie homoseksualistów „Gayly Planet” można przeczytać: „Nawet jeśli parady są przezabawne, a ty tańczysz aż do wyczerpania, pozostają demonstracjami politycznymi, by walczyć o równość i prawa społeczności LGBTQ”. Czy „Gay Prides” są formą walki politycznej?

– Według ideologów „tęczowych parad”, prawdziwy gej musi być aktywny politycznie. Homoseksualizm nie może pozostać w sferze prywatnej, ale musi stać się instancją polityczną, musi mieć wymiar publiczny, a zatem musi zostać przekształcony w walkę o swobody obywatelskie, prawa, finansowanie publiczne itp.

– Jeśli za paradami LGBT kryje się konkretna ideologia, to każdy ma prawo je krytykować, tak jak istnieje prawo do krytyki każdej partii czy ideologii...

– Krytyka, kontestacja, dezaprobata zawsze były bronią ruchu LGBT.

– Światowe lobby LGBT od dawna chce zmusić Kościół do zmiany nauki o zachowaniach homoseksualnych. Jakich metod używa, aby to osiągnąć?

– Wśród wielu strategii możemy wskazać trzy. Pierwsza to szantaż. W Kościele, jak przyznał sam Papież, działają lobby homoseksualne i są one bardzo wpływowe. Szantaż jest narzędziem do załatwiania wielu spraw. Jeśli jakiś biskup, rektor seminarium, przewodniczący jakiegoś papieskiego organizmu ma „plamy na życiorysie”, to stają się one walutą wymiany: gejowskie lobby obiecuje, że nie ujawni nic z tego, co wie o życiu biskupa, rektora czy księdza, w zamian za bycie przyjaznym gejom – „gay friendly”. Druga strategia: to przekonanie ludzi, że większość księży jest homoseksualistami. Jest to strategia promowana również przez socjologa i działacza gejowskiego Frédérica Martela w książce „Sodoma”. Twierdzi on, że skoro homoseksualizm jest tak rozpowszechniony w Kościele, to należy go „znormalizować”, uznać za naturalny wariant orientacji seksualnej. I trzecia strategia, również obecna w tekście Martela: ukazywanie homofobów (to neologizm zrodzony z teorii płci, który ma oznaczać ludzi źle nastawionych do homoseksualizmu) jako utajonych homoseksualistów. Tak więc ci, którzy krytykują homoseksualizm, są homoseksualistami, nawet jeśli o tym nie wiedzą. To sztuczka polegająca na tym, że z jednej strony zmusza się kogoś do milczenia, aby uniknąć podejrzeń o homoseksualizm, a z drugiej, na poziomie medialnym, ukazuje się środowsko konserwatywne jako garstkę bigoteryjnych hipokrytów.

* * *

Polska jest na półmetku zaplanowanej na ten rok kampanii środowisk LGBT+.

Od kwietnia do października br. w 23 polskich miastach organizowane są parady i tzw. marsze równości. Pierwsze miały już miejsce, a w sierpniu „marsze równości” przejdą ulicami: Płocka, Gorzowa Wielkopolskiego, Katowic, Szczecina, Torunia, Kalisza, Wrocławia i Lublina.

W ubiegłym roku odbyło się w Polsce 14 tęczowych parad, a w bieżącym jest ich o 40 proc. więcej. Charakterystyczne jest, że organizowane są one nie tylko w dużych aglomeracjach, ale coraz częściej w małych, odległych od centrum, ośrodkach, gdzie społeczność LGBT jest znikoma i nigdy przedtem publicznie się nie prezentowała.

(KAI)

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Niezwykłe tajemnice Wrocławia!

2019-08-20 21:39

Agata Pieszko

Dziś we Wrocławskiej Księgarni Archidiecezjalnej odbyło się spotkanie autorskie Wojciecha Chądzyńskiego, historyka, przewodnika i nauczyciela, który opowiedział gościom o swojej najświeższej publikacji „Wrocław. Wydarzenia niezwykłe”.

Agata Pieszko

Pan Wojciech jest także autorem takich pozycji jak „Wrocław, jakiego nie znacie”, czy „Tajemnice wrocławskiej katedry i Ostrowa Tumskiego”, zawierających fakty i legendy o miejscach, którymi przechodzą codziennie setki mieszkańców oraz turystów. Spotkanie z Wojciechem Chądzyńskim poprowadziła Adrianna Sierocińska, redaktorka Radia Rodzina, która od poniedziałku do piątku o godz. 10:10 prowadzi na antenie cykl „Książka na wakacje”. Legendy Wojciecha Chądzyńskiego stały się sposobem na przekazywanie suchych faktów historycznych, a tym samym inspiracją dla wielu wrocławskich przewodników.

– Jestem przewodnikiem po Wrocławiu. Bardzo często podczas wycieczek grupy zwiedzające niezbyt uważnie słuchały części historycznej. Wpadłem wtedy na pomysł, żeby opowiadać legendy, które stały się taką wisienką na torcie – mówi Wojciech Chądzyński – Wrocław w 1945 r. opuścili Niemcy, ze wschodu przyjechali ludzie ze swoją kulturą, w związku z czym miasto nie miało zbyt wielu swoich legend, przynajmniej takich dotyczących zachowanych zabytków, więc postanowiłem stworzyć aktualne legendy. Nie pamiętamy, kiedy wybudowano Wawel, ale legendę o Smoku Wawelskim zna każdy.

Autor dodaje, że w szkołach niegdyś nauczano o patriotyzmie lokalnym, dużo mówiono o mieście, jego historii i mieszkańcach, a dziś ten zwyczaj niestety zanikł. Warto więc sięgać po książki pana Wojciecha, żeby zgłębiać swoją wiedzę o mieście, w którym się żyje, ale także po to, by móc oprowadzić po nim swoich najbliższych bez pomocy przewodnika. Jeśli chcesz poznać historię schadzek Brahmsa, opowieść o sprycie wrocławskich mniszek, i przeczytać o powstaniu Hali Targowej z wiśnióweczką pani Adeli w tle – daj się porwać w świat wyobraźni Wojciecha Chądzyńskiego!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem