Reklama

Katecheci na medal

2019-09-03 13:09

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 36/2019, str. 13-16

©BillionPhotos.com – stock.adobe.com

Katechizacja dzieci i młodzieży w dzisiejszych czasach nie jest sprawą prostą, a oni na tym polu osiągają sukcesy. Lubią szkołę, lubią uczyć, lubią swoich uczniów. Jak to robią?

Agnieszka Furtacz
Katechetka w Szkole Podstawowej nr 40 w Sosnowcu, zwyciężczyni plebiscytu Bohater Katechezy diecezji sosnowieckiej w 2018 r.

Archiwum Agnieszki Furtacz
Agnieszka Furtacz

– Co trzeba robić, by być dobrą i lubianą katechetką?

– W pracy z dziećmi i młodzieżą najważniejszy jest dobry kontakt z nimi. Katecheta musi być otwarty na swoich uczniów, musi się starać zrozumieć ich sytuacje. Niestety, sporo ludzi młodych jest poranionych, nie zawsze są otwarci na przyjęcie prawd ewangelicznych. Oczywiście, trzeba też dawać świadectwo, o czym przypomina stara maksyma: „Słowa uczą, przykłady pociągają”. Dzieci bardzo szybko wyczują najdrobniejszy fałsz, dlatego trzeba być autentycznym, pokazywać, że to, czego uczymy, w naszym życiu jest bardzo ważne.

– Czy katechezę można ograniczyć tylko do lekcji w szkole?

– Dobrze, że katecheza jest w szkole, bo w ten sposób mamy możliwość dotarcia niemal do wszystkich uczniów, ale nie może się ona ograniczać jedynie do szkoły. Spotykamy się też na terenie parafii. Organizuję festyn Święty Florian Dzieciom, imprezę środowiskową Spotkania ze św. Mikołajem, a w czasie wakacji kolonie parafialne Wakacje z Bogiem. Jestem zelatorką dwóch dziecięcych róż Żywego Różańca, gramy i śpiewamy w naszym kościele na dziecięcych Mszach św., rekolekcjach i nabożeństwach. Spotykamy się z dziećmi i młodzieżą również na pielgrzymkach, rajdach, wycieczkach, przygotowaniach do apeli, wieczornic, przedstawień, podczas akcji charytatywnych, takich jak coroczny kiermasz na rzecz Hospicjum Sosnowieckiego im. św. Tomasza Apostoła. Uczniowie potrafią to docenić, czują się też zaangażowani i bardziej odpowiedzialni niż podczas lekcji. Każdy, kto robi coś z pasją, wie, że to się nie może ograniczać do czasu spędzonego w pracy, trzeba go poświęcić o wiele więcej.

– Niełatwo dziś budować dobre relacje z młodymi ludźmi. Jak sobie radzić z uczniami bardzo trudnymi?

– Nic na siłę. Przede wszystkim trzeba katechizować. Jak się nie da katechizować, to trzeba ewangelizować. Nie można kogoś zmusić do przyjęcia prawd wiary, ale staram się, żeby uczniowie je poznali, poczuli i zrozumieli, że Bóg nas bardzo kocha pomimo naszych błędów i grzechów. Jeśli ktoś jest usposobiony bardzo wrogo, nam jako katechetom zawsze pozostają modlitwa i wiara w Boże Miłosierdzie, że może kiedyś przez kogoś innego to dziecko wejdzie na właściwą drogę.

– Czy w Pani szkole są uczniowie, którzy nie chcą chodzić na katechezę, wypisują się z zajęć?

– Niestety, tak – na szczęście zdarza się to rzadko. Zawsze dręczą mnie przy tym wątpliwości, czy zrobiłam wszystko, aby to dziecko zachęcić do religii. Ale na takie decyzje wpływają różne czynniki. Boleję, że coraz częściej zdarza się to po I Komunii św. Rodzice chcą, żeby dziecko przystąpiło do tego sakramentu, a potem rezygnują z katechezy. Nie rozumieją, że sama uroczystość nie jest najważniejsza.

– Jakie są przyczyny rezygnowania dzieci z katechezy?

– To m.in. brak pogłębionej wiary w rodzinie, wdzierający się z mass mediów liberalizm. Z różnych stron młodzież dostaje komunikaty wręcz zachęcające do rezygnacji z wiary. W ostatnim czasie nagonka przez filmy i różnego rodzaju programy wprowadza niepokój, niepewność. Młody człowiek jest przekorny, więc gdy coś mu się proponuje, woli wybrać własną drogę.

– Czy często młodzież przychodzi do Pani z różnymi problemami, by porozmawiać, doradzić się lub coś wyjaśnić?

– Bardzo często. I oczywiście, na ile potrafię, wyjaśniam. Jeśli jakiś problem wymaga interwencji psychologa czy pedagoga lub poradni, to odsyłam ucznia po bardziej kompetentną pomoc. Jeśli są to sprawy duchowe, polecam spowiednika, który potrafi rozeznać sytuację. Z dziećmi i z młodzieżą trzeba rozmawiać, bo bardzo potrzebują indywidualnej rozmowy, troszczenia się o ich sprawy. Mają wiele problemów, których my w czasach naszego dzieciństwa nie mieliśmy. Ale mają też takie problemy, jakie były zawsze – z rodziną, z rówieśnikami.

– Łatwiej jest katechizować w młodszych czy w starszych klasach?

– To zależy od indywidualnego podejścia. Młodsze dzieci wymagają więcej zaangażowania w formę lekcji, metody nauczania. One nie lubią się nudzić, trzeba je cały czas zaskakiwać, coś nowego proponować, żeby były w ciągłym ruchu. Starsze dzieci potrzebują innego rodzaju aktywności – mnie osobiście jakoś rozwijają, bo zmuszają do ciągłego dokształcania się, szukania nowych treści. Chcą rozmawiać, dyskutować. Same czasem rzucają jakieś pomysły czy tematy do dyskusji. Treści i formy pracy muszą być dostosowane do nich i oczywiście, nie mogą być nudne.

– Co sprawia Pani największą radość w katechizowaniu?

– Lubię katechizować, lubię mieć kontakt z dziećmi. Cieszę się, że one też czerpią z tego radość. Widzę je zaangażowane czy to w szkole, czy w kościele. Ciszę się, gdy po latach moi uczniowie przystępują do sakramentu bierzmowania czy sakramentu małżeństwa. Cieszę się, gdy zgłaszają się do konkursów, bo to oznacza, że chce im się poświęcić więcej czasu na zgłębianie Pisma Świętego, zaangażowanie w akcje charytatywne, że to nie są tylko puste słowa o miłości bliźniego.

* * *

Ks. Robert Uflant, salwatorianin
Katecheta w Zespole Szkół Technicznych w Mikołowie, zwycięzca plebiscytu Bohater Katechezy archidiecezji katowickiej w 2019 r.

Reklama

Archiwum prywatne
Ks. Robert Uflant

– Czy praca katechety to wymarzona praca?

– Już w seminarium myślałem, że chciałbym uczyć religii dzieci i młodzież. Gdy zostałem posłany do Trzebnicy i rozpocząłem pracę w Zespole Szkół nr 1, bardzo mi się to spodobało. Później miałem rok przerwy w nauczaniu, bo wyjechałem na salwatoriańską placówkę do Kanady. Po powrocie trafiłem do Mikołowa, do Zespołu Szkół Technicznych. Zastanawiałem się, jak sobie poradzę, bo zdecydowaną większość uczniów tej szkoły stanowi młodzież męska. Dość szybko jednak odnalazłem się w tym środowisku, a uczniowie dobrze mnie przyjęli i obdarzyli zaufaniem. Świadczy o tym fakt, że już trzeci rok z rzędu zostałem wybrany na rzecznika praw ucznia. Staram się znajdować czas i szukam okazji, aby uczniowie mogli do mnie przyjść, by porozmawiać czy to o życiu prywatnym, czy o problemach szkolnych. Bardzo cenię sobie ich zaufanie i jestem wdzięczny – także za to, że głosowali na mnie w plebiscycie.

– Czy dobrze, że katecheza jest w szkołach?

– Dobrze, bo być może dziś młodzież do salek by nie przyszła. Dla wielu katecheza w szkole to jedyna możliwość poznawania Boga, spotykania się z Jego słowem, zgłębiania nauczania Kościoła; uczenia się miłości, szacunku i dobroci oraz postawy pomocy w relacjach międzyludzkich. Po lekcjach uczniowie mają wiele różnych zajęć dodatkowych, rozwijają zainteresowania i obawiam się, że na katechezę przy parafii nie znaleźliby już czasu.

– Czy katecheza może się ograniczyć tylko do szkoły?

– Absolutnie nie. Organizuję wyjścia pozaszkolne, podczas których uczniowie mają okazję do dawania świadectwa swojej wiary. To tzw. wypady ewangelizacyjne do miejsc publicznych, gdzie np. przed posiłkiem i po nim głośno się modlimy, co wzbudza niemałe zainteresowanie. Zabieram młodzież z mojej szkoły na Salwatoriańskie Spotkania Młodych w Trzebini i na pielgrzymki dla maturzystów do Kalwarii Zebrzydowskiej oraz Wadowic. Zainicjowałem współpracę uczniów z domem seniora Salwator Park, wspólną lekturę książek, kolędowanie, a także zwykłą pomoc. Organizuję Maraton Czytania Pisma Świętego, wyjazdy do kina na filmy religijne. Młodzi lubią się angażować w wolontariat, pomoc osobom starszym, a w parafii – w grupę biblijną czy służbę ołtarza, i często oddają się temu całym sercem. Wystarczy ich tylko odpowiednio zachęcić i być z nimi.

– Ale chyba nie wszyscy się tak angażują... Czy ma Ksiądz uczniów, do których trudno trafić?

– Są klasy, z którymi można coś fajnego zrobić, ale są też takie, z którymi pracuje się trudniej. Zdarzają się uczniowie, którzy chcą się wypisać z katechezy, ale gdy nie są pełnoletni, to rodzice decydują o ich uczestnictwie w lekcjach. Dla mnie sukcesem jest, że gdy tę pełnoletniość osiągają, nadal chcą przychodzić na katechezę. Ja też staram się ich do tego zachęcać.

– Jakie, zdaniem Księdza, są przyczyny wypisywania się młodzieży z lekcji religii?

– Często przyczyny są bardzo prozaiczne, np. bo to ostatnia lub pierwsza lekcja i można wcześniej skończyć lub później zacząć zajęcia szkolne. Zdarza się, że z katechezy wypisują dzieci sami rodzice, by zaprezentować lekceważącą postawę wobec nauczania religii; w efekcie przyzwalają na zaniedbanie rozwoju religijnego i duchowego swych dzieci oraz wartości, którymi powinny się one kierować w życiu. Mam klasy, w których obecność na katechezie jest stuprocentowa, i takie, w których odsetek uczestniczących w niej jest nieco niższy.

– Czy, zdaniem Księdza, osoba katechety ma wpływ na frekwencję na zajęciach?

– Myślę, że tak. Nie bez znaczenia są sposób prowadzenia katechezy, umiejętność zainteresowania przekazywanymi treściami, atmosfera na lekcji, stosowane metody, a przede wszystkim szacunek i życzliwość ze strony samego katechety. Zdarzają się uczniowie, którzy są innego wyznania, ale przychodzą na religię jako wolni słuchacze – nawet na ostatniej lekcji. Nie są oceniani, ja ich nie angażuję, ale fakt, że przychodzą, jest świadectwem dla innych, że widocznie jest coś ważnego w tym, co chcę im przekazać. Są też uczniowie zbuntowani, którzy deklarują się jako ateiści, ale w moich lekcjach uczestniczą. Zaangażowanie 30 chłopaków w przedstawienie jasełkowe niejednokrotnie graniczy z cudem, a mnie się to udało. To jest kwestia odpowiedniej motywacji i pokazania, jak ważne jest świadectwo wiary w zwyczajnym szkolnym życiu.

– Po owocach ich poznacie...

– Sukcesem jest dla mnie widok uczniów, którzy czynią znak krzyża przed posiłkiem i po posiłku na szkolnej stołówce lub gdy wsiadają na motocykl czy do samochodu.
Czasem mam poczucie, że lekcja nie poszła tak, jak bym chciał, czasem wydaje mi się, że było zupełnie źle – a tu nagle ktoś podchodzi i mówi: Bardzo mi pomogło to, co ksiądz powiedział, fajna katecheza.

– Co sprawia Księdzu najwięcej radości w katechizacji?

– Lubię szkołę, lubię uczyć, lubię moich uczniów. Młodzież czuje, czy ksiądz jest z powołania, czy nauczyciel jest z powołania, czy tylko wykonuje swoją pracę. Ja idę do szkoły z uśmiechem i wracam z uśmiechem. Nawet kiedy się wydarzy coś złego, nie zrażam się, tylko idę dalej. Idę, bo chcę. Gdy spotykam moich uczniów czy nawet absolwentów poza szkołą, na ulicy, nie przechodzą na drugą stronę, nie odwracają się, ale podchodzą, aby się przywitać, zamienić słowo. To bardzo miłe.
Uczę też w klasach branżowych i choć wydaje się, że ta praca jest trudniejsza, to daje mi ona wiele satysfakcji. Młodzież jest autentycznie wdzięczna i serdeczna. Słowo „dziękuję” ma tam naprawdę wielką wartość. Miło jest usłyszeć: „Dobrze, że ksiądz jest”.
Ziarno rzucone zawsze wyda plon, trzydziestokrotny lub stukrotny, ale wyda.

* * *

O. Jakub Zawadzki, cysters
Katecheta w Szkole Podstawowej nr 3 w Jędrzejowie, wybierany na Belfra Roku w latach 2015 i 2016, Nauczyciel na Medal 2018 r.

Archiwum prywatne
o. Jakub Zawadzki

– Na wiosnę został Ojciec proboszczem 7-tysięcznej parafii Cystersów w Jędrzejowie. To bardzo odpowiedzialna i czasochłonna funkcja – ale nie rezygnuje Ojciec z katechizowania dzieci i młodzieży, choć to wydawałoby się w tej sytuacji oczywiste. Dlaczego?

– Katechizację w szkole traktuję jako ważny element misji apostolskiej. Dziś dla wielu dzieci lekcje religii w szkole są jedyną szansą spotkania z Panem Bogiem. Nie mają kontaktu z Kościołem, nie ma ich na Eucharystii – i dzieje się tak nie z ich winy. Często to sprawa rodziców, którzy z różnych względów nie praktykują wiary. A przez te lata, gdy uczę, doświadczyłem, że przez dzieci można dotrzeć również do rodziców. Czyli tak naprawdę może to być także katecheza dorosłych. Dzieci są bardzo ciekawe świata i pytają rodziców choćby o to, dlaczego ich nie ma w kościele.

– Organizuje Ojciec spotkania także poza szkołą?

– W ciągu roku organizujemy w klasztorze dwie serie spotkań pn. „Porozmawiajmy o wierze przy kominku”, podczas których poruszane są kwestie dotyczące wiary. Mogą w nich uczestniczyć dzieci i młodzież z rodzicami. Spotkało się to z dużym odzewem. Prowadzimy też cieszące się dużą popularnością lekcje muzealne, związane z najstarszym klasztorem cysterskim i bł. Wincentym, pierwszym kronikarzem Polakiem. W ramach koła Caritas organizujemy np. kiermasze charytatywne. Te działania wymagają zaangażowania nie tylko dzieci czy młodzieży, ale też dorosłych. I muszę powiedzieć, że spotyka się to z bardzo dobrą odpowiedzią.

– Czy miał Ojciec przypadki wypisania się młodzieży z katechezy?

– Jędrzejów nie jest dużym miastem. W szkole, w której pracuję, na ponad pięćset uczniów na religię nie chodzi jedno dziecko, które jest świadkiem Jehowy. Nie spotkałem się z tym, żeby ktoś się wypisał z lekcji religii.

– Jak się to Ojcu udaje? Może jest jakiś sposób na skuteczną katechezę?

– Katecheza to nie może być tylko suchy wykład. Ciągle poszukuję nowych metod edukacyjnych, żeby dzieci zaciekawić. Jeżeli się je zaciekawi, to nic im nie przeszkodzi w dalszym zdobywaniu wiedzy. Poza tym katecheta musi być do zajęć bardzo dobrze przygotowany, i to na każdym etapie edukacyjnym. Język musimy dopasować do poziomu dziecka – inaczej mówi się do dzieci w przedszkolu, inaczej do młodego człowieka w szkole średniej. Ja akurat odnajduję się na każdym etapie edukacyjnym, ale wiem, że katechetów w przedszkolach brakuje ze względu na nieumiejętność porozumienia się z małymi dziećmi.

– Które spośród stosowanych przez Ojca metod są najciekawsze?

– Przedszkolne dzieci nieustannie trzeba aktywizować przez gry, zabawy, piosenki z pokazywaniem. W starszych klasach najlepiej stosować metody aktywizujące całą grupę. Uczniowie bardzo lubią rywalizację. Czekają, co ciekawego katecheta wymyśli, i są bardzo chętni do współpracy. Wszystko może być pomocą dydaktyczną, choćby zwykła butelka. Zatytułowaliśmy ją „SOS od bł. Wincentego Kadłubka”. Gdy zdarzają się jakieś trudne wyrażenia, pojawia się odpowiedź od bł. Wincentego. Działa to też w drugą stronę. Dla zainteresowanych prowadzę zajęcia dodatkowe pn. „Porozmawiajmy o Kościele”, podczas których rozmawiamy na trudne tematy, oglądamy filmy religijne, a później dyskutujemy.

– Ile lat Ojciec już uczy?

– Siódmy rok, ale już po pierwszym roku pracy dostrzegłem, że te wszystkie wysiłki mają sens. Dzieci przyznały mi nagrodę Szeryfa Praw Dziecka UNICEF-u.
Dwukrotnie zostałem Belfrem Roku, byłem w złotej dziesiątce plebiscytu Nauczyciel na Medal w województwie. Nagrody, oczywiście, nie są najważniejsze, ale one pokazują, że to, co robię, ma sens. Dzieci, które kończą szkołę, gdy spotykają mnie na ulicy, mówią: „Szczęść Boże”, pytają, co słychać. To bardzo miłe.
Nieraz dzieci mają trudności w dogadaniu się z katechetami, ale wydaje mi się, że to jest kwestia rozmowy. Trzeba uczniów wysłuchać i zrozumieć ich problemy, których nie brakuje.

– Ale katecheta może też zniechęcić...

– Katecheta powinien się zainteresować każdym dzieckiem, do każdego podejść, zapytać, czy wszystko rozumie. Najgorzej jest postawić komuś jedynkę i z góry go wykluczyć. Miałem ucznia z orzeczonymi wieloma dysfunkcjami, który w ogólnopolskim konkursie o Janie Pawle II zajął 11. miejsce. Rodzice byli w szoku, był to jego wielki sukces. Test był wielokrotnego wyboru, nie mógł strzelić, żeby odpowiedzieć. Zapytany, jak to zrobił, odpowiedział, że on po prostu lubi religię. Moimi sukcesami są sukcesy moich uczniów. To dotyczy nie tylko katechetów. Każdy nauczyciel, który będzie chciał zainteresować uczniów swoim przedmiotem przez stosowanie różnych metod, osiągnie sukces i będzie się czuł spełniony.

Tagi:
katechezy katechetka katecheta

Reklama

Katechetka z powołania

2018-06-28 10:24

Piotr Lorenc
Edycja sosnowiecka 26/2018, str. V

Z Agnieszką Furtacz – katechetką ze Szkoły Podstawowej nr 40 w Sosnowcu – zwyciężczynią plebiscytu „Bohater katechezy”, organizowanego przez Civitas Christiana, rozmawia Piotr Lorenc

Piotr Lorenc

Piotr Lorenc: – Co trzeba zrobić, by być dobrą i lubianą katechetką?

Agnieszka Furtacz: – Nie ma gotowej odpowiedzi na to pytanie, trzeba po prostu lubić to, co się robi i robić wszystko zgodnie ze starą rzymską maksymą: „Słowa uczą, przykłady pociągają”. Trzeba być autentycznym w tym, co się mówi i co się robi, z cierpliwością i radością podchodzić do ludzi.

– Oprócz nauki w szkole angażuje się Pani w życie parafialne. W jaki sposób?

– Oczywiście, jest to dla mnie czymś naturalnym. Od czasu, gdy sama chodziłam do szkoły podstawowej i zaangażowałam się w Ruch Światło-Życie staram się brać aktywny udział w życiu parafii. Jestem wiceprezesem parafialnego oddziału Akcji Katolickiej i od wielu lat organizuję festyn parafialny „Święty Florian – Dzieciom” oraz imprezę środowiskową: „Spotkanie ze Świętym Mikołajem” dla dzieci z naszej parafii. Współorganizuję także Orszak Trzech Króli, a właściwie jednego króla, który wyrusza z naszego kościoła. Organizuję również z dziećmi z mojej szkoły kiermasz na rzecz hospicjom. Prowadzę scholkę dziecięcą, śpiewającą i grającą na Mszach św. dziecięcych. Następne moje „zaangażowanie parafialne” to współorganizacja kolonii parafialnych „Wakacje z Bogiem”. Organizuję wycieczki, rajdy i pielgrzymki dla dzieci. Jestem zelatorką dwóch dziecięcych róż Żywego Różańca.

– Coraz trudniej wejść w dobre relacje z dziećmi i młodymi ludźmi. Jak budować te relacje?

– Relacje, zarówno z dziećmi, jak i młodzieżą, powinny być oparte na wzajemnym szacunku dla każdej osoby, tolerancji i otwartości. Równie istotne jest budowanie tych relacji z łagodnością i delikatnością, gdyż wielu młodych ludzi jest poranionych i często stąd wynika ich niechęć do wiary. Jeśli nie udaje się nawiązać kontaktu z młodym człowiekiem – bo i takie sytuacje się przecież zdażają – pozostaje modlitwa za tę osobę.

– Co daje Pani kontakt z młodzieżą?

– Radość z wypełniania swojej misji, ciągły rozwój, brak rutyny w tym, co staram się robić, gdyż praca z dziećmi i młodzieżą wymaga ciągłego zainteresowania, szukania nowych pomysłów, odpowiadania na ich potrzeby.

– Katecheza to nie tylko przekazywanie wiadomości religijnych, to także nauka wiary, świadczenie o Chrystusie, wprowadzanie w życie sakramentalne – jak mówić o tym dzieciom?

– Uważam, że trzeba mówić zwyczajnie, oczywiście treścią i formą dostosowaną do wieku dzieci, opierać się na swoich doświadczeniach, nie bać się przyznać, że są sprawy trudne do wyjaśnienia i zrozumienia.

– Kto jest Pani pomocny w tej trudnej sztuce katechizacji? Myślę o patronie, świętym, szczególnej modlitwie ...

– Myślę, że nie da się być katechetą bez codziennej modlitwy i życia sakramentalnego, to stąd Chrystus daje siłę do pokonywania codziennych trudności. Szczególnie bliski jest mi św. Augustyn, gdyż była w nim wielka pasja i umiłowanie życia, filozoficzny głód prawdy, dobra i piękna, ale jego serce pozostawało niespokojne.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Powstaniec ks. Wyszyński

Witold Dudziński
Edycja warszawska 31/2011

Powstanie Warszawskie, które wybuchło w stolicy, nie ominęło Puszczy Kampinoskiej. Pomoc powstańcom z puszczy niósł ówczesny kapelan AK ks. Stefan Wyszyński, późniejszy Prymas Polski

Powojenna działalność kard. Stefana Wyszyńskiego jest powszechnie znana. „Non possumus” rzucone władzom PRL, czas internowania, Śluby Jasnogórskie Narodu Polskiego, uroczystości milenijne - te wydarzenia z dziejów polskiego Kościoła kierowanego przez Prymasa Tysiąclecia zdają się być dobrze zapamiętane w zbiorowej pamięci. Przyczyniły się do tego liczne publikacje, książki, a nawet (trzeba przyznać - nieliczne, choć działające na wyobraźnię) filmy czy sztuki teatralne.
Natomiast w znacznie mniejszym stopniu utrwalił się w świadomości społecznej obraz ks. Stefana Wyszyńskiego jako duszpasterza, wykładowcy tajnych uniwersytetów i kapelana Armii Krajowej. Prawie zupełnie nieznana jest jego działalność w czasie powstania, tymczasem w pomoc powstańcom w Kampinosie był zaangażowany od godziny „W” aż do zakończenia walk.
„Podtrzymywałem na duchu strwożonych sytuacją przyfrontowego życia głównie modlitwą do Matki Bożej” - tak Prymas wspominał swój pobyt w Laskach po latach.
Pomagał nie tylko duchowo. Zajmował się chorymi, ale także razem ze współpracownikami chodził po lesie, zbierając rannych. - W jego obecności wszyscy czuli się bezpieczni - mówiła po latach s. Róża Szewczuk, franciszkanka służebnica Boża z Zakładu dla Ociemniałych w Laskach.
Kiedy w 1976 r. święcił tam tablicę upamiętniającą powstańców, zauważył, że pomimo wielu niebezpiecznych sytuacji nikt przebywający w ośrodku nie został nawet ranny. „Czasami pociski obcinały gałęzie, a jednak nie tykały ludzi” - wspominał.
Dziś materialnych śladów pobytu przyszłego prymasa Polski w Laskach nie ma zbyt wiele. - Konspiracja nie sprzyjała np. fotografiom - mówi franciszkanka, s. Rut Wosiek, opiekująca się w Laskach archiwum. W tym ważnym dla Prymasa Tysiąclecia miejscu, na skraju Puszczy Kampinoskiej pozostały tylko budynki, gdzie niegdyś mieszkał i działał.

Powstanie w Laskach

Powstały w 1922 r. z inicjatywy s. Róży Czackiej zakład stał się w czasie okupacji ośrodkiem pomocy także dla partyzantów. Szukali tu pomocy nocą, w dzień zajeżdżało gestapo, tropiąc poszukiwanych. Jeden z budynków - jak opisuje Ewa Czaczkowska, biografka Prymasa Tysiąclecia - zajmowali niemieccy żandarmi, a w innych, pod ich bokiem, ukrywali się uciekinierzy. W ośrodku produkowano miny dla partyzantów, prowadzono nasłuch radiowy.
Ks. Stefan Wyszyński bywał w Laskach już wcześniej: w 1926 r. przywiózł go po raz pierwszy ks. Władysław Korniłowicz, kapelan ośrodka, uważany przez ks. Wyszyńskiego za ojca duchowego. W 1942 r. ks. Wyszyński trafił tu spod Zamościa, skąd musiał uciekać poszukiwany przez nazistów.
Gdy wiosną 1944 r. ks. Wyszyński został kapelanem AK, przyjął pseudonim Radwan III. - Sam przyjmowałem od niego przysięgę i zlecałem zadania do wykonania - wspominał po latach ks. Jerzy Baszkiewicz, naczelny kapelan kampinoskiej AK. Późniejszy Prymas nie brał udziału w akcjach bojowych. - Może dlatego, że miałem do dyspozycji jeszcze pięciu innych kapelanów - mówił ks. Baszkiewicz.
Kiedy jednak akowcy szli do akcji, ks. Wyszyński w ich intencji prowadził nocne adoracje Najświętszego Sakramentu.

Na front do Matki Bożej

W przeddzień wybuchu powstania ks. Wyszyński poświęcił szpitalik, do którego za chwilę trafili ranni. Odtąd, przez całe powstanie sprawował opiekę duchową nad rannymi powstańcami. Odprawiał Msze św., spowiadał, rozgrzeszał, przygotowywał na śmierć. - Ranni wszystkie swoje pragnienia zawierzali księdzu profesorowi, prosili nawet, żeby był przy ich operacjach - mówiła s. Róża Szewczuk.
Operacje przeprowadzane przez dr. Kazimierza Cebertowicza trwały niekiedy dzień i noc. „Nieraz całymi godzinami wystawaliśmy z lekarzami przy tych, którzy nie bali się kul, ale bali się lancetu lekarskiego” - wspominał po latach Prymas. Wielokrotnie wspominał też młodych powstańców - Janka, szesnastolatka z Wileńszczyzny, który umierając śpiewał pieśni maryjne, albo dziewiętnastoletniego Zdzisia, który po ciężkim postrzale w brzuch „poszedł na front do Matki Bożej”. Mjr Józef Krzyczkowski, „Szymon”, dowódca Grupy Kampinos AK, dorzucił we wspomnieniach m.in. siedemnastoletniego Rysia z przestrzelonym płucem, którym zajął się ks. Wyszyński, widząc bezradność w oczach pielęgniarki.

Prawo do ojczyzny

Temat powstania pojawiał się wielokrotnie w homiliach Prymasa. Powstanie - jak zwraca uwagę Grzegorz Górny, autor opracowania o wojennych losach ks. Wyszyńskiego - zmieniło jego stosunek także do Warszawy. „Od chwili Powstania nie mogę rozstać się z myślą, że po Warszawie trzeba chodzić z wielką czcią - pisał w liście duszpasterskim w 1949 r. - Chodząc po ulicach stolicy, pamiętajmy, że jest to miasto, w którym zginęło 300 tys. warszawian. Najlepsza młodzież obmyła swoją krwią bruki tego miasta. Tak się miłuje. (...) Przez taką miłość zyskuje się prawo do ojczyzny”.
Laski stały się istotną częścią jego życia. Najpierw pociągała go atmosfera miejsca - otwartość na drugiego człowieka oraz praca nad intelektualnym pogłębianiem wiary połączona z franciszkańską prostotą. Potem także wspomnienia wydarzeń wojennych i powstańczych. - Laski na zawsze stały się dla kard. Wyszyńskiego ważnym miejscem. Mieszkał tutaj, a potem bywał niemal do śmierci - mówi Maria Bryzgalska, warszawska przewodniczka.
- Gdy już tu nie mieszkał, to przywoził tu gości jak do swojego domu. Odbywał tu ważne rozmowy, m.in. z posłami koła „Znak” - mówi s. Rut. Niepozorny, parterowy domek, stylizowany na starą chłopską chatkę, a dobudowany do kaplicy, w którym Prymas prowadził rozmowy, stoi do dziś. Przyjeżdżał też na cmentarz w Laskach, gdzie spoczywa ks. Korniłowicz. - Czasami o tych wizytach nikt nie wiedział. Samochód zatrzymywał się w lesie, a potem odjeżdżał. Innym razem Prymas przed odjazdem odwiedzał siostry - dodaje s. Rut.

Ślady po Prymasie

Materialnych śladów pobytu przyszłego prymasa Polski w Laskach nie ma wiele. Pozostały budynki, gdzie mieszkał. A także anegdotki. Podobno pewnego razu, gdy Niemcy nie znaleźli ks. Wyszyńskiego gdzie indziej, przyjechali do Lasek. Ksiądz był na spacerze. Poszukujący trafili na kapłana, ale nie wiedzieli, jak wygląda, więc spytali, gdzie mieszka prof. Wyszyński. Ten bez namysłu wskazał im dom, gdzie mieszkał, i poszedł w drugą stronę.
Ks. Stefan Wyszyński mieszkał w Laskach w trzech miejscach. - W czasie wojny w tzw. hoteliku i w drewnianym domku dziś zajmowanym przez nauczycieli z Zakładu - mówi s. Rut, archiwistka. - Po wojnie zatrzymywał się w tzw. bibliotece domu rekolekcyjnego - w pokojach, gdzie wcześniej mieszkał ks. Korniłowicz.
Do dziś stoją budynki, gdzie mieścił się szpital powstańczy, kaplica, w której ks. Wyszyński najczęściej odprawiał Msze św. W niezbyt efektownym „hoteliku” można wskazać okno należące do pokoju, który zajmował. Drewniany domek nieopodal kaplicy nie jest już dziś drewniany, przemurowano go. W dawnym pokoju ks. Korniłowicza nie ma śladu po ks. Wyszyńskim, ale są rzeczy, fotografie, książki należące niegdyś do jego ojca duchowego. W Laskach Prymas Tysiąclecia jest przede wszystkim w ludzkich myślach i we wspomnieniach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież na wystawie „100 żłóbków”

2019-12-09 21:45

pb / Rzym (KAI)

Papież Franciszek obejrzał dziś po południu wystawę „100 żłóbków”, otwartą 8 grudnia w Sali Piusa X w pobliżu Watykanu. Po podpisaniu 1 grudnia w Greccio listu apostolskiego „Admirabile signum” dał w ten sposób kolejny znak swej dbałości o tę tradycję wiary.

BOŻENA SZTAJNER

Papieżowi towarzyszył przewodniczący Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji abp Rino Fisichella, który przedstawiał Ojcu Świętemu kolejne dzieła. Franciszek indywidualnie witał się z twórcami żłóbków, towarzyszącymi im artystami i ich rodzinami. Na koniec wspólnie z nimi odmówił modlitwę i udzielił im błogosławieństwa.

W czasie trwającej 45 minut papieskiej wizyty chór kameralny Kodály z Budapesztu śpiewał pieśni bożonarodzeniowe.

Wystawa powstała z inicjatywy Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji. Jest na niej ponad 130 szopek z 30 krajów. Współorganizatorem ekspozycji, którą można zwiedzać za darmo do 12 stycznia, jest ambasada Węgier przy Stolicy Apostolskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem