Reklama

Niedziela Podlaska

O pracy w Afryce

Z ks. Krzysztofem Pazio MIC – misjonarzem pracującym w Kamerunie rozmawia ks. Marcin Gołębiewski

Niedziela podlaska 31/2025, str. IV

[ TEMATY ]

misje

Archiwum ks. Krzysztofa Pazio

Ks. Krzysztof Pazio podczas wizyty w wiosce Eboudounku – misja Atok

Ks. Krzysztof Pazio podczas wizyty w wiosce Eboudounku – misja Atok

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Ks. Marcin Gołębiewski: – Jak ksiądz odkrył w sobie powołanie misyjne?

Ks. Krzysztof Pazio: – Pochodzę z parafii Węgrów. Jak szedłem do zakonu, to jeszcze w Węgrowie była tylko jedna parafia. Wtedy z węgrowskiej parafii było dużo powołań. Po pewnym czasie znajomości z marianami, którzy prowadzili duszpasterstwo powołaniowe, postanowiłem wstąpić do Marianów. Najpierw odkryłem powołanie zakonne i kapłańskie. Później zobaczyłem, że Marianie prowadzą misję. Wówczas misja była prowadzona w Brazylii oraz w Rwandzie. Na początku przełożeni mieli inne palny i zostałem wysłany do pracy w Polsce. Jednak po kilku latach oczekiwania nadarzyła się okazja wyjechać na misje. Dokładnie 5 września 2003 r. wylądowałem w Kamerunie. Już niebawem minie 22 lata.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Jakie były księdza pierwsze doświadczenia po przybyciu do Kamerunu?

Reklama

Przyleciałem tak pod wieczór. Jeszcze było dość widno. Jak się otworzyły drzwi samolotu i się wyszło już nawet w ten rękaw, od razu było czuć, że jest duszno i wilgotno. Atok był misją opuszczoną od 7 lat, był więc bardzo zaniedbany. Jak ja przyjechałem, to był tam już ksiądz Franciszek, który odwiedził wszystkie domy na terenie naszej misji. Był to teren rozległy na 80 kilometrów. Ludzie tam byli bardzo życzliwi i szczęśliwi, że są misjonarze i że możemy zacząć pracę. Misję stanowiło 25 wiosek. Skupiliśmy się, żeby sam Atok odbudować i wyremontować kościół. Był bardzo zagrzybiony. I tak stopniowo zacząłem wchodzić w rzeczywistość misji. Nie było drogi, nie było elektryczności. Teraz troszkę się zmieniło, ale wtedy to taka była misja, można powiedzieć, jeszcze z dawnych czasów, gdzie wieczorem włączało się agregat prądotwórczy na jakiś czas, żeby zrobić pranie, prasowanie, podładować akumulatory, które zapewniały choć trochę energii w ciągu dnia, jak była jakaś potrzeba. Około godz. 21 gasiło się agregat – świeczka na stół i siadało się i rozmawiało. Wtedy razem planowaliśmy, co trzeba zrobić, co się udało, co się nie udało. To dawało nam bardzo dużo różnych myśli i inspiracji.

Robiłem zawsze program miesięczny i potem wizyty w ciągu tygodnia. Codziennie byłem praktycznie w innej wiosce. Jak wspominałem, było ich 25 zatem, aby raz w miesiącu być, to trzeba było prawie każdego dnia robić wyjazd na wioskę.

Wszystkie wioskowe kaplice były zrobione z patyków i błota więc myśmy tak się podzielili, że ks. Franciszek zajmował się Atokiem, a ja robiłem kaplice na wioskach. Udało mi się wtedy zrobić 8 kaplic, korzystając z różnych projektów ofiarodawców oraz z wakacyjnych zbiórek.

Jak wygląda praca duszpasterska?

W Atoku wypracowaliśmy formę pracy z dziećmi i młodzieżą, która trwa do dziś. Misja była rozległa więc dzieci i młodzież się nie znały. Przede mną był ks. Bogusław, który zaczął spotkania miesięczne z młodzieżą w różnych wioskach. Potem ja to zacząłem kontynuować. Co miesiąc robiliśmy spotkanie dla młodzieży: raz na wiosce, raz w centrum. Misja Atok gromadziła ok. 150-200 osób młodzieży. Przychodzili na cały weekend: od piątku wieczorem do niedzieli do obiadu.

Reklama

Ten sam sposób zastosowaliśmy, żeby integrować dzieci, szczególnie te przygotowujące się do I Komunii Świętej. Staraliśmy się, żeby katecheza była robiona przez katechistów na wioskach, ale też co miesiąc, żeby każda grupa mogła przyjść na misję i żeby można było z nimi popracować. To wyrównywało poziom katechezy i oraz integrowało dzieci i młodzież z różnych wiosek z centrum misji.

Trzeba też było zabezpieczyć wyżywienie dla uczestników od piątku wieczorem do niedzieli do obiadu. Pamiętam taką sytuację, do której często wracam. W afrykańskiej kulturze jest tak, że najpierw jedzą dorośli, a potem dzieci. Dla ponad setki dzieciaków został przygotowany posiłek. Przynieśliśmy wielkie, 40-litrowe gary z jedzeniem, które pobłogosławiłem i wyszedłem. Za jakiś czas wracam, a tu nic nie dzieje. Katechiści siedzą pod ścianą, dzieci trochę rozrabiają. Dorośli byli zdziwieni, że to oni mają podać dzieciom jedzenie. Musiałem im wyjaśnić, że jak będzie ich spotkanie i będą jako główni uczestnicy, to inni im podadzą, a teraz oni są tu po to, żeby usłużyć dzieciom. Trwało to trochę czasu, żeby ich nauczyć, że oni mają właśnie w tych dniach, kiedy są dzieci na misji, podać im obiad.

Jak obecnie wygląda praca w Kamerunie?

W nowej misji św. Jana Pawła II mamy taki sam rytm duszpasterski. Obok tego prowadzimy różne dzieła: z jednej strony te charytatywne, miłosierdzia, które trzeba rozwijać, jak chociażby pomoc chorym, opieka nad dziećmi, nad młodzieżą, ale też i takie inwestycje, jak budowa domu zakonnego i kościoła św. Jana Pawła II, który został konsekrowany i ogłoszony jako sanktuarium 24 listopada 2024 r.

Reklama

Obecnie szczególnie akcent kładziemy na czas wakacyjny. Oczywiście musi też być praca w ciągu całego roku. W każdy piątek prowadzona jest katecheza dla młodzieży w różnej formie. Miesiąc podzieliliśmy na cztery tygodnie. W pierwszy piątek jest Msza św. wotywna do Serca Pana Jezusa. Drugi piątek jest to spotkanie z Biblią – lectio divina. Trzeci piątek to katechizm w oparciu o Youcat. W czwarty piątek jest adoracja i spowiedź.

W wakacje robimy tzw. wakacje z Bogiem dla młodzieży od lat 14. Jest to też trochę związane z pracą, ponieważ w tym czasie można zorganizować tak zwane staże. W ten sposób dajemy możliwość pracy wakacyjnej dla młodzieży od 14. roku życia, aż po wiek studencki. Grupy są różne. Czasem musimy trochę ograniczać miejsca. Jednego roku było 300 osób, które pracowały przez pięć tygodni. Trzeba było to wszystko dobrze zorganizować.

Taki wakacyjny dzień zaczynamy o godz. 9 modlitwą w kościele, katechezą lub adoracją. Dwa razy w tygodniu jest adoracja z możliwością spowiedzi. Potem jest śniadanie. Następnie jest czas na pracę. Są również różne zajęcia sportowe albo kulturalne. Przygotowują na przykład skecze czy występy z tradycyjnymi elementami. Dzień kończy się około godz. 15 wspólnym posiłkiem. Tak to trwa od poniedziałku do piątku. Sobota już jest zarezerwowana, żeby troszkę w domu pomogli rodzicom. Po południu jest przygotowanie do niedzieli. Większość młodzieży jest zaangażowana w różne grupy oraz służbę liturgiczną. Zawsze w sobotę po południu schodzą się i przygotowują niedzielną liturgię.

Jak można wesprzeć misje prowadzone przez Księży Marianów?

Prosimy przede wszystkim o wsparcie duchowe, modlitwę w intencji dzieł prowadzonych przez nas nie tylko w Kamerunie. Pracujemy w takich krajach ja: Argentyna, Białoruś, Brazylia, Czechy, Filipiny, Indie, Kazachstan, Rwanda, Ukraina. Jesteśmy wdzięczni ka każdą pomoc materialną, którą przeznaczamy na prowadzenie misji. Szczegółowe informacje na ten temat można naleźć na internetowej stronie Stowarzyszania Pomocników Mariańskich – spm.org.pl

2025-07-29 13:55

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Kto pojedzie na misje, ten otwiera oczy

[ TEMATY ]

misje

abp Stanisław Gądecki

KEP

miesiąc misyjny

BP KEP

Abp Stanisław Gądecki

Abp Stanisław Gądecki

O formach zaangażowania Kościoła w Polsce w dzieło misji, o założeniach Nadzwyczajnego Miesiąca Misyjnego oraz o dr. Wandzie Błeńskiej, „Matce Trędowatych”, której proces beatyfikacyjny przygotowywany jest w archidiecezji poznańskiej - mówili uczestnicy konferencji prasowej zorganizowanej w Sekretariacie KEP w związku z rozpoczynającym się Nadzwyczajnym Miesiącem Misyjnym. – Kto pojedzie na misje, ten otwiera oczy – mówił abp Stanisław Gądecki, przewodniczący KEP.

Na początku spotkania uczestnicy wysłuchali słowa nuncjusza apostolskiego w Polsce abp. Salvatore Pennacchio, w którym – w imieniu papieża Franciszka – zachęcił wszystkich wiernych do włączenia się w Nadzwyczajny Miesiąc Misyjny. - Przez modlitwę i wsparcie materialne pomagajmy misjonarzom pracującym na wszystkich kontynentach – powiedział nuncjusz.
CZYTAJ DALEJ

Bliskość z Nim porządkuje pobożność i uczy wolności serca

2026-01-09 19:19

[ TEMATY ]

Ks. Krzysztof Młotek

Glossa Marginalia

Agata Kowalska

Opowiadanie stoi w samym środku dramatu posłuszeństwa. Samuel przychodzi do Saula z twardym słowem Pana. W tle pozostaje wojna z Amalekitami i nakaz objęcia ich „klątwą” (ḥerem), czyli oddaniem wszystkiego Bogu bez prawa do łupu. Saul zachował to, co wyglądało na rozsądny zysk i pobożny zamiar. W perykopie słychać inne kryterium. Samuel zaczyna od znaku słyszalnego: odgłosu owiec i bydła. Zewnętrzny hałas ujawnia wybór serca. Potem pada zdanie-klucz całego wydarzenia: Pan ma upodobanie w posłuszeństwie. Hebrajskie (šāma‘) znaczy „słuchać” i niesie sens „być posłusznym”. Saul słyszy rozkaz, a układa własne usprawiedliwienia. Chce złożyć ofiarę z najlepszego łupu. Samuel widzi w tym odwrócenie porządku. Ofiara wyrasta z przymierza, a przymierze żyje ze słuchania. Prorok nazywa bunt grzechem wróżbiarstwa, a upór winą bałwochwalstwa. To porównania z obszaru praktyk, które obiecują kontrolę i bezpieczeństwo. Serce upierające się przy swoim planie przenosi tę samą postawę na relację z Bogiem. Na końcu brzmi wyrok: odrzucenie słowa Pana prowadzi do odrzucenia króla. W Izraelu władza królewska pozostaje służbą poddającą się Słowu. Tekst dotyka też religijnej pokusy. Człowiek potrafi mnożyć gesty pobożności, a równocześnie omijać posłuszeństwo. Słowo Boga przenika takie zasłony i wzywa do prostoty serca. W starożytnym kulcie tłuszcz ofiary uchodził za część najcenniejszą. Samuel przypomina, że nawet to, co najlepsze, nie zastąpi słuchania. Posłuszeństwo otwiera drogę błogosławieństwu i chroni przed duchowym rozproszeniem. Samuel nie prowadzi sporu o strategię wojny. On odsłania relację króla z Bogiem, która stoi u źródeł decyzji.
CZYTAJ DALEJ

Rząd D. Tuska zamyka porodówki. Ekspert: to zwiększanie ryzyka dla matek i noworodków

Krwotok, brak znieczulenia, zbyt długi transport. Takie scenariusze w polskich porodówkach nie są teorią – powiedział PAP prof. Przemysław Kosiński z UCK WUM. Dodał, że przy małej liczbie porodów doświadczenie zespołu zanika, a to grozi tragedią więc potrzeba sieci dobrze przygotowanych porodówek.

PAP: Wyobraźmy sobie sytuację graniczną. Jest telefon na numer 112. Dzwoni kobieta w ciąży. Mówi, że ma skurcze, odeszły jej wody, pojawiło się krwawienie. Do najbliższej porodówki jest sto kilometrów. Co powinno się jej doradzić?
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję