Iran jest nie tylko starożytną cywilizacją, ale także krajem, który genetycznie ma w sobie imperialne odruchy. Kiedy to wielowiekowe dziedzictwo splotło się z szyickim przesłaniem męczeństwa, otrzymaliśmy fenomen dzisiejszej Islamskiej Republiki Iranu. Gdyby jednak Zachód miał szczere intencje zmodernizowania i wprowadzenia demokracji do tego kraju, wystarczyłoby poczekać kilka lat i młode społeczeństwo samo przeprowadziłoby odsunięcie od władzy geriatrycznej elity ajatollahów. Tu chodzi jednak nie o zasady, tylko o miliardy z irańskiej ropy naftowej i gazu oraz o przejęcie kontroli nad strategicznym obszarem zajmowanym przez ten niezwykły kraj i cywilizację. W tle unosi się także duch organizacji BRICS, która chce zdetronizować dolara jako naczelną walutę w rozliczeniach handlowych świata.
Po ataku
Reklama
Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie, a jedynym krajem, który realnie został na nie przygotowany, był rządzony przez Beniamina Netanjahu Izrael. Dzień wcześniej irańska delegacja na rozmowy pokojowe w Brukseli poszła na daleko idące ustępstwa, które praktycznie wykluczały dalszą kontynuację irańskiego programu atomowego. Dwadzieścia cztery godziny później czterdziestu ośmiu najwyższych dostojników Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) czy też kierownictwa duchowego z rahbarem Alim Chameneim było martwych na skutek precyzyjnie wymierzonych ciosów z powietrza zadanych przez koalicję USA i Izraela. Wszystko stało się bez wypowiedzenia wojny i bez zerwania prowadzonych w Europie negocjacji. To fakty, które trudno wyłowić z potoku lejącej się z polskich mediów propagandy.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Dlaczego Donald Trump uległ premierowi Izraela i zaatakował Iran, wywołując ciężką wojnę, która może trwać wiele tygodni? Precyzyjnej odpowiedzi nie znamy, a w infosferze krąży kilka spiskowych teorii rozciągających się od „akt Epsteina” do struktury finansowania kampanii wyborczej Trumpa. Nie ulega jednak wątpliwości, że rozpętanie nowego starcia z Iranem jest wielkim sukcesem neokonserwatystów wychowanych przez byłych trockistów takich jak: Jane Kirkpatrick, Norman Podhoretz czy Irving Kristol. To swoisty paradoks, ponieważ wraz z początkiem prezydentury Trumpa tryumfowali ich przeciwnicy spod znaku prawdziwego konserwatyzmu, którzy wypromowali wiceprezydenta J.D. Vance’a. Królowało wówczas przekonanie, że wojny – w tym także wojny Izraela – muszą zostać szybko i trwale zakończone. Tymczasem teraz uśmiechnięci są jedynie „moralizatorzy” spod znaku – bliskich choćby Hillary Clinton – neokonów. To pobieżnie naszkicowane tło ataku.
Co dzieje się w Iranie?
Reklama
Duże miasta odczuły nagłe poluzowanie cenzury religijnej. Mało jest rytualnego opłakiwania zabitych przywódców, a dużo nadziei na zmianę systemu, poluzowanie cenzury i dopuszczenie do działania nowych ugrupowań politycznych. Młodzi ludzie z dużych miast czekają na zmiany, ale nie mają własnej organizacji politycznej, nie mają też wyrazistych liderów. Irański interior patrzy na wszystko z niepokojem i oporem, tym ludziom akurat odpowiadała Islamska Republika i jej reguły działania. Władzę przejął trzeci szereg przywódców duchowych na czele z synem ajatollaha Haszema Amoliego – Alim Laridżanim, byłym sekretarzem Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Doszlusowali do niego młodsi generałowie z brygad Al-Kuds, działających wedle reguł stworzonych przez charyzmatycznego generała Ghasema Solejmaniego, którego zabił w Bagdadzie Donald Trump pod koniec swojej pierwszej kadencji prezydenckiej. Siły zbrojne Iranu wystrzeliły już pierwszy krąg rakiet średniego zasięgu. Sporo z nich przebiło się przez „Żelazną Kopułę” i spadło na miasta Izraela, obok tego bombardowane są instalacje w Katarze, budynki w Dubaju i innych miejscach Zjednoczonych Emiratów Arabskich, drony eksplodują nawet na Cyprze, w pobliżu baz lotnictwa brytyjskiego i amerykańskiego. Potencjał rakietowy Iranu jest dużo większy i bardziej groźny. Jeżeli USA i Izraelowi nie uda się zneutralizować tego potencjału, irańskie rakiety przebiją obronę i spowodują wiele ofiar.
Polityka
Reklama
Szyicki reżim irański jest osamotniony, otaczają go niechętne monarchie „Zatoki”, rosnąca w siłę sunnicka Turcja, a arabscy władcy korzystają ze spadku znaczenia Islamskiej Republiki. Niknie też – rozbijana przez Izrael – „szyicka długa ręka”, czyli wpływy w Syrii, skruszona siła Hezbollahu w Libanie, Huti w Jemenie i szyickie milicje na południu Iraku. Cała – stworzona przez Solejmaniego – architektura Iranu się zawaliła. Nie znaczy to jednak, że Izrael jest w regionie lubiany, przeciwnie. Umiejętna gra prowadzona przez Netanjahu spowodowała, że kraje arabskie mogą wybierać między izraelskimi technologiami militarnymi i szpiegowskimi, które umożliwiają ich elitom utrzymywanie się u władzy, a wsparciem dla wrogów Izraela, karanym przez izraelskie służby. Jeżeli rządy krajów arabskich właściwie w żaden sposób nie pomogły sunnickim współbraciom z Palestyny, to tym bardziej nie ruszą palcem w obronie szyickiego, perskiego Iranu. Właściwie zarówno Arabia Saudyjska, jak i Turcja z nadzieją czekają na upadek silnego rywala w walce o wpływy na Bliskim Wschodzie. Nad wszystkim unosi się duch SIS – służb specjalnych Pakistanu, które niesłychanie ożywiły swą aktywność w regionie. Oficjalnie Pakistan roztacza atomowy parasol nad całym światem muzułmańskim, a szczególne nad domem dynastii Saudów. Pakistan pozostaje też w antyindyjskim sojuszu z Turcją i toczy właśnie wojnę z talibami (uzbrojonymi przez wyposażenie pozostawione w Afganistanie przez Amerykanów). Jakby tego było mało, właśnie zaostrza się sytuacja między prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoganem a premierem Netanjahu. Erdogan demonstracyjnie złożył kondolencje Iranowi po zabójstwie ajatollaha Chameneiego. W tej skomplikowanej konstelacji widać sojusz między Izraelem i Indiami oraz wzrost napięcia między Tel Awiwem a Pekinem.
Przyszłość
Obecna odsłona prowadzonej od 2020 r. (zabójstwo Solejmaniego) wojny może trwać nawet kilka tygodni i przynieść ogromne straty nie tylko w Iranie, ale i w Izraelu. Jeśli w ciągu najbliższych dni nie uda się obalić reżimu ajatollahów, sytuacja stanie się bardzo poważna. Konieczna będzie interwencja zbrojna na lądzie, a więc w Iranie – na irańskich pustyniach i w górach – a to przyniesie setki ofiar wśród amerykańskich żołnierzy. To będzie też wyrok na perspektywę prezydentury dla J.D. Vance’a. Idealnym schematem rozwoju sytuacji jest wywołanie wewnętrznego przewrotu w Iranie. Problem w tym, że opozycja nie ma w tej chwili lidera. Nie może nim być, lekceważony w Iranie, syn szacha Mohammada Rezy Pahlawiego. Prędzej może do tej roli aspirować wnuk rahbara Chomeiniego – Hassan Chomeini. Oznaczać to jednak będzie trwanie jakiejś nowej mutacji Islamskiej Republiki.
Jedno jest pewne: po zablokowaniu cieśniny Ormuz już wzrastają światowe ceny ropy naftowej, a po zbombardowaniu instalacji skraplających gaz w Katarze ceny tego surowca wystrzeliły w górę.
I na koniec... pośmiertny plan Chameneiego
Financial Times opublikował tekst, w którym analizuje przecieki z kręgów decyzyjnych Iranu. Bardzo niepokojące: ajatollah Chamenei liczył się ze swoją śmiercią i opracował ze sztabem plan postępowania na taką okoliczność, który nazwano „Wielki Pożar”. Przewiduje on decentralizację dowodzenia siłami zbrojnymi. Zniszczenie infrastruktury dostarczającej ropę i gaz z całego basenu Zatoki Perskiej. Uruchomienie – na całym świecie – wszelkich możliwych komórek terroru. Brzmi to niepokojąco i niestety pokazuje fakt, że Iran nie oszalał z paniki, tylko dostosował taktykę do okoliczności.
