Na przełomie 2021 i 2022 r., przed wybuchem pełnoskalowej wojny na Ukrainie, toczyła się dyskusja na linii Moskwa – Waszyngton. Kreml zażądał demilitaryzacji Ukrainy oraz wycofania zaawansowanego uzbrojenia z całej flanki wschodniej NATO. Władimir Putin nie rozmawiał na ten temat z żadnym z europejskich przywódców i władzami Unii Europejskiej, a jedynie z delegacją z USA. Moskwa nie liczy się z Berlinem, Paryżem czy Londynem, bo żadna z tych stolic nie ma realnej siły militarnej, której bałby się prezydent Rosji. Dla niego liczy się jedynie Ameryka ze swoim arsenałem nuklearnym, nowoczesnym uzbrojeniem i skuteczną armią.
Propozycja prezydenta Emmanuela Macrona objęcia m.in. Polski francuskim parasolem nuklearnym jest ważnym gestem, ale też rodzi pytanie, na ile to odstraszanie będzie skuteczne w przypadku Rosji. – Propozycji ze strony Francji nie należy traktować jako alternatywy dla odstraszania prowadzonego w NATO przez USA. Amerykanie dysponują o wiele większym arsenałem nuklearnym, który Rosjanie traktują najbardziej poważnie – mówi Artur Kacprzyk, analityk ds. odstraszania nuklearnego z Polskiego Instytutu Spraw Zagranicznych.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Amerykański i francuski program
Reklama
Historia uczy, że państwa, które posiadają broń nuklearną, są o wiele bezpieczniejsze i nie są atakowane tak jak Ukraina. Władze w Kijowie mogą teraz tylko żałować, że w latach 90. ubiegłego wieku dobrowolnie oddały odziedziczony po ZSRR arsenał nuklearny w zamian za papierowe gwarancje z memorandum budapeszteńskiego, które już wielokrotnie zostało złamane przez Rosję.
W ramach doktryny odstraszania NATO prowadzi amerykański program Nuclear Sharing. USA udostępniają bomby z głowicami nuklearnymi państwom członkowskim, które takiej broni nie posiadają. Taką udostępnioną bronią dysponują Włochy, Turcja, Niemcy, Belgia i Holandia, a zatem brakuje w tym gronie najbardziej zagrożonych państw ze wschodniej flanki NATO. Nuclear Sharing zakłada, że w przypadku wybuchu wojny siły zbrojne państw korzystających z programu będą upoważnione do samodzielnego jej użycia za pozwoleniem rządu USA. Choć głowice przechowywane są na terytorium państw członkowskich, to de facto w dalszym ciągu ich właścicielem jest armia amerykańska. W taki sposób NATO zaprojektowało wyłom w układzie o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, bo uznano, że atak na jednego z członków sojuszu już jest złamaniem porozumienia.
Reklama
Nowa propozycja francuska jest przełomem w doktrynie nuklearnej Paryża, ale wydaje się o wiele bardziej powściągliwa w porównaniu z amerykańskim programem. Choć prezydent Macron powiedział, że Francja rozszerzy swój arsenał atomowy i po raz pierwszy może wysłać samoloty uzbrojone w broń jądrową do państw sojuszniczych, m.in. do Polski, to jednak samoloty będą francuskie, piloci będą Francuzami, a Wojsko Polskie nie będzie mieć dostępu do arsenału nuklearnego. – Ostateczna decyzja o przeprowadzeniu ataku nuklearnego należy wyłącznie do prezydenta Francji – podkreślił Macron.
Większe ryzyko dla Rosji
Premier Donald Tusk oświadczył, że rozmowy z Francją są prowadzone, ale w przyszłości będziemy starali się przygotować do autonomicznych działań w kwestii posiadania broni atomowej. – Propozycja francuska to na razie tylko polityczna deklaracja, którą trzeba przekuć na konkrety. Nasze położenie jest inne niż Francji czy Niemiec, więc ważne jest pytanie o naszą suwerenność strategiczną – wyjaśnia gen. Leon Komornicki, były zastępca szefa Sztabu Generalnego WP.
Z dystansem do francuskiej propozycji podchodzi też prezydenckie Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, które nie zostało włączone w proces negocjacji z Francją, a Kancelaria Prezydenta RP stara się o pozyskanie broni w ramach programu Nuclear Sharing. – Francja nie podzieli się swoją bronią nuklearną, bo ona definiuje swoją suwerenność przez pryzmat posiadanej broni. Z tego powodu wielokrotnie konfliktowała się z sojusznikami i nawet występowała z NATO. Należy też pamiętać, że przez ostatnie dziesięciolecia mieliśmy z Francją sprzeczną percepcję zagrożeń wobec bezpieczeństwa Polski – zaznacza prof. Sławomir Cenckiewicz, szef BBN.
Reklama
Eksperci jasno mówią, że nie wyobrażają sobie, by Francja użyła broni atomowej w obronie Suwałk, jednak sam fakt objęcia Warszawy parasolem nuklearnym przez zarówno Waszyngton, jak i Paryż powinien przełożyć się na rosyjskie kalkulacje ewentualnego ataku na Polskę. Każde tego typu wsparcie odstrasza Moskwę i wzmacnia naszą pozycję. – Aby zwiększać takie ryzyko w oczach Rosjan, korzystne byłoby prowadzenie przez Francję w Polsce ćwiczeń symulowanego użycia broni nuklearnej, a w razie kryzysu – także rozmieszczenie w polskich bazach francuskiego lotnictwa jądrowego – uważa Artur Kacprzyk.
Własne zdolności nuklearne
Program Nuclear Sharing pod wieloma względami jest lepszy od francuskich propozycji, ale na razie Polska oficjalnie nie została włączona do amerykańskiego systemu udostępniania broni atomowej. Z kolei prezydent Francji zrobił krok naprzód i jednoznacznie mówił o możliwości wysłania samolotów z bronią atomową do Polski. – Należy z tej francuskiej propozycji skorzystać i prowadzić rozmowy, a ile uda nam się na tym ugrać, to zależy od siły naszego państwa i naszych negocjatorów. Macron stwierdził, że jego propozycja nie jest konkurencją dla amerykańskiego programu, a stanowi jedynie jego uzupełnienie. Negocjacje z Francuzami mogą być więc dźwignią w rozmowach z Amerykanami nad przystąpieniem Polski do programu Nuclear Sharing – zauważa Marek Budzisz, ekspert ds. bezpieczeństwa ze Strategy&Future.
Ewentualny udział w programie francuskiego odstraszania nuklearnego oraz Nuclear Sharing nie mogą uśpić polskich wysiłków zbrojeniowych, a także starań o pozyskanie narzędzi zwiększających naszą suwerenność strategiczną. Chodzi o to, kto podejmuje decyzję w chwili ataku lub realnego zagrożenia bezpieczeństwa państwa. Dlatego też w Polsce toczy się debata dotycząca pozyskania własnych zdolności nuklearnych, bo naukowo i technologicznie jesteśmy na taki krok gotowi. Choć prace nad zdolnościami wytwarzania głowic nuklearnych powinny być owiane najwyższą tajemnicą, to jednak inne części tego programu można robić bardziej oficjalnie. – Przede wszystkim powinniśmy pracować nad suwerennymi środkami przenoszenia takich ładunków, bo dziś dysponujemy jedynie samolotami, ale nie mamy własnych pocisków manewrujących ani żadnych wojsk rakietowych i nie produkujemy żadnych rakiet balistycznych oraz manewrujących, które mogłyby przenosić zarówno ładunki konwencjonalne, jak i głowice nuklearne. Bez tego nie będziemy mogli podejmować suwerennych decyzji, a same głowice atomowe tego problemu nie rozwiążą – tłumaczy gen. Komornicki.
Czasy militarnej siły
Dyskusja o odstraszaniu nuklearnym i własnych zdolnościach atomowych jest bardzo cenna w polskiej debacie publicznej. Choć droga do uzyskania suwerenności strategicznej w tym aspekcie jest długa, kręta i wyboista. Podobna dyskusja trwa w innych gorących częściach świata, np. w Korei Południowej, Japonii, a nawet w Szwecji. Proliferacja broni masowego rażenia jest znakiem, że czas postzimnowojennej wizji „końca historii” z lat 90. ubiegłego wieku przeszedł do historii. Nadszedł czas państw silnych militarnie i pewnie kończy się czas państw słabych. Polska leży na styku geopolitycznych płyt tektonicznych, gdzie historia wielokrotnie pokazała niszczycielskie „trzęsienie ziemi”. Parafraza słów marszałka Józefa Piłsudskiego, że „Polska będzie silna albo nie będzie jej wcale”, staje się coraz bardziej realna w nowym historycznym rozdaniu.
