Aneta Nawrot: Kto przekazywał Pani wiarę w Boga?
Aleksandra Ciejek: Agata, koleżanka z podstawówki i jej rodzina (śmiech). A właściwie cała społeczność maleńkiej Puszczy Mariańskiej.
To znaczy?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Wytłumaczę. Miałam 5 lat, kiedy moi rodzice przeprowadzili się wraz ze mną z Poznania do tej malowniczej miejscowości na Mazowszu. Nie byliśmy typową rodziną, w której kultywowane są tradycje religijne. Owszem, obchodziliśmy święta, były mikołaj, choinka, wielkanocny koszyczek, ale nie było zwyczaju chodzenia z rodzicami co niedzielę do kościoła czy codziennej modlitwy. A w tej małej społeczności, do której się przeprowadziliśmy, życie toczyło się trochę inaczej. I mnie jako dziecku bardzo się to podobało.
Rozumiem, że właśnie tu pojawiły się tajemnicza Agata i jej rodzina?
Tak. Tradycje w domu Agaty były całkowicie inne niż w moim. To była bardzo religijna rodzina: chodziła do kościoła, wspólnie modliła się przed posiłkiem, tata Agaty – pan Tadeusz czytał dzieciom Biblię... Mnie się to bardzo podobało, czułam, że to jest piękne, ważne i potrzebne. Wtedy jeszcze postrzegałam to nie jako dar wiary, ale jako jakąś tajemnicę. Nie za bardzo wiedziałam dlaczego, ale pragnęłam w tym uczestniczyć, być częścią tej wspólnoty.
Reklama
A jak na decyzję swojej 6-letniej jedynaczki reagowali Pani rodzice?
Chyba lekkim zdziwieniem (śmiech), ale nigdy nie zabraniali! Uważali, że skoro czuję taką potrzebę, aby iść na Mszę św. czy na majowe, to nawet mnie zachęcali! Miałam bardzo mądrych rodziców. Rozumieli doskonale, że to może mnie tylko ubogacić, nigdy tej mojej dziecięcej pobożności nie wyśmiewali. Pierwsze doświadczenia z wiarą zatem to dom Agaty, a potem katecheza i bardzo mądry ks. Walery, który był moim nauczycielem w wierze, gdy byłam w liceum.
Do czego to doprowadziło?
Dało to podwaliny mojej wierze. Bo dzięki temu poszłam do Pierwszej Komunii św., a z czasem coraz bardziej rozumiałam, czym jest wiara w Boga. Był nawet taki moment w moim życiu, że chciałam iść do zakonu. Tak, chciałam zostać zakonnicą. Uważałam, że będę mogła służyć ludziom i żyć w zgodzie z Bożymi zasadami.
I dlaczego zmieniła Pani decyzję?
Reklama
Weszłam w wiek dorastania, a wraz z nim pojawiła się bardzo silna potrzeba, aby kiedyś, w przyszłości zostać mamą. U mnie to pragnienie pojawiło się bardzo wcześnie i było bardzo intensywne, a ponieważ, jak wspomniałam, miałam w tym okresie bardzo mądrego katechetę, on wytłumaczył mi, że powołanie do życia zakonnego to coś więcej niż chęć. Modliłam się więc gorąco, aby Bóg wskazał mi drogę, i z czasem pragnienie życia w zakonie odeszło. W moim życiu pojawiły się teatr, telewizja... I chociaż moja wiara nie wystygła, to każdą wolną chwilę spędzałam na zajęciach teatralnych. Najpierw w domu kultury w Puszczy Mariańskiej, potem w LO w Żyrardowie i Ognisku Teatralnym przy Teatrze Ochota w Warszawie. To było moje życie od IV klasy szkoły podstawowej.
Rozumiem, że to wpłynęło na decyzję o zostaniu aktorką. Trochę duży przeskok...
I tak, i nie (śmiech). W zakonie i na scenie czasami dotykamy transcendencji, niesamowitych emocji i czegoś bardzo niezwykłego, jakiejś tajemnicy.
Reasumując – w liceum postanowiła Pani, że pójdzie do szkoły filmowej...
Chciałam zostać reżyserem, nie aktorką, ale do Filmówki na reżyserię przyjmowano tylko z tytułem magistra. Pomyślałam więc, że pójdę do szkoły teatralnej, bo to i krótkie studia, i pomocne w pracy reżysera. I tak zostałam aktorką.
To jest wspaniały, piękny zawód, ale też bardzo trudny. Chyba najtrudniejszy z zawodów artystycznych, bo aktor gra swoim ciałem i swoimi emocjami. Trudno też czasem pogodzić tę pracę z własnymi wartościami, a nie bardzo chciałam iść na kompromisy z samą sobą, nie chciałam się na pewne rzeczy godzić. Dlatego cieszę się, że teraz, po wielu latach, zrealizowałam swoje marzenie! Wyreżyserowałam sztukę Cyber – Świat? Cyber – Ja?, którą będzie można oglądać w warszawskich Hybrydach od października 2026 r. Zapraszam!
Życie zawodowe się poukładało, a życie prywatne?
Reklama
Jako młoda dziewczyna podjęłam decyzję o wyjściu za mąż. Wtedy wydawało mi się to słuszne. Bardzo chciałam być żoną i mamą, ale oboje chyba do tego nie dorośliśmy, działałam pod wpływem impulsu, a zdrowy rozsądek chyba spał. Małżeństwo skończyło się po roku. To była dla mnie tragedia i przez wiele lat myślałam, że moje marzenie o rodzinie już nigdy się nie spełni. Rozwód to zawsze przegrana, szczególnie dla osoby wierzącej. Ale Bóg dał mi drugą szansę. Postawił na mojej drodze Rafała. Czasem Bóg pozwala nam uczyć się na błędach i wyciągać wnioski. Za tę naukę jednak trzeba płacić i ja płacę.
Obecnie jest Pani żoną pisarza, publicysty, dziennikarza Rafała Ziemkiewicza...
Tak. Od 25 lat tworzymy rodzinę i być może ze względu na błędy, które popełniliśmy wcześniej, bardzo doceniamy to, że ją mamy. Nabraliśmy pokory i nauczyliśmy się odróżniać rzeczy ważne od nieważnych. Jesteśmy rodzicami dwóch dorosłych córek – Zofii i Marii, mamy też psa yorka miniaturkę, więc może „pies” to za dużo powiedziane (śmiech), ale na pewno kochany przez wszystkich domownik!
Jesteście małżeństwem niesakramentalnym?
Niestety tak. Oboje byliśmy wcześniej w małżeństwach sakramentalnych. I choć w żadnym z nich nie było dzieci, co bardzo ułatwia staranie się o stwierdzenie nieważności małżeństwa, to oboje nie chcieliśmy iść na „łatwiznę”. Mój mąż pięknie kiedyś powiedział: „Wiara w Boga to nie lampka nocna, którą można przestawiać, gasić czy zapalać w zależności od potrzeby. Wiara w Boga ma być jak latarnia morska, która niezmiernie pokazuje właściwy kierunek”. Uważamy, że za błędy trzeba płacić i ponosić konsekwencje wcześniejszych decyzji.
I ponosicie?
Tak. Chodzimy do kościoła, jesteśmy ludźmi wierzącymi, wychowaliśmy córki w wierze katolickiej – przyjęły sakramenty – ale nie przyjmujemy Komunii św. To jest dla nas bardzo trudne, ale... tak musi być.
Reklama
To konsekwencje...
Nasze córki początkowo nie bardzo mogły to zrozumieć, ale dużo z nimi o tym rozmawialiśmy. To nie jest łatwe ani przyjemne, ale to jest nasza historia.
Czuje Pani obecność Boga w codziennym życiu?
Tak. Bardzo wyraźnie. Bóg jest zawsze przy mnie. Mam poczucie, że zawsze mogę się do Niego zwrócić z prośbą czy pytaniem. I zawsze dostaję odpowiedź. Nie zawsze od razu, natychmiast i wprost. Odpowiedź przychodzi przez ludzi, sytuacje, a czasem w myślach podczas modlitwy.
Mówi Pani, że od dzieciństwa ma poczucie, iż Bóg zawsze otacza Panią opieką i że przy Pani jest.
Tak. I za to przede wszystkim jestem Mu wdzięczna. Każdego dnia dziękuję Bogu za dar wiary. Jak każdy miewam trudne chwile; choroby, śmierć rodziców, czasem coś, z czym po ludzku trudno się pogodzić. Ale wtedy w modlitwie uświadamiam sobie, że ja dostrzegam tylko wycinek życia, a Bóg widzi wszystko. Czasami trudne doświadczenia są nam potrzebne. Wiara to wielki dar, dzięki niej wiem, że wszystko w życiu ma cel i sens. Po prostu my, ludzie, nie wszystko możemy tu, na ziemi, zrozumieć.
Kolejna decyzja, obok aktorstwa, to ta aby pomóc ludziom znaleźć szczęście.
Zajmuję się tzw. psychologią pozytywną. Kiedy starsza córka wyjechała na studia, ja też postanowiłam postudiować (śmiech). Psychologia pozytywna to taki ciekawy dział psychologii, w której skupiamy się na zasobach, a nie na deficytach człowieka. Czyli rozwijamy jego talenty, nie roztrząsamy natomiast braków. To bliskie mojej filozofii życia. Gdy poznaję kogoś, zawsze dostrzegam przede wszystkim jego zalety, a nie wady. Ale celem psychologii pozytywnej nie jest wprawianie człowieka w stan nieustannej euforii. To niemożliwe i nienaturalne. Psychologia pozytywna, przez różne techniki, pozwala dostrzec i docenić, jak wiele w życiu każdego z nas jest powodów do radości. To nie znaczy, że nie będzie zmartwień czy problemów. Osoba z wysokim dobrostanem również doświadcza trudnych sytuacji, ale zwykle potrafi z nich wyciągnąć jakąś życiową lekcję, znaleźć w nich sens lub się do nich przystosować.
