KS. CZESŁAW GALEK: - Jaka była sytuacja materialna rodziny przed wojną?
ANDRZEJ STAROWIEYSKI: - Mimo że żyliśmy dostatnio, to jednak nie było przepychu. Nasze wyżywienie było nieraz gorsze niż naszych nauczycieli i wychowawców. Nie pamiętam, by w naszym domu były jakieś huczne przyjęcia. Od czasu do czasu były urządzane polowania, po których panowie grali sobie w brydża.
- Jakie były relacje waszej ziemiańskiej rodziny z ludnością chłopską?
- Żyliśmy ze sobą w zgodzie. Nie tworzyliśmy między tą ludnością barier. Być może ludzie stwarzali atmosferę dystansu. Moim największym przyjacielem był syn naszej służącej. Mój Ojciec miał wielki szacunek do służby domowej. Nie do pomyślenia było, żeby ktoś z nas niegrzecznie zachował się wobec tych ludzi. Spotkałaby go za to zapewne ostra reprymenda ze strony Ojca. Rodzice uczyli nas szacunku do pracy i ludzi prostych. Ojciec, kiedy uciekł bolszewikom w 1939 r., ukrywał się u różnych ludzi. Powiedział mi kiedyś: "Pamiętaj, jak będziesz potrzebował pomocy, zwróć się do biednych ludzi, oni ci zawsze pomogą".
- Prus pisał o Wokulskim, że kiedy go wszyscy opuścili, wierna pozostała mu triada - Bóg, ziemia i prosty człowiek...
- W swoim życiu, kiedy byłem bardzo biedny i samotny, zwracałem się do prostych ludzi i oni zawsze udzielili mi pomocy. Jako 13-letni chłopak po upadku powstania warszawskiego szedłem pieszo z Warszawy do Krakowa. Byłem ranny, miałem na sobie bandaże. Kiedy byłem głodny, pukałem do drzwi ładnych domów, patrzono na mnie podejrzliwie i nie udzielano mi pomocy. Natomiast w biednych domach pomocy nigdy mi nie odmawiano!
- W czerwcu przypada 60. rocznica pogrzebu Ojca. Co utkwiło w Pańskiej pamięci z tamtych wydarzeń?
- Nie pamiętam, kiedy nadeszły prochy mojego Ojca z Dachau. Natomiast pamiętam moment, kiedy do Nadolców przyszedł telegram w języku niemieckim, zawiadamiający rodzinę o śmierci Ojca. Listonosz, który go przyniósł, płakał jak bóbr, kiedy dowiedział się, że Ojciec nie żyje. Łzy lały się mu z oczu ciurkiem. Ja zapałałem wtedy wielką nienawiścią do Niemców. Płacząc, rzuciłem się z rozpaczy na łóżko. Natomiast moja matka przyjęła tę wiadomość z godnością. Nie uroniła ani jednej łzy. Uważała, że "widocznie Bóg tak chciał" . W stosunku do dzieci była bardzo łagodna i opiekuńcza. Natomiast wewnętrznie była osobą twardą, mocną. Uczestniczyłem w pogrzebie Ojca w Łabunich. Pamiętam tylko, że mimo czerwca dzień był bardzo zimny i ponury.
- Jakie były losy rodziny po śmierci Ojca?
- Wyjechaliśmy na krótko do Zamościa, a później do Warszawy. Mieszkaliśmy przy ul. Koszykowej, a później Królewskiej. Należeliśmy wszyscy do organizacji podziemnych, o czym była już częściowo mowa. W naszym domu odbywały się regularne szkolenia podchorążówki Armii Krajowej. Przychodziło na nie po 15-20 chłopaków. Pod materacami łóżek były ukryte części broni oraz plansze potrzebne do szkolenia bojowego. Były dwie czy trzy rewizje przeprowadzone przez gestapo, a jednak materiały szkoleniowe nie zostały znalezione. Konsekwencje ich znalezienia były łatwe do przewidzenia. Mama twierdziła, że był to jawny znak opieki Ojca nad naszą rodziną.
- Czyli w rodzinie było przekonanie o pomocy Ojca z nieba?
- Mama w trudnych momentach mówiła: "Pomódlmy się do taty", "tata nam pomoże". Pomocy Ojca sam doświadczyłem, kiedy byłem ranny w powstaniu warszawskim. Miałem wtedy 13 lat. Odłamki granatu trafiły mnie w szyję, dosłownie milimetry od kręgosłupa. Krew lała się z rany strumieniami. Byłem cały pokrwawiony, krew chlupała mi nawet w butach. Na punkcie sanitarnym rozpłakałem się i zapytałem lekarza, czy będę żył? On odpowiedział: "Odmów modlitwę Pod Twoją Obronę i podziękuj Bozi". To, że przeżyłem, w moim odczuciu zawdzięczam opiece i wstawiennictwu przed Bogiem mojego Ojca. Kiedy matka wróciła z obozu koncentracyjnego, do którego dostała się po klęsce powstania warszawskiego, zapadła na chorobę nowotworową. Lekarze dawali jej 3 miesiące życia - żyła 30 lat! Była przekonana, ze przedłużenie życia zawdzięcza naszemu Ojcu. Kiedy ogarniam refleksją historię mojego życia, to jestem przekonany, że musiał mnie Ktoś prowadzić...
- 13 czerwca 1999 r. odbyła się beatyfikacja Pańskiego Ojca w grupie 108 Męczenników. Co Pan wtedy odczuwał?
- Dużo ludzi mnie pyta, jak się czuję jako syn Błogosławionego? Odpowiadam, że całkiem normalnie. W czasie beatyfikacji zastanawiałem się nad swoim życiem. Coś nowego tworzyło się w moim wnętrzu, czego nie mogę opisać. Nie mogłem do końca pojąć prawdy, że mój Ojciec został wyniesiony na ołtarze, skoro był normalnym, zwykłym człowiekiem. Uświadamiam sobie prawdę, że było to wydarzenie, które do czegoś zobowiązuje całą rodzinę. Nawet ks. Marek Starowieyski mówił: "Słuchaj, ty musisz sobie zdać sprawę, że jesteś synem Błogosławionego". Mnie bardzo krępuje, kiedy ktoś zwraca uwagę na moją osobę, np. prosi mnie o autograf. Nie wiem, z jakiej racji mam go składać...
- Jednak beatyfikacja miała wpływ na życie Pańskiej rodziny?
- Wraz z małżonką Marią wychowaliśmy trójkę dzieci, które założyły już swoje rodziny i mają własne dzieci. Mamy pięcioro wnucząt. Przy różnych okazjach opowiadam im o Ojcu. Zdaję także relacje z uroczystości, na które jestem często zapraszany. Z tradycji mojego domu rodzinnego pragnę przekazać im atmosferę ciepła rodzinnego. Wraz z żoną staramy się konsolidować rodzinę, szczególnie w okresie Świąt Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy, które spędzamy wspólnie.
- Jaka jest, Pana zdaniem, świecka droga do świętości, akcentowana przez Sobór Watykański II i Jana Pawła II, którą zrealizował Pański Ojciec?
- Myślę, że jest ona indywidualna dla każdego człowieka. Rozpoczyna się na pewno od rodziny, w której powinny być zgoda i spokój. Należy uczyć się sztuki dogadywania z ludźmi oraz życia w prawdzie i wzajemnej miłości, która ma swe źródło w miłości Bożej. Jest to niby proste, ale okazuje się, że nie jest łatwe do przełożenia na codzienne życie. Moje odczucia na temat świętości najlepiej oddaje cytat, który przysłała mi siostra z Australii: "Święci to są zwykli ludzie, którzy żyją nie tak jak zwykli ludzie, i którzy czynią dobro lepiej niż dobrzy ludzie".
- Wydaje się, że ten cytat w pełni oddaje sedno drogi do świętości każdego chrześcijanina. Bardzo serdecznie dziękuję Panu za rozmowę.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
